Samobójstwo EuropyTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Druga co do liczebności, a pierwsza pod względem jakości była armia Rzeszy. Jej wodzem naczelnym w czasie wojny i pokoju był cesarz i to jemu żołnierze przysięgali wierność. Niemcy stanowili 90 procent jej składu osobowego, a około 10 procent mniejszości narodowe: Polacy, francuscy Alzatczycy i Lotaryńczycy, Duńczycy, Serbołużyczanie. Oficerami byli prawie wyłącznie Niemcy, najczęściej protestanci, gdyż do katolików miano mniejsze zaufanie. Nie wierzono też Żydom, których w Rzeszy mieszkało wówczas około sześciuset tysięcy, i trudno ich było szukać wśród oficerów. W 1900 roku synowie szlacheckich junkrów przeważali w składzie korpusu oficerskiego kawalerii, stanowiąc 87 procent, w piechocie liczyli oni 48 procent, a w artylerii 41 procent. W kolejnych latach proporcje te zmieniały się na niekorzyść szlachty. W 1900 roku w sztabie było 63 procent oficerów pochodzenia szlacheckiego, a już trzynaście lat później – 40 procent. Zatem nie tylko w armii rosyjskiej, lecz także w niemieckiej malał – co zrozumiałe – procentowy udział synów szlacheckich, natomiast liczba oficerów z „von” przed nazwiskiem zmniejszała się wolniej, a to na skutek nadawania szlachectwa za zasługi oficerom wyższych szarż. Zgodnie z tradycjami pruskiego militaryzmu oficerowie mieli wyjątkową pozycję w państwie, stanowiąc w istocie odrębną kastę, obdarzoną specjalnymi przywilejami. W żadnym innym kraju, nawet w Rosji, oficerowie nie mieli tak silnej pozycji jak w Rzeszy. „Żołnierz i armia, nie większość parlamentarna i ich decyzje spoiły cesarstwo. W armii pokładam ufność” – mówił kajzer Wilhelm II w 1891 roku. Oficerów zawodowych było trzydzieści tysięcy, w rezerwie pozostawało sto dwadzieścia tysięcy. Osoba ubiegająca się o status oficera rezerwy musiała spełnić określone kryteria: pozostać w armii jeszcze dodatkowo rok oraz zdać trudny egzamin. Dzięki temu między innymi przygotowanie oficerów rezerwy do służby było doskonałe. Armia była zdyscyplinowana i cechowało ją surowe przestrzeganie zasad hierarchii. „Niemcy, a w szczególności Prusacy uwielbiają mieć zwierzchnika. Oddychają pełną piersią, gdy mają sposobność do trzaskania obcasami i całowania ręki” – notowała w 1913 roku wspomniana już Daisy von Pless. Choć każdy żołnierz znał swoje miejsce w szeregu, to jednocześnie potrafił się wykazać samodzielnością na polu walki. Systematyczne szkolenia w zakresie strategii, taktyki i logistyki sprawiały, że umiał szybko i bezbłędnie wypełniać polecenia zwierzchników. „Armia niemiecka wyglądała bardzo korzystnie, jednolita, bogata, świetnie zorganizowana. Stąd podziw dla niej i entuzjazm” – pisała Matylda Sapieżyna. Na wojska Rzeszy składały się cztery oddzielne armie: najliczniejsza pruska oraz saska, wirtemberska i bawarska. Ta ostatnia miała nawet własny sztab generalny. W każdej z nich służba trwała dwa lata, a w kawalerii i artylerii trzy lata. Opuszczający armię żołnierze pozostawali do dyspozycji dowództwa do czterdziestego roku życia jako żołnierze Landwehry. W 1913 roku decyzją Reichstagu Niemcy podnieśli budżet wojskowy, dzięki czemu zwiększyli liczebność armii o 120 tysięcy – do 820 tysięcy żołnierzy w czasie pokoju. Moltke zabiegał nawet o zwiększenie tego stanu do 920 tysięcy, ale jego propozycja została odrzucona przez polityków.

Znacznie mniejszym potencjałem dysponowała armia Austro-Węgier. Jej budżet w porównaniu do rosyjskiego czy niemieckiego był skromny. W 1913 roku zwiększyła swoją liczebność o 25 tysięcy – do 436 tysięcy. Poborowi byli rekrutowani do pułków stacjonujących na terytorium ich zamieszkania. Polaków wcielano zatem do jednostek zlokalizowanych na polskim terytorium etnicznym, czyli w Galicji, podobnie jak Chorwatów czy Słowaków – na obszarach przez nich zamieszkanych. Wyjątkiem były jednostki artylerii formowane według kryterium wykształcenia. Brak środków finansowych potrzebnych na dalsze szkolenia powodował, że większość poborowych wracała po odbyciu służby wojskowej do domu. Na skutek tego Austro-Węgry miały stosunkowo skromne rezerwy wykwalifikowanych żołnierzy, znacznie mniejsze niż Niemcy czy Francja. Armią dowodziło dwadzieścia osiem tysięcy oficerów, absolwentów trzech wyższych szkół wojskowych. Korpus oficerski zdominowali cieszący się największym zaufaniem władz Niemcy austriaccy, którzy stanowili około 76 procent. Węgrów było nieco ponad 10 procent, Czechów 5,2 procent, Polaków 2,7 procent. Najmniejsze reprezentacje w armii miały młode narody, jak Słowacy czy Ukraińcy. Ukraińcy/Rusini mieli jedynie stu dwóch oficerów, co dawało 0,3 procent ich całkowitej liczby. Natomiast wśród żołnierzy proporcje odpowiadały procentowemu udziałowi danego narodu wśród ogółu ludności monarchii. Przypomnijmy, że statystyki austriackie nie uwzględniały narodowości żydowskiej. I tak w 1913 roku w c.k. armii Niemcy stanowili 26,7 procent, Węgrzy 22,3 procent, Czesi 13,5 procent, Polacy 8,5 procent, Ukraińcy 8,1 procent, Chorwaci i Serbowie 6,7 procent, Rumuni 6,4 procent, Słowacy 3,8 procent, Słoweńcy 2,6 procent, a Włosi 1,4 procent.

Oficerowie, niezależnie od narodowości, uformowani byli – jak powiadano – na czarno-żółtych patriotów, lojalnych wobec dynastii i państwa. Sprzyjały temu ich kastowa obyczajowość, przyznane im przywileje oraz identyfikacja z dziedzictwem habsburskim i osobą cesarza. Podobnie żołnierze, choć reprezentowali różne narody i różne kwestie leżały w ich interesie, zasadniczo byli posłuszni, zdyscyplinowani i lojalni. Odczuwali dumę wynikającą z faktu przynależności do cesarskiej armii. Opinia ta dotyczy także polskich żołnierzy i oficerów.

Apel w Terezjańskiej Akademii Wojskowej w Neustadt, 1913 rok.

Francja dysponowała trzecią pod względem liczebności armią. Tuż przed wojną francuskie Zgromadzenie Narodowe po wielu miesiącach często dramatycznych w swym przebiegu dyskusji przedłużyło służbę wojskową z dwóch do trzech lat, aby w ten sposób zwiększyć liczbę żołnierzy i zmniejszyć dysproporcje w liczebności armii francuskiej i niemieckiej. W 1913 roku różnica ta wynosiła pięćdziesiąt tysięcy żołnierzy na korzyść armii Rzeszy, rok później wzrosła do stu dwudziestu tysięcy. Przeciwko wydłużeniu służby wojskowej opowiadali się socjaliści oraz pacyfiści. Socjalistów wspierały silne związki zawodowe, na czele z Powszechną Konfederacją Pracy (Confédération Générale du Travail, CGT), organizujące masowe akcje protestacyjne. Na ulice wyszli też ich przeciwnicy, przedstawiciele partii prawicowych i nacjonalistycznych, którzy skandowali: „Niech żyje armia!”, „Niech żyje Francja!”. Prasa prawicowa oskarżała lewicę o działania antypaństwowe, ba – proniemieckie. Francja, tak jak w czasie sprawy Dreyfusa, podzieliła się na dwie części. Istniało ryzyko, że w razie wojny, rozdarta przez wewnętrzne konflikty, łatwo padnie łupem Niemiec. Ten czarny scenariusz zdawały się potwierdzać reakcje żołnierzy z kilku garnizonów, którzy na wieść o przegłosowaniu przedłużenia służby wojskowej zbuntowali się, wywieszając czerwone flagi i śpiewając Międzynarodówkę.

W najmniej korzystnej sytuacji byli Brytyjczycy, którzy nie dysponowali regularną armią lądową. Co prawda, zwolennicy wprowadzenia powszechnego poboru wielokrotnie lobbowali za takim rozwiązaniem, ale bez skutku. Posłowie nie chcieli nawet o tym słyszeć. Powiódł się jedynie pomysł utworzenia w 1906 roku, na mocy decyzji parlamentu, Brytyjskich Sił Ekspedycyjnych (British Expeditionary Force, BEF). Inicjatorem całej akcji był minister wojny Richard Burdon Haldane. W 1913 roku liczyły one sto dwadzieścia tysięcy żołnierzy i składały się z sześciu dywizji piechoty i dywizji kawalerii. Pierwotnie plan powołanego w 1902 roku sztabu generalnego przewidywał, że Siły Ekspedycyjne będą pilnowały porządku w koloniach, ale stopniowo dojrzewała myśl o tym, że mogą one zostać użyte podczas wojny na kontynencie. Niemcy nazywali je siłami niegodnymi uwagi, ale wkrótce musieli zweryfikować tę krzywdzącą opinię, gdyż choć nieliczne, to jednak były one dobrze wyszkolone, wyekwipowane i bitne. Stanowiły trzon wojsk lądowych Wielkiej Brytanii. Uzupełniały je oddziały kolonialne, składające się między innymi z dzielnych Gurkhów z Nepalu i Sikhów, oraz oddziały Terytorialnej Armii Rezerwowej w sile czternastu dywizji piechoty i czternastu brygad kawalerii. Była to formacja obywatelska bez większej wartości bojowej, którą generał Horatio Kitchener nazywał zbiorowiskiem bezużytecznych amatorów.

OSTATNIE GODZINY POKOJU. PIERWSZE DNI WOJNY

Mobilizacja to faza przejściowa między pokojem a wojną. Mężczyznom podlegającym mobilizacji, czyli rekrutom, a także żołnierzom urlopowanym oraz ochotnikom wysyłano do domów karty mobilizacyjne wzywające ich do stawienia się w określonym czasie w wyznaczonych jednostkach. Wtedy ci pakowali się, żegnali z rodziną, odmawiali pacierze i jechali do swoich wojskowych komend uzupełnień. Ale gdy jednym spieszno było do koszar, inni spieszyli się do... ołtarza. Kościoły wszelkich wyznań zapełniły się młodożeńcami i ich rodzinami. Tylko w sobotę i niedzielę 31 lipca oraz 1 sierpnia i tylko w Berlinie zawarto dwa tysiące ślubów. W innych państwach i miastach szykującej się do walki Europy było podobnie, gdyż wszędzie rekruci i ochotnicy przyspieszali decyzje o zmianie stanu cywilnego.

W ciągu kilku dni do koszar trafiły wielotysięczne rzesze męskiej młodzieży. Tam zostały poddane badaniom lekarskim i strzyżeniu. Rekrutom wydawano mundury, ekwipunek i broń. Uzbrojonych i umundurowanych formowano w kompanie, kompanie w bataliony, bataliony w pułki, pułki w dywizje. Do dywizji piechoty dołączano oddziały towarzyszące: zaopatrzeniowe, sanitarne, kuchnie, oddziały kawalerii, cyklistów, wozy pocztowe. Dywizje ładowano do wagonów i przewożono do punktów koncentracji, gdzie łączyły się w korpusy, a korpusy w armie. Wszystko odbywało się według szczegółowego rozkładu. Najsprawniej mobilizację i koncentrację oddziałów przeprowadzono we Francji i w Rzeszy. We Francji nie stawiło się do armii jedynie 1,5 procent wezwanych, a w Rzeszy jeszcze mniej – 0,9 procent. Dowodziło to skuteczności aparatu i mogło świadczyć o zasadniczej akceptacji wojny przez powoływanych pod broń. Nawet w Rosji mobilizacja wypadła całkiem nieźle. Tylko 4 procent wezwanych nie trafiło do koszar. Cała operacja została przeprowadzona w dobrym jak na ten kraj tempie, pomimo że znaczną część carskiej armii stanowiły dywizje kawalerii, transport zaś tylko jednej takiej dywizji wymagał aż czterdziestu pociągów, czyli tyle samo co pięciokrotnie liczniejsza dywizja piechoty.

 

Nawet w państwach wielonarodowych mobilizacja przebiegła bez poważniejszych zakłóceń. Odmowy udziału w wojnie z powodów narodowych czy wyznaniowych należały do rzadkości. Opinię tę potwierdzali mieszkańcy ziem polskich. Polacy w armii Rzeszy byli solidarni z Niemcami, Polacy w armii Austro-Węgier z armią monarchii, a Polacy w armii rosyjskiej z armią carską. Takie postawy musiały niepokoić polskich polityków. Nawet znany z ostrożności arcybiskup warszawski ksiądz Aleksander Kakowski, członek Rady Regencyjnej w latach 1917–1918, narzekał na bratanie się w armii carskiej rosyjskich i polskich żołnierzy. „Synowie tej ziemi biją się bohatersko w armii niemieckiej, politycy [polscy] wyrzekli się dobrowolnie wielkiej roli, którą w tej wojnie mogli odegrać” – tak o Polakach z zaboru pruskiego pisał, nie bez troski, Władysław Leopold Jaworski, prawnik, polityk, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego. „Ludzie szli na wojnę z ochotą i modlono się w kościołach o zwycięstwo Austrii” – wspominał Wincenty Witos. Podobnie zachowywali się Litwini z Litwy rosyjskiej i z Litwy pruskiej czy Ukraińcy z zaboru rosyjskiego i austriackiego. Swoi szli ze swoimi. Radość z wybuchu nowej awantury udzielała się wszystkim, a poczucie dyscypliny i solidarności ze „swoim” monarchą i państwem były, jak się okazało, silne. Poza tym polscy, litewscy czy ukraińscy żołnierze w mundurach „swoich” armii nie bardzo mieli jakiekolwiek pole manewru, gdyż nie istniały ich narodowe armie, w których mogliby służyć, a nie widzieli żadnego powodu, by solidaryzować się z jednym zaborcą przeciwko drugiemu.

Żołnierzy przewożono na front pociągami. Przykładowo niemiecki korpus piechoty składający się z dwóch dywizji wymagał 170 wagonów do transportu oficerów, 965 wagonów dla żołnierzy oraz 1915 wagonów dla artylerii i wojsk inżynieryjnych. Łącznie dawało to ponad 3 tysiące wagonów, co przekładało się na liczbę 80 potrzebnych pociągów oraz dodatkowo podobną liczbę pociągów ze sprzętem wojennym i żywnością. Plany mobilizacyjne musiały być precyzyjne. Dlatego między innymi niemieckie i francuskie zawierały nawet informację na temat liczby osi, które miały się przetoczyć w określonym czasie po konkretnym moście.

Jadących i idących do koszar żegnały po drodze radośnie bijące dzwony kościelne, a witały, nie mniej radośnie, wojskowe orkiestry grające skoczne melodie. Przyjmowały ich rozentuzjazmowane tłumy na ulicach, świątecznie wyglądające miasta i dworce kolejowe, domy przystrojone flagami państwowymi i portretami panujących. Towarzyszyły im chóralne śpiewy pieśni narodowych i ludowych w wykonaniu osób zgromadzonych na chodnikach oraz okrzyki na cześć wojska. Na widok żołnierzy podrzucano czapki do góry i machano chustkami do nosa, a dziewczęta wtykały im w lufy karabinów kwiaty – chabry, róże, lewkonie, lilie. Ten entuzjazm musiał robić wrażenie i udzielać się poborowym, nawet tym, którzy szli na wojnę z ciężkim sercem i troską na twarzy i którzy dzień, dwa dni wcześniej uczestniczyli w smutnych uroczystościach pożegnania w wiejskich kościółkach, synagogach i w małych lokalnych społecznościach, kiedy to płakały wraz z nimi żony, matki i siostry. „Żołnierzy żegnały dźwięki bałabajek, poborowi tańczyli na zatłoczonych peronach, wzbijając kurz, a krewni żegnali ich znakiem krzyża, płakali” – wspominał jeden z rosyjskich kupców. Z pewnością słoneczna pogoda sprzyjała powszechnemu optymizmowi. Wszystko to wydawało się bardzo ekscytujące, bowiem od czasów wojen napoleońskich nie widziano ulic tak zatłoczonych żołnierzami i cywilami. Dobre samopoczucie tych pierwszych wzmacniały świątecznie udekorowane wagony, wyglądające jak powozy nowożeńców, dodatkowo opatrywane napisami zachęcającymi do walki i ośmieszającymi nieprzyjaciół. Przykładowo na niemieckich można było przeczytać: „Każde pchnięcie bagnetem – jeden Francuz” czy „Na śniadanie do Paryża”. Ten dobry nastrój, nazwany przeżyciem sierpniowym, potęgowały podniosłe i mobilizujące do czynu pieśni. Jedną z najpopularniejszych stała się z czasem angielska It’s a Long Way to Tipperary, chętnie śpiewana jeszcze w latach drugiej wojny światowej przez żołnierzy generałów Maczka i Andersa. W kolejnych dniach i tygodniach za pośrednictwem cenzurowanej prasy i kina trafił do szerokiej publiczności propagandowy obraz radosnych i uśmiechniętych żołnierzy, pełnych romantycznego i patriotycznego uniesienia. Był to wizerunek wyidealizowany i jednostronny. Przechowane w prywatnych zbiorach fotografie z tego czasu dokumentują także mniej optymistyczną i radosną wizję „żołnierskiej ulicy”. Na wielu fotografiach widać smutnych, zatroskanych, a nawet zalęknionych żołnierzy. Ci, którzy wyruszali z ciężkim sercem, pełni złych przeczuć, nie trafili na propagandowe obrazy szczęśliwej, idącej na wojnę armii.

Pożegnanie austriackich żołnierzy jadących na front, sierpień 1914 roku.

Pozytywny stosunek do wojny znakomicie widać w tekstach twórców, którzy zaciągnęli się do armii bądź zostali zmobilizowani. Podkreślali oni, że wojna jest afirmacją witalności, energii, siły ducha, cnoty, że „uczyniła świat pięknym”. Głosili, że wojna to akt stworzenia, „wschodzący kształt nowej ery”, „cudowna niespodzianka”, „święta chwila”, początek „nowego życia”, „jedyny żywot [...], dreszcz podniecenia, który nie ma sobie równego na całym świecie”, „godzina triumfu najświetniejszych wartości”, „godzina młodości”. Pisali o niej jako o „wojnie oczyszczającej”, a także o tym, że „tylko ludzie małego ducha chcieliby się wyrzec w niej udziału”. Modlono się o to, by odegrać ważną rolę w jej tworzeniu, by wreszcie zrzucić cywilne ubrania na rzecz wojskowych mundurów. Rzeczywiście największe poparcie dla wojny odnotowano wśród ludzi pióra, artystów, intelektualistów, uczonych, studentów, co potwierdzały raporty armii wszystkich państw, które do niej przystąpiły. Sondaże wśród studentów wskazywały, że zdecydowana ich większość chętnie i z radością idzie na wojnę. Spore zrozumienie dla wojny wykazywali też zmobilizowani pracownicy służb cywilnych, administracji, szkolnictwa, sądownictwa. We francuskim departamencie Charente przeprowadzono sondaż wśród nauczycieli na temat ich stosunku do mobilizacji, a następnie wojny. Początkowo na 330 pytanych 188 akt mobilizacji oceniło negatywnie, 66 z dystansem, a 76 z patriotycznym zapałem. Po kilku dniach, gdy już znaleźli się w jednostkach wojskowych, ulegli „czarowi wojny” i prowojennemu klimatowi. Wówczas na 288 osób biorących udział w sondażu aż 131 odpowiedziało, że idzie na wojnę z patriotycznym zapałem, 103 z poczuciem obowiązku, a tylko 54 z niechęcią. Studenci paryskiej Sorbony w większości pozytywnie odpowiedzieli na pytanie, czy byliby gotowi zgodzić się z twierdzeniem, że „w życiu obozowym i pod ostrzałem doświadczamy największej siły, która jest w nas”. Studenci, i nie tylko oni, niejednokrotnie traktowali wojnę jako świetną przygodę lub sportową rywalizację. Stanowiła ona zapowiedź czegoś nowego, może odmiany życia, stwarzała nowe perspektywy dla jej uczestników. „Młodzi maszerowali w triumfie, że fetowano ich, zwykłych ludzi, na których nikt dotąd nie zwracał uwagi i których nikt nie szanował” – pisał Stefan Zweig, a Thomas Mann dodawał: „Czuliśmy oczyszczenie, uwolnienie i ogromną radość”. Żołnierze wspominali, że byli dumni, zakładając mundur. Towarzyszyła temu świadomość, że są użyteczni i docenieni, wszak witały ich i oklaskiwały prawdziwe tłumy. Mieli też świadomość, że to od nich, przedstawicieli młodej generacji, zależą losy ich państw i narodów. „Jest to chwila, gdy warto być żołnierzem! Gra armat rozstrzyga o losach świata. Cywile zdają się bezużyteczni, kobiety przeszkodą, kłopotem” – pisała 31 lipca Maria Zdzisławowa Lubomirska. A jak reagowali synowie chłopscy, którzy stanowili większość każdej armii z wyjątkiem Brytyjskich Sił Ekspedycyjnych? Jadąc do koszar, z reguły nastawieni byli niechętnie lub wrogo. Entuzjazm ulicy mógł w pewnym stopniu zmieniać ich postawę, niemniej poważna część dalej była niezadowolona ze swojego losu. Trudno jednak było oczekiwać z ich strony entuzjazmu, zwłaszcza wśród tych, którzy byli jedynymi żywicielami rodzin. W ich imieniu żony i matki składały w magistratach albo bezpośrednio u władz wojskowych prośby o zwolnienie ze służby. Bez nich, argumentowały, przestaną funkcjonować gospodarstwa rolne. Zazwyczaj jednak prośby te odrzucano. W tej sytuacji pocieszali się, że wojna nie potrwa długo. „Boże Narodzenie spędzimy z tobą, Mamo!” – donosił jeden z polskich rekrutów z Galicji.

Bojowy nastrój tłumów, żołnierzy, artystów udzielił się politykom, także tym, którzy obawiali się wojny lub byli jej przeciwni. Prawie wszyscy posłowie do ciał ustawodawczych, w tym ci z brytyjskich dominiów, akceptowali to, co się wydarzyło. Za budżetami wojennymi głosowali polscy posłowie do ciał ustawodawczych państw zaborczych. Posłowie wojnę uznali za świętą, za czyn w obronie ojczyzny, i ochoczo głosowali za przyjęciem budżetów wojennych i ustawodawstwa wojennego, które dawały rządom nadzwyczajne uprawnienia. Tylko pojedynczy posłowie, jak Karl Liebknecht w Reichstagu, mieli odwagę głosować przeciw. Triumfy święciły „wewnętrzny pokój” czy „święta unia”. Nie było już lewicowych i prawicowych Francuzów, dobrych i złych patriotów. To samo dotyczyło Brytyjczyków czy Niemców. Nawet w Rosji posłowie do Dumy powszechnie uznali wojnę za ojczyźnianą, głosowali za budżetem i owacyjnie przyjmowali słowa cara. Tylko nieliczni, jak bolszewicy, byli innego zdania. Ale to właśnie w Rosji już po kilku tygodniach zarysowały się pęknięcia i wkrótce partie antyreżimowe przeszły do zdecydowanej opozycji i krytyki systemu carskiego. Także w pozostałych krajach z czasem ujawniali się inaczej myślący politycy, w tym posłowie, którzy pod koniec wojny dysponowali już poważnym poparciem, ale poza Rosją w żadnym z nich nie zdominowali oni sceny politycznej.

Państwa, które ogłosiły mobilizację, a następnie przystąpiły do wojny, zarządziły szereg typowych i oczekiwanych działań podejmowanych w takich okolicznościach, które miały ułatwić „swoim”, a utrudnić „obcym” prowadzenie operacji wojennych. Dlatego zamknęły granice z sąsiadami i wprowadziły cenzurę wojskową, na skutek czego gazety mogły publikować informacje z frontów tylko za zgodą władz wojskowych. Zabezpieczyły składy amunicji i zbiorniki z paliwem, w tym przed szpiegami i dywersantami, i dokonały aresztowań tych, którzy w przekonaniu władz mogli nie być lojalni. Lecz skala zatrzymań w stosunku do przedwojennych zamierzeń była znacznie skromniejsza. Ze względu na entuzjazm wojenny w Rzeszy i we Francji zrezygnowano z aresztowania tych, którzy znajdowali się na liście „wrogów ojczyzny”. Jak się okazało, prawie wszyscy uznawani przed wojną za podejrzanych i niebezpiecznych pomaszerowali bez sprzeciwu do wojska, niektórzy w charakterze ochotników. Nie wiemy, jak zachowałby się w momencie patriotycznej próby antywojenny socjalista francuski Jean Jaurès, który na kilka dni przed wybuchem wojny został zamordowany przez prowojennego ekstremistę.

W sierpniu 1914 roku wojska stron walczących przejęły kontrolę linii kolejowych i szlaków żeglugi rzecznej z prawem użycia broni przeciw każdemu, kto odmówi posłuszeństwa, a na drogach pojawiły się posterunki żołnierzy sprawdzających dokumenty. W rejonach przygranicznych żandarmeria przetrzymała zakładników, by utrudnić dokonywanie aktów sabotażu, oraz ewakuowała ludność, by udaremnić dywersję. Austriacy na swoich południowych i wschodnich granicach zakazali w odległości 30 kilometrów od tychże granic bicia w dzwony, wypasania bydła na stokach oraz nakazali zamykanie okiennic po zapadnięciu zmierzchu. Strony wojujące utrudniały przeciwnikom porozumiewanie się między sobą, a także ze swoimi agentami ze służb specjalnych ulokowanymi w państwach neutralnych. I tak już kilka godzin po ogłoszeniu wojny Brytyjczycy przecięli sieć podmorskich kabli transatlantyckich używanych przez Niemców, którzy zaczęli później korzystać z radiostacji zlokalizowanej koło Bremy oraz z kabli amerykańskich.