Słynne ucieczki Polaków 2Tekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

* * *

– Proszę przynieść mi historię leczenia wszystkich chorych, znajdujących się pod obserwacją na waszym oddziale – rozkazał Mazurkiewicz dwójce dozorców. Gdy zostawili mu teczki, wyjął akta Józefa Piłsudskiego i wyciągnął z nich jego osobiste dokumenty. Następnie poszedł do pracowni mikroskopowo-chemicznej, zabrał z niej ubranie, płaszcz i buty dla uciekiniera i przeniósł je do swojego służbowego pokoju. Stamtąd poszedł na oddział „Wiktora”. Zastał go gawędzącego wesoło ze stróżem Andrzejem. Była godzina 19.30.

­– Dzień dobry, nazywam się Władysław Mazurkiewicz, mam dziś dyżur ordynatora. Sądząc z dokumentów, pochodzi pan z Kresów, być może jesteśmy więc spowinowaceni – przedstawił się Piłsudskiemu. Ten spojrzał na niego badawczo. W lot zrozumiał, co się szykuje.

– Proszę przyprowadzić chorego za pół godziny do mojego gabinetu na dole – polecił dozorcy. Około ósmej usłyszał ostrożne pukanie do drzwi. Za nimi stał „Wiktor” w szpitalnym stroju w towarzystwie Andrzeja. Usiedli, dozorca stanął pokornie koło wyjścia.

– Proszę się częstować – Mazurkiewicz wyjął papierosy i zaczął pogawędkę o możliwych wspólnych przodkach. Kątem oka obserwował jednak Andrzeja, który ani myślał wyjść. Procedury szpitalne przewidywały, by w czasie badania chorych dozorcy pozostawali w gabinecie lekarza.

– Panie Andrzeju, niech pan zrobi sobie wolne. Przyjdzie pan za godzinę zabrać pacjenta na oddział – powiedział w końcu Mazurkiewicz wstając i niemal siłą wypychając dozorcę za drzwi. Po chwili odwrócił się do Piłsudskiego: – Proszę się przebrać, ubrania są w sypialni za gabinetem. Po dziesięciu minutach „Wiktor” stał już przed nim w cywilnym ubraniu, gotowy do wyjścia.

Mazurkiewicz przebiegł pierwszy do klatki schodowej przy głównym wyjściu; w stróżówce przy telefonie siedział jakiś nieznany mu człowiek. Ryzyko było zbyt duże.

– Musimy wyjść tylnymi drzwiami – rzucił do „Wiktora”. Wyszli na podwórze, przy którym mieściły się służbowe lokale personelu szpitala. Kilkanaście osób, w promieniach zachodzącego słońca, rozmawiało na schodach swoich mieszkań.

– No, jeśli Andrzej mnie pozna… – szepnął „Wiktor”. – Spokojnie, nikt nic nie zauważy – uspokajał Mazurkiewicz. Równym krokiem przeszli przez długie podwórze. Dozorcy, zdejmując czapki, kłaniali się z szacunkiem. Doszli do bramy. – Ekscelencjo, proszę tędy – lekarz wskazał wyjście Piłsudskiemu. Stróż, nie zadając żadnych pytań, bez chwili wahania otworzył bramę i ukłonił się najniżej, jak potrafił.

Wyszli nad Priażkę i podążali w kierunku Oficerskiej. Pierwotny plan wziął w łeb: Sulkiewicz i Demidowski zostali przy głównym wyjściu, w pobliżu zacumowanej na Mojce łodzi. Przejście do nich byłoby zbytnim ryzykiem, jednak tu, w głuchym zaułku, musieli liczyć na własne nogi. Nagle, jak za skinieniem czarodziejskiej różdżki, z bocznej uliczki wyjechała dorożka. Wsiedli. – Na Morską – rzucił Mazurkiewicz.

Wychudzony koń wlókł się niemiłosiernie, co doprowadzało do wściekłości lekarza, którego nerwy były napięte jak postronki. – Trupy powinieneś wozić, a nie żywych ludzi! – rzucił z pasją do dorożkarza. – Spokojnie, niech jedzie, niech pan zobaczy, jak tu zielono, jak pachnie – uspokajał Piłsudski. Po ponad czternastu miesiącach spędzonych za murami wolne tempo jazdy nie przeszkadzało mu, wręcz przeciwnie. Wreszcie mógł nasycić się widokiem budzącej się przyrody, pooddychać świeżym powietrzem. Mazurkiewicz miał wreszcie okazję, by przyjrzeć się „Wiktorowi” z bliska. Pierwsze wrażenie było przerażające. Wielka, rozczochrana broda, zapuszczone długie włosy, zapadnięte oczy… Jak przejechać z nim przez Petersburg, nie zwracając na siebie uwagi?

„To miasto pełne jest najdziwaczniejszych typów, ale pierwsza zasada konspiracji to nie wyróżniać się” – myślał lekarz. W końcu dojechali na Morską, gdzie zmienili zdychającą szkapę na żwawego konia z dorożką na gumowych kołach i kłusem popędzili w stronę mostu na Wasiliewski Ostrow, do umówionego mieszkania.

Byli już w nim Aleksander Sulkiewicz i Konstanty Demidowicz-Demidecki. Na ich widok zerwali się z radością. Czekali przy łodzi od godziny ósmej, jednak czas, w którym miała zostać przeprowadzona akcja wyprowadzenia Piłsudskiego ze szpitala, minął. – Nic z tego nie będzie. Pewnie złapali ich obu – mówił przygnębiony Sulkiewicz. Demidowicz pocieszał go, że jeśli będzie trzeba, to organizacja uwolni obydwu towarzyszy, ale w końcu sam przestał wierzyć we własne słowa. Poczekali 10 minut dłużej niż przewidywał plan, ale w końcu, by nie zwracać na siebie uwagi, odpłynęli na Wasiliewski Ostrow, do mieszkania towarzysza Czarnockiego. Tam siedzieli gubiąc się w przypuszczeniach, co poszło nie tak. Gdy usłyszeli dzwonek do drzwi byli przekonani, że to policja. Widząc Piłsudskiego i Mazurkiewicza nie mogli początkowo uwierzyć własnym oczom.

Po krótkich, pełnych emocji wyjaśnieniach trzeba było podjąć decyzję, co dalej. Zbliżała się godzina 22 i wszystkie pociągi, którymi mogli odjechać w kierunku zaplanowanej dalszej ucieczki odeszły. Radzili więc Piłsudskiemu, by poczekał w mieszkaniu do następnego dnia. Ten jednak walnął pięścią w stół. – Wyjeżdżam dziś! – oznajmił nie znoszącym sprzeciwu tonem, po czym usiadł i zaczął studiować rozkład pociągów. Najbliższy odchodził do Tallina. – Jedziemy – zdecydował Wiktor. W czapce urzędnika komory celnej i w towarzystwie Aleksandra Sulkiewicza wyruszył dorożką na dworzec.


Opisy ucieczki „ważnego przestępcy politycznego” wraz z doktorem Mazurkiewiczem ukazały się w gazetach już następnego dnia. Ochrana szalała, nie mogąc znaleźć żadnego śladu prowadzącego do spiskowców. Policyjny list gończy za Piłsudskim.

* * *

Z Tallina pojechali do położonego niedaleko Sarn majątku Czysta Łuża na Polesiu, własności państwa Lewandowskich, których „Wiktor” poznał jeszcze na syberyjskim zesłaniu. Tam też spotkał się z żoną, która – poinformowana o jego ucieczce – potajemnie opuściła Wilno. Wśród poleskich bagien przeczekiwali okres największej gorliwości policji. Opisy ucieczki „ważnego przestępcy politycznego” wraz z doktorem Mazurkiewiczem ukazały się w gazetach już następnego dnia. Ochrana szalała, nie mogąc znaleźć żadnego śladu prowadzącego do spiskowców.

Największe problemy miał jednak Mazurkiewicz, o którego ewakuacji po prostu… zapomniano. Widząc wzmożoną aktywność policji działacze PPS z Petersburga ulokowali go początkowo w służbowym mieszkaniu w Instytucie Leśnym pod miastem. Jednak i tam zaczęło robić się gorąco, gdy fotografie lekarza i list gończy za nim zaczęły publikować wszystkie rosyjskie gazety. W końcu, nie mając żadnych instrukcji z centrali w Warszawie, konspiratorzy postanowili sami wywieźć kolegę z miasta. Miał to zrobić członek organizacji Ignacy Ciszewski, pracujący jako inżynier kolejowy, co było wielkim atutem w sytuacji, gdy wszystkie dworce obstawione były przez szpiclów. Jadącym poza rozkładem służbowym pociągiem wywiózł Mazurkiewicza poza miasto, na stację, z której kursował pociąg do Wiaźmy. Tam jednak podróżujący w uniformie inżyniera-górnika spiskowiec omal sam się nie zdekonspirował. Gdy zemdlała jedna z siedzących w poczekalni kobiet i ktoś zaczął wołać „lekarza”, Mazurkiewicz odruchowo poderwał się, by udzielić pomocy. Na szczęście ubiegł go jakiś inny doktor. W końcu z Wiaźmy dotarł do Chełma, gdzie czekał na przerzut do znajdującej się niedaleko austriackiej Galicji.

Tymczasem Piłsudski, po miesiącu ukrywania się na Polesiu, w połowie czerwca w towarzystwie Sulkiewicza pojechał do Kijowa. Tam w mieszkaniu wynajętym przez Ksawerego Praussa mieściła się drukarnia „Robotnika”. Redaktorem naczelnym był wówczas Feliks Perl, który z powodu braku odpowiednich dokumentów musiał się ukrywać i w ogóle nie wychodził z domu. Nawet gdy służąca przychodziła sprzątać mieszkanie chował się do przeznaczonej na skład rupieci komórki.

Prauss i Perl przygotowywali właśnie 39 numer pisma, gdy usłyszeli dzwonek przy drzwiach. Zamarli, gdyż żadnych gości się nie spodziewali. Jedynie raz na 4-6 tygodni przyjeżdżał do nich Sulkiewicz, by odebrać świeżo wydrukowany nakład. Takie wizyty były jednak z góry umówione, a żadna z nich nie przypadała na ten moment. Czyżby policja? Prauss ostrożnie uchylił drzwi i ku swojemu zdumieniu zobaczył Piłsudskiego, a za nim uśmiechniętego zawadiacko Sulkiewicza. Po opowieściach i serdecznościach trzeba było wziąć się jednak do pracy, gdyż data wydania nowego numeru pisma została już zapowiedziana.


Redakcja „Robotnika”nie omieszkała opisać czytelnikom ze szczegółami udanej ucieczki „Wiktora” z petersburskiego szpitala. „Żandarmerya dowiedziała się o tem dopiero w nocy. Pościg jednak okazał się bezskutecznym. Obecnie towarzysze nasi są już za granicą”.

Policyjny list gończy za Józefem Piłsudskim.

– Musiałem zobaczyć „Robotnika”, moje dziecko ukochane – powiedział Piłsudski i natychmiast włączył się w pracę redakcji, odbijając na maszynie kolejne strony. Oczywiście redakcja nie omieszkała opisać czytelnikom ze szczegółami udanej ucieczki „Wiktora” z petersburskiego szpitala. „Żandarmerya dowiedziała się o tem dopiero w nocy. Pościg jednak okazał się bezskutecznym. Obecnie towarzysze nasi są już za granicą” – kończył się komunikat. To akurat nie było prawdą. Tę noc goście przespali na stołach, a następnego dnia, gdy przyszła posługaczka, razem z Perlem musieli schować się w komórce. Po dwóch dniach „Wiktor” i Sulkiewicz opuścili Kijów i pojechali do Zamościa, gdzie czekała już żona Piłsudskiego. Tam miał odbyć się ostatni etap ucieczki – wydostanie się poza granice Rosji.

 

W Zamościu Piłsudscy spotkali się z Janem Miklaszewskim, absolwentem Instytutu Leśnego w Petersburgu i członkiem tamtejszej organizacji PPS. Teraz pracował on jako kontroler lasów ordynacji zamojskiej i mieszkał w Majdanie Księżopolskim w powiecie biłgorajskim, leżącym tuż obok austriackiej Galicji. Dzięki swej funkcji Miklaszewski miał prawo poruszać się wzdłuż całej granicy, która biegła na rzece Tanew. Ponieważ gęste, sosnowe lasy wzdłuż wijącej się zakolami rzeki stanowiły dobrą kryjówkę i wręcz zapraszały do przekraczania granicy w tym miejscu, Rosjanie wyrąbali około półtora kilometra od rzeki szeroką, prostą aleję długości 14 kilometrów, którą najeżyli posterunkami. Jednak półkilometrowy skrawek lasu od alei do rzeki był zupełnie niestrzeżony.

Po austriackiej stronie, tuż nad Tanwią, znajdowała się wieś Rybizanty, w której Miklaszewski miał swojego zaufanego człowieka, Mikołaja Rybizanta. To właśnie on odbierał „bibułę” ze stacji Lubycza, do której docierała ona z galicyjskiego Lwowa. W zamian kontroler przymykał oko na kradzieże drewna, które mieszkańcy pozyskiwali z przygranicznego lasku po rosyjskiej stronie. Do przekraczania rzeki służyła ukryta w gęstwinie kładka, o której istnieniu wiedzieli tylko Miklaszewski, jego zaufany gajowy Berdzik oraz Mikołaj. To właśnie tą drogą Józef Piłsudski z żoną mieli wydostać się poza granice Rosji.

Próba generalna nastąpiła kilka tygodni wcześniej, gdy u Miklaszewskiego zjawili się Aleksander Sulkiewicz i Władysław Mazurkiewicz. Zatrzymali się w Zwierzyńcu u urzędnika ordynacji zamojskiej, Stanisława Witalisa Moskalewskiego, członka Narodowej Demokracji. Chociaż była to organizacja reprezentująca zupełnie inne idee niż PPS, również działała nielegalnie, ścigana przez rosyjską policję. To sprawiało, że członkowie obu konspiracyjnych grup podtrzymywali przyjazne stosunki i świadczyli sobie wzajemne przysługi w „zamiataniu śladów” przed Moskalami.

Miklaszewski wyposażył Sulkiewicza i Mazurkiewicza w czapki urzędników ordynacji oraz przyrządy do pomiaru drewna i przeszedł z nimi aleję, mówiąc strażnikom granicznym, że prowadzi pracowników do oszacowania ilości przeznaczonego na sprzedaż drewna. Bez najmniejszych problemów przeszli kładkę i dalej, korzystając z pomocy Mikołaja Rybizanta, dotarli pociągiem do Lwowa. Mazurkiewicz został tam na długo, a Sulkiewicz wrócił tą samą drogą prowadząc ze sobą z Galicji Feliksa Perla, któremu partia postanowiła powierzyć kijowską redakcję i drukarnię „Robotnika”. Właśnie w czasie powrotu emisariusza powstał plan przerzucenia tą drogą państwa Piłsudskich, którzy w tym czasie ukrywali się jeszcze na Polesiu.

Po spotkaniu z „Wiktorem” i jego żoną w Zamościu Miklaszewski zabrał ich do Tomaszowa, gdzie wszyscy przenocowali u nadleśniczego Dąbrowskiego. Stamtąd pojechali do Zawadek do nadleśniczego Brandta, u którego kontroler wyprosił konie z wozem, by jego kuzyn z narzeczoną – jak przedstawił Piłsudskich – mógł pojechać do Lwowa, by wziąć tam katolicki ślub. W sytuacji powszechnych prześladowań religijnych pod zaborem rosyjskim opowieść nie wzbudziła podejrzeń i jeszcze tego samego dnia rozpoczął się ostatni akt ucieczki. Piłsudski i Sulkiewicz dostali czapki podleśnych ordynacji zamojskiej, a gajowy Berdzik objął rolę furmana. Maria Piłsudska została tymczasem ukryta w wozie obok skrzyni z urządzeniami pomiarowymi.

Aleję strażników pokonali bez problemu pod pretekstem kolejnego szacowania drewna na sprzedaż. Miklaszewski osobiście pomógł pani Marii przejść przez kładkę na Tanwi, a następnie przekazał uciekinierów pod opiekę Mikołaja Rybizanta. Był 20 czerwca 1901 roku, niemal równo 16 miesięcy od „łódzkiej katastrofy”. Tu, w zaborze austriackim, Piłsudscy byli już poza zasięgiem rosyjskiej policji i ochrany. Jeszcze tego samego dnia dotarli pociągiem do Lwowa.

* * *

Ucieczka Piłsudskiego z petersburskiego szpitala odbiła się głośnym echem nie tylko w Rosji. „Wiktor” przekonał się o tym we Lwowie i nie był z tego zadowolony. Odrzucił propozycję Bolesława Jędrzejowskiego, przebywającego w Londynie sekretarza Komitetu Zagranicznego i członka Rady Naczelnej PPS, by na łamach „Przedświtu” podziękować za nadsyłane masowo do redakcji depesze gratulacyjne. W liście z 15 lipca 1901 roku pisał: „Przyznam ci się , że mam już dość tego hałasu koło mego nazwiska, nie jestem do tego przyzwyczajony, a że jeszcze nasiąknięty jestem atmosferą konspiracji, więc tym bardziej mi się to nie uśmiecha”.

Rola celebryty, którą mógł odgrywać po ucieczce z Rosji, nie pasowała Piłsudskiemu również z innego powodu. Po doświadczeniach z ostatniego półtora roku – pracy w tajnej drukarni, aresztowaniu, Cytadeli, szpitalu psychiatrycznym, ucieczce, ukrywaniu się oraz kolejnej ucieczce był przede wszystkim ogromnie zmęczony. W innym liście do Jędrzejowskiego pisał: „Głupio się ze swoim zdrowiem czuję, wszystko mnie dręczy okrutnie, a nawet drobne wysiłki fizyczne i duchowe czynią ze mnie człowieka sklapanego. Słowem, licho wie, co się ze mną stało, maszyna psować się zaczyna. Może te idiotyczne góry, dokąd mnie doktor posyła, pomogą na ten interes”.

Decyzja wyjazdu w góry miała też inną przyczynę – powróciła dręcząca Piłsudskiego jeszcze na Syberii obawa przed rodzinną klątwą, gruźlicą, na którą zmarła jego matka. Chociaż we Lwowie zbadał się i żadnych bakterii u niego nie znaleziono, postanowił skorzystać z zaleconej przez lekarza kuracji. Początkowo Piłsudscy planowali pojechać w okolice Fryburga w Szwajcarii. Mieszkał tam Ignacy Mościcki, również członek PPS, wówczas asystent profesora Józefa Wierusz-Kowalskiego na Uniwersytecie we Fryburgu, specjalizujący się w elektrochemii. Mościcki obejmował właśnie stanowisko kierownika technicznego w założonej przez profesora firmie Société de l’Acide Nitrique, której celem była produkcja niezwykle cennego wówczas kwasu azotowego.

Na przeszkodzie stanął jednak brak funduszy. Piłsudscy pieniędzy nie mieli, ogołocona na potrzeby nowej drukarni i ucieczki towarzysza „Wiktora” kasa PPS świeciła pustkami, a firma Mościckiego i Wierusza-Kowalskiego dopiero się rozkręcała i pochłaniała ogromne fundusze. W tej sytuacji, po ponadmiesięcznym pobycie we Lwowie i kilkunastu dniach spędzonych w Krakowie, Piłsudscy wyjechali na dwa miesiące do Zakopanego.

W sierpniu 1901 roku „Wiktor” zameldował się w willi „Hanka” przy ul. Łukaszówki 4 jako Józef Ginet, razem z żoną Marią i pasierbicą Wandą Juszkiewiczówną.

„Nie masz pojęcia” – pisał do Jędrzejowskiego – „jakem się rozleniwił ostatnimi czasy: ani czytać, ani pisać, ani nawet gadać mi się nie chce. Teraz usprawiedliwiam siebie tym, że na to istnieje kuracja, by człek absolutnie nic nie robił, i pocieszam się, że gdy już wyrwę się z Zakopanego, wszystko się odmieni. Tymczasem mi kuracja na dobre wychodzi”.

Piłsudskiemu pomagało nie tylko górskie powietrze. W porównaniu z zaborem rosyjskim Galicja była oazą politycznej i artystycznej wolności. Rozkwitała polska literatura i teatr, wydawano zakazane w Rosji dzieła klasyki, uczono polskiej historii. Chociaż bojowników takich jak „Wiktor” niezmiernie drażnił lojalizm Galicjan, ich zapatrzenie w Wiedeń, archaiczne hierarchie życia społecznego, biurokracja i zadufanie, to nadzieję na zmianę dawała postawa młodzieży. Młodzi byli przesiąknięci atmosferą patriotyzmu, rozczytywali się w Żeromskim i Wyspiańskim, buntowali przeciw narzuconej stabilizacji, a wieści o romantycznych konspiratorach z zaboru rosyjskiego rozpalały ich wyobraźnię. Ludzi takich jak Piłsudski przyjmowano prawie jak bogów, pomimo nieufności do nich starszego pokolenia.

Z planowanych dwóch miesięcy w Zakopanem zrobiły się cztery. Piłsudski oddychał atmosferą galicyjskiej swobody i mimo ciągłych ponagleń Jędrzejowskiego, by jak najszybciej jechał do Londynu, wcale się z tym nie śpieszył. Wróciło lenistwo, jakiego zaznał dotąd jedynie w czasie syberyjskiego zesłania. „Wiktor” wiele razy udowadniał, że jest zdolny do wytężonej pracy i pełnej koncentracji nawet przez wiele miesięcy, ale gdy warunki jego życia ulegały radykalnej zmianie, przychodziło odprężenie, które przekształcało się w przemożne lenistwo i niechęć do wszelkich działań. Wtedy wszystko mu się rozłaziło i Piłsudski, z natury samotnik, najchętniej spędzał czas z dala od ludzi, a jeśli już musiał się z nimi spotykać to głównie po to, by zagrać w szachy, które uwielbiał.

W końcu jednak wyruszył do Londynu i po kilkudniowym pobycie w Katowicach oraz Poznaniu zameldował się u Jędrzejowskiego w listopadzie 1901 roku. W londyńskiej centrali PPS, na podstawie raportów i korespondencji z kraju, zyskał w końcu pełny obraz tego, co działo się pod zaborem rosyjskim po jego aresztowaniu i ucieczce. Wiele informacji było sprzecznych, ale z doniesień wynikało jednoznacznie, że problemem PPS jest nie tylko ciągłe polowanie ochrany na członków partii, ale także wyzwanie rzucone starym działaczom przez „młodych”. Nie podzielali oni wizji Piłsudskiego i jego zwolenników, by walkę o sprawiedliwość społeczną łączyć z walką o wolność i niepodległość Polski. Chociaż miał zostać w Londynie na dłużej, szybko zdecydował się na powrót. Pod koniec kwietnia 1902 roku „Wiktor” był już w Wilnie. Walka zaczynała się na nowo.


CZĘŚĆ 2 . Z Estonii do Anglii pod nosem Niemców . ORP „Orzeł”, 17 września – 14 października 1939

Mijał dziesiąty dzień wojny, a oni nie wystrzelili jeszcze ani jednej torpedy. Sześćdziesięciu zamkniętych w stalowym kadłubie mężczyzn zaczynało powoli wariować. Byli najlepszymi z najlepszych, wybranymi do służby na okręcie, który był dumą polskiej Marynarki Wojennej. Ale takiego przebiegu wydarzeń nie wyobrażali sobie w najgorszych koszmarach.

Wyłapywane z trudem przez bosmana Heńka Koteckiego sygnały Polskiego Radia Warszawa oraz strzępy komunikatów i meldunków z polskiego wybrzeża układały się w ponury obraz. Niemieckie wojska parły na stolicę ze wszystkich kierunków, bohatersko bronione Westerplatte właśnie padło, Hel jeszcze się bronił, ale Marynarka Wojenna poszła w rozsypkę. Niemieckie radio nadawało cały czas wojskowe marsze i wojskowe komunikaty, między którymi wyłowili informację o zatopieniu kolejnego polskiego okrętu podwodnego. Czy to był „Ryś”, którego dramatyczny, nadany otwartym tekstem sygnał odebrali kilka dni temu?

Jeśli tak, to powinni jak najszybciej ruszyć na poszukiwanie jakiegoś niemieckiego okrętu, by pomścić śmierć kolegów, których przecież doskonale znali. Tym czasem błąkali się bez celu koło Gotlandii, gdzie było zupełnie pusto – żadnych statków, samolotów, nic! 250 kilometrów na południe trwała wojna, ważyły się losy ich państwa, tym czasem oni zabijali czas między wachtami rżnąc w karty albo wymyślając jakieś wykwintne menu dla szefa kucharzy, mata Ignacego Świebockiego, które mógłby upichcić z konserwowego prowiantu. Na co czekali?

Problem był jeden – dowódca. 37-letni komandor podporucznik Henryk Kłoczkowski zwany „Kłoczem” od kilku dni był chory. Po wydaniu rozkazu odpłynięcia w rejon Gotlandii zamknął się w kajucie i nie było z nim kontaktu. Wpuszczał do niej tylko zaufanego bosmana, Władka Gwiaździńskiego, który donosił mu jedzenie. Statkiem formalnie dowodził zastępca, 32-letni kapitan Jan Grudziński, ale nie mógł podjąć żadnych wiążących decyzji bez zgody „Kłocza”, który cieszył się wielkim autorytetem wśród starszych oficerów.

Ten weteran walk na Dnieprze w czasie wojny z bolszewikami, absolwent francuskiej Ecole des Officiers Torpilleurs – Szkoły Oficerów Torpedowych w Tulonie, oficer na pierwszych polskich okrętach podwodnych i nauczyciel kilku roczników marynarzy był legendą polskiej marynarki. Nie bez powodu powierzono mu jej najnowocześniejszy i najgroźniejszy okręt. Jednak wśród młodszych oficerów, podoficerów i marynarzy autorytet „Kłocza” gwałtownie topniał. Nie wierzono już w jego chorobę, za to coraz częściej można było usłyszeć wypowiadane szeptem między członkami załogi słowa „dezercja”, a nawet „zdrada”. Atmosfera w mesie i na całym okręcie stała się tak napięta, że zaczęła grozić czymś dotąd niewyobrażalnym – buntem załogi. Trzeba było szybko coś zrobić…

* * *


Przybycie „Orła” do Gdyni z holenderskiej stoczni we Vlissingen stało się narodowym świętem. Całe miasto i molo zostało udekorowane biało-czerwonymi flagami, portretami prezydenta Ignacego Mościckiego, marszałka Edwarda Śmigłego-Rydza i obrazami przedstawiającymi zaślubiny Polski z morzem.

 

– Dowódca nie nadaje się do pełnienia swoich obowiązków. Przejmij dowodzenie, jesteś przecież zastępcą! Masz do tego prawo zgodnie z regulaminem! – porucznik Andrzej Piasecki nie owijał sprawy w bawełnę. Od kilku dni rozszyfrowywał z własnej inicjatywy nadawane z wybrzeża komunikaty radiowe. Jeden z nich, nadany przez radiostację z Helu, był adresowany do dowódców okrętów podwodnych. Mówił, że od tej pory mają zamienić się w „samotne wilki”, których zadaniem jest zadawanie jak największych strat nieprzyjacielowi. W przypadku wyczerpania się amunicji okręty miały przedostać się przez Bałtyk i cieśniny duńskie do Anglii, a gdyby okazało się to niemożliwe, do któregoś z portów neutralnej Szwecji.

– O, tu podają nawet namiary na Anglików – porucznik Piasecki położył papier na stoliku kapitana Grudzińskiego. „Uprzedzić radiostację Rosyth na fali 138 kilocykli i zameldować się 30 mil morskich na wschód od May Island przy Firth of Forth. Powzięcie decyzji meldować”.

– Na co czekamy? Mamy zapas paliwa i pełny zapas torped, ludzie chcą walczyć! Musisz tylko przejąć dowodzenie – namawiał Piasecki.

– Nie mogę! Dowódca wciąż jest na okręcie, żyje, każdy sąd wojenny uznał by to za bunt – odpowiedział Grudziński. Jednak z każdą godziną i on zaczynał mieć coraz więcej wątpliwości. Z „Kłoczem” działo się coś dziwnego od samego początku wojny. Pierwszego września „Orzeł” jako ostatni z okrętów podwodnych opuścił basen portu wojennego na Oksywiu z powodu… spóźnienia dowódcy. Komandor Kłoczkowski dotarł na pokład dopiero o siódmej, chociaż rozkaz wyjścia w morze przyszedł z Helu już o 5.30. Chociaż od tygodnia w Dywizjonie Okrętów Podwodnych panowała pełna gotowość bojowa, „Kłocz” nie tylko sam nocował poza okrętem, ale też pozwolił na to kilku innym członkom załogi. Niewiele brakowało, by „Orzeł” został zbombardowany w gdyńskim porcie przez niemieckie Heinkle. Wyszli w morze w ostatniej chwili, godzinę po wszystkich i do tego w pozycji nawodnej. Tylko mgła w okolicach Gdyni uratowała ich przez rozpoznaniem i zbombardowaniem przez Niemców.

To był jednak dopiero początek dziwnego ciągu zdarzeń. Od początku pobytu na okręcie „Kłocz” uskarżał się na złe samopoczucie i kłopoty żołądkowe. Pierwszą jego decyzją było wskazanie na mapie największej w okolicy 40-metrowej głębi i rozkaz położenia się na dnie. Co godzinę mieli wychodzić na głębokość peryskopową i prowadzić obserwacje. Wkrótce jednak dowódca wezwał kapitana Grudzińskiego do swojej kajuty, gdzie wręczył mu kopertę.

– To jest plan „Worek”, ściśle tajny. Proszę nie informować nikogo z załogi – zażądał „Kłocz”.

„ORP »Orzeł« ma operować w sektorze wewnętrznym w Zatoce Gdańskiej na zachód od linii: stara latarnia w Jastarni – ujście Martwej Wisły. Sektor przewidziany do ładowania baterii znajduje się przy boi Depki…” – kapitan Grudziński czytał z coraz większym zdumieniem. Z rozkazu, który wydał dowódca Dywizjonu OP, komandor porucznik Aleksander Mohuczy wynikało, że największy polski okręt podwodny ma znaleźć się w jednym z najpłytszych sektorów, a do tego ma pełnić zadania typowo defensywne! To był absurd, który przekreślał ich największe atuty w walce. Mieli przecież na pokładzie zapas paliwa, torped, amunicji, żywności i leków wystarczający do prowadzenia samodzielnej walki na morzu przez 42 dni. Zadaniem takich okrętów jak „Orzeł” było śledzenie okrętów nieprzyjaciela na otwartych wodach, wykonywanie skrytych podejść i atak z zaskoczenia. Tymczasem wyznaczono im rolę „ciecia” chowającego się gdzieś na płyciźnie i pilnującego, czy jakieś niemieckie okręty nie podchodzą w stronę Helu. Mieli być główną siłą uderzeniową, a stali się odwodem, prawdziwymi tyłami …

Jeszcze bardziej niż sam plan „Worek” dziwiła jednak Grudzińskiego decyzja „Kłocza”, by nie ujawniać jego treści innym oficerom. Co to miało oznaczać? Kapitan zaczął wątpić w swojego dowódcę już wtedy, gdy ten spóźnił się na okręt w momencie wybuchu wojny. Dlatego po raz pierwszy postanowił zignorować polecenie. Pierwszy, z którym podzielił się szokującą wiedzą, był Andrzej Piasecki. Porucznik nie ukrywał swojego zdumienia.

– Plan zakłada, że Niemcy uderzą z morza na Hel i sami wejdą nam pod rury. A co, jeśli nie uderzą? Będziemy czekali przy brzegu w nieskończoność, zamiast samemu ich poszukać? – pytał Piasecki.


Kiedy budowano „Orła” w Holandii i „Kłocz” tam pojechał, miał aferę z jakąś prostytutką. Może Niemcy zaczęli go szantażować, a on dał się zwerbować?

Pierwszy dzień wojny przeleżeli bezczynnie na dnie. W nocy wynurzyli się w okolicy Pucka, by naładować akumulatory. Szansa na wielką zdobycz pojawiła się następnego dnia. Dowództwo Dywizjonu OP uzyskało wówczas informację, że pancernik „Schleswig Holstein”, który ostrzeliwał Westerplatte i którego salwy rozpoczęły wojnę, ma wyjść z kanału portowego w Gdańsku na wody zatoki i rozpocząć ostrzał polskich pozycji na Helu. Rozkaz, by „Orzeł” podszedł pod Gdańsk, został jednak przez dowódcę zignorowany. W rozmowie z oficerami „Kłocz” stwierdził, że w wyznaczonym rejonie jest zbyt płytko, a sama depesza jest częściowo niezrozumiała.

3 września znów siedzieli na dnie, tymczasem na powierzchni trwała krwawa bitwa. Niemcy robili naloty na port w Gdyni i na Hel, gdzie nierówną walkę z niemieckimi niszczycielami i samolotami prowadziły kontrtorpedowiec „Wicher” i stawiacz min „Gryf”. W końcu zatonęły; zginęli dowódcy, oficerowie, marynarze – ich koledzy. To wtedy odebrali rozpaczliwy sygnał z „Rysia”: „Jestem osaczony, wzywam pomocy!”. Dowódca nie zrobił jednak nic. Do kuriozalnej sytuacji doszło w nocy, gdy „Orzeł” po wynurzeniu spotkał „Wilka”. Stanęły burta przy burcie, a komandor Kłoczkowski spotkał się z dowódcą drugiego okrętu, kapitanem Krawczykiem. Świadkiem tej rozmowy był kapitan Grudziński.

Dowódca „Wilka” opowiadał o nieudanym ataku na kontrtorpedowiec, stawianiu zapór minowych i niemieckich atakach bombami głębinowymi. „Kłocz” milczał, ale widać było rosnącą w nim irytację.


Komandor postanowił opuścić rejon walk w tajemnicy zarówno przed dowództwem, jak i własną załogą oraz kolegami z innych okrętów. Pierwszym człowiekiem, z którym Grudziński podzielił się tą informacją, był por. Piasecki (na zdjęciu).

– Ja w tym bajorku dłużej siedzieć nie będę. Niech pan dobrze uważa, kapitanie, bo bez doświadczenia można łatwo wpaść. A poza tym ma pan słabych oficerów… – rzucił na pożegnanie. Krawczyk tylko popatrzył zdumiony.

Grudziński był w szoku. Jak coś takiego można było powiedzieć dowódcy okrętu, który brał udział w walce, podczas gdy oni przeleżeli ten czas na dnie, nie widząc żadnych okrętów nieprzyjaciela, z wyjątkiem dwóch małych ścigaczy i to daleko? Krawczyk był jego kolegą z tego samego rocznika podchorążówki, dobrym oficerem i odważnym dowódcą. Czy „Kłocz” zwariował? I co miały znaczyć jego słowa „ja w tym bajorku dłużej siedzieć nie będę”?

To akurat miało wyjaśnić się szybko. 4 września „Orzeł” został zaatakowany bombami przez niemiecki samolot i resztę dnia przeleżał na dnie. Wtedy właśnie „Kłocz” po raz kolejny zawołał Grudzińskiego do swojej kajuty. Wyjął mapę i nakreślił na niej niemal prostą linię na północ.

– Pójdziemy tędy – powiedział. Grudziński patrzył z niedowierzaniem. Mieli wyjść z rejonu działań bojowych i skierować się pod Gotlandię. Jeszcze bardziej zdumiały go kolejne słowa dowódcy.

– Przy wyjściu z zatoki trzeba uważać, bo to sektor „Wilka”, pójdziemy więc w zanurzeniu. I żadnych meldunków do dowództwa o zmianie sektora dozoru. Jak będzie potrzebny, to powiem. I jeszcze jedno, ja takiego rozkazu panu nie wydałem. No przecież pod Gotlandią na pewno kręcą się całe stada niemieckich okrętów… – dodał na koniec komandor tonem niemalże usprawiedliwienia, co nigdy mu się nie zdarzało.