Legiony Polskie 1914-1918Tekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

9. KOSTIUCHNÓWKA 1915

Po zajęciu terytorium Królestwa Polskiego zwycięscy sojusznicy podzielili się łupem. Z zajętego obszaru wykroili dwie strefy okupacyjne: niemiecką i austro-węgierską. W swojej strefie Niemcy utworzyli Generalne Gubernatorstwo Warszawskie (GGW), na którego czele stanął gen. Hans von Beseler, natomiast Austriacy – Generalne Gubernatorstwo Lubelskie (GGL) z gen. Karlem Kukiem jako generałem-gubernatorem. Powstanie własnej administracji ułatwiało okupantom kierowanie walkami na wschodzie. Operacje wojenne prowadzono między innymi latem i jesienią 1915 roku pomiędzy rzekami Stochodem a Styrem, na pograniczu Polesia i Wołynia, gdzie walczyły brygady legionowe. Tereny te zostały w znacznym stopniu zniszczone podczas działań wojennych. Dlatego nie wszędzie legioniści mogli znaleźć miejsce na nocleg. Bywało, że nocowali pod gołym niebem bądź w namiotach. Niejednokrotnie żołnierze świadomie rezygnowali z noclegu w chłopskich chałupach, z reguły brudnych, cuchnących, pełnych insektów. „Strasznie nam dokuczają pchły, zwane kawalerią rosyjską, a których chłopi rusińscy mają bez liku po domach i stodołach” – pisali legioniści.

Hans Hartwig von Beseler, 1914 rok.

Pogranicze Wołynia i Polesia to trudny teren, częściowo bagienny, zarośnięty lasami i zagajnikami, poprzecinany dolinami rzek, z których największe były Styr i Stochód. Legioniści nieraz maszerowali, niosąc deski, za pomocą których mogli pokonać bagna i moczary. Plagą były komary, uznane za wroga numer jeden – gorszego niż wszędobylskie wszy. Komarów były takie chmary, że niejednokrotnie uniemożliwiały obserwację działań nieprzyjaciela. Właśnie w tym rejonie ukształtowała się linia obronna polskich formacji, co zostało nazwane frontem polskim, liczącym około 60 kilometrów długości. Jak podkreślali legionowi znawcy historii, był to pierwszy front polski od czasów powstania w 1831 roku.

Pod koniec września grupa Piłsudskiego oraz ck 7 Dywizja Kawalerii w ramach formacji gen. Johanna Herberta von Herbersteina zajęły pozycje w rejonie wsi Kołki. Od 30 września atakowały je wojska nieprzyjacielskie. Natarcie z przerwami trwało do 10 października. Legioniści nie ograniczali się do obrony, lecz śmiało kontratakowali, w tym 1 batalion 5 Pułku kpt. Stanisława Sława-Zwierzyńskiego. Po 20 października legioniści dalej skutecznie parli do przodu, w tym 2 batalion pod dowództwem kpt. Tadeusza Wyrwy-Furgalskiego. Zadania bojowe realizowano przy niewielkich stratach własnych, a wielokrotnie większych po stronie przeciwnej. Od tego czasu, przynajmniej na tym odcinku, zapanował spokój. W końcu listopada udało się ponownie scalić oddziały I Brygady. Na leże zimowe legioniści zostali skierowani w tereny bagienne. Komentowano, że Komenda Legionów chciała w ten sposób upokorzyć I Brygadę i jej Komendanta. Od połowy września między Styrem a Stochodem operowała nowa Grupa Armijna pod dowództwem niemieckiego generała Alexandra Linsingena, który wcześniej dowodził Armią Bugu. Pod rozkazami dowódcy wojsk gen. Richarda Conty znalazła się grupa Piłsudskiego, która wchodziła w skład Grupy Operacyjnej gen. Friedricha von Geroka. W porównaniu z wojskami Linsingena oddziały legionowe stanowiły skromne siły, lecz, jak się okazało, w wielu sytuacjach bardzo przydatne. W kolejnych tygodniach grupa jeszcze wielokrotnie uczestniczyła w działaniach, aczkolwiek nie tak intensywnych jak poprzednio. Pod koniec listopada 4 Pułk, czyli „czwartacy”, został skierowany w rejon Kostiuchnówki (Kościuchnówki), gdzie połączył się z pozostałymi oddziałami III Brygady, natomiast do grupy Piłsudskiego dołączyły walczące dotąd w różnych miejscach oddziały I Brygady, dzięki czemu powiódł się zamiar jej scalenia. 10 grudnia udali się na leże zimowe.

Mniej szczęścia mieli legioniści z grupy Rydza-Śmigłego, gdyż przez wiele tygodni musieli prowadzić uporczywe, męczące i krwawe boje, zbliżając się w końcu września do Styru. Im bliżej było rzeki, tym bardziej tężał opór nieprzyjaciela. Najbardziej zacięte walki legioniści toczyli w rejonie wsi Kołodia oraz Kostiuchnówka. Wyróżnił się 6 Pułk. Dowództwo rosyjskie nakazywało bezwzględną obronę zachodniego brzegu rzeki. Zgodnie z rozkazem wojska rosyjskie nie dawały za wygraną i kontratakowały. 2 października uderzyły na grupę Rydza-Śmigłego oraz sąsiednie austro-węgierskie oddziały. Zostały zatrzymane, ale opanowały Kostiuchnówkę, co spowodowało wygięcie frontu. Zbliżała się zima. Wojska sprzymierzone myślały już o odpoczynku i obronie bezpiecznej dla siebie linii frontu na rzece Styr. 9 października grupa Rydza-Śmigłego udała się na wypoczynek. Lecz nagle 18 października wojska niemieckie i austro-węgierskie zaatakowały korpusy 8 Armii dowodzonej przez najwybitniejszego rosyjskiego dowódcę armijnego, gen. Aleksieja Brusiłowa. Początkowo przeciwnik odniósł sukces, wypierając wojska sprzymierzone poza rzekę Styr. „Oj, ciężki mieliśmy tutaj czas. Całe cztery dni nie można było głowy wychylić. Boże, co to była za męka” – notowano.

Poczynając od 21 października 1915 roku, sprzymierzeni podjęli przeciwuderzenie, próbując odebrać utracone terytoria. Wśród nich znajdowała się grupa Rydza-Śmigłego. Do historii Legionów przeszedł udany nocny atak na Jabłonkę 1 batalionu 1 Pułku kpt. Stanisława Burhardta-Bukackiego, który powiększył liczbę jeńców rosyjskich o kolejnych trzystu. Na konto oddziału zapisał też zdobycie czterech karabinów maszynowych. Zdecydowana interwencja legionistów zapobiegła klęsce Korpusu Geroka.

W ciągu następnych dni walk Legiony brały udział między innymi w bitwach pod Czartoryskiem, Komarowem, Kuklami. Pod Komarowem chwałą okrył się oddział dowodzony przez Wyrwę-Furgalskiego, który najpierw powstrzymał wojska nieprzyjaciela, a następnie niespodziewanie i z dobrym skutkiem na nie natarł. W sumie legioniści spisali się znakomicie, lepiej, niż oczekiwali sojusznicy. Wyeliminowali setki żołnierzy przeciwnika. W końcowych dniach października też odnieśli zwycięstwa. 29 października zdobyli Kamieniuchę, uniemożliwiając ofensywę wojsk przeciwnika. Nieszczęśliwie 28 października w ataku na rosyjskie okopy pod Kamieniuchą został śmiertelnie ranny por. Tadeusz Żuliński. Zmarł 5 listopada. Był komendantem konspiracyjnej Polskiej Organizacji Wojskowej (POW) w Warszawie, powołanej przez Piłsudskiego jeszcze w końcu sierpnia 1914 roku. Piłsudski cenił Żulińskiego i bardzo przeżył jego śmierć. Zmarły był bratankiem Romana Żulińskiego, bohatera powstania styczniowego, powieszonego wraz z Romualdem Trauguttem na stokach warszawskiej Cytadeli w 1864 roku. Kilka miesięcy później, po ekshumacji, odbył się uroczysty pogrzeb Żulińskiego we Lwowie. „Takiego pogrzebu Lwów nie widział, snuł się żałobny orszak na tysiące obliczany, obleczony blaskami wiosennego słońca [...] coraz bardziej potężniał, hołd oddając i cześć ostatnią polskiemu bojownikowi [...]. Nastrój uroczysty, sklepy zamknięte” – relacjonowano w „Kurierze Lwowskim”.

Tadeusz Żuliński, fotografia z lat 1914–1915.

Dzięki staraniom polskich polityków z NKN i Piłsudskiego AOK wyraziła wreszcie zgodę na przetransportowanie II Brygady z frontu karpackiego na Wołyń. W dniach 24–26 października, koleją, przez Stanisławów, Lwów, Lublin żołnierze dotarli do Maniewicz na Wołyniu, a 25 tegoż miesiąca Komenda Legionów wydała rozkaz o połączeniu trzech legionowych brygad, tak by mogły walczyć w jednym miejscu, wzajemnie się wspierając. Wreszcie byli razem. II Brygada weszła w skład 4 Armii arcyksięcia Józefa Ferdynanda. Spełnił się jeden z głównych polskich postulatów. Wydawało się, że kolejny – aby o dzieleniu i łączeniu jednostek legionowych decydowali Polacy – też się spełni. Lecz nie było to możliwe. Ciekawe, że szybciej zgodę na połączenie trzech brygad wyraziło dowództwo niemieckie (Linsingen) niż austriackie. Również z inicjatywy gen. Linsingena połączono obie grupy I Brygady, co wywołało sprzeciw Durskiego-Trzaski i Komendy Legionów. Niemieckie gesty były uzasadnione politycznymi interesami. Po pierwsze, Niemcy, walcząc na ziemiach polskich, pragnęli przynajmniej zneutralizować nieprzyjazne im dotychczas zachowania Polaków. Po drugie, szybko dostrzegli znaczący i stale rosnący potencjał wojskowy oraz propagandowy Legionów, który, jak sądzili, w sprzyjających okolicznościach może być użyteczny dla ich gry na rzecz budowy niemieckiej Europy na Wschodzie.

Po przybyciu na Wołyń II Brygada została rozdzielona na mniejsze grupy, podobnie jak obie pozostałe brygady, i przydzielona do korpusów wojsk sprzymierzonych. 2 listopada grupy II Brygady weszły do walki. Rankiem 7 listopada 2 Pułk został nagle zaatakowany przez liczne wojska przeciwnika. Niewiele brakowało, aby jego dowódca Januszajtis-Żegota dostał się do niewoli. Niezwykła przytomność umysłu i stalowe nerwy pozwoliły mu jednak na opanowanie sytuacji, odparcie ataku i wzięcie blisko dwustu jeńców. Ale pułk poniósł znaczne straty. Do niewoli dostał się pochodzący z Królestwa kpt. Jerzy Szaleniec-Trojanowski, który został uznany przez Rosjan za dezertera z armii carskiej i powieszony. Ostatecznie 13–14 listopada nastąpiło przełamanie i wspólnymi siłami wojska rosyjskie zostały wyparte na wschodni brzeg Styru.

Zażarte walki trwały na pozostałych odcinkach frontu, gdyż wojska nieprzyjacielskie nie dawały za wygraną i ponownie rzuciły się do ataku. Do szczególnie intensywnych zmagań doszło w okolicach Kostiuchnówki. Tam też skierowano 3 Pułk ppłk. Henryka Minkiewicza oraz legionistów z grupy płk. Kazimierza Sosnkowskiego, który na tym stanowisku zastąpił Rydza-Śmigłego. 4 listopada grupa Sosnkowskiego, austro-węgierska brygada płk. Lewandowskiego oraz pododdziały ck armii przeprowadziły przeciwnatarcie, które doprowadziło do odrzucenia atakujących, ale przyszło to z największym trudem. Komenda Legionów sięgnęła do wszystkich rezerw, w tym kompanii sztabowej. Do wieczora 4 listopada legioniści odzyskali utracone pozycje z wyjątkiem ważnego strategicznie wzgórza znajdującego się na południe od Kostiuchnówki, które przeszło do historii pod nazwą Polska Góra, a jej niemiecki odpowiednik Polen Berg został naniesiony na mapy wojskowe. Komenda Legionów otrzymała od dowództwa wojsk sojuszniczych rozkaz zdobycia wzgórza. Zadanie to przypadło grupie dowodzonej przez Minkiewicza. Bezpośredni atak miał wykonać 1 batalion 3 Pułku kpt. Zygmunta Czechny-Tarkowskiego. Z rozpoznania wynikało, że wzgórze jest bardzo silnie obsadzone i bez zdecydowanego wsparcia ck artylerii wykonanie zadania nie będzie możliwe, a straty mogą się okazać poważne. Komenda Legionów nie przejęła się jednak informacją Minkiewicza i nakazała atak. O świcie 5 listopada legioniści go podjęli, lecz natychmiast zostali powstrzymani seriami z karabinów maszynowych i ogniem rosyjskiej artylerii. Ranni leżeli bez pomocy, gdyż polegli sanitariusze. Zginął Czechna-Tarkowski, a także dzielny Ślązak z Cieszyńskiego por. Jan Łysek, jeden z organizatorów Legionu Śląskiego. W sumie oddziały atakujące utraciły połowę stanu (zabici, ranni, zaginieni). Ta smutna i niepotrzebna porażka obciąża konto Komendy Legionów i osobiście gen. Durskiego.

 

Trzeba dodać, że wykonanie tego i innych zadań było utrudnione ze względu na warunki atmosferyczne. „W okopach stała wówczas woda, błoto, okopać się nie było można, toteż żołnierze stali za barierami ułożonymi z pni ściętych drzew – gęby mieli sine i obrzękłe, paluchy zgrabiałe” – pisał jeden z legionistów. Ciągłe deszcze zalewały okopy i ziemianki. „Woda w okopie i ziemiance po brzegi. Na linii jezioro, tylko przedpiersia i chodniki przy nich z desek nad wodą, a żołnierze na tych chodnikach dniem i nocą. Jak oni śpią? Nie wiem” – notował i zastanawiał się kapelan o. Kosma Lenczowski. Dodatkowych kłopotów przysparzały żołnierzom pierwsze śniegi, a także na przemian mróz i roztopy. Wszystkich zadziwiło, że mimo zimna komary są aktywne i dalej, jak pisano, „natrętnie dokuczają”. Już 24 października odnotowano w nocy spadek temperatury do –8 stopni Celsjusza. Cztery dni później nadeszły śnieżyce, które zasłoniły okopy własne i nieprzyjaciela. Przynajmniej bez obaw można było rozpalać ogniska. 27 listopada spadły obfite śniegi, a temperatura nocą sięgała –16 stopni Celsjusza. Niektórzy powiadali, że warunki naturalne okazały się poważniejszym przeciwnikiem niż rosyjski żołnierz. Legioniści II Brygady twierdzili, że lepiej wojowało im się zimą w Karpatach niż jesienią na Wołyniu.

Dnia 10 listopada pod Kostiuchnówką doszło do kolejnego ataku kombinowanej grupy składającej się z legionistów, oddziałów armii ck i niemieckich, formalnie pod dowództwem gen. Durskiego, a w rzeczywistości – niemieckiego oficera jako szefa sztabu grupy. Celem ataku było zdobycie Polskiej Góry. Tym razem nacierający uzyskali skuteczne wsparcie stu dział artylerii niemieckiej i austro-węgierskiej. Artylerią dowodził niemiecki oficer. „O 8.00 zawyły wszystkie armaty. Polska Góra pokryła się cała dymem, buchała ciągle ogniem eksplozji. Koncert trwał półtorej godziny, potem wszystko nagle ucichło, a przyczajone do ziemi leguny [legioniści – A.Ch.] znowu skokami zerwały się do ataku, znacząc swój pochód świetlnymi rakietami i były sygnałem dla własnej artylerii” – wspominał kapelan ks. Józef Panaś. Ostatecznie wzgórze, tym razem bez większych przeszkód, zostało zdobyte. Bitwa pod Kostiuchnówką dobiegła końca. Straty dzięki dobrze przygotowanemu ostrzałowi artyleryjskiemu okazały się tym razem nieznaczne, a nieprzyjaciel odnotował o wiele poważniejsze. W połowie listopada działania zaczepne wojsk rosyjskich zostały przerwane. Kostiuchnówka pozostała w polskich rękach, na długi czas front zamarł.

Straty Legionów w kampanii wołyńskiej były bardzo poważne. Niektóre plutony rzeczywiście przestały istnieć, część kompanii została zredukowana do wielkości plutonu, a batalionów – do kompanii. Działania na Polesiu i północnym Wołyniu były prowadzone w marszu i miały nade wszystko charakter wojny manewrowej. Nie było czasu ani szczególnych możliwości do budowy poważnych przeszkód terenowych. Owszem, z obu stron robiono okopy, ale płytkie i o prowizorycznym charakterze. Miał się zmienić podczas najbliższych miesięcy.

Pod Kostiuchnówką Legiony, choć walczyły w różnych grupach i w rozmaitych miejscach, dały się poznać z jak najlepszej strony. Rosyjscy oficerowie wyrażali opinię, że są one najtrudniejszym przeciwnikiem na frontach poleskim i wołyńskim. Niejednokrotnie wyżej cenili walory bojowe legionistów niż wojsk niemieckich, nie mówiąc już o austro-węgierskich. Podobne oceny wystawiali sojusznicy z ck armii. Dał temu wyraz arcyksiążę Józef Ferdynand w rozkazie z 13 września, podkreślając „pierwszorzędne kierownictwo Legionów, które stale zwycięskie, przenikało w dół aż do najdrobniejszych oddziałów”. W rozkazie kolejnego dnia dodawał: „Polskie Legiony rozwiązały powierzone im zadanie w sposób wprost znakomity. W uporczywych walkach, często przeciwko przeważającym siłom nieprzyjacielskim, umiało kierownictwo nawet w najdrobniejszych oddziałach zawsze zwycięsko postępować naprzód, a szeregi legionowe, co do wytrzymałości fizycznej, uczyniły wszystko, co leży w ludzkiej mocy. Za to wyrażam Legionom moje szczególne uznanie i podziękowanie”. Bardzo ciepło o walkach legionistów mówili też oficerowie węgierscy.

Podobne, a nawet jeszcze cieplejsze oceny wystawiało Polakom dowództwo niemieckie. Jeden z polskich żołnierzy, nie kryjąc satysfakcji, napisał, iż „legioniści tak śmiało parli naprzód, że wzbudzili podziw u Prusaków, którzy nas przedtem lekceważyli [...]. Równocześnie uzyskali takie pochwały nasi sanitariusze, wynosząc z ognia rannych Prusaków”. Waleczność i wytrwałość legionistów docenił gen. Gerok, który nakazał swoim oddziałom, by przez trzy dni z rzędu wznosiły podczas rannego apelu trzykrotne „hurra” na cześć legionistów. To Niemcy nazwali lasek, o który trwały uporczywe walki, Polenwald i pod taką nazwą nanieśli go na mapy wojskowe, a mostek, który zajął ważne miejsce w legionowej pamięci, wpisali na nie jako Polenbrücke. Wszystko to musiało cieszyć legionistów, a szczególnie Piłsudskiego, który zdawał sobie sprawę, że Legiony zyskały w wymiarze politycznym, że po Kostiuchnówce 1915 roku stały się jeszcze mocniejszym argumentem w walce o sprawę polską. Szczególne powody do satysfakcji miał gen. Durski, który został odznaczony przez cesarza Wilhelma II Orderem Żelaznego Krzyża II klasy.

10. KOSTIUCHNÓWKA 1916

W listopadzie 1915 roku front wschodni ustabilizował się na przestrzeni od Zaleszczyk we Wschodniej Galicji poprzez błota i bagna Polesia do mniej więcej Pińska nad Prypecią i dalej ku północy, na wschód od Wilna i na zachód od Rygi. Z uwagi na względny spokój na froncie wschodnim austro-węgierskie dowództwo zdecydowało się skierować część sił na front włoski, a dowództwo niemieckie na front zachodni. Front wschodni opuściły między innymi korpusy gen. Geroka i gen. Conty. W Berlinie i Wiedniu uważano, że po wyczerpującej kampanii 1915 roku Rosja nie będzie już w stanie prowadzić aktywnych działań ofensywnych. W efekcie wiosną 1916 roku siły sprzymierzonych na wschodzie były znacznie skromniejsze niż jesienią 1915 roku. Odcinek frontu nad Styrem obsadziły jednostki trzydywizyjnego ck Korpusu Kawalerii gen. Leopolda Hauera, któremu zostały podporządkowane brygady legionowe. Od strony północnej Korpus Hauera sąsiadował z wojskami niemieckimi. Na pierwszej linii frontu znalazły się II i III Brygada oraz świeżo utworzony 2 Pułk Ułanów rtm. Juliusza Ostoi-Zagórskiego. Pułk ten bezpośrednio podlegał Komendzie Legionów, której miejsce postoju znajdowało się koło miejscowości Wołczeck, tuż za linią frontu. Natomiast I Brygada została skierowana na tyły, podobnie jak 1 Pułk Ułanów. Stacjonowała we wsi Karasin. W pobliżu znajdowało się dowództwo Korpusu Hauera. Poza siecią okopów legioniści robili przecinki w lasach, budowali groble na moczarach, ścieżki między mokradłami, drogi dla kolejki konnej; wytyczyli też z okrąglaków drogę z Karasina do Leszniewki nazwaną drogą Piłsudskiego lub dumą Legionów. Nowe ciągi komunikacyjne miały ułatwić porozumiewanie się oraz usprawnić dowóz materiału wojennego i żywności do kompanii i batalionów. Jedynie ułanom rtm. Beliny-Prażmowskiego wyznaczono miejsce postoju daleko od frontu, kilkadziesiąt kilometrów od rzeki Styr, tuż za Stochodem. Wieści o postępującej koncentracji sił nieprzyjaciela skłoniły dowództwo korpusu do przeniesienia 1 Pułku bliżej frontu, w pobliże 2 Pułku.

Od listopada 1915 roku legioniści okopujący się w rejonie Kostiuchnówki wznosili system ciągłych umocnień, transzei, wysuniętych placówek do prowadzenia ognia z karabinów maszynowych oraz zasieków z drutu kolczastego. Powstały, dzięki pomocy niemieckiej, imponujące dzieła z zakresu sztuki inżynieryjnej. Wśród nich wysunięta przed linię okopów placówka przygotowana według projektu Januszajtisa-Żegoty, którą później nazwano redutą Piłsudskiego. W nawiązaniu do doświadczeń z frontu zachodniego zdecydowano się na budowę trzech linii okopów. Przednie były wyposażone w wysunięte regle, tak by upadek jednego odcinka nie wymagał ewakuacji sąsiadów. Okopy sięgały – jeśli zalewające wody gruntowe w tym nie przeszkadzały – do głębokości 2,5 metra. Ściany i stanowiska strzeleckie wzmocniono belkami, deskami i workami z piaskiem. Jeszcze solidniej były zabezpieczone strzelnice, a zwłaszcza stanowiska karabinów maszynowych. Obok nich znajdowały się dostarczone z niemieckich magazynów stalowe płyty z otworami do obserwacji przedpola. Kopano ziemianki, wykorzystując lokalne drewno i niemiecką papę. Niektóre zostały nawet zaopatrzone w drzwi i okna. Legioniści po raz pierwszy od miesięcy byli zadowoleni z warunków pobytu. „Ziemianki mamy wspaniałe. Komfort, o jakim nam się dotąd nie śniło. Mamy łóżka, a raczej prycze, półki, stoliki, nawet stołki do siedzenia [...]. Po raz pierwszy mamy na pozycji kasyno, gdzie jadamy na talerzach” – wspominał Roman Starzyński. Okopy się rozszerzały co 7–10 metrów, a to pozwoliło chronić się przed wybuchami pocisków artyleryjskich. Wykonano rowy łącznikowe o głębokości od 0,5 metra do 1 metra. Nawet bagna posypano solą otrzymaną od Niemców, aby nie zamarzały. Wiosną 1916 roku legioniści dalej wzmacniali dotychczasowe umocnienia, budując głęboko usytuowane placówki i schrony, które miały chronić przed odłamkami artyleryjskimi i pociskami. Jednym słowem, pracowicie przygotowywali się do prowadzenia wojny pozycyjnej.

Legioniści musieli gdzieś stacjonować, tym bardziej że nadchodziła zima. Na sąsiednie domostwa wiejskie nie mieli co liczyć, bo po pierwsze, były w znacznej mierze zniszczone, a po drugie, ze względów higienicznych nie nadawały się do zajęcia. Dlatego żołnierze musieli sami wznieść pomieszczenia mieszkalne. Ck intendentura dostarczyła gwoździe, blachę, papę, szyby, zamki, klamki i zawiasy. Gdy zabrakło koniecznych narzędzi i elementów budowlanych, legioniści wytwarzali je we własnym zakresie. Przykładowo gwoździe wyrabiali z drutu przeznaczonego na zasieki. W robocie pomagali rosyjscy jeńcy. W ciągu niedługiego czasu powstały miasteczka legionowe zabudowane drewnianymi domkami i barakami. W oknach powieszono koce, by nie ulatniało się ciepło. Największą osadę zbudowano między Kostiuchnówką a stacją Maniewicze – nazwano ją Legionowem. W brygadach służyło wielu znakomitych artystów, rzeźbiarzy, malarzy, na przykład: Włodzimierz Konieczny, Stanisław Szreniawa-Rzecki czy Leopold Gottlieb. Z artystami legionowymi współpracował Leon Wyczółkowski, którego niejeden pomysł architektoniczny i malarski został zrealizowany.

Do budowy wykorzystano elementy domostw pozostawionych przez dotychczasowych mieszkańców, którzy zostali ewakuowani wraz z wojskami rosyjskimi na wschód. Oprócz obiektów mieszkalnych wzniesiono komendy pułkowe i brygadowe, kaplicę, szkołę, łaźnię, studnie, szpitale, świetlice; wytyczono również tereny pod boiska sportowe i place apelowe, przeciągnięto linie telefoniczne. Jednym z najwspanialszych obiektów było kasyno z gustownie wyrzeźbionymi elementami drewnianymi z białym orłem. Podziwiać można było drewniane domki w stylu zakopiańskim, wille takie jak Pod Szrapnelem w kształcie pocisku czy Pod Granatem, kaplicę koło Wołczecka według projektu malarza Wincentego Wodzinowskiego. Również inne osady, takie jak Nowy Jastków, Nowe Kukle, przyciągały uwagę niebanalnymi rozwiązaniami architektonicznymi i artystycznymi. Legioniści uruchomili prądnicę i dzięki temu w osadach legionowych paliły się lampy elektryczne, a tam, gdzie nie było to możliwe, korzystano z lamp naftowych i karbidowych. Wiosną 1916 roku plutony przygotowały grządki, tak by wojsko dysponowało świeżymi warzywami. Trwała rywalizacja, kto wyhoduje najsmaczniejsze warzywa i w największej obfitości. W trosce o wrażenia estetyczne mieszkańców osad zakładano klomby, ustawiano ławeczki i płotki, wytyczano alejki.

 

Niestety, prawie wszystko to, co zostało z takim wysiłkiem intelektu, myśli i rąk zbudowane, uległo zniszczeniu podczas walk latem 1916 roku. Po osadach legionowych pozostały osobiste pamiątki, nieco ikonografii, wiele zdjęć, a najwięcej wspomnień.

Wiosną 1916 roku na froncie wołyńskim było spokojnie. Ani sprzymierzeni, ani nieprzyjaciele nie prowadzili poważniejszych działań wojennych. Nie działo się nic takiego, o czym należałoby poinformować czytelnika. Groźnie brzmiały jedynie komunikaty, stale zresztą weryfikowane, na temat koncentracji wojsk nieprzyjaciela, który ściągał na linię frontu ciężką artylerię oraz kolejne dywizje. To znak, że przygotowywał się do potężnej ofensywy. Wojska rosyjskie wykazywały kilkakrotnie aktywność już w marcu. Zdarzały się potyczki z udziałem rozpoznania kawaleryjskiego. 13 marca został otoczony przez Kozaków, a następnie popełnił samobójstwo wachmistrz Tadeusz Oster-Ostrowski, ceniony i lubiany autor tekstów piosenek, takich jak choćby Pierwsza kadrowa, zaczynająca się od słów: „Raduje się serce, raduje się dusza...”.

Generał Brusiłow w otoczeniu oficerów, fotografia z lat 1914–1915.

Nowy komendant Legionów, gen. Stanisław Puchalski, sugerował dowództwu wojsk sprzymierzonych, by przeprowadzić koncentrację trzech brygad, tak by walczyły obok siebie. Argumentował, że skoro sprzymierzeni mają pełne zaufanie do Legionów, to należy dać im szansę na prowadzenie samodzielnych działań wojennych pełnymi siłami brygad. Zabiegi te nie przyniosły jednak pozytywnego rozstrzygnięcia.

Wojska rosyjskie uderzyły 4 czerwca 1916 roku. Rozpoczęła się operacja, która została zapisana w dziejach wielkiej wojny jako ofensywa Brusiłowa. Spodziewano się jej, natomiast zaskoczeniem była wielkość i jakość zmobilizowanych wojsk oraz determinacja dowództwa. Już 7 czerwca 1916 roku nieprzyjaciel zajął Łuck i dalej atakował. Żołnierze austro-węgierscy uciekli w popłochu. Dowódca 4 Armii, arcyksiążę Józef Ferdynand, został odwołany ze stanowiska. 16 czerwca pod Gruziatynem do walki weszły pierwsze pododdziały II Brygady, gdyż tam chwiała się obrona ck Korpusu Piechoty gen. Heinricha Fatha. Następnie w bój skierowano kolejne bataliony, w tym 1 batalion 2 Pułku Piechoty płk. Januszajtisa-Żegoty. 20 czerwca po przygotowaniu artyleryjskim wojska nieprzyjacielskie ponownie zaatakowały. Miały kilkakrotną przewagę liczebną. Znakomicie spisał się Januszajtis, który w zdecydowanych kontratakach wyparł wojska rosyjskie i wziął do niewoli kilkuset jeńców, aczkolwiek sam został ranny i musiał oddać dowództwo 2 Pułku kpt. Kazimierzowi Orlikowi-Łukoskiemu. Tymczasem Küttner, dowódca II Brygady, zarządził kolejny atak, i to na odcinku, który nie mógł przynieść powodzenia. Küttner, nie zważając na protesty oficerów legionowych, pchał żołnierzy prosto pod ogień karabinów maszynowych. Gdyby nie Januszajtis-Żegota, który zagroził mu zdecydowanie rewolwerem, doprowadziłby 2 Pułk do zatracenia. W efekcie pułk nie osiągnął celu, natomiast poniósł duże i całkiem niepotrzebne straty. 300 legionistów zostało wyeliminowanych z walki, z czego 50 zabitych. Küttner, jak przystało na typowego oficera wychowanego w austro-węgierskiej szkole walki, nie zważał na to. Szczęśliwie wojska nieprzyjaciela nie kontynuowały natarcia, przynajmniej na tym odcinku, a 2 Pułk został wycofany na zaplecze. W sumie II Brygada liczyła już tylko 1800 gotowych do walki żołnierzy.

W dniu 4 lipca wojska rosyjskie ponownie ruszyły na szerokim froncie. Tego samego dnia, w rejonie Kostiuchnówki, na pozycje bronione przez żołnierzy I oraz III Brygady – w sile 6500 (realnie 5350) żołnierzy piechoty, 800 szabel kawaleryjskich, 34/26 dział, wspieranych przez pododdziały austro-węgierskie i niemieckie z korpusów gen. Hauera i gen. Fatha – runęły potężne siły. Głównym celem ataku była Polska Góra i sąsiednie tereny, w tym Polski Lasek. Zdobycie tych strategicznych punktów otwierało drogę na Kowel. Na odcinku 6 kilometrów atakowała 100 Dywizja Piechoty licząca około 13 tysięcy żołnierzy, wsparta przez 77 Dywizję Piechoty i osłaniana przez 16 Dywizję Kawalerii. Wojska atakujące osiągnęły przewagę w liczbie żołnierzy około 3:1. Dominowały też w artylerii. Ich atak wspierało ogniem ponad sto dział, w tym pięć ciężkich baterii wyposażonych w działa kalibru 150–180 mm. Takiej siły ognia ze strony nieprzyjaciela na froncie wschodnim jeszcze nie doświadczono.

Rosjanie rozpoczęli ostrzeliwanie stanowisk wojsk sprzymierzonych o godzinie 6 rano, a o godzinie 18 ruszyli ku legionistom. Najsilniejsze uderzenie spadło na 5 Pułk – zuchowatych mjr. Leona Berbeckiego. Jeden z legionistów pisał: „Obsadzenie pozycji na Polskiej Górze odbywało się w najstraszniejszych warunkach. Huragan nieprzyjacielskiego ognia doszedł do zenitu. Rozumiejąc ważność tych pozycji, Moskale zasypywali je wprost potokiem kul, żelaza, raz koło razu wywracali ziemię potężnymi granatami. Huk wystrzałów i pękających z łomotem granatów ogłuszał, słupy piasku wystrzelające w górę oślepiały. Ponad tym wszystkim niemożliwy skwar słoneczny. Na upadających ze znużenia i napięcia nerwów, czarnych od dymu, raz po raz ranionych lub rozszarpywanych granatami lały się potoki żaru słonecznego, do reszty niszcząc siły ludzkie, omdlewały ręce, osłabła możliwość orientacji, skoordynowanych ruchów”. W ciągu ponad doby ostrzału na okopy legionistów spadło około 20 tysięcy pocisków. W tym samym czasie artyleria legionowa wystrzeliła zaledwie 2700 pocisków. Mimo nawały artyleryjskiej wojskom atakującym nie udało się zniszczyć zasieków z drutu kolczastego, które dalej stanowiły przeszkodę. „Na druty i zasieki prze ciżba. Pierwsze szeregi biegną z płaszczami, z kocami i rzucają na druty kolczaste i sami, żywi lub martwi padają na nie. Za nimi biegną następne szeregi [...]. Idzie fala za falą szarych postaci, aż powstaje wał z ludzi, który przykrywa zasieki. Po tym drgającym pomoście pędzą żołnierze z bagnetami [...]. Jeden legionista na 20 przeciwników. Oddziały węgierskie się cofają. Polacy otoczeni i odcięci, bo wkoło bagna. Trzeba się przebić” – relacjonowała Irena, córka Stefana Radeckiego-Roweckiego (późniejszego „Grota”). Trzynastu oficerów zuchowatych, w tym Rowecki, wyskoczyło z okopów z rewolwerami, krzycząc: „Hurra!”. Widząc to, żołnierze, dowodzeni przez mjr. Sława-Zwierzyńskiego, ruszyli za swoimi oficerami. Zaskoczyli atakujących. I przebili się, przechodząc przez Polski Mostek, zostawiając po obu stronach bagna. Ale nie obyło się bez ofiar. Zginęło czterech oficerów, a dwóch zostało rannych. Zginął Sław-Zwierzyński, a dowództwo nad resztkami batalionu liczącego już tylko 170 żołnierzy przejął kpt. Jerzy Narbut-Łuczyński.

Ów epizod, choć krwawy, był jedynie fragmentem większej całości, kiedy to przeważające wojska rosyjskie przedarły się w luce między pozycjami legionowych pułków na tyły i dotarły do Polskiego Lasku, który przeszedł do dziejów Legionów jako nowa Olszynka Grochowska. Mimo ataków nieprzyjaciela nie rozsypały się bataliony 3 Pułku, w czym zasługa jego dowódcy mjr. Minkiewicza, który krzyknął: „Skoro nie ma mego pułku, to i mnie nie będzie!” – i ruszył do kontrataku. Powstrzymał wojska rosyjskie, dając szansę innym oddziałom na przegrupowanie. Niezwykle walecznie biły się bataliony 7 Pułku mjr. Albina Satyra-Fleszara. Komenda Legionów zarządziła atak nocny batalionów 5 i 6 Pułku Piechoty. Natarcie się załamało. Zginął ceniony rzeźbiarz, poeta i dowódca 6 kompanii por. Włodzimierz Konieczny. Bilans pierwszego dnia był niekorzystny. Co prawda, legioniści nie wycofali się i nie poszli w rozsypkę, nie dali się też okrążyć, niemniej musieli się cofnąć i co najważniejsze, ponieśli duże straty. Byli liczni ranni, zabici, chorzy. Odnotowano przypadki obłędu i chorób psychicznych.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?