ŁukaszenkaTekst

Z serii: Reportaż
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

W serii ukazały się ostatnio:

Piotr Lipiński Gomułka. Władzy nie oddamy

Marcin Kącki Białystok. Biała siła, czarna pamięć (wyd. 3)

Lars Berge Dobry wilk. Tragedia w szwedzkim zoo

Jelena Kostiuczenko Przyszło nam tu żyć. Reportaże z Rosji

Jacek Hołub Niegrzeczne. Historie dzieci z ADHD, autyzmem i zespołem Aspergera

Lene Wold Honor. Opowieść ojca, który zabił własną córkę

Wolfgang Bauer Nocą drony są szczególnie głośne. Reportaże ze stref kryzysu

Filip Skrońc Nie róbcie mu krzywdy

Maciej Czarnecki Dzieci Norwegii. O państwie (nad)opiekuńczym (wyd. 2)

Karolina Baca-Pogorzelska, Michał Potocki Czarne złoto. Wojny o węgiel z Donbasu

Maciej Wasielewski Jutro przypłynie królowa (wyd. 2)

Anna Sulińska Wniebowzięte. O stewardesach w PRL-u (wyd. 2)

Anna Sulińska Olimpijki

Wojciech Górecki, Bartosz Józefiak Łódź. Miasto po przejściach

Lidia Ostałowska Farby wodne (wyd. 2)

Albert Jawłowski Miasto biesów. Czekając na powrót cara

Peter Pomerantsev Jądro dziwności. Nowa Rosja (wyd. 2)

Ilona Wiśniewska Hen. Na północy Norwegii (wyd. 2)

Swietłana Aleksijewicz Ostatni świadkowie. Utwory solowe na głos dziecięcy (wyd. 2)

Patrick Radden Keefe Cokolwiek powiesz, nic nie mów. Zbrodnia i pamięć w Irlandii Północnej

Piotr Lipiński Kroków siedem do końca. Ubecka operacja, która zniszczyła podziemie

Katarzyna Surmiak-Domańska Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość (wyd. 2 zmienione)

Ludwika Włodek Gorsze dzieci republiki. O Algierczykach we Francji

Peter Robb Sycylijski mrok (wyd. 2)

Ojczyzna dobrej jakości. Reportaże z Białorusi pod red. Małgorzaty Nocuń (wyd. 2)

Elizabeth Pisani Indonezja itd. Studium nieprawdopodobnego narodu (wyd. 2)

Barbara Seidler Pamiętajcie, że byłem przeciw. Reportaże sądowe (wyd. 2)

Tomasz Grzywaczewski Wymazana granica. Śladami II Rzeczpospolitej

Jacek Hołub Żeby umarło przede mną. Opowieści matek niepełnosprawnych dzieci (wyd. 2)

Birger Amundsen Harald. Czterdzieści lat na Spitsbergenie

Piotr Lipiński Cyrankiewicz. Wieczny premier (wyd. 2)

Małgorzata Sidz Kocie chrzciny. Lato i zima w Finlandii (wyd. 2)

Ewa Stusińska Miła robótka. Polskie świerszczyki, harlekiny i porno z satelity

Marcelina Szumer-Brysz Wróżąc z fusów. Reportaże z Turcji (wyd. 2)

W serii ukażą się m.in.:

Aleksandra Łojek Belfast. 99 ścian pokoju (wyd. 2 zmienione)

Dawid Krawczyk Cyrk polski


Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.


Projekt okładki Agnieszka Pasierska

Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by Alexander Shcherbak / TASS via Getty Images

Copyright © by Andrzej Brzeziecki i Małgorzata Nocuń, 2021

Opieka redakcyjna Daniel Lis (1 wydanie), Tomasz Zając

Konsultacja merytoryczna 1 wydania Kamil Kłysiński, Michał Potocki

Adiustacja Anna Gancarczyk

Korekta Kamila Zimnicka

Skład Małgorzata Poździk / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8191-189-4

Spis treści

Seria

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Od autorów

Prolog

CZĘŚĆ I Dyrektor sowchozu

1. Dziecko pierestrojki

2. Ni wasz, ni nasz

3. Droga do zwycięstwa

CZĘŚĆ II Prezydent

4. Powrót do przeszłości

5. Reality show

6. Eleganckie zwycięstwa

CZĘŚĆ III Dyktator

7. Kotlet, który zjadł muchę

8. Salon odrzuconych

9. Podstępne Lachy

10. Samiec alfa i jego świat

CZĘŚĆ IV Car

11. Więcej niż Bóg

12. Anszlus za jeden uśmiech

13. Nie mam dokąd odejść

Kalendarium życia Aleksandra Łukaszenki i najważniejszych wydarzeń

Bibliografia

Przypisy

Kolofon

Od autorów

Białorusią zajmujemy się już ponad dziesięć lat. Poświęciliśmy jej dwie książki: Białoruś: kartofle i dżinsy (Kraków 2007) oraz Ograbiony naród. Rozmowy z intelektualistami białoruskimi (Wrocław 2008). Z przyczyn oczywistych książki te traktowały w większej mierze o białoruskiej opozycji niż o obozie władzy. Ludzie opozycji, intelektualiści są bowiem bardziej otwarci i gotowi do rozmowy niż ludzie z obozu Łukaszenki[1]. Białoruski reżim pilnuje, by nic nie wyciekło z administracji prezydenta.

Jednak przedstawiany przez nas obraz Białorusi byłby niepełny bez opowieści o Łukaszence. Jest on bowiem centralną postacią w tym kraju. Jak sam powtarza, jest na Białorusi jedynym politykiem. To on decyduje właściwie o wszystkim, co się dzieje w jego państwie, i bez jego wiedzy nic nie może się wydarzyć.

Łukaszenka jest więc symbolem białoruskiego państwa – jego ładu, ustroju politycznego, w pewnym stopniu pragnień tamtejszego społeczeństwa. Jest także symbolem lęku i prześladowań, pojawia się jako wzorzec w kulturze – i oficjalnej, i alternatywnej. Przez wielu znienawidzony, ale i przez wielu akceptowany, a nawet kochany, jest w końcu twórcą współczesnego państwa białoruskiego. Niepodległej Białorusi.

Łukaszenka na swój sposób kocha Białoruś. Miłością despoty. Ślepą i zgubną. Wszyscy nasi rozmówcy, zarówno działacze polityczni, politolodzy, dziennikarze, jak i mieszkańcy Białorusi, powtarzali to samo: „Tak, Łukaszenka kocha Białoruś, uważa ją za swoją”. To nie opływający w luksusy Wiktor Janukowycz, to nie dyktator w rodzaju Władimira Putina. To najdłużej rządzący we współczesnej Europie prezydent – w 2019 roku minęło dwadzieścia pięć lat od chwili, gdy przejął stery państwa.

Łukaszenka zrobił na Białorusi oszałamiającą karierę – z pozycji biednego wiejskiego chłopca doszedł do stanowiska prezydenta kraju. Taka kariera nie byłaby możliwa, gdyby nie zamieszanie wywołane pierestrojką i późniejszy rozpad Związku Radzieckiego. To były okoliczności sprzyjające tym, którzy potrafili wykorzystać sytuację. Łukaszenka potrafił. Białoruś nie była jednak szczytem jego marzeń. W pewnym momencie Aleksander Grigoriewicz Łukaszenka dojrzał szansę, by zasiąść na Kremlu jako prezydent państwa powstałego z połączenia Rosji i Białorusi. Warunki znów były sprzyjające – postępująca degradacja Borysa Jelcyna zmuszała do rozważania problemu sukcesji po nim. A wielu Rosjanom podobało się to, co Łukaszenka robił na Białorusi, zresztą do dziś w Rosji można usłyszeć pochwalne wypowiedzi na jego temat. Białoruski prezydent objeżdżał więc wyniszczone transformacją regiony Rosji i podbijał serca jej mieszkańców. Być może niewiele brakowało, a prezydent Białorusi zyskałby dostęp do atomowego guzika. Łukaszenka nie stanął jednak na czele wielkiego wschodniosłowiańskiego mocarstwa, drogę zagrodził mu niepozorny były funkcjonariusz KGB Władimir Putin. Znając późniejszą historię Białorusi, można sobie tylko wyobrazić, jak funkcjonowałoby to superpaństwo. Może to, co się dzieje w Rosji pod rządami Putina, nie jest jeszcze najgorszym z możliwych wariantów.

Bywając na Białorusi, często przemierzaliśmy ogromny plac Październikowy położony w samym centrum Mińska nieopodal gmachu administracji prezydenta. Z jednego jego końca na drugi szliśmy na jakieś spotkanie czy wywiad. W naszym przekonaniu ten plac w jakimś stopniu symbolizuje Białoruś. Jest przerażający – przestronny i ziejący pustką, w zimie hula po nim wiatr, w lecie słońce topi asfalt, nie ma tu jednak żadnej krzątaniny, życia ulicznego i gwaru.

 

Ludzie szybko przemykają przez plac Październikowy, biegną dalej szerokimi arteriami albo znikają w przejściach podziemnych i kolejkach do metra. Jakby nie mieli czasu na życie kawiarniane (kawiarnie zaczęły się tu pojawiać dość niedawno), na śmiech. Pojedynczy człowiek na placu wydaje się nic nieznaczącym punkcikiem. Takie punkciki przesuwają się po nim w różnych kierunkach. Czy ich egzystencję ktoś z góry zaplanował? Wydziela im czas na poszczególne czynności, tak jak w powieści Jewgienija Zamiatina My, w której bohaterowie mają Godziny Osobiste (przeznaczone na prywatność) i Godziny Seksualne (przeznaczone na seks)? Bohaterowie Zamiatina – zupełnie jak obywatele kraju Łukaszenki – żyją w państwie wyglądającym na arkadię: władca dba o zaspokajanie ich potrzeb, karmi i ubiera, a w zamian żąda, by obywatele w Dniu Jednomyślności oddali na niego głos. Zgodnie i bez szemrania. W powieści często pojawia się fraza: „Nie ma ja, jesteśmy my”, dyktatury nie lubią indywidualistów.

Na Białorusi Łukaszenka dzieli czas obywateli podobnie: są obowiązkowe prace społeczne, obowiązkowe zebrania w zakładach pracy, na których chwali się Białoruś i jej ustrój, obowiązkowe defilady – jeśli nie pójdziesz, wylecisz z pracy albo ze studiów. Łukaszenka jest dobrym Ojcem Narodu: to on o ten naród dba, zapewniając obywatelom świadczenia socjalne, pensje i emerytury wypłacane na czas. W zamian chce tylko jednego – zwołuje obywateli w swoim Dniu Jednomyślności i żąda postawienia krzyżyka przy swoim nazwisku. Łukaszenka znalazł nawet nazwę na ten dzień, mówiąc, że odnosi wtedy „eleganckie zwycięstwo”, czyli wygrywa w wyborach prezydenckich, miażdżąc rywali, musi mieć minimum 80 procent głosów. Jak długo to może trwać? Tego nie zdoła przewidzieć nawet najlepszy analityk. Może dojdzie do przewrotu pałacowego? Może grupka zapaleńców społeczników pociągnie za sobą ospałe społeczeństwo i obali białoruskiego satrapę, tak jak Majdan na Ukrainie zmiótł Janukowycza? A może Łukaszenka będzie rządzić jeszcze dekadę, w końcu nie jest starym politykiem. Jedno jest pewne: Łukaszenka zasługuje na uczciwą ocenę. To – na swój sposób – polityk wybitny. Jest na Białorusi znienawidzony, zgoda. Ale jest też kochany. Jest dyktatorem i uśpił swój kraj, w dużej mierze Białoruś wciąż tkwi w Związku Radzieckim, ale też po ponad dwóch dekadach rządów Łukaszenki nikt na Białorusi nie powie: „Jestem tutejszy”. Każdy powie: „Jestem Białorusinem”.

W nowym wydaniu książki z 2021 roku uzupełniliśmy tekst o opis wydarzeń, które miały miejsce po 2015 roku.

Prolog

Do tej pory Białorusini tylko milczeli. W metrze, w autobusie, na ulicy – wszędzie widziało się szare, zmęczone twarze i przejmujące milczenie. Bo milczenie, opanowanie należały do natury Białorusinów – tak też mówi o swoim narodzie słynny białoruski pisarz Adam Hlobus. W białoruskim metrze panuje cisza, wchodzący na stację ludzie przytrzymają wahadłowe drzwi kolejnemu pasażerowi, podczas gdy w Rosji można takimi drzwiami oberwać w nos.

Najwięcej o milczącym człowieku mówią jego oczy. Na Białorusi to zrozpaczone, rozmyte spojrzenie matek stojących pod aresztem i wypatrujących w oknach swych dzieci; ból i ślepe spojrzenie w oczach ludzi, którym reżim Łukaszenki zamordował bliskich. Przerażone i wyjące z bólu oczy pałowanych demonstrantów. Albo ślepe spojrzenie pogodzonych z losem, zgnojonych ludzi, którym reżim reguluje każdą sferę życia. I wyrachowany wzrok koniunkturalistów, których też jest sporo i którym na Białorusi żyje się dobrze.

Przez to milczenie i przez swą ponurość Białoruś długo nas przygnębiała. Pełna była ograniczeń, w niezdrowy sposób uporządkowana i czysta, tą czystością chwalił się sam Łukaszenka („Nasze miasta są czyściutkie”). Zmiany zachodziły powoli. W 2010 roku po sfałszowanych wyborach prezydenckich ludzie wyszli na ulicę, a manifestacje krwawo spacyfikowano. Ale na szczęście białoruskie życie polityczne i społeczne nie toczyło się już jedynie w rytmie: stagnacja – krótkie przebudzenie społeczne – stagnacja. Białorusini się zmieniali. Nieme protesty przerodziły się w klaszczące. Ludzie spontanicznie zbierali się w centrach miast, nie skandowali haseł, tylko stali i klaskali. Coraz większe uzależnienie Białorusi od Rosji, ustanawianie absurdalnych praw (takich jak podatek od bezrobocia) zmuszały ludzi do wychodzenia na ulicę.

Dziś trudno określić, jak zmieniało się w ostatnich latach społeczne poparcie dla Łukaszenki, bo w 2016 roku zlikwidowano jedyny niezależny ośrodek badania opinii publicznej NISEPI prowadzony przez profesora Olega Manajewa. Po sfałszowanych wyborach prezydenckich w 2020 roku setki tysięcy Białorusinów zaprotestowało po raz kolejny. Nie wiemy, czy byli wśród nich ci, którzy jeszcze niedawno z przekonaniem głosowali na Łukaszenkę (mityngi wspierali emeryci, elektorat Łukaszenki). Czy byli wśród nich młodzi pracownicy korporacji, do tej pory koniunkturaliści, którym reżim zapewniał stabilizację i dobre zarobki? Pewne są dwie rzeczy: protesty były masowe, Łukaszenka nigdy tak się nie bał zrewoltowanego tłumu. Pierwszy raz w historii jego zaprzysiężenie było tajną operacją (odbyło się pod ochroną służb specjalnych i resortów siłowych). Robotnicy w fabrykach (także łukaszenkowski elektorat) krzyczeli: „Odejdź, odejdź”. Widać było, że kończy się pewna era, że Białorusini mają już dość dyktatury. Białorusini przestali milczeć.

A jak patrzy Łukaszenka? On nie patrzy, on łypie. Tak wyraził się kiedyś o białoruskim prezydencie reżyser filmowy Jury Chaszczawacki. Obłąkane oczy Łukaszenki wypatrują spisków, szpiegów, zdrajców. Każdego, kto czyha na jego władzę. Choć Łukaszenka śmieje się od ucha do ucha, to jego oczy nie uśmiechają się nigdy. To zimne oczy dyktatora. Człowieka, który nikomu nie uwierzy na słowo. Musi zobaczyć. Dlatego – podobno – patrzył, jak na jego rozkaz bije się niepokornych deputowanych, a morderstwa polityczne kazał rejestrować na kasecie wideo. Spojrzenie Łukaszenki – człowieka, który nigdy nie wybacza – kryje wiele tajemnic.

Część I Dyrektor sowchozu

1. Dziecko pierestrojki

Rozdział, w którym Aleksander Grigoriewicz przychodzi na świat, kończy szkoły i zostaje panem na gospodarstwie

Gdyby Aleksander Łukaszenka był średniowiecznym władcą, musielibyśmy wymienić przedziwne znaki na niebie i ziemi, które poprzedziły jego przyjście na świat. Nie wiemy jednak, czy przed 30 sierpnia 1954 roku na ziemiach Białorusi urodziły się na przykład dwugłowe cielęta, wiemy za to, że nie przelatywała wówczas nad ziemią żadna kometa. Wiemy też, że w styczniu 1954 roku w Ameryce Północnej odnotowano najniższą temperaturę (minus sześćdziesiąt sześć stopni Celsjusza), a 30 czerwca miało miejsce całkowite zaćmienie Słońca. Tamtego roku w Związku Radzieckim władzę przejął Nikita Chruszczow (14 marca), a hokejowa reprezentacja ZSRR w swym pierwszym oficjalnym meczu pokonała Finlandię 8:2, na samej zaś Białorusi ci, którzy mieli odpowiednio nastawione odbiorniki radiowe, mogli po raz pierwszy wysłuchać audycji białoruskiej sekcji Radia Wyzwaleńnie, po kilku latach przemianowanego na Radio Swoboda.

Rok 1954 niczym szczególnym się więc nie wyróżniał. To, co naprawdę doniosłe: koniec wojny w Korei, śmierć Józefa Stalina i wejście Związku Radzieckiego do klubu atomowego, dokonało się rok wcześniej. Także lata następne były ważniejsze, przyniosły choćby odwilż w obozie komunistycznym. Możemy zatem przyjąć, że narodziny Aleksandra Łukaszenki były – w tym zwyczajnym 1954 roku – wydarzeniem niezwykle doniosłym, choć miliony ludzi miały się o tym przekonać dopiero kilkadziesiąt lat później.

Aleksandria, wioska wtulona w prawy brzeg Dniepru, leży nieopodal Szkłowa. Wieś, jakich setki na Białorusi, w XVIII wieku, w wyniku rozbiorów Polski, znalazła się w granicach Imperium Rosyjskiego. Był tu kowal, dwie cerkwie prawosławne i dwa młyny wodne, żyła społeczność żydowska. Wokół toczyły się wojny, przychodzili bolszewicy, hitlerowcy, Armia Czerwona, a Aleksandria żyła swoim powolnym, statecznym życiem: po Dnieprze kursował prom, utworzono sowchoz, uprawiano ziemię, hodowano trzodę. Wieczorami mieszkańcy spotykali się po domach, w których nie było bieżącej wody, i siedzieli przy świeczce. Dla żyjących tu ludzi świat kończył się i zaczynał na Aleksandrii albo niedaleko za jej granicami, w Witebsku czy Orszy, większych, historycznych miastach Białorusi.

W dwudziestowiecznej historii wioski można odnotować dwa doniosłe wydarzenia: otwarcie linii kolejowej Witebsk–Orsza–Żłobin w 1902 roku (nitka kolei przebiegała przez oddalony od Aleksandrii o kilometr Kopyś, co pozwoliło wsi zbliżyć się do miasta) i narodziny Aleksandra Łukaszenki (30 sierpnia 1954 roku); przyszły prezydent Białorusi przyszedł na świat w przysiółku Kopyś. Gdyby nie ten drugi fakt, być może dziś nikt by o Aleksandrii nie wspominał. Byłaby wyludniającą się wioską, zamieszkaną w większości przez emerytów, zabitą dechami, a tymczasem jest jednym z ciekawszych miejsc na Białorusi, czyli zamkniętą przed dziennikarzami sławną „wsią prezydenta”. Wielu Białorusinów mylnie uważa, że jej nazwa pochodzi od imienia prezydenta, w rzeczywistości wywodzi się od imienia Aleksandra Chodkiewicza, który był synem Iwana Chodkiewicza, hetmana litewskiego zmarłego w niewoli tureckiej.

Rodzina Aleksandra Łukaszenki z Aleksandrią związana jest zresztą od pokoleń, tu urodziła się jego matka Jekatierina Trafimauna, która odebrała wykształcenie w miejscowej szkole (cztery klasy podstawówki). Tu też w 1939 roku zmarł dziadek Łukaszenki Trafim, głowa rodziny Łukaszenków.

Życiorys ojca Łukaszenki owiany jest aurą tajemnicy, prezydent wspomina o nim rzadko i myli się w wersjach wspomnień. Historii o Grigoriju X (ojciec miał na imię Grigorij, sądząc po otczestwie, którym Łukaszenka się posługuje, X – ponieważ nie wiemy, jak się nazywał, prezydent nosi panieńskie nazwisko matki) jest wiele w białoruskich biografiach głowy państwa, zarówno w tych oficjalnych, jak i pióra opozycyjnych dziennikarzy. Według jednej z nich Jekatierina Trafimauna zakochała się w kowalu i z nim poczęła syna, według innej ojciec Łukaszenki był jednookim Żydem o imieniu Grisza. Są tacy, którzy przekonują, że ojciec był Cyganem. Część biografów twierdzi, że Jekatierina Trafimauna szybko owdowiała, część – że związała się z żonatym mężczyzną. Nie wiemy więc, w jakich okolicznościach i dokładnie kiedy ojciec Łukaszenki pojawił się w życiu Jekatieriny Trafimauny. Sam prezydent kiedyś powiedział, że był drugim synem, pierworodny miał umrzeć w wieku dwóch lat. Później nigdy nie wracał do tej wersji, został po prostu jedynakiem. Zdarzyło się też Łukaszence powiedzieć, że jego ojciec zginął na froncie II wojny światowej. Co jednak zrobić z faktem, że Łukaszenka urodził się dziewięć lat po tej wojnie?

Jekatierina Trafimauna nieraz chciała uciec z Aleksandrii. Spróbowała pod koniec II wojny światowej, kiedy przeprowadziła się do Orszy, by zakosztować miejskiego życia. Pracowała na kolei i w fabryce lnu (to tu, według jednej z wersji, miała poznać ojca Łukaszenki). Wróciła na wieś, będąc już w ciąży. Uciekła kolejny raz, gdy w 1954 roku na świecie pojawił się Saszka, ludzie wytykali ją bowiem palcami. Tego odium społecznego i biedy nie mogła znieść. Kobieta sama z dzieckiem na wsi… Zresztą Jekatierina Trafimauna wiedziała, jak to jest być samotną matką – ją i szóstkę rodzeństwa matka także wychowywała w pojedynkę. Saszką zajęły się więc siostry Jekatieriny Trafimauny, podczas gdy ta znów zamieszkała w Orszy, a wróciła do Aleksandrii, kiedy Saszka miał trzy lata.

Łukaszenka nie ukrywa, że w domu rodzinnym było biednie. W jednym z wywiadów powie: „Mieliśmy z mamą półtora hektara ziemi. Nie mogliśmy kupić wódki, więc za butelkę samogonu załatwialiśmy w kołchozie konia. Ja prowadziłem konia, a mama szła za pługiem”.

Życie w Aleksandrii toczyło się powoli. Jekatierina Trafimauna mieszkała z siostrą i jej synem w domu odziedziczonym po ojcu. Choć Saszka nie miał rodzeństwa, w domu było ludnie i gwarno, w dorastaniu towarzyszyli mu kuzyni i ciocie.

Chałupa – drewniana i prymitywna – ledwie się trzymała; zresztą w wiosce był tylko jeden dom z cegły, reszta z drewna, kryta słomą. Szczególnie trudno było przetrwać zimę: trzymały ostre mrozy, dom z trudem dawało się ogrzać. Jekatierina Trafimauna była dojarką w aleksandrowskim sowchozie, otrzymywała jakieś 15–20 rubli miesięcznie. Lżej było latem, kiedy krowy dawały więcej mleka, można było wtedy wyciągnąć 50–60 rubli. Była to pensja głodowa, bochenek chleba kosztował wówczas rubla, a kilogram mięsa 15 rubli. Saszka od najmłodszych lat pomagał matce, był zdrowy i silny. W jednym z wywiadów prezydent pochwalił się, że nauczył się doić krowy lepiej i szybciej niż zawodowa dojarka.