100 rzeczy, których nie wiesz o swoim cieleTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Andrzej Fedorowicz, 2020

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz

Redaktor prowadzący

Adrian Markowski

Redakcja

Kinga Szafruga

Korekta

Sylwia Kozak-Śmiech

Maciej Korbasiński

Konsultacja naukowa

Adam Tuz

ISBN 978-83-8097-535-4

Warszawa 2020

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

ROZDZIAŁ 1

Genitalia i seks

Co jest szybsze – mężczyzna czy plemnik?

Zdecydowanie plemnik – w momencie wytrysku osiąga prędkość nawet 45 kilometrów na godzinę. Dla porównania: najlepszy sprinter świata Usain Bolt na „setkę” przebiegał zaledwie 44 kilometry na godzinę. Rekordzistą w sile wytrysku jest niejaki Horst Schultz z USA, którego sperma poszybowała w „wolnym locie” na odległość aż 5,71 metra.

Po dostaniu się plemników do pochwy ich prędkość oczywiście spada, ale nadal jest imponująca. Przez drogi rodne kobiety nasienie przemieszcza się z prędkością około 18 kilometrów na godzinę, pokonując pod drodze wiele przeszkód i niebezpieczeństw. W czasie podróży do miejsca, gdzie czeka komórka jajowa gotowa do zapłodnienia, plemniki muszą przetrwać w kwaśnym środowisku pochwy, wytrzymać atak białych krwinek oraz przeniknąć barierę śluzu. Nic dziwnego, że ten morderczy rajd mogą wygrać tylko najlepsi.

Ilu zawodników bierze udział w tych ekstremalnych zawodach? Różnice w ilości nasienia uwalnianego w czasie orgazmu są duże. Zwykle jest to pomiędzy 1,5 a 5 mililitrów, chociaż odnotowany w 1954 roku rekord wynosił aż 15 mililitrów spermy. Średnia na poziomie 3,2 mililitra oznacza, że do pochwy kobiety dostaje się około 300 milionów plemników. Jednak tylko nieliczne mają szansę przeżyć i dotrzeć do mety.

Idealny plemnik zwycięzca powinien być młody, szybki, z jedną główką oraz jedną witką, nie za duży, ale też nie za mały. Forma zawodników zależy od wielu rzeczy. Najlepsze nasienie mają 20-letni mężczyźni. Potem z każdym rokiem ruchliwość plemników maleje o 0,7 procent. Ich kondycję może dodatkowo pogorszyć palenie papierosów, nadwaga, stres, noszenie zbyt ciasnych ubrań, spożywanie dużych ilości kofeiny i alkoholu, a także trzymanie w kieszeni spodni telefonu komórkowego. Plemniki szczególnie nie lubią wysokich temperatur i przegrzewania okolic jąder. Z tego też powodu najwięcej jest ich w spermie zimą, a najmniej – latem.

Plemniki, jak wszyscy sportowcy, lubią, kiedy ich producent/właściciel dba o zdrowie, dobrze się odżywia i zażywa ruchu. Wysiłek fizyczny podnosi bowiem poziom testosteronu i zwiększa wrażliwość na insulinę, a obydwa te hormony są kluczowe dla liczby plemników w spermie oraz ich kondycji. Liczy się też dieta bogata w aminokwasy i witaminę C, rośliny strączkowe, orzechy, ziarna zbóż i zielone warzywa. Kluczowy jest jednak regularny seks – zbyt długa abstynencja może doprowadzić do tak zwanego stresu oksydacyjnego i szybkiego starzenia się plemników. Natura zadbała o regularną wymianę „starych” plemników na „młode”. Według statystyk mężczyźni masturbują się przeciętnie 12 razy w miesiącu, tracąc w ten sposób nawet kilka miliardów plemników, mają też niekontrolowane nocne wytryski.

Przeciętny czas życia zawodnika to 48 godzin, chociaż w sprzyjających warunkach – na przykład w śluzie szyjki macicy – zdrowe plemniki mogą przeżyć nawet 5–7 dni, czekając na owulację. Dopiero wówczas, gdy w macicy pojawi się komórka jajowa, ruszają do ostatniego etapu wyścigu. Oznacza to, że kobieta może zajść w ciążę, nawet jeśli miała stosunek na tydzień przed owulacją.

Dlaczego mężczyźni nie mają kości prącia?

Pytanie o tyle zasadne, że ma ją większość naszych zwierzęcych przodków, w tym małpy człekokształtne. Kość prącia, zwana bakulum, nie jest połączona z resztą szkieletu, zwisa wewnątrz prącia i w czasie wzwodu dodatkowo usztywnia je, ułatwiając i wydłużając stosunek seksualny. U morsów bakulum ma ponad pół metra długości, czyli jedną szóstą długości ciała samca. U wielorybów mierzy prawie metr. U lemurów ma zaledwie 2 centymetry, a u szympansów bonobo jedynie 8 milimetrów, ale to zawsze coś. Jednak mężczyźni gatunku Homo sapiens zostali pozbawieni tego wspomagacza. Dlaczego?

Jest wiele teorii dotyczących zaniknięcia bakulum. Jedna z nich mówi, że kość ta jest typowa dla gatunków, które nie łączą się w monogamiczne pary i wśród których cały czas trwa rywalizacja o samice. Tak jest w przypadku morsa, któremu bakulum umożliwia szybkie dostanie się do pochwy samicy i odbycie z nią stosunku na tyle długiego, by zniechęcić rywali i jednocześnie mieć pewność, że to właśnie jego sperma doprowadzi do zapłodnienia.

Akt seksualny u morsów trwa rzeczywiście dość długo, bo ponad 3 minuty – średnio o minutę dłużej niż u ludzi. Jednak samcom szympansów bonobo, które też mają bakulum, seks zajmuje jedynie 15 sekund. Poza tym u koni też nie występuje bakulum w penisach, mimo że nie są monogamiczne. Wręcz przeciwnie – jeden dziki ogier może mieć w swoim stadzie nawet kilkadziesiąt samic. Może więc bliższa prawdy jest teoria mówiąca, że brak tej kości to wynik ewolucji dającej większe szanse rozmnażania się zdrowszym mężczyznom?

Ludzki penis w momencie wzwodu nie może liczyć na wsparcie w postaci twardej kości. To czysta hydraulika, w której główną rolę odgrywa krew tętnicza i tak zwane ciała jamiste. Tworzą one skomplikowany układ zatok sterowanych przez impulsy nerwowe. W momencie podniecenia seksualnego z głębszych warstw skóry prącia wydziela się zmagazynowany w nich tlenek azotu, który rozszerza naczynia krwionośne (ten sam mechanizm powoduje rozszerzanie się naczyń krwionośnych w skórze pod wpływem promieni ultrafioletowych).

Napływająca przez nie krew wypełnia zatoki ciał jamistych, które stają się na tyle duże i twarde, że blokują żyły odprowadzające krew. W ten sposób uwięziona w prąciu krew powoduje jego powiększanie i sztywnienie. Pełna erekcja penisa wymaga około 130 mililitrów krwi napływającej w szybkim tempie. Z tego też powodu małe naczynia krwionośne w prąciu w czasie wzwodu powinny nawet dwukrotnie powiększyć swoją średnicę, a ciśnienie w ciałach jamistych przekracza 150 mm Hg, czyli jest sporo wyższe niż ciśnienie w tętnicach (chociaż i ono w takich sytuacjach zwykle rośnie).

Żeby tak się stało, musi bardzo sprawnie zadziałać zarówno układ krwionośny i serce, jak również układ nerwowy. To właśnie legło u podstaw teorii stworzonej przez zoologa Richarda Dawkinsa. Według niej zniknięcie bakulum jest wynikiem selekcji męskich osobników dokonanej przez kobiety. Miały one bowiem wybierać na partnerów seksualnych facetów bez kości w penisie, którzy erekcję osiągali wyłącznie dzięki fizyce cieczy. Z jednej strony miało to zapewnić lepszą jakość seksu i poprzedzającej go gry wstępnej – taki facet po prostu potrzebował dłuższej zabawy w łóżku (czy też na legowisku). Z drugiej strony dawało to pewność, że tak wyposażony samiec jest zdrowy, przekaże więc potomstwu dobre geny.

Jednak i ta teoria ma sporo luk. Okazuje się, że samice wielu gatunków zwierząt mają żeński odpowiednik bakulum w postaci kości łechtaczki. Nazywa się ona os clitoridis lub baubellum i do dziś stanowi zagadkę i przedmiot licznych spekulacji. Według niektórych naukowców zarówno bakulum, jak i baubellum są pozostałościami z czasów, gdy ciała męskich i żeńskich osobników tych samych gatunków nie były aż tak zróżnicowane jak obecnie. Kość łechtaczki u samic zwierząt byłaby więc odpowiednikiem sutków u samców – czymś zupełnie niepotrzebnym, ale powstającym na pewnym etapie życia płodu jako wynik wspólnego żeńsko-męskiego programu rozwojowego, który dopiero później, pod wpływem hormonów, zaczyna się wyraźnie różnicować na którąś z dwóch płci. I chociaż wielu facetów zapewne myśli z żalem o utraconym bakulum, pocieszeniem niech będzie dla nich świadomość, że to właśnie dzięki brakowi tej kości mogą czuć się bardziej męscy niż samce szympansów czy lemurów.

Po co ludziom owłosienie łonowe?

To rzeczywiście jeden z najbardziej niezwykłych wybryków natury. Podczas gdy większość zwierząt ma owłosione ciała i nagie okolice genitaliów, u ludzi jest odwrotnie. Jaki to ma sens?

Jedna z teorii mówi, że włosy łonowe są naturalną poduszką dla narządów płciowych – zmniejszają tarcie skóry podczas seksu i zapobiegają zranieniom. Inna hipoteza zakłada, że stanowią one barierę zapobiegającą przedostawaniu się do genitaliów bakterii i pasożytów, a także niektórych chorób przenoszonych drogą płciową, takich jak opryszczka, HPV czy rzeżączka. Miałoby to sens, gdyby nie fakt, że właśnie włosy łonowe zdaniem wielu lekarzy same w sobie mogą stać się siedliskiem brudu i bakterii.

Może więc prawdziwa jest teoria mówiąca, że są one oznaką atrakcyjności seksualnej? Owłosienie łonowe rzeczywiście stanowi sygnał osiągnięcia dojrzałości płciowej. W wielu regionach świata traktuje się je też jako oznakę płodności i przypisuje temu tak duże znaczenie, że wykonywane są przeszczepy włosów w okolicach genitaliów, a w sklepach można kupić specjalne kosmetyki do ich pielęgnacji. W większości krajów jednak owłosienie łonowe – podobnie jak włosy pod pachami – jest traktowane jako dyskomfort estetyczny. Usuwa się je, a skrajną postacią tych zabiegów jest tak zwana brazylijska depilacja polegająca na całkowitym usunięciu za pomocą wosku owłosienia z łona, pośladków, warg sromowych oraz okolic odbytu.

Takie traktowanie owłosienia łonowego to jednak dość nowe podejście wynikające z rozpowszechnienia się kostiumów typu bikini. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu nie był to wielki problem. Tym bardziej, że włosy łonowe nie rosną tak jak na innych częściach ciała. Ich długość życia to zwykle kilka tygodni, nikomu więc nie grozi to, że wyhoduje sobie w tym miejscu grzywkę czy warkoczyk. Włosy łonowe mają też specyficzny kształt – często są kręcone, nawet u ludzi, którzy mają na głowach zupełnie proste owłosienie. To dało początek kolejnej teorii mówiącej, że stanowią one po prostu siedlisko naszych naturalnych feromonów.

 

Człowiek, jak wiadomo, jest głównie wzrokowcem, co nie zmienia faktu, że pewne zapachy mogą działać na nas podprogowo. Naturalna woń ciała informuje bowiem o stanie zdrowia, jak i podnieceniu oraz gotowości seksualnej. Kręcony, eliptyczny kształt włosów łonowych nadaje im większą powierzchnię, mógłby więc służyć przechowaniu większej ilości feromonów. Wydaje się jednak, że ten sposób wabienia partnera byłby dziś mało skuteczny.

Penis penisowi nierówny

Mało która część męskiego ciała wykazuje takie zróżnicowanie jak penisy. Chodzi nie tylko o długość, lecz także kształt, grubość, zdolność powiększania się oraz kąt i kierunek erekcji. Przeciętnie męskie prącie ma w zwisie około 9 centymetrów. W czasie wzwodu 86 procent mężczyzn osiąga erekcję od 13 do 18 centymetrów. Bywają oczywiście wyjątki. Najkrótszy zmierzony przez badaczy penis mierzył zaledwie 1,3 centymetra. Najdłuższy należy do urodzonego w 1970 roku Jonaha Cardelego Falcona z USA. W stanie spoczynku jego prącie mierzy 24 centymetry, a we wzwodzie – 34,3 centymetra.

Jednak tylko 6 procent światowej populacji mężczyzn potrzebuje prezerwatyw w rozmiarze XL. W skali globalnej statystycznie najdłuższe penisy w czasie wzwodu mają mieszkańcy Republiki Konga – średnia to 18 centymetrów. Najkrótsze Koreańczycy – niespełna 10 centymetrów. Sześciu na tysiąc mężczyzn dotyka też przypadłość zwana mikropenisem. Naukowcy mówią o niej, gdy prącie w stanie wzwodu mierzy mniej niż 7 centymetrów.

W sumie jednak spośród ssaków naczelnych ludzki penis jest największy, i to zarówno w wielkościach bezwzględnych, jak i w proporcjach do wielkości ciała. Nawet panowie z „małym” nie powinni wpadać w kompleksy, jeśli weźmie się pod uwagę, że supermęski goryl ma prącie o długości zaledwie 4 centymetrów. Nawet u szympansa jest ono dłuższe… A ponadto to, co widzimy na zewnątrz, stanowi tylko połowę penisa. Druga znajduje się w ciele, a jej koniec jest przymocowany do kości łonowej. Z tego powodu cały penis w czasie erekcji przybiera kształt bumerangu.

Prącie rośnie do około dwudziestego roku życia. Naukowcy nie stwierdzili jednak żadnego związku pomiędzy długością wiotkiego penisa a jego rozmiarem w czasie erekcji. 79 procent mężczyzn ma w stanie spoczynku dość małe prącie, które może jednak przybrać imponujące rozmiary. Z kolei 21 procent ma długi „zwis”, który w czasie erekcji powiększa się tylko nieznacznie. Statystycznie mały penis w czasie wzwodu powiększa się o 86 procent, duży tylko o 47 procent.

Bardzo indywidualną sprawą są też kąty, pod jakimi penis staje w czasie wzwodu. U jednego na dwudziestu mężczyzn jest to pozycja „na baczność”, czyli do góry, z ewentualnym odchyleniem do 30 stopni od pionu. Jeden na dziesięciu mężczyzn ma erekcję „do przodu”, czyli z penisem stojącym pod kątem prostym do reszty ciała. Najwięcej, bo ponad 60 procent, ma wzwody lekko w górę od tej pozycji, a niespełna 25 procent – lekko w dół. Zdarzają się jednak wzwody pionowo w dół i nie jest to uważane za dysfunkcję.

W przypadku penisów trudno więc mówić o jakiejś normie dotyczącej długości czy pozycji we wzwodzie. Podobnie rzecz się ma z kształtem. Bardzo niewiele penisów jest prostych – większość ma zgięcie w którymś z czterech kierunków. Nawet skrzywienie o 30 stopni, przypominające drogowy znak „ostry zakręt”, uważa się za normalne. Kobietom ta różnorodność najwyraźniej nie przeszkadza, skoro według statystyk aż 85 procent pań jest zadowolonych z wielkości i kształtu penisów swoich partnerów. Dla porównania – tylko 55 procent panów odczuwa pełną satysfakcję z wyglądu swojego „przyjaciela”.

Czy można złamać penisa?

Cóż, niestety tak. Aby utrzymać formę, penis musi mieć regularne erekcje. Bez tego jego tkanka może stać się mniej elastyczna i skurczyć nawet o 2 centymetry. Na szczęście mózg uruchamia regularnie funkcję „automatycznej konserwacji penisa” w czasie snu, a szczególnie podczas fazy REM. Co ciekawe, uaktywnia się ona już w czasie życia płodowego. Nawet robione tuż przed porodem badania USG pokazują dzieci z całkowicie uformowaną erekcją, a wielu chłopców wychodzi z macicy matki z członkiem w stanie wzwodu.

Większość mężczyzn ma od 3 do 9 erekcji w ciągu nocy, począwszy od życia płodowego. Jako przyczynę naukowcy wskazują wyłączenie w głębokiej fazie snu komórek wytwarzających noradrenalinę w pniu mózgu, czyli jego najstarszej części. Oznacza to, że w pełni zrelaksowany umysł sam uruchamia mechanizmy prowadzące do powstania erekcji. Niezależnie od przyczyny tego zjawiska, stanowi ono niezłe narzędzie diagnostyczne. Jeśli bowiem mężczyzna osiąga erekcję we śnie, a nie może jej mieć w ciągu dnia, oznacza to, że jego problem ze wzwodem ma charakter nie fizyczny, a psychiczny.

Niestety, to właśnie nocne erekcje są często przyczyną złamań penisa. Zdarza się to mężczyznom, którzy wypadli z łóżek, mając prącie w stanie wzwodu. Chociaż penis jest pozbawiony kości, która mogłaby się złamać, pod wpływem uderzenia dochodzi czasem do rozerwania włóknistej powłoki ciał jamistych wypełniających się krwią w czasie erekcji. Takiemu złamaniu towarzyszy trzask, intensywny ból, obrzęk oraz – co nie powinno dziwić – nagłe zwiotczenie prącia. Na szczęście zdarza się to dość rzadko i przy odpowiednim leczeniu powraca pełna funkcjonalność narządu.

Złamanie prącia częściej niż przy upadku z łóżka następuje w czasie ostrego seksu, szczególnie gdy kobieta jest na górze. Jak wynika z badań, najbardziej niebezpieczna dla mężczyzn jest pozycja „na jeźdźca”.

Przeciętnie mężczyzna ma erekcję 11 razy w ciągu doby. Daje to imponującą liczbę ponad 4 tysięcy wzwodów rocznie. W ciągu całego życia może to być nawet kilkaset tysięcy, biorąc pod uwagę również te z okresu dzieciństwa. Oczywiście nie każda erekcja, nawet po osiągnięciu dojrzałości płciowej, kończy się wytryskiem. Takich jest stosunkowo niewiele – średnio 7200 w ciągu całego życia.

Co ciekawe, erekcję można mieć także po śmierci. Najczęściej występuje ona u mężczyzn, którzy zmarli na skutek powieszenia. Naukowcy uważają, że może to być spowodowane naciskiem wywieranym na móżdżek. U powieszonych mężczyzn w jednym przypadku na trzy następuje bardziej lub mniej całkowita erekcja penisa oraz uwolnienie moczu, śluzu lub spermy. Do podobnych skutków mogą doprowadzić również rany postrzałowe w mózg, uszkodzenie głównych naczyń krwionośnych lub nagła śmierć przez otrucie. Z punktu widzenia medycyny sądowej pośmiertny wzwód jest dowodem, że śmierć była gwałtowna. Ma on nawet swoją poetycką nazwę – „żądza anioła”.

Jak długo może trwać erekcja?

Nawet kilka dni, ale nie jest to bynajmniej oznaka zdrowia. Wręcz przeciwnie – wzwód trwający dłużej niż cztery godziny non stop i niezwiązany z podnieceniem seksualnym uważany jest za objaw chorobowy zwany priapizmem. Termin pochodzi od greckiego bożka płodności i pożądania, Priapa, który na rzeźbach i malowidłach przedstawiany jest z wielkim członkiem w stanie ciągłej erekcji. Statystycznie priapizm dotyka niespełna jednego mężczyznę na 100 tysięcy, ale to wystarczy, by w samych Stanach Zjednoczonych trafiało z jego powodu do szpitali ponad 8 tysięcy facetów rocznie.

Priapizm bowiem nie tylko powoduje ból, ale grozi trwałym uszkodzeniem prącia, a nawet koniecznością jego amputacji. Dzieje się tak dlatego, że uwięziona w ciałach jamistych krew zaczyna tracić tlen i po prostu się psuje, co grozi gangreną. Dlatego leczenie priapizmu polega przede wszystkim na usunięciu strzykawką nadmiaru starej krwi. Czasem wstrzykuje się w jej miejsce sól fizjologiczną, którą po „przepłukaniu” ciał jamistych się usuwa.

Gdy ta metoda nie pomaga, stosowane są leki i zabiegi chirurgiczne polegające na nakłuciu żołędzi prącia, by krew mogła z niego odpływać. Zabieg nie należy więc do przyjemnych, ale niestety wielu mężczyzn funduje go sobie na własne życzenie, biorąc zbyt duże dawki środków na potencję. Skutkiem są erekcje trwające nawet ponad 48 godzin, które ostatecznie kończą się w szpitalu.

Wspomagacze w rodzaju viagry to jednak niejedyna przyczyna priapizmu. Chorobliwie długą erekcję powodują też leki przeciw nadciśnieniu, antydepresyjne, zmniejszające krzepliwość krwi (heparyna), a także alkohol, kokaina oraz ukąszenie przez jednego z najbardziej jadowitych pająków świata, wałęsaka brazylijskiego. Z tego powodu zawarta w jego jadzie toksyna Tx2-6 jest badana pod kątem stworzenia nowego leku na potencję.

Jaką długość ma pochwa?

Zwykle jest to od 6 do 8 centymetrów, ale zdarzają się waginy o długości nawet 14 centymetrów. Co więcej, pochwa może się rozciągać ponaddwukrotnie, co ma miejsce w czasie stosunku seksualnego i tym bardziej w czasie porodu. Jest to możliwe dzięki wewnętrznym fałdom, które powodują, że ginekolodzy porównują czasem ten narząd do zakładanej na stopę skarpety. Istnieje też wiele bardziej poetyckich określeń. W sumie wagina, część ludzkiego ciała wzbudzająca największe emocje, doczekała się w każdym języku co najmniej kilkuset przydomków.

Chociaż pochwa jest jednym z najczęściej badanych narządów, wciąż pozostaje tajemnicą. Naukowcy nadal dyskutują, do czego służy znajdująca się 1–1,5 centymetra od wejścia do niej błona dziewicza, czyli hymen. Według jednej z teorii to po prostu relikt z okresu życia płodowego. Amerykańscy badacze zwrócili jednak uwagę na znaczenie hymenu w ewolucyjnej selekcji facetów. Ponieważ członek u praczłowieka był znacznie mniejszy i cieńszy niż u współczesnego Homo sapiens, z błoną dziewiczą mógł sobie poradzić tylko osobnik z wyjątkowo sprawnym penisem. Byłaby więc ona swego rodzaju próbą wytrzymałości, którą mógł zdać tylko dobry samiec, wprowadzając w nagrodę swoje nasienie do waginy.

Kolejną zagadką pochwy jest tak zwany punkt G, czyli punkt Gräfenberga, uważany za jedną z najbardziej wrażliwych stref erogennych ciała kobiety. Ma on znajdować się w przedniej ścianie pochwy, około 5 centymetrów od jej wejścia, a jego stymulacja ma prowadzić do głębokiego, pochwowego orgazmu. Niemiecki lekarz Ernst Gräfenberg podał nawet wymiary tego punktu – 1,5 na 2 centymetry. Problem w tym, że chociaż od opisania punktu G minęło ponad 60 lat, nikt jednoznacznie nie potwierdził, że w ogóle on istnieje. Wielu naukowców uznaje więc tezę Gräfenberga za mit medyczny, inni z kolei twierdzą, że punkt G występuje tylko u niektórych kobiet.

Faktem jest, że orgazm pochwowy przeżywa jedynie co trzecia kobieta. Niektórzy lekarze twierdzą jednak, że jest to po prostu głęboki orgazm łechtaczki. Inni z kolei wyrażają opinię, że orgazmy pochwowe i łechtaczkowe są zupełnie inne i aktywują różne części mózgu.

Jedna na mniej więcej 7 tysięcy kobiet rodzi się bez pochwy, ale są też takie, które natura obdarowała aż dwiema. Znany jest opis przypadku kobiety, która miała dwie waginy z dwiema szyjkami macicy. Jej mąż mówił, że seks z nią jest jak seks z dwiema różnymi partnerkami.

Poza różnicami w wielkości, każda wagina ma też swój specyficzny zapach. Może on zmieniać się o różnych porach dnia. Po kąpieli pochwa może w ogóle nie mieć zapachu, po ćwiczeniach fizycznych pachnie mocniej piżmem z gruczołów potowych, a w czasie miesiączki – żelazem. Najmniej pożądany rybi zapach związany jest z bakteryjnym zapaleniem pochwy, połączonym czasem z pieczeniem i swędzeniem.

Według jednej z teorii wiąże się to z brakiem równowagi bakteryjnej. Każda wagina ma bowiem własną mikroflorę dbającą o jej dobry stan, a naruszenie jej może spowodować infekcje wywołane przez drożdże i niebezpieczne mikroby. Pochwa jest bowiem samoczyszczącym się organem, o pH około 4, które jest naturalną ochroną przed zakażeniami. Wydzielina z waginy pojawiająca się w ilości 1,5–2 gramów w ciągu ośmiu godzin zawiera słoną wodę, śluz, stare komórki ścian pochwy i „zdrowe” bakterie Lactobacillus acidophilus i stanowi metodę naturalnego oczyszczania. Lekarze nie zachęcają więc do płukania waginy, radzą natomiast unikać rajstop i obcis­łych dżinsów, częściej chodzić bez majtek i przestrzegać zdrowej diety.