Samobójstwo EuropyTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dnia 3 sierpnia Rzesza wypowiedziała wojnę Francji, uzasadniając to tym, że samoloty francuskie pogwałciły jej przestrzeń powietrzną, zrzucając bomby na Norymbergę, oraz że na niemieckie terytorium wtargnęli francuscy żołnierze. W istocie do takich zdarzeń nie doszło, co więcej, Francja robiła wszystko, by nie dać Rzeszy jakiegokolwiek pretekstu do interwencji zbrojnej. Dlatego na wszelki wypadek Paryż wydał rozkaz, by wojska francuskie odsunęły się od granicy z Niemcami na odległość 10 kilometrów, tak by ze strony Francji nie padł żaden przypadkowy strzał bądź by żaden francuski patrol nie zabłądził do niemieckiej strefy. O swojej decyzji Paryż natychmiast powiadomił Londyn, jego celem było bowiem zachowanie poparcia Brytyjczyków. Francuzi zarzucili nawet wcześniejsze plany wkroczenia do Belgii, zdając sobie sprawę, jak fatalne wrażenie zrobiłoby to w Londynie i w Europie. Dobrze pamiętali, że Wielka Brytania nie miała podpisanego sojuszu ani z Francją, ani z Rosją, a Entente Cordiale z 1904 roku była tylko porozumieniem o unikaniu wzajemnych konfliktów. Francuzi w zdecydowany sposób zaprotestowali przeciwko prowokacyjnemu komunikatowi niemieckiego ministerstwa spraw zagranicznych. Oficjalny komunikat Rzeszy o pogwałceniu przez Francuzów nienaruszalności jej przestrzeni powietrznej i terytorium głosił jednak, że została ona zmuszona do obrony przed francuską agresją. Zresztą już od kilku lat Niemcy powtarzali, że Francja nieustannie ich prowokuje.

Tego samego dnia Włochy oficjalnie ogłosiły, że zachowają neutralność. Włosi, po pierwsze, nie byli gotowi do wojny. Po drugie, mieli już pewność, że obok Rosji i Francji stanie do walki Wielka Brytania. Po trzecie, mimo zawartego sojuszu z Niemcami i Austro-Węgrami z 1882 roku, odnowionego po raz szósty w 1912, Włochy nie miały żadnego interesu w tym, by walczyć u ich boku. Ponadto w tajemnicy zawarły układy z Francją w 1902 i z Rosją siedem lat później, co de facto kolidowało z zobowiązaniami wynikającymi z przynależności do Trójprzymierza. Za neutralnością zdecydowanie opowiadał się król Wiktor Emanuel III, który, mówiąc oględnie, nie lubił obu cesarzy. Zapadło mu dobrze w pamięć, że jeszcze nie tak dawno prasa niemiecka i austriacka złośliwie pisały o jego niskim wzroście (153 centymetry), nazywając go „karłem ożenionym z chłopką” (czyli z księżniczką czarnogórską). Z radością zatem zaakceptował wniosek rządu o neutralności. Większość kadry oficerskiej poparła to stanowisko, aczkolwiek nie brakowało generałów, na czele z szefem sztabu Luigim Cadorną, którzy uważali, że należy wysłać wojska na pomoc Niemcom. Podobnie powściągliwe stanowisko wobec konfliktu zajęła Rumunia, choć od 1883 roku również była związana sojuszem z państwami centralnymi. W opublikowanej nocie nie użyła jednak słowa „neutralność”, natomiast znalazło się w niej sformułowanie, że „Rumunia podejmie wszystkie środki potrzebne do obrony granic”. Stało się tak mimo sprzeciwu króla Karola I z rodu Hohenzollern-Sigmaringen, który nakłaniał rząd do wypełnienia zobowiązań wobec Niemiec i Austro-Węgier. Berlin i Wiedeń nie były tym obrotem zdarzeń szczególnie zaskoczone, gdyż od dawna otrzymywały sygnały, że właśnie taka może być postawa Rzymu i Bukaresztu. Niemniej oficjalnie oba rządy wyraziły oburzenie zachowaniem sojuszników.

Dla państw Dwuprzymierza, nazywanych centralnymi, sprawą o kluczowym znaczeniu była reakcja Londynu. Niemcy i Austria miały nadzieję, że Wielka Brytania powstrzyma się od działania, co pozwoliłoby na szybkie pokonanie Rosji i Francji. Rzeczywiście wydawało się mało prawdopodobne, by Brytyjczycy chcieli umierać za Serbię i rosyjskiego cara. Za neutralnością opowiadała się większość brytyjskich polityków na czele z późniejszym premierem Davidem Lloydem George’em, przeciwne nowej wojnie było też brytyjskie społeczeństwo. Książę pruski Henryk, brat kajzera, bawił 26 lipca w Wielkiej Brytanii, gdzie spotkał się z królem Jerzym V i przyjemnie z nim gawędził, po czym wrócił do Berlina głęboko przekonany, że otrzymał zapewnienie o brytyjskiej neutralności w zbliżającym się konflikcie. Wszystko to zmieniło się w momencie wystosowania niemieckiego ultimatum wobec Belgii. Pogwałcenie jej neutralności, którą gwarantował między innymi Londyn, zirytowało Brytyjczyków. Pamiętali, że jako jedni z pierwszych uznali jej niepodległość. Belgię uważali za brytyjską strefę bezpieczeństwa, a jej wybrzeże za swoją strefę wpływów (granicę na morzu). Nie mogli się zatem zgodzić na sąsiedztwo Rzeszy po drugiej stronie kanału. Obawiali się też, że Francja nie powstrzyma naporu niemieckiej armii, co uczyni Rzeszę niekwestionowanym liderem „niemieckiej Europy”, zniszczy z takim trudem wypracowaną europejską równowagę sił i stanie się poważnym konkurentem Brytyjczyków na morzach świata, co w efekcie zagrozi ich kolonialnemu imperium. Dlatego mimo słabości swojej armii lądowej musieli przystąpić do wojny. Stanowisko rządu brytyjskiego, kierowanego przez liberałów, przedstawił w Izbie Gmin minister spraw zagranicznych Edward Grey. Dotychczas prowadził on ostrożną politykę, według zasad: „żadnych zobowiązań” i „musimy mieć wolne ręce”. Po agresji Niemiec na Belgię opowiedział się jednak za wojną po stronie Francji. Polityka Niemiec dała Brytyjczykom moralne i polityczne prawo do interwencji, co stanowiło dla nich wygodne alibi. Grey zyskał poparcie rządu – tylko dwóch ministrów miało odmienne zdanie i obaj podali się do dymisji. Rząd miał za sobą konserwatystów w Izbie Gmin oraz większość laburzystów.

Z 4 na 5 sierpnia Wielka Brytania znalazła się w stanie wojny z Rzeszą. Dla Niemców było to przykrą niespodzianką, toteż Albion został przez nich natychmiast znienawidzony, a Grey uznany za głównego architekta wojny i „podstępnego kłamcę”. 6 sierpnia Austro-Węgry wypowiedziały wojnę Rosji, a Serbia Niemcom. Kolejnego dnia maleńka Czarnogóra, sojuszniczka Serbii, wypowiedziała wojnę monarchii naddunajskiej, a 12 sierpnia – Rzeszy. 11 sierpnia Francja, a 12 sierpnia Wielka Brytania znalazły się w stanie wojny z Austro-Węgrami. W ciągu dwóch tygodni lokalna wojna stała się wojną europejską z udziałem Dwuprzymierza (Rzeszy i Austro-Węgier) oraz Trójporozumienia (Rosji, Francji i Wielkiej Brytanii) zwanego Koalicją lub Ententą (na jego określenie stosowano też pojęcie „alianci”), a także Serbii, Czarnogóry i Belgii. Międzynarodowy system sojuszy pociągnął za sobą kolejne deklaracje włączenia się do konfliktu. Pięć mocarstw rozpoczęło globalną wojnę, której starano się unikać przez dziewięćdziesiąt dziewięć lat, i uczyniły to dosłownie w setną rocznicę zwołania kongresu w Wiedniu, którego owocem były ład wiedeński oraz system Świętego Przymierza. Spełniły się przewidywania Moltkego juniora, który pisał: „Wieczny pokój to sen. Wojna jest elementem ładu Bożego. Bez wojny świat popadłby w stagnację i zaprzepaściłby się w materializmie”.

WOJNA ŚWIATOWA

Neutralność ogłosiły Dania, Norwegia, Szwecja, Hiszpania i Holandia, aczkolwiek w każdym z tych krajów istniały prężne środowiska prowojenne. Jedne pragnęły się przyłączyć do Dwuprzymierza, inne do obozu przeciwnego. Niemniej do końca wojny wytrwały w neutralności. Neutralna, zgodnie z wiekową tradycją i postanowieniami kongresu wiedeńskiego z 1815 roku, pozostała Szwajcaria. Deklaracji neutralności nie złożyła Portugalia, która była gospodarczo i politycznie związana z Wielką Brytanią i dlatego w kolejnych latach ściśle z nią współpracowała, zwłaszcza na morzach, oddając do jej dyspozycji swoją flotę wojenną. W 1916 roku Rzesza wypowiedziała Portugalii wojnę. Z czasem do obozu aliantów po wielu perypetiach dołączyły Grecja i Rumunia. Natomiast Bułgaria, podobnie jak w 1914 roku Turcja, po miesiącach wahań w 1915 roku zadeklarowała się w obozie państw centralnych.

Lokalna wojna dwóch państw, Austro-Węgier i Serbii, oraz dwóch dynastii, Habsburgów i Karadziordziewiciów, stała się wojną europejską, a następnie światową, gdyż do Ententy przystąpiły automatycznie – i to już w pierwszych tygodniach sierpnia – cztery brytyjskie dominia: Australia, Nowa Zelandia, Kanada i Związek Południowej Afryki (ZPA). Rządy dominiów, tak jak i ich społeczeństwa, uznały, że nie można Wielkiej Brytanii, ojczyzny matki, pozostawić bez wsparcia militarnego i gospodarczego, tym bardziej że królujący na Wyspach monarcha panował też w dominiach. „Pamiętajcie – zwracał się do wyborców premier Australii Joseph Cook w przededniu wojny – że gdy imperium prowadzi wojnę, to i Australia prowadzi wojnę [...]. Wszystkie nasze zasoby w Australii są w imperium i dla imperium”, a laburzysta australijski Andrew Fisher dodawał: „Australijczycy będą bronili Wielkiej Brytanii do naszego ostatniego człowieka i do naszego ostatniego szylinga”. Podobnie argumentowali Kanadyjczycy i Nowozelandczycy, którzy wezwali ochotników do armii w geście solidarności z Koroną Angielską. Ochotników nie brakowało, co dowodziło bliskości związków metropolii i dominiów. Bardziej skomplikowana sytuacja panowała w Związku Południowej Afryki. Tamtejsi Anglicy z radością zaciągali się do armii, natomiast biali Afrykanerzy, czyli Burowie, z ociąganiem, a niektórzy wręcz powiadali, że oto nastała wyborna okazja, by wzniecić rebelię i na nowo powołać do życia republiki burskie. Antybrytyjska część Burów, dowodzona przez Christiaana de Weta, wypowiedziała posłuszeństwo Koronie i głosząc solidarność z Niemcami, zorganizowała zbrojne powstanie, które po kilku miesiącach stłumiono. Za Brytyjczykami natomiast opowiedzieli się dwaj wpływowi politycy afrykanerscy reprezentowani w rządzie, mianowicie generałowie Louis Botha i Jan Christiaan Smuts, którzy wezwali swoich rodaków pod sztandary ZPA. Stopniowo udział Afrykanerów w wojnie po stronie aliantów był coraz większy.

Z pewnością solidaryzowanie się Kanady, Australii, Nowej Zelandii i części mieszkańców Związku Południowej Afryki z Wielką Brytanią ułatwiło tej ostatniej zorganizowanie Konferencji Imperialnej w Londynie z udziałem przedstawicieli tych krajów oraz polityków czterech dominiów. 17 grudnia 1914 roku do wojny jako sojusznik aliantów przystąpił Egipt, gdyż w sierpniu 1914 roku stał się brytyjskim protektoratem. Tym samym wojska egipskie zostały oddane do dyspozycji Brytyjczyków, którzy mogli też korzystać z sieci kontaktów Kairu wśród muzułmanów imperium osmańskiego, zwłaszcza Arabów.

 

O światowym wymiarze konfliktu przesądził jednak akces do wojny imperium osmańskiego, czyli Turcji, oraz Japonii w 1914 roku, a następnie w 1917 Stanów Zjednoczonych, w ślad za którymi poszło kilkanaście krajów latynoskich z Brazylią na czele oraz afrykańska Liberia. Również w 1917 roku do wojny przystąpiły Chiny, ale nie wzięły w niej bezpośredniego udziału, oraz egzotyczny Syjam, który wysłał na pole walki w Europie symboliczne siły składające się z półtora tysiąca żołnierzy.

CZY MOŻNA BYŁO UNIKNĄĆ WOJNY?

Podczas wojny i po jej zakończeniu często pojawiały się opinie, że wszystko mogło się potoczyć zupełnie inaczej oraz że konflikt ten mógł zostać zażegnany. Twierdzono, że nie istnieje coś takiego jak deterministyczny przymus historii i że nieprawdziwa jest teza, iż skoro wojna wybuchła, to widocznie tak musiało być. Zatem czy rzeczywiście pokój był do uratowania i wojny można było uniknąć? Ci, którzy tak uważali, opierali się – jak się wkrótce okazało – na kilku złudnych przesłankach. Po pierwsze, na przekonaniu o solidarności monarchów i ich rzekomej niechęci do wojny. Rzeczywiście monarchowie byli ściśle z sobą powiązani pokrewieństwem i powinowactwami, tworząc jedną wielką rodzinę. Cesarz Wilhelm II i caryca Aleksandra Fiodorowna byli kuzynami przez swe matki, tak jak Mikołaj II Romanow i Jerzy V brytyjski, zresztą podobni do siebie jak dwie krople wody. Poprzedni brytyjski władca Edward VII był wujem cesarza Rzeszy i carycy. Prawie wszyscy monarchowie panujący w dużych i małych państwach byli skoligaceni z dynastią Sachsen-Coburg und Gotha lub z niej się wywodzili. Bismarck złośliwie mówił o nich, że to „ogiery rozpłodowe Europy”. W pisanych do siebie listach nazywali się kochanymi i drogimi braćmi, kuzynami i przyjaciółmi. Znakiem solidarności owych „kuzynów”, cesarzy, królów i książąt był między innymi ich powszechny udział w pogrzebie zmarłej w 1901 roku królowej brytyjskiej Wiktorii, dla jednych ciotki, dla innych babki. W 1914 roku na tronach europejskich zasiadało siedmiu jej potomków. Cztery lata wcześniej, podczas uroczystości pogrzebowych króla Edwarda VII, „wuja królów”, doszło do parady monarchów, największej manifestacji monarchicznej solidarności. Związki monarchów były oparte nie tylko na powiązaniach rodzinnych, lecz także na wspólnej tradycji, podobnych wartościach, dworskiej etykiecie. W rodzinach jednak zdarzają się spory, waśnie i wojny, toteż i w rodzinie monarszej raz za razem, mimo wzajemnych deklaracji braterstwa, dochodziło do napięć. Nie istniały więc żadne gwarancje, że oparta na wspólnym dziedzictwie monarchiczna Europa nie pozwoli na rozpętanie wielkiej wojny. Ale nawet gdyby monarchowie solidarnie wystąpili przeciwko niej, i tak nie było pewności, że by do niej nie doszło, gdyż w żadnej monarchii europejskiej panujący nie mieli władzy absolutnej i nie mogli narzucać poddanym swojej woli. Wszyscy musieli słuchać głosu doradców, ministrów, generałów, a w dobie konstytucji europejskich także głosu narodu, aczkolwiek to monarchowie byli symbolem państwa, znakiem jego suwerenności, a ich portrety zdobiły przestrzenie publiczne. Zatem nawet gdyby chcieli, nie byliby w stanie powstrzymać zbliżającego się konfliktu zbrojnego. A czy rzeczywiście chcieli? Na to pytanie trudno udzielić jednoznacznej odpowiedzi.

Kiedy wojna już wybuchła, monarchowie zostali zmuszeni do dramatycznego wyboru między solidarnością królewskich rodzin a solidarnością z własnym narodem. Prawda jest jednak taka, że nie mogli wystąpić przeciwko swoim poddanym. Dlatego król Jerzy V – pod presją Brytyjczyków – zmienił nazwisko z niemieckiego na brytyjskie Windsor, które monarchowie brytyjscy noszą do dziś. Odebrał cesarzowi Rzeszy honorowe dowództwo brytyjskiej armii, niemieckich i austro-węgierskich oficerów wykreślił z rejestru korpusu oficerskiego, a z listy kawalerów Orderu Podwiązki zniknęło wielu przedstawicieli wrogich obozów. Analogicznie postępowali pozostali monarchowie reprezentujący zwaśnione strony.

Drugim źródłem wiary, że do wojny nie dojdzie, było zaufanie do dyplomatów, którzy nawet w chwilach największych napięć znajdowali sposoby ich rozwiązania bez uciekania się do użycia siły. Dyplomaci tradycyjnie poszukiwali dróg prowadzących do zgody, stale ćwicząc się w trudnej sztuce zawierania kompromisów. Najczęściej zwoływali konferencje z udziałem państw tworzących „koncert mocarstw” i to wystarczało. „W przyszłej wojnie, która zostanie rozpętana bez żadnego istotnego powodu, stawką będzie nie tylko korona Hohenzollernów, lecz także przyszłość Niemiec [...], prowokowanie wojny jest nie tylko lekkomyślne, lecz także karygodne” – ostrzegał w 1913 roku kanclerz Niemiec Theobald von Bethmann-Hollweg. Okazało się jednak, że w 1914 roku ani solidarność monarchów, ani solidarność dyplomatów nie wystarczyły.

Trzecim źródłem optymistycznego przeświadczenia, że wojna nie jest możliwa, było stanowisko partii socjalistycznych skupionych w II Międzynarodówce. Wyrażały one przekonanie, że konflikt zbrojny jest korzystny dla międzynarodowego kapitału, państw imperialistycznych i nacjonalistycznych rządów, ale nie dla proletariatu. Dlatego proletariat, kierowany przez socjalistów, musi walczyć o pokój. Gdyby miało dojść do wojny, socjaliści grozili rządom strajkiem generalnym, co powinno było powstrzymać jej entuzjastów. Ale i ta nadzieja okazała się złudna, organizowane zaś w przeddzień wojny manifestacje antywojenne bynajmniej jej nie zapobiegły. Nastroje takie były szczególnie silne w Wielkiej Brytanii. Perspektywa umierania – jak głosiła prasa brytyjska – za „śmierdzących Serbów” i „pijanych Rosjan” nie była zachęcająca. Niemniej kiedy wojna wybuchła, pacyfistycznie nastawieni socjaliści, także brytyjscy, zniknęli z ulic, wyrażając solidarność z własnym narodem – i taka postawa wygrała z solidarnością klasową, choć dla wielu było to zaskoczeniem.

Po czwarte, przed groźbą wojny miały zabezpieczać sojusze militarne: Trójprzymierze i Trójporozumienie, które pełniły funkcję polisy ubezpieczeniowej. One także zawiodły. Nie pomogły też istniejące więzi polityczne i gospodarcze między państwami pozostającymi w antagonistycznych blokach. Te więzi, wzmocnione nieraz traktatami politycznymi, mogły rodzić nadzieje na uratowanie pokoju. Pragnienie wojny okazało się jednak silniejsze.

Po piąte, pewne nadzieje wiązano też z pacyfistami. Ich dzieła miały swoich wiernych czytelników, których stale przybywało. Sukcesem wydawniczym okazał się między innymi traktat Normana Angella zatytułowany The Great Illusion (Wielka iluzja), w którym autor przekonywał, że proces integracji Europy jest już tak mocno zaawansowany, iż wojna rozrywająca te więzi byłaby prawdziwym dramatem dla wszystkich. Nie mniejszą poczytnością cieszyło się wielotomowe dzieło Jana Blocha, jednego z najbardziej w tym czasie znanych w świecie autorów, Polaka żydowskiego pochodzenia należącego do najzamożniejszych przedsiębiorców Królestwa Polskiego. Jego wydana w 1898 roku Przyszła wojna pod względem technicznym, ekonomicznym i politycznym w krótkim czasie została przetłumaczona na wiele języków. W Austrii i Niemczech zaś chętnie był czytany Karl Kraus, słynny satyryk i dramaturg. Lecz ani on, ani Angell, ani inni twórcy z tego nurtu nie stworzyli mechanizmów zabezpieczających przed wojną, ani też skutecznych pacyfistycznych ruchów pokojowych. Z reguły izolowani, nie mieli większego znaczenia politycznego. Kajzer żywił do pacyfistów głęboką pogardę, nazywając ich eunuchami. Zresztą, jak się już wkrótce okazało, pacyfistom najłatwiej było mówić o pokoju w okresie... pokoju.

Po szóste wreszcie, szansę na uratowanie pokoju widziano w presji wywieranej przez koncerny międzynarodowe. Rzeczywiście obawiały się one wojny, gdyż ta groziła zerwaniem dotychczasowych powiązań gospodarczych i finansowych. Wolały negocjować umowy handlowe i debatować o podziale rynków, jak choćby biznesmeni brytyjscy i niemieccy, którzy na dwa tygodnie przed Sarajewem zawarli porozumienie w sprawie budowy kolei żelaznej z Bagdadu do Basry. Dwóch Brytyjczyków miało się znaleźć w zarządzie Towarzystwa Kolei Bagdadzkiej, kontrolowanej przez Niemców. Wcześniej, bo jeszcze w połowie lutego 1914 roku, podobne porozumienie podpisali przedsiębiorcy Francji i Rzeszy. Ale wpływy kół wielkiego biznesu, zainteresowanych pokojowym rozwiązywaniem konfliktów, nie były na tyle silne, by zapobiec wojnie. Natomiast w większości za wojną opowiadały się koncerny zbrojeniowe.

Rosnące z roku na rok napięcie polityczne między poszczególnymi państwami, a zwłaszcza między mocarstwami – ubiegającymi się o dominację w Europie, o odzyskanie utraconych ziem albo o pozyskanie nowych, o wpływy na Bałkanach i na Bliskim Wschodzie, o nowy podział kolonii i o panowanie na morzach i oceanach – doprowadziło do zbrojeń na niespotykaną wcześniej skalę i do wyścigu w zakresie produkcji broni. Rodzi się zatem pytanie, czy same zbrojenia nieuchronnie zbliżały Europę do wojny? Mogło tak być, ale trudno jednoznacznie przesądzić, że prowadziły bezpośrednio do wojny, choć i takich opinii nie brakuje. Powtórzmy: pod względem skali zbrojenia te nie miały sobie równych. Wszystkie duże i małe państwa Europy, nie wykluczając Czarnogóry, zwiększały wojenne budżety, co również dowodziło popularności idei wojennej w parlamentach i było jednocześnie sposobem oswajania ludzi z myślą o bliskiej wojnie. Ogromne nakłady finansowe przeznaczane na ten cel świadczyły o tym, że większość parlamentarzystów akceptowała propozycję rządów nakręcania spirali zbrojeń. Tylko w latach 1909–1914 wydatki na zbrojenia państw europejskich wzrosły średnio o 50 procent. W 1909 roku stanowiły 3,5 procent PKB, a w 1913 już 5 procent. Zbrojenia były poważnym obciążeniem fiskalnym dla społeczeństwa. W przypadku Rzeszy było one tak wielkie, że nie brakowało głosów, iż państwo może zbankrutować. Jedyną szansą uniknięcia tego ponurego scenariusza była „ucieczka do przodu”, czyli rozpoczęcie wojny, w czasie której można byłoby zawiesić zobowiązania państwa wobec obywateli z tytułu zadłużenia. Szczególnie szybko rosły budżety przeznaczone na zbrojenia morskie. Budowę okrętów wojennych wspierały dziesiątki, a z czasem setki stowarzyszeń i organizacji, które tworzyły zespół efektywnych grup nacisku.

Nowym podziałem świata i ziem kolonialnych nade wszystko zainteresowani byli Niemcy, natomiast monarchia naddunajska takich ambicji bynajmniej nie miała. Niemcy uważali, że otrzymali mniej, niż powinni przy podziale kolonialnego tortu. Wprawdzie posiadali na dwóch kontynentach około 3 milionów metrów kwadratowych powierzchni kolonii – które oficjalnie nazywali terenami pod ochroną i które zamieszkiwało trzynaście milionów ludzi – ale nie miały one większej wartości ekonomicznej czy prestiżowej. Max Lenz, historyk, pisarz i polityk niemiecki, już w 1900 roku powiadał, że wojna o podział upadającego Imperium Brytyjskiego, w którego miejsce powstanie imperium niemieckie, jest nieunikniona. Przekonywał, że – zgodnie z zasadą darwinizmu społecznego – kolonie będą zmieniać właścicieli. Słabsi ustąpią, tak jak Francuzi, Portugalczycy czy Brytyjczycy, nadejdą zaś silniejsi, tacy jak Niemcy. „Nasza przyszłość zostanie zabezpieczona, gdy zwyciężymy nie tylko w Europie, ale gdziekolwiek to będzie możliwe za oceanem. Rozszerzenie stanu posiadania jest bowiem podstawą naszego narodu” – tak z kolei wieszczył w 1913 roku Heinrich Class, szef Związku Wszechniemieckiego. W deklaracjach tego rodzaju można się doszukać nawoływania do „słusznej” wojny, ale same deklaracje jeszcze nie przesądzały o jej wybuchu.

Niemcy nie byli też zadowoleni ze swojej pozycji geopolitycznej w Europie. Ulokowani w środku kontynentu, stale żyli obsesją okrążenia przez Rosję i Francję. W rzeczywistości niewiele im groziło, a przynajmniej nie w tym momencie. Była to raczej sztucznie podsycana psychoza niż realne zagrożenie, ale wzmacniała nastroje prowojenne.

Politykę zbrojeń nakręcały propaganda imperialistyczna oraz prowojenna retoryka. Swoją niebagatelną, jak się okazało, rolę w przygotowaniu narodów do czekających je zmagań odegrał też nacjonalizm, który przerodził się z czasem w szowinizm narodowy. Poza miłością do własnej ojczyzny i narodu oraz narodowej dumy oznaczał on zarazem pogardę i wrogość wobec pozostałych nacji oraz pychę narodową, która uzasadniała prawo do panowania nad innymi. Nacjonaliści przekonywali, że drogą do osiągnięcia wysokiego poziomu solidarności i jedności narodowej jest właśnie wojna. Wojna – pouczali – oczyści naród z jego słabości i mankamentów i będzie działać niczym ozdrowieńcze katharsis. Włoscy nacjonaliści podkreślali, że jest ona najszybszym i heroicznym sposobem prowadzącym do zbiorowej potęgi woli i bogactwa. „Nacjonalistycznym środowiskom wojna jawiła się jako coś w rodzaju wybawienia, nadzieja na jakąś zmianę” – oceniał 29 lipca 1914 roku Victor Adler, jeden z liderów antywojennej socjaldemokracji austriackiej. Nacjonalizm nie zdominował wszakże myślenia ogółu, a partie i stronnictwa nacjonalistyczne nie zdominowały sceny politycznej. Wciąż najsilniejsze były po jednej jej stronie partie liberalne i konserwatywne, a po drugiej – socjalistyczne, aczkolwiek w każdym obozie dawało się zauważyć wpływy nacjonalistyczne. Ciśnieniu tej ideologii poddawały się zwłaszcza partie liberalne. Atutem i siłą nacjonalistów były stosunkowo nieliczne, ale głośne, karne, hierarchicznie zbudowane, dysponujące sporymi środkami pieniężnymi organizacje i stowarzyszenia, takie jak niemieckie: Hakata, Liga Armii, Liga Floty, Związek Wszechniemiecki, brytyjskie: Narodowa Krucjata na rzecz Czystości Społeczeństwa, Liga Powszechnej Służby Wojskowej, Imperialna Liga Morska, Liga Służby Narodowej, francuskie: Liga Patriotyczna, Akcja Francuska, rosyjskie Stowarzyszenie Wielkoruskie, włoskie Stowarzyszenie Nacjonalistyczne Italii czy rumuńska Straż Obrony Godności Narodu. Organizacje te były zdolne do mobilizowania opinii publicznej wokół swoich celów, czyli zbrojeń i przygotowań do wojny. Miały wpływ na rządy, parlamenty i panujących.

 

Nacjonalizm żywił się opacznie rozumianym darwinizmem społecznym, który jakoby głosił konieczność zdecydowanej konfrontacji zbrojnej w imię narodowych wartości i chwały. Pogląd ten spopularyzował, zwłaszcza w Anglii, Benjamin Kids, autor książki Social Evolution (Ewolucja społeczna), wydanej po raz pierwszy w 1894 roku. Podobnie wypowiadał się inny znany w Europie Brytyjczyk Harold F. Wyatt, jeden z założycieli Imperialnej Ligi Morskiej, kiedy przekonywał, że „wojna jest boskim testem dla duszy narodu”, a w historii „wyższe i szlachetniejsze narody zwyciężały w wojnie i wypierały niższe rasy”.

Wojnie sprzyjał też klimat kulturowy. U swego schyłku wiek XIX zaczął żegnać pozytywizm i scjentyzm, a witać neoromantyzm. Na początku XX stulecia twórcom i intelektualistom udało się wmówić milionom ludzi, że prowadzą życie nijakie, prozaiczne, życie konsumpcyjnej nudy, pozbawione wielkości, wzniosłości i duchowości. „Wojna – pisał Thomas Mann – miała być oczyszczeniem, wyzwoleniem i ogromną nadzieją”, manifestacją „tężyzny narodu”. Wojna, jak przekonywano, uszlachetnia, uczy cnoty dyscypliny i posłuszeństwa. Beznadziejne życie groszoroba może zmienić tylko coś naprawdę wzniosłego. Ważny jest wojenny czyn jako akt bohaterstwa. Neoromantycy i przedstawiciele awangardy artystycznej pojmowali wojnę jako przejaw siły ducha, jako manifestację witalności i kreatywności. „Wojna jest życiodajną zasadą [...], jest wyrazem najwyższej kultury” – pisał w 1911 roku Friedrich von Bernhardi w dziele, które w ciągu dwóch lat miało w Niemczech aż sześć wydań. „Gdy człowiek rzuca się w wir wojny, nie są to instynkty, które na nowo odkrywa, lecz cnoty, które odzyskuje. To w wojnie wszystko staje się nowe” – argumentował w 1912 roku malarz francuski Pierre Bonnard. Wcześniej jeszcze francuski pisarz Èmile Zola podkreślał, że „rozwijają się tylko narody wojownicze: naród umiera natychmiast, gdy się rozbraja. Wojna jest szkołą dyscypliny, poświęcenia i odwagi”. Entuzjastycznie wobec wojny byli ustosunkowani włoscy futuryści z Filippem Marinettim na czele, który radośnie wykrzykiwał, że „wojna to jedyna higiena świata”. Zapewne nie będzie nadużyciem stwierdzenie, że z zasady buntowniczo nastawieni ludzie awangardy, którzy wzywali innych do obalenia starego porządku, by na jego miejscu zbudować nowy, lepszy, szlachetniejszy oraz nawołujący do wyzwolenia z gorsetu krępujących więzów obyczajowych, w niemałym stopniu mogli się czuć współodpowiedzialni za wybuch wojny.

Historyk David S. Landes, autor książki zatytułowanej Bogactwo i nędza narodów, zwracał uwagę, że niejednemu wojna kojarzyła się z majówką: „Tragedia wojny wynikała z łatwowiernej próżności ludzi, którzy sądzili, że wojna to jakaś impreza – kalejdoskop ładnych mundurów, wspaniałej odwagi, kobiecego podziwu, parad i poczucia szczęścia [...]. Wybuchła wojna, bo zabrakło wyobraźni”. W podobnym tonie okoliczności wybuchu wojny diagnozował były prezydent USA Theodore Roosevelt: „Europa już dawno nie walczyła i postanowiła obudzić w sobie ducha czynu. Wojna wybuchła, gdyż Europejczycy podświadomie byli znużeni pokojem. W tej sytuacji wojna stała się możliwa do zaakceptowania, a nawet pożądana”.

Modni wówczas filozofowie i historiozofowie podawali kolejne argumenty przemawiające za wojną. „Słuszność wojny jest oparta wprost na świadomości jej moralnej konieczności. Ponieważ [...] dzieje muszą znajdować się w stanie wiecznego ruchu, tedy również uprawniona jest wojna; trzeba ją uważać za jeden z ustalonych przez Boga porządków” – pisał w 1887 roku niemiecki historyk i polityk Heinrich von Treitschke. Powoływano się także na Josepha de Maistre’a, konserwatywnego myśliciela z przełomu XVIII i XIX wieku, który utrzymywał, że „wojna jest zwykłym stanem ludzkiego gatunku”. Intelektualnemu przygotowaniu do wojny towarzyszyła percepcja myśli francuskiego filozofa Henriego Bergsona, który powiadał, że konieczne jest duchowe odrodzenie Europy poprzez starcie żywiołów, oraz filozofa niemieckiego Friedricha Nietzschego. Jego wezwanie do działania i przemocy, do walki z gnuśnością, burżuazyjnym filisterstwem, mieszczańską hipokryzją trafiło na podatny grunt, a ulotkę, w której cytowano jego wypowiedź, że „wojna i odwaga uczyniły więcej dobra niż miłość bliźniego”, żołnierze różnych armii znajdowali w swoich plecakach. Nietzsche wzywał do życia pełnego ryzyka, podnosił wartość buntu przeciwko liberalizmowi i tradycji oraz ustalonym normom. Idee pośrednio lub bezpośrednio sławiące wojnę docierały do milionów, w tym zwłaszcza młodych ludzi, a to przecież oni mieli maszerować do boju.

Pewien wpływ na psychologiczne i emocjonalne przygotowanie ludzi do wojny miała beletrystyka tego czasu, która niejednokrotnie prezentowała jej obraz jako radosnej i fascynującej przygody. Popularnością cieszyły się powieści szpiegowskie i opowiadania futurystyczne. Ekscytowano się publikowanymi w odcinkach powieściami opisującymi Niemców lądujących na wybrzeżu brytyjskim czy Brytyjczyków organizujących desant na wybrzeże niemieckie. Do udziału w zabijaniu wrogów przygotowywała przygodowa literatura chłopięca, w tym nowe tygodniki młodzieżowe podsuwające wzorce dzielnych, odważnych wojaków, gotowych umrzeć za ojczyznę.

Z nadchodzącym konfliktem oswajała państwowa polityka historyczna, realizowana głównie poprzez programy nauczania w szkołach. Przypominano co bardziej chwalebne zwycięstwa na polach bitew, ale nie zapominano też o klęskach, co mogło budzić chęć odwetu. Świętowano rocznice ważnych dla losów narodu wojen czy śmierci bądź urodzin bohaterów, herosów walczących o narodową sprawę. Francuzi czcili wiktorie Napoleona, a Niemcy bitwę pod Lipskiem, która zakończyła się klęską Bonapartego. W stulecie bitwy, w 1913 roku, przy odsłoniętym wówczas pomniku zwycięstwa władze zorganizowały wielką fetę – święto jedności narodowej. W ten sam uroczysty sposób uczczono mijające dwadzieścia pięć lat panowania kajzera Wilhelma II. Rosjanie przypominali odwrót Napoleona spod Moskwy, a w 1914 roku Francuzi świętowali siedemsetlecie bitwy pod Bouvines.