Byliśmy tacy zakochani

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Copyright Narodowe Centrum Kultury, Warszawa 2017

Copyright Fronda PL sp. z o.o., Warszawa 2017

Projekt okładki

Maciej Marchewicz

Opracowanie graficzne

Fronda PL sp. z o.o.

Redaktor prowadzący

Jakub Bero

Korekta i redakcja

Agnieszka Muzyk

Korekta i opracowanie indeksu

Elwira Wyszyńska

Zdjęcia

© Tomasz Konarski

ISBN NCK 978-83-7982-313-0

ISBN Wydawnictwa Fronda 978-83-7982-148-8

Wydawcy


ul. Łopuszańska 32

02-220 Warszawa

tel. (22) 836 54 44, 877 37 35

fax (22) 877 37 34

e-mail: fronda@fronda.pl

www.wydawnictwofronda.pl

www.facebook.com/FrondaWydawnictwo


ul. Płocka 13

01-231 Warszawa

www.nck.pl

www.sklep.nck.pl

Narodowe Centrum Kultury jest instytucją państwową działającą na rzecz rozwoju kultury w Polsce


Publikacja współfinansowana ze środków Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Skład wersji elektronicznej:

Marcin Kapusta

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

Zamiast…

Patrząc w bok

Byliśmy tacy zakochani (Zembrzuski, Wójciak)

Feministka z planem B (Graff)

Nieświadome zbrodnie Polaków (Leder)

Masoneria dla naiwnych (Cegielski)

Powściągliwe wyznania Karola Modzelewskiego

Outsiderka z głównego nurtu (Szpakowska)

Brzozowski – konfrontacja (Mencwel)

Strategia na głupka (Król)

Nie bez wątpliwości

Podlizując się młodym (Gliński)

Śmiertelne zauroczenie (Rymkiewicz)

Cuda niepokojące (Jakimowicz, Czaczkowska)

Kościółkowy banał (Regucki)

Wtopa naszego człowieka (Zanussi)

Niepełne nawrócenie (Kołakowski)

Boiduda szuka sacrum (Lubelski)

ADU – kampowe wyzwanie (Karczmarczyk)

Czytając przez ramię

Radość z Grocholi

Perwersyjne propozycje (Karpowicz)

Rojenia hedonistów (Pustkowiak, Karpowicz)

Tokarczuk powraca

Miłoszewski źle kończy

…a z Masłowską ciągle niedobrze

Marzenia o dojrzałości (Saramonowicz)

Raczej żenada (Pilch)

Królowa nie włada (Bonda)

Olśnienia

Martę Kwaśnicką ustanawiam

Świadectwa kulinarne (Masłowska)

Oczyma dilera-słoika (Żulczyk)

Jeden z nas (Siemion)

Dziennik służebnej (Kosińska, Miłosz)

Świetlicki – poeta oswojony?

Teatralny ring

Wszystko było groteską? (Klata)

Przegląd prorodzinny (Glińska, Smolar, Majewski)

Nokaut (Lupa)

Dwa teatry (Słobodzianek, Maté, Jarzyna)

Dziady sponiewierane (Zadara)

Zwycięstwo Krasińskiego (Demirski, Strzępka)

Drażniący Tomczyk

Proust przykrojony (Warlikowski)

Eklektyzm albo porno (Englert, Szczerski, Marciniak)

Filmowe pomieszanie

Złowrogie pomruki z głębokiego offu (Skonieczny, Masłowska)

Polskie flaczki à la Komasa

Amerykańska baśń Zbigniewa Religi (Rak, Palkowski)

Zagrepsowani (Paduch, Tymański, Jankowski)

Połowiczne zwycięstwo (Barczyk)

Śmiechawka Gajosa, śmiech Szumowskiej

Film zmyłka (Bochniak)

Rakotwory polskie (Migas, Prokopowicz)

Moja okolica

Muzeum Wolności (Legutko, Mazur, Ołdakowski)

Grechuta prywatny (Sztokfisz)

Projekt: Kelus (Sufin, Strzemieczny)

Skowyt (2Tm2,3)

Cuda, cuda… (Guercino)

Antykomunizm dla początkujących (Semka)

Siedlecka – autorka niezbędna

Zjawisko: Kłopotowski

Hucpa inspirująca (Kłopotowski)

Samotny wojownik (Paliwoda)

Zamiast…

„Mam problem z recenzjami Horubały – zapisał na Twitterze mój redakcyjny ziom Cezary «Trotyl» Gmyz – nawet te entuzjastyczne są lepiej napisane niż dzieła, które recenzuje”. I dorzucił: „Horubała, weź napisz jakąś powieść!”.

 

No tak, problem w tym, że ja rzeczywiście piszę te moje tak zwane recenzje właśnie – zamiast powieści. Umieszczam przecież w tych tekstach dużo z siebie, staram się pisać emocjami, eksponować swe przekonania, dzielić gniewem, furią, a czasem zachwytem i euforią. I to rzeczywiście przez lata zastępuje mi powieść. Tu można mnie spotkać: czasem ujawniającego więcej niż chciałbym, spalającego się w niepowściąganych uczuciach, obnażonego.

No ale właśnie taka, pisana „zamiast powieści” – jak kiedyś określił to świętej pamięci Tomasz Burek – powinna być krytyka literacka.

Że stronnicza, że zaangażowana, że – nawet – skażona ideologią? Ale przecież ujawnianie własnych preferencji ideowych jest niczym innym jak wyrazem uczciwości wobec czytelnika. Nie chce mi się skrywać pod pozornie przezroczystym językiem, nie mam zamiaru udawać, że na teatralną widownię przybywam bez uprzedzeń, że do biblioteki nie zabieram z sobą mojej przeszłości, że gdy czytam o historii Polski, to w tyle głowy nie mam własnej drogi życiowej i moich polskich doświadczeń. Gdy widzę, jak nowomodni twórcy demolują tradycję, jak szydzą z moich przekonań, jak biorąc na sztandary morderców czy zaprzańców, promują zdradę, to nie mam zamiaru milczeć i w imię schlebiania młodym udawać, że aprobuję ich barbarzyńskie gesty.

Enzetesowiec, podziemniak, pampers, telewizyjny menago, producent i reżyser, mąż i ojciec, rzymski katolik, warszawiak – wiele elementów składa się na to krytyczne „ja” i nie da się go wyzerować w imię jakiegoś udawanego obiektywizmu. Oglądam emanacje młodej katolickiej sztuki i mam przed oczyma siebie z roku 1979 jak w groteskowej furażerce robiłem w papieskich służbach porządkowych i z groźną miną niczym członek chrześcijańskiego ORMO przechadzałem się – ważniak – wśród tłumu na Placu Zwycięstwa. Przyglądam się spragnionym martyrologii naszym krajowym aktywistom, mając w pamięci siebie ganiającego na demonstracje i wożącego bibułę po mieście nasyconym patrolami. Czytam życiowe rady modernizatorów naszej zatęchłej obyczajowości i oceniam je przez pryzmat mego życia rodzinnego – męża i wielodzietniaka.

Nie chcę ukrywać swego ja, bo przecież to ja jestem czytelnikiem, widzem, świadkiem. Po co udawać przezroczystego obiektywnego odbiorcę, konsumenta?

No owszem, są zawodowi czytelnicy, zawodowi krytycy, ci co pożerają kilkusetstronicowe książki w jedną noc i objaśniają ich znaczenie zanurzeni po uszy w mainstreamowych nowinkach, nierzadko parafrazujący po prostu pochwały wydawców z promocyjnych ulotek, podążający ich tropami i mniemający, że w ten sposób uczestniczą w kulturze. Pełni okrągłych zdań, tacy porządniccy, że rzygać mi się chce. I co, takich kulturalnych przewodników ja miałbym imitować? To ma być standard? Ej! (Gdy czasem zdarzy mi się napisać poprawną, klarowną recenzję, gdy wydam z siebie coś, co mogłoby być wydrukowane w dowolnie wybranym piśmie, czuję straszliwy absmak.)

Zresztą temu, co uprawiam, można odmówić miana krytyki. Niech będzie. Wcale nie będę płakał, gdy pozbawi się mnie tytułu krytyka. Mogę być po prostu przechodniem, dyletantem, który zdaje sprawę ze swoich wrażeń, który – jakoś tam kompetentny, bo studiował tu i ówdzie, i naczytał się, i naoglądał – teraz dzieli się swymi wrażeniami, bezczelnie wciąż forsując swoją osobę. (Narcyzm to rzecz jasna główny grzech, jaki zagraża przy tego rodzaju ujęciach, niestety…)

Cóż, od kilku lat zapełniam co tydzień łamy „Do Rzeczy”, tworząc coś „zamiast powieści”. I prawdę powiedziawszy, często sądzę, że jest to najlepszy dla mnie sposób komunikowania się ze światem.

Oczywiście publikowanie w tygodniku opinii niesie czasem z sobą gorzkie doświadczenia. Nie raz doświadczam tego, że i tam jestem ciałem obcym.

Często zadaję sobie pytanie, po co znosić ten cotygodniowy kierat. Z jednej strony, mówię sobie, skłania to do jakiejś regularności, powstrzymuje przed zapadnięciem się w sobie, z drugiej, to, co pozostawiam, sprawia wrażenie ulotności jakiejś, związanej z bieżącą chwilą, z czymś, co za rok, dwa będzie zapisem nie do końca czytelnych i zrozumiałych emocji. Kogóż obchodził będzie opis spektaklu zdjętego już z afisza, jakiejś płyty przebrzmiałej, kto zainteresuje się świadectwem lektury mocno zanurzonej w bieżącej chwili, w atmosferze danego sezonu… A w dodatku to wszystko takie anachroniczne. W dobie szybkich reakcji na Facebooku czy Twitterze, w sytuacji, gdy nawet tygodniki służą raczej utwierdzaniu czytelników w politycznych plemiennych afiliacjach, pisanie o kulturze jawi się jako coś ekstrawaganckiego. Więc postawa, jaką przyjmuję, obrona starych wartości, która za lat parę objawi zapewne całą swą śmieszność i bezsiłę – wszystko to nie napawa optymizmem.

Ale przecież niespodziewane czasem reakcje na moje pisanie – jakiś mail, esemes, krótka wrzutka – pokazują, że warto, że zniechęcenie, jakie mnie ogarnia, to podszept acedii, że jednak trzeba podejmować te zapiski, co „zamiast powieści” będą dążyć do „wymierzenia najwyższej sprawiedliwości widzialnemu światu”.

No, bo w końcu – mam rację!

Książka, która teraz się złożyła, zawiera teksty z tygodnika „Do Rzeczy” z lat 2014–2015. Nie wszystkie się zmieściły. Ze względu na objętość tomu musiałem dokonać jakiejś selekcji, więc zrezygnowałem przede wszystkim z rzeczy poświęconych zagranicznym książkom i filmom, mniemając, że taka redukcja nie zuboży zanadto obrazu minionych lat.

Teksty ukazują się w wersji publikowanej w tygodniku, ani ich nie uaktualniałem, ani też nie czyściłem. To ma być prawda o moich wyborach i opiniach z wtedy, to ma być zanurzenie się w tamtych sezonach.

Dziękuję moim najbliższym. Agnieszce za wszystko. Przyjaciołom za rozmowy telefoniczne i kawiarniane spotkania, czytelnikom, także tym z drugiej strony politycznej barykady, za najdrobniejsze nawet sygnały, że ktoś jeszcze czyta. (Czyż nie przemawia przez nas wszystkich marzenie o dawnym, wyidealizowanym przecież, życiu literackim, gdy dyskusje o kulturze zastępowały otwartą debatę…!)

No i szczególne podziękowania składam przyjaciołom i współpracownikom z tygodnika „Do Rzeczy” oraz wydawcy – „Frondzie” i Narodowemu Centrum Kultury za gest ocalenia tych zapisków.

Andrzej Horubała

Warszawa, grudzień 2017

patrząc w bok

Byliśmy tacy zakochani

Feministka z planem B

Nieświadome zbrodnie Polaków

Masoneria dla naiwnych

Powściągliwe wyznania Karola Modzelewskiego

Outsiderka z głównego nurtu

Brzozowski – konfrontacja

Strategia na głupka

Byliśmy tacy zakochani

Esej Ósmy dzień Teatru Jacka Zembrzuskiego. Może to naprawdę najbardziej stosowna publikacja na 50-lecie Teatru Ósmego Dnia? Nie starannie opracowany album z pięknymi fotografiami i laurkami na cześć artystów, nie solidna monografia z przypisami i kalendarium, ale właśnie to, co własnym sumptem wydał Jacek Zembrzuski – drapieżny esej, w zasadzie skowyt zawiedzionego kochanka, lament za utraconą miłością, która go zdradziła, która go rozczarowała, która okazała się niegodna uczucia.

Tak, to chyba najlepsza forma, najbardziej pasująca do Teatru Ósmego Dnia, który w czasach swej świetności rozpalał emocje, doprowadzał do histerycznych stanów, hipnotyzował. A że Zembrzuski, reżyser, teatrolog, filozof, był wówczas bardzo blisko teatru i przyjaźnił się z jego członkami, a z Ewą Wójciak wymieniał żarliwe listy, w których umiłowanie wartości przeplatało się z fascynacją Ewą – jej ideowością, artystycznym gestem, niezłomnością, no, ale przede wszystkim urodą… – to będąc zarówno współuczestnikiem tamtych zdarzeń, tamtej wielkości, jak i gorzkim obserwatorem degrengolady zespołu, wydaje się wymarzonym świadkiem w sprawie.

Pisze więc swój niespokojny, histeryczny list do Ewy Wójciak i swoich dawnych idoli, pisze i oskarża. Przerywa, jakby szloch czy fala wściekłości go obezwładniała, porzuca jedne argumenty, przechodzi do innych, czasem już nawet śmiesznych, czasem wewnętrznie sprzecznych. Tu rzuci, że Ewa w Boga nie wierzy, mając go tylko za konstrukt, tam wypomni wzbogacenie się na uprawianiu sztuki, w innym miejscu zacytuje fragment rozmowy w cztery oczy. Jest brutalny. Pisze o sprawach rzeczywiście pokoleniowych, które dla zewnętrznego obserwatora mogą zdać się osobliwą kłótnią, jak z jakiegoś tandetnego amerykańskiego filmu o zjeździe absolwentów, gdy bohaterowie już popiwszy, stymulowani piosenką sprzed lat, oczarowani tańcem, obwiniają się o zdradę ideałów. Ale tu cudu w postaci pojednania nie będzie, to co nas podzieliło – to się już nie sklei…

Genialne objawienie

Dziwnie musi wyglądać ten spór dla młodego obserwatora z zewnątrz. Rozmawiam ostatnio w warszawskiej knajpce przy ulicy Rozbrat z członkiem kolektywu twórczego Hipster Prawica i nagle ten przerywa i pyta mnie:

– Ty, kto to jest ten dziwny facet na rowerze? Ciągle widuję go na różnych prawicowych panelach, on siedzi osobno, jakiś taki oryginał.

A to właśnie był Jacek Zembrzuski (rocznik 1951), gość, który w roku 1981 wyreżyserował Moskwa – Pietuszki i bez którego obecności na widowni nie może obejść się żadna warszawska premiera teatralna, człowiek, który dzięki swojemu blogowi i ostrym opiniom wypowiadanym w foyer jest niezbywalnym elementem życia artystycznego stolicy, a który teraz kłóci się z tą starszą panią z Poznania o zaciętej twarzy, wyzywającą papieża Franciszka. Taki to groteskowy spór może rysować się w wyobraźni niezorientowanego młodziaka: warszawski oryginał z falą siwych włosów, w mocnych okularach, przemierzający nasze miasto na stylowym rowerze versus starsza kobiecina z Poznania. A my byliśmy przecież tacy młodzi, byliśmy tacy zakochani.

Teatr Ósmego Dnia w końcówce lat 70. i na progu 80. był jak objawienie. Był jak pokaz czegoś genialnego w swej oczywistości, pozwalającego wykrzyczeć podstawowe prawdy o naszej egzystencji w tym obrzydliwym, żenującym PRL-owskim baraku. Kreacje zbiorowe poznańskiego zespołu, założonego w roku 1964, który po kilku latach przeciętnego funkcjonowania w nurcie teatru studenckiego nagle stał się pierwszorzędnym zjawiskiem artystycznym i awangardowym, poruszającym się równolegle do eksperymentów Grotowskiego, pokazywały, na jakie artystyczne wyżyny może wznieść się sztuka zaangażowana. Ich spektakle były świadectwami intensywnego przeżywania rzeczywistości społecznej, pospiesznych lektur, rozwibrowanych emocji. Młodzi artyści traktowali PRL jako żałosne zwieńczenie wielkiego nieudanego eksperymentu społecznego, zainicjowanego w Wieku Rozumu. Zadawali pytanie o kondycję człowieka, tej dziwnej istoty rozpiętej między bydlęciem a aniołem, zaczytując się w Dostojewskim i jego czarnej wizji historii, szyderczo traktowali wynik próby urządzeniu raju tu, na ziemi. Ich środkiem wyrazu była groteska: wyolbrzymiali cechy zarówno ciemiężycieli, jak i męczenników, histerycznie – z odrobinką tylko należnego liryzmu – przedstawiali racje buntowników i smutek ofiar, całość stapiając w korowodzie potworności. Lubowali się w cytatach i quasi-cytatach z filozofów, architektów utopii, polityków. Krzyk i szept, ekspresyjne ruchy, tupanie, hałas oraz upiorna choreografia to był oręż, z którym ruszali naprzeciw światu zdegenerowanych planów i marzeń.

Dużo brali z literatury polskiej Nowej Fali: nie tylko w zakresie odkryć poezji lingwistycznej, zderzającej języki oficjalne z prywatnymi, łączącej odświętne z codziennym, pokazując, jak blisko od partyjnej nowomowy do chamskich bluzgów, jak blisko od historiozoficznych wizji do brutalnych policyjnych komend, jak słabo pod warstewką oficjalnego entuzjazmu skryta jest naga przemoc. Korzystali z przenikania planów czasowych i przestrzennych, z symultanicznego rozgrywania akcji, z przerzucania się z miejsca na miejsce, z bohatera na bohatera. Słychać było echa wierszy Barańczaka, Krynickiego, Zagajewskiego. Słychać było puls pokolenia.

Teatr był niesamowity. Jakby na scenie eksplodował nasz mózg pełen strzępów czytanych książek, pełen skojarzeń, z rozregulowaną ogniskową, pełen wspomnień i obsesyjnych obrazów. Był teatrem buntu, niezgody na przeciętność, krzykiem ludzi, którzy czują, że woda, a raczej brudna breja, podchodzi im już do ust i grozi utonięciem. Nadekspresyjni aktorzy z emfazą powtarzający buńczuczne zapowiedzi nowej utopii, szyderczo pochylający się nad losem malutkiej jednostki.

Kto się bardziej ześwinił?

 

Czy był to teatr lewacki? No cóż, jak dla mnie bezpiecznikiem był antykomunizm tego przedsięwzięcia i wyraźne zauroczenie diagnozami Dostojewskiego, tymi reakcyjnymi, dotyczącymi perspektyw zaprowadzenia raju na ziemi. Szygalew z Biesów z jego wizją przeradzania się nieograniczonej wolności w nieograniczony despotyzm, Wielki Inkwizytor i jego antytotalitarne przesłanie – to wszystko zdawało się chronić Ósemki przed wiarą w społeczne utopie.

Jacek Zembrzuski jako motto swej książki umieścił trzy cytaty: z Norwida, Achmatowej, i to przypisywane a to Bismarckowi, a to Piłsudskiemu, o socjalizmie i młodości: „Kto za młodu nie był socjalistą, ten na starość będzie świnią. Ale kto na starość socjalistą pozostał, ten jest po prostu głupi”.

I może być ono rzeczywiście przewodnikiem po tej niewielkiej, liczącej niecałe 90 stron książce-eseju. Ponieważ Zembrzuski niezwykle emocjonalnie – ale przecież taki był odbiór Teatru Ósmego Dnia! – rozlicza się ze swej fascynacji, pyta, kto zdradził, kto sprzeniewierzył się swej młodości: czy Wójciak (ona w oczach Zembrzuskiego od początku była liderką i femme fatale zespołu, rozgrywającą jak tylko chciała chłopców adorujących jej piękno oraz pożądających jej duszy i ciała), czy też on, który – czy dlatego, że zestarzał się i skapcaniał? – nie podnieca się wizjami społecznej modernizacji. Ciekawe, że ten na wskroś osobisty esej czy zbiór notatek, owszem, pełnych osobistych pretensji i insynuacji, przekłada się na ogólne pytania związane z naszą rewolucją i naszym buntem. Pokazuje różne tego buntu odsłony: ten w optyce Zembrzuskiego skomercjalizowany, konformistyczny, idący po linii politycznej poprawności, jaki obrała Wójciak i obrał jej teatr (po drodze pozbyli się Lecha Raczaka, ostatnio wyżywającego się w szyderstwach z ludu smoleńskiego), oraz ten, który głoszą protestujący przeciw banałowi biurokratycznej Europy, przeciw terrorowi tolerancji, przeciw lewactwu wsączającemu się pod pozorem otwierania i unowocześniania naszego kraju.

Ciekawy to spór i jego temperatura podkręcana przez Zembrzuskiego powoduje, że faktycznie człowiek może poczuć się, jeśli nie jak na zjeździe absolwentów, to przynajmniej jak w jakiejś przyciasnej kuchni nad ranem, gdy wypita wódka trzepie w głowę i mając kłopoty z artykulacją słów, podejmujemy rozmowy o tym, kto się bardziej ześwinił. Fascynująca to rozmowa – niby dorosłych ludzi, a przecież wciąż marzących o młodzieńczym buncie, o tym, by z dawnym żarem zmieniać świat, by kreować teatr życiem płacony. A prawdziwie był to teatr życiem płacony: prześladowany przez policję, włóczony po aresztach i sądach, szykanowany zakazem wyjazdów na zagraniczne festiwale, pozbawiany sal prób, nękany rewizjami oraz rekwirowaniem książek i prywatnych notatek. A Ewa w tym wszystkim? Ewa na scenie? Była i zalęknioną dziewczynką, i zatroskaną matką, i wdową, i ofiarą, i dumną pieśniarką, rewolucjonistką, sanitariuszką. Dziwką i kochanką.

Kim była wówczas, gdy nad swym łóżkiem wieszała plakat z zabójcami z grupy Baader-Meinhof i uczestniczyła w spektaklach, gdzie pytano o naturę człowieka i uzyskiwano różne odpowiedzi: także te pełne wstrętu, które leżą u podstaw czynu terrorystycznego albo inżynierii społecznej obliczonej na stworzenie totalitarnego raju na ziemi. Czy pogarda dla współczesnego mieszczucha nie była w niej głębsza, niż to nam się wydawało?

Oczywiście mamy u Zembrzuskiego obowiązkowe gorzkie zdanie o patrzeniu sobie w twarz w lustrze: „To było także moje życie… Sam nie zdziałałem nawet części tego, co Oni, nie objechałem w 80 dni dookoła świata, nie zasadziłem drzewa i nie zbudowałem domu, tyle że… nie mam kłopotów przy goleniu”. No tak, klimaty jak z pokoleniowej kłótni. Autor zapewnia, że on może sobie spojrzeć rano w twarz w lustrze, a ludzie z teatru – nie. Kłopot w tym, że zarówno Ewa, jak i Lech też pewnie nie mają kłopotu z patrzeniem sobie w twarz: dla nich misja modernizacyjna też jest realizacją ideałów młodości, bo przecież bunt Teatru Ósmego Dnia z lat 70. był buntem nie tylko przeciw opresyjnemu systemowi, lecz także przeciw gnuśnemu społeczeństwu, bezmyślnemu w swych religijnych rytuałach i przyziemnych marzeniach.

Są w tekście także migawki fantastyczne, jak na przykład ta, gdy Ewa wychodzi na balkon w czasie popijawy i wykrzykuje pod adresem ubeków: „Jak ja was nienawidzę!”. Jest ten świetny cytat z jej monologu: „Co noc rozmyślam nad sposobem zlikwidowania jednego faceta i jeszcze paru innych. Co to za cholerna ziemia, gdzie młode kobiety trawią noce na podrzynaniu gardeł facetom stamtąd!”. Jest obecny ten duch młodzieńczej anarchii, paradoksalnie odtworzony na podstawie ubeckich donosów w spektaklu Teczki, gdy się piło wódkę, snuło wielkie plany zmiany świata i przeklinało oprawców. Jest ten geniusz sztuki społecznie zaangażowanej, gdy artysta staje się rewolucjonistą, a jego gest nazywania świata jest czynem politycznym. Przecież to właśnie ujrzała publiczność przybywająca na spektakle teatru: że sztuka może zmieniać świat, że nie jest bezsilna. Że sztuka może prowadzić do wolności, że ostre polityczne zaangażowanie może iść w parze z pięknem.

Brzydka starość

Śmieszne są późniejsze koleje losu teatru: rozstrojony małżeństwem Lecha Raczaka z piękną Włoszką, zdewastowany niczym dojrzewający rockowy zespół, którego poszczególni członkowie zaczynają mieć inne priorytety niż trasy i nagraniowe sesje, niewolnik własnej legendy, uwikłany w zaspokajanie potrzeb mecenasów – organizatorów plenerowych występów, z banalnym, skomercjalizowanym zestawem społecznych tematów szytych pod zachodnioeuropejskie mieszczaństwo. Wyczytujący prawdę o świecie z „Gazety Wyborczej”, niby to za Michnikiem potępiający lustrację, a nagle, w momencie ujawnienia ich ubeckich teczek, wydzwaniający w podnieceniu do siebie i Jacka Zembrzuskiego, by ustalić, kto sypał. Dziwna starość, brzydka starość, śmieszna.

A przecież esej-skowyt Ósmy dzień Teatru stać się może zapłonem do wielkiej rozmowy o polskim niepokornym inteligencie, który pobłądził i pyta o sens swojego buntu. Czy stać powinien przy krzyżu na Krakowskim Przedmieściu, gdzie przecież widzi sporo żenujących psycholi, czy też startować – jak Ewa Wójciak – z listy Palikota do europarlamentu, występując na konferencjach prasowych u boku Jerzego Urbana… Czy walczyć w obronie zbiorowości, czy z cyniczną rezygnacją godzić się z prawidłami inżynierii społecznej?

W poszukiwaniu zagubionej wspólnoty, dawnych ideałów wyrusza Jacek Zembrzuski, śmiało czyniąc gest maksymalistycznego moralisty, obnażając totalitarny bakcyl obecny w teatrze i całej lewicy KOR-owskiej, męczący w swych przejaskrawionych sądach, wyzbywszy się wyrozumiałości oraz litości, i nas zaprasza w tę niełatwą podróż.

Jacek Zembrzuski, Ósmy dzień teatru, Rozpisani.pl 2014

[„Do Rzeczy”, 35/2014]