Wykop

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Wydawnictwo Psychoskok

Konin 2017

Andriej Płatonow „Wykop”

Tytuł oryginału rosyjskiego: „Kotłowan"

Andrei Platonov’s russian text copyright © by Anton Martynenko, 2017

Polish publishing rights are acquired via FTM Agency, Ltd., Russia, 2016

Copyright for translation Aleksander Janowski

Copyright © by Aleksander Janowski & Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o., 2017

Copyright © by Andriej Martynenko

Copyright © by Andriej Płatonow

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie

może być reprodukowana, powielana i udostępniana w

jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy.

Skład: Jacek Antoniewski

Projekt okładki: Jakub Kleczkowski

Korekta: Anna Kłosowska

Ilustracje na okładce: © STUDY TO „COMPOSITION

II” Wassily Kandinsky [1]. Public domain

ISBN: 978‒83‒7900‒748‒6

Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o.

ul. Spółdzielców 3, pok. 325, 62-510 Konin

tel. (63) 242 02 02, kom. 695-943-706

http://www.psychoskok.pl/ e-mail:wydawnictwo@psychoskok.pl

Przedmowa

Andriej Płatonow objawił się w literaturze sowieckiej lat 30. wraz z plejadą innych utalentowanych twórców tej miary co Babel, Bułhakow, Pasternak czy Zoszczenko, których ówczesne władze brutalnie prześladowały, nękały lub niszczyły. Pisarz również nie uniknął takiego losu.

Najstarszy syn w licznej rodzinie kolejarza zaczął pracować fizycznie w wielu lat trzynastu. Po Rewolucji Październikowej i służbie w Armii Czerwonej ukończył wydział elektryczny na Politechnice w Woroneżu. Zatrudniony przy melioracji i elektryfikacji wsi miał możliwość z bliska obserwować życie rolników w organizowanych przymusowo kołchozach. Wtedy też zaczął pisać krótkie opowiadania i felietony.

W roku 1924 przeniósł się do Moskwy by poświęcić się pracy pisarskiej. Jego pierwszy tomik opowiadań został natychmiast skrytykowany za pesymizm, anarchizm, nihilizm, symbolizm, antyrealizm, trockizm oraz wszystkie inne możliwe „izmy” znamionujące odstępstwa od żelaznych kanonów realizmu socjalistycznego.

„Wykop” powstał w 1930, w roku Pierwszego Planu Pięcioletniego i bezwzględnej kolektywizacji w rolnictwie jak również przykręcania śruby w literaturze i sztuce.

W „Encyklopedii Literatury” z roku 1934 czytamy, że „Płatonow ukazał aparat państwowy nie jako formę uczestnictwa robotników i chłopów we współrządzeniu państwem, lecz jako aparat przymusu i niwelowania indywidualności”.

Stalin natomiast miał wyrażać się o Autorze: „zdrajca” i „drań”, któremu „trzeba pasa”, a zarazem mawiał o nim „prorok” i „poeta”. Pozwolił pisarzowi egzystować.

Płatonow uniknął represji i czystek lat 30., lecz jego piętnastoletniego syna za rzekomy udział w domniemanym antysowieckim spisku zesłano do lagru, gdzie nabawił się gruźlicy.

Podczas II wojny światowej Płatonow służył jako korespondent wojenny na froncie. Powrócił do stolicy poważnie chory.

W roku 1946 opublikował w prestiżowym i liberalnym jak na owe czasy miesięczniku „Nowyj Mir” opowiadanie „Powrót” ukazujące złożony problem psychicznego dostosowania się byłego żołnierza frontowego do życia w pokoju.

Tym razem zaatakowano Autora za „oczernianie” sowieckiej rzeczywistości i sowieckiego żołnierza, kładąc w ten sposób kres jego karierze pisarskiej. Zarabiał odtąd na życie dorywczymi tłumaczeniami i pisywaniem drobnych notek do gazet pod pseudonimem.

Płatonow zmarł w niedostatku 1951 roku zaraziwszy się gruźlicą od swego syna, którego pielęgnował.

„Wykop” ukazał się w tymże „Nowym Mirze” dopiero w roku 1987, w czasach rodzącej się za Gorbaczowa „pieriestrojki”.

Aleksander Janowski

Od tłumacza

– Ależ po polsku tak się nie mówi! – z oburzeniem zakrzyknęła dobra znajoma po przeczytaniu kilku pierwszych akapitów powieści. „Niemożliwie kaleczysz język! Redaktor tego nie przepuści.” Otóż to!

Takim właśnie „niemożliwie kaleczonym” językiem rosyjskim świadomie posługiwał się Płatonow jako narzędziem celowego, zamierzonego przekazu. To jest jego cecha wyróżniająca.

Swoje zadanie upatrywałem więc, Drogie Czytelniczki i Drodzy Czytelnicy, w adekwatnym przekładaniu rosyjskiego „tak się nie mówi” na „tak się nie mówi” polskie, starając się wiernie oddawać ducha tej unikalnej prozy unikalnego Autora.

Dziękuję

Kotłowan czyli Wykop

– No cóż – mawiał zazwyczaj podczas trudności – szczęście i tak historycznie nastąpi. I pokornie schylał ponurą głowę, która nie miała już o czym myśleć.

Drogi Czytelniku, bierzesz do ręki książkę z pogranicza prozy egzystencjalnej i absurdu odzwierciedlającą jednak sowiecką rzeczywistość. Sprzeczność? Nie, to proza Płatonowa, zamierzona mieszanka pustej nowomowy partyjnej, języka „chłopsko‑robotniczego” i pozornie bezsensownego gaworzenia. Czytając „Wykop” trafiamy na lekcję historii. Historii stosunkowo świeżej, bo raptem sprzed 80 lat, czyli z czasów tworzenia sowieckiego socjalizmu, pierwszego planu pięcioletniego, „rozkułaczania” chłopów i przymusowego wcielania do kołchozów. Płatonow ukrył pod właściwym tylko jemu językiem okrutne realia 1930 roku. Niektóre sceny są jakby żywcem wzięte z jakiegoś super naturalizmu i Zola przy tym to prztyczek. Jednocześnie sarkazm, przesunięcia w farsę, tragikomedię, ironię, ale jakże surową,… np.: …zaczął upadać w wierze proletariackiej i zapragnął udać się w głąb miasta, by pisać tam szkalujące oświadczenia i organizować różne konflikty w celu osiągnięć organizacyjnych.

Ta proza nie mieściła się rzecz jasna w obowiązujących sztywnych ramach, praktycznie otwarcie krytykowała jedynie słuszny ustrój. Powstała po wstępnym, krótkim, w miarę udanym flircie Autora z komunizmem, ale już po pierwszych rozczarowaniach. Nie takiego pisania oczekiwano od młodych twórców i jasne, że nikt tego w ówczesnym Związku Sowieckim nie zamierzał publikować. No bo jakże: W bieżącej dyrektywie zaznaczono mało pożądane zjawiska przegięcia służbowego, samowoli, przesadnictwa i wszelkiego ześlizgiwania się po prawym i lewym zboczu z ostrego grzbietu wyraźnie określonej linii. Albo: Safronow zatrzymał się przed wszystkimi w pozie kierownika komórki likwidacji analfabetyzmu i oświaty, po czym przespacerował się przekonanym krokiem i przybrał aktywnie myślącą twarz. Toż to kpiny!

A do tego to zwątpienie, wcale niepomagające w mobilizowaniu „entuzjastycznych” mas do istotnych zadań, jak beznadziejne kopanie bliżej nieokreślonego wykopu: …słyszał te słowa i okrzyki, leżał bezdźwięcznie, nadal nie ogarniając sensu życia. Lepiej bym komarem się urodził – ten ma los szybkobieżny.

No, ale dość Czytelniku, przewróć następną kartkę i przejdź wraz z Płatonowem na drugą stronę lustra. Zanurz się w tragifarsę, wniknij w czasy, kiedy obowiązkowo należało „zdawać” makulaturę i zachęcano do obcinania koniom ogonów, żeby sowiecka ojczyzna mogła za uzyskane z tego środki zakupić traktory dla tworzonych na siłę kołchozów i torować ludzkości drogę w świetlaną przyszłość „na czele planety całej.” My wiemy, że to się na szczęście nie udało. Przynajmniej na razie…

Powieść krótka, a ileż w niej treści.

Anna Kłosowska

W dniu trzydziestolecia życia osobistego wręczono Woszczewowi zwolnienie z pracy z niewielkiego zakładu mechanicznego, w którym zdobywał środki na swoje utrzymanie. W wymówieniu napisano, że zostaje wycofany z produkcji wskutek wzrostu w nim słabowitości oraz zamyślenia pośród ogólnego tempa pracy.

Woszczew włożył na kwaterze swoje rzeczy do worka i wyszedł na zewnątrz, by na powietrzu lepiej zrozumieć swoją przyszłość. Powietrze ziało pustką, znieruchomiałe drzewa starannie trzymały upał w liściach i smętnie zalegał kurz na bezludnej drodze – taka właśnie sytuacja ukształtowała się w naturze. Woszczew nie wiedział, gdzie ma pójść i oparł się łokciem o ogrodzenie jednego z domków na krańcu miasta, gdzie przyuczano bezrodzinne dzieci do porządku i pożytku. Dalej miasto ustawało – pozostała tylko piwiarnia dla najemnych i niskopłatnych pracowników. Stała jak jaki gmach urzędowy, bez żadnego ogrodzenia, a za nią wznosił się gliniany pagórek i stare drzewo rosło na nim, samotne wśród jasnej pogody. Woszczew dobrnął do piwiarni i wszedł do środka na odgłos szczerych ludzkich głosów. Siedzieli tu ludzie niewstrzemięźliwi, oddający się zapomnieniu swego nieszczęścia i Woszczew poczuł znieczulenie i ukojenie wśród nich. Przesiedział w piwiarni do wieczora, dopóki nie zaszumiał wiatr zmieniającej się pogody. Podszedł wtedy do otwartego okna, by spostrzec początek nocy. Zobaczył drzewo na glinianym wzgórku – chwiało się na wietrze i wstydliwie zawijały się jego liście. Gdzieś dalej, na pewno w parku dla pracowników sowieckiej sieci handlowej wysilała się orkiestra dęta. Jednostajną, niespełnioną muzykę unosił wiatr w przyrodę ponad pustkę za wąwozem. Ponieważ radość rzadko była mu przeznaczona i niczego nie mógł dokonać równego muzyce, spędzał swój wieczorny czas nieruchomo.

 

Po ustaniu wiatru znów zapadła cisza i otulił ją jeszcze cichszy mrok. Woszczew usiadł przy oknie, by obserwować delikatną ciemność nocy, wsłuchiwać się w przeróżne smętne dźwięki i boleć sercem, otoczonym przez twarde kamieniste kości.

– Hej, żywieniowy! – rozległo się w uspokojonym już zakładzie piwnym. – Przynieś nam parę kufli… wlać w gardziel.

Woszczew dawno już zauważył, że ludzie przychodzą do piwiarni parami, jak narzeczeni, a czasem całymi rozhulanymi weseliskami.

Bufetowy tym razem piwa nie podał i dwaj dekarze otarli fartuchami roboczymi spragnione usta.

– Tobie, biurokratowi, lud pracujący jednym skinieniem palca powinien rozkazywać, a ty w pychę uderzasz!

Pracownik frontu spożywczego oszczędzał swe siły od służbowego przepracowania dla życia osobistego i nie skorzystał z różnicy zdań.

– Zakład, obywatele, jest zamknięty. Zajmijcie się czymś we własnych domach.

Dekarze chwycili z talerzyka po słonym obwarzanku i wyszli precz. Woszczew pozostał w piwiarni samotnie.

– Obywatelu! Zapotrzebowaliście jeden kufel, a siedzicie tu bezterminowo. Zapłaciliście za napój, a nie za pomieszczenie.

Woszczew chwycił swój worek i skierował się w noc. Zaciekawione niebo świeciło nad nim dokuczliwą potęgą gwiazd, lecz w mieście światła już zgasły i kto miał taką możliwość, zasnął po spożyciu kolacji. Woszczew ostrożnie zszedł po osypującym się piasku do wąwozu i położył się tam na brzuchu, by zasnąć i rozstać się ze sobą. Dla snu konieczny jest jednak spokój umysłu, jego ufność wobec życia, przebaczenie doznanych nieszczęść, a Woszczew leżał w wytężonym napięciu świadomości i nie wiedział, czy jest pożyteczny dla świata i czy świat doskonale sobie da radę bez niego? Naraz z niewiadomego miejsca powiał wiatr, by ludzie się nie podusili i słabym głosem zwątpienia oznajmił o swojej służbie okoliczny pies.

– Nudzi się psina. Żyję tylko dzięki samemu swemu narodzeniu, podobnie jak ja.

Ciało Woszczewa zbladło ze zmęczenia, poczuł chłód na powiekach i zakrył nimi ciepłe jeszcze oczy.

Szynkarz już odświeżał swój zakład, już falowały wokół wiatry i trawy w słońcu, kiedy Woszczew z żalem otworzył nalane wilgotną mocą oczy. Znów musiał żyć i odżywiać się, dlatego udał się do komitetu zakładowego by bronić swej niepotrzebnej pracy.

– Administracja powiada, żeś stał i myślał pośród produkcji – usłyszał w komitecie. – O czym dumałeś, towarzyszu Woszczew?

– O planie na życie.

– Zakład pracuje zgodnie z gotowym planem zjednoczenia. Plan życia osobistego mogłeś przemyśliwać w klubie lub świetlicy.

– Myślałem o planie naszego wspólnego życia. Swego życia się nie boję, to dla mnie żadna zagadka.

– I co takiego mógłbyś wymędrkować?

– Mógłbym wymyślić coś w rodzaju szczęścia, a od sensu duchowości polepszyłaby się wydajność.

– Szczęście wyniknie z materializmu, towarzyszu Woszczew, a nie z sensu. Nie możemy cię obronić, jesteś człowiekiem nieuświadomionym i nie zamierzamy przez ciebie znaleźć się w ogonie mas.

Woszczew chciał poprosić o jakąkolwiek najsłabszą pracę, byleby starczyło na wyżywienie. Myślał będzie po godzinach.

Lecz dla prośby należało mieć szacunek do ludzi, a Woszczew nie widział od nich uczucia do siebie.

– Boicie znaleźć się w ogonie mas, bo to krańcowość. I dlatego weszliście im na kark!

– Tobie, Woszczew, państwo dało całą godzinę na zamyślenie. Pracowałeś osiem godzin, a teraz siedem. Mogłeś sobie żyć i milczeć. Jeżeli wszyscy naraz się zamyślimy, to kto pracować będzie?

– Bez myśli ludzie działają bezsensownie – wyrzekł Woszczew w zadumie.

Wyszedł z zakładu pracy bez pomocy. Jego piesza droga prowadziła przez lato. Po bokach budowano domy i wygody techniczne – w tych blokach będą bezgłośnie istnieć bezdomne dotychczas masy. Ciało Woszczewa charakteryzowała obojętność wobec wygód. Mógł żyć nie wytężając się na otwartej przestrzeni. Doskwierające uczucie sytości w dniach spokoju na niedawnej kwaterze męczyło go.

Ponownie musiał przejść obok podmiejskiej piwiarni, jeszcze raz spojrzał na miejsce swego noclegu – pozostawił tam coś wspólnego z dotychczasowym życiem. Woszczew znalazł się w przestrzeni, gdzie miał przed sobą tylko horyzont i odczucie wiatru w pochyloną twarz.

O wiorstę dalej stał dom dozorcy drogowego. Przyzwyczajony do pustki, głośno sprzeczał się z żoną. Kobieta siedziała przy otwartym oknie z dzieckiem na kolanach i głośno odpowiadała mężowi wykrzykując przekleństwa. Dziecko w milczeniu szczypało rąbek swej koszulki, rozumiejąc, ale nie mówiąc nic.

Ta cierpliwość dziecka dodała otuchy Woszczewowi. Zobaczył, że matka i ojciec nie czują sensu życia i są rozdrażnieni. Dziecko natomiast żyje bez zarzutu, rośnie na własną mękę. Tu Woszczew postanowił natężyć swoją duszę, nie pożałować ciała dla pracy rozumu, by wkrótce powrócić do domu dozorcy i ujawnić świadomemu już dziecku tajemnicę życia, ciągle zapominaną przez jego rodziców.

„Ich ciała błądzą automatycznie” – obserwował rodziców Woszczew. „Nie czują sedna rzeczy.”

– Dlaczego nie odczuwacie sedna rzeczy? – spytał głośno, zwracając się do okna. – Dziecko u was żyje, a wy kłócicie się. Przecież ono się urodziło, by cały świat dokończyć.

Mąż i żona z lękiem sumienia ukrytym za złymi obliczami, spoglądali na świadka.

– Jeśli nie możecie spokojnie współistnieć, szanowalibyście swoje dziecko – będzie lepiej dla was.

– A tobie czego tu trzeba? – ze złym zamiarem w głosie spytał dozorca. – Idziesz, to idź sobie. Dla takich i drogę wymoszczono…

Woszczew stał pośród szlaku, nie decydując się. Rodzina czekała, aż odejdzie i trzymała swoją złość w zanadrzu.

– Poszedłbym sobie, ale nie mam gdzie. Daleko stąd do jakiegoś innego miasta?

– Blisko – odrzekł dozorca. – Jeśli nie będziesz stał, to droga doprowadzi.

– A wy szanujcie swoje dziecko – powiedział Woszczew. – Kiedy pomrzecie, ono będzie.

Powiedziawszy te słowa, Woszczew odszedł od domu dozorcy na wiorstę i tam usiadł na brzegu rowu, lecz wkrótce poczuł zwątpienie w swoje życie i słabość ciała bez prawdy. Nie mógł dalej pracować i stąpać po drodze nie znając dokładnego porządku całego świata i do czego należy dążyć.

Zmęczony rozmyślaniem legł w zakurzone, przejezdne trawy. Zapanował upał, wiał dzienny wiatr, piały gdzieś koguty we wsi – wszystko ulegało nieodpowiedzialnemu istnieniu, jeden Woszczew odosobnił się i milczał. Umarły, opadnięty liść leżał obok jego głowy. Przygnał go wiatr z dalekiego drzewa i teraz temu liściu pisana pokora w ziemi. Woszczew zgarnął uschnięty liść i schował do tajemnej kieszonki plecaka, gdzie przechowywał wszelkie przedmioty nieszczęścia i niepamięci. „Nie posiadałeś sensu życia – ze skąpym współczuciem rozumował Woszczew – spoczywaj sobie tu, a ja się dowiem, za co żyłeś i poległeś. Jako że nikomu nie jesteś potrzebny i poniewierasz się wśród całego świata, będę cię przechowywał i o tobie pamiętał”.

– Wszystko żyje i cierpi na świecie, niczego nie uświadamiając – wyrzekł Woszczew przy drodze i wstał, aby iść dalej otoczony powszechnym cierpliwym istnieniem.

– Jak gdyby ktoś jeden lub kilku nielicznych wydarło z nas uczucie pewności i wzięło je sobie.

Kroczył drogą do wyczerpania, natomiast wyczerpał się szybko, jak tylko jego dusza przypomniała sobie, że przestała znać prawdę.

Lecz już w dali ukazało się miasto. Dymiły jego spółdzielcze piekarnie i wieczorne słońce oświetlało kurz nad domami od ruchu ludności. To miasto zaczynało się od kuźni i w niej w czasie przejścia Woszczewa remontowano automobil od bezdrożnej jazdy. Tłusty kaleka stał przy koniowiązie i zwracał się do kowala:

– Misza, odsyp tytoniu: znów w nocy kłódkę zerwę.

Kowal nie odpowiadał spod auta. Wtedy kaleki dźgnął go drewnianą kulą w tyłek.

– Misza, przestań pracować, odsyp, bo szkody wyrządzę!

Woszczew zatrzymał się przy kalece, ponieważ po ulicy ruszył z głębi miasta oddział dzieci – pionierów ze zmęczoną muzyką na czele.

– Przecież wczoraj dałem ci całego rubla – powiedział kowal. – Daj mi spokój choć na tydzień! Znoszę to, znoszę, ale kule twe w końcu spalę!

– Pal! – zgodził się inwalida. – Chłopaki mnie na wózku przywiozą – dach z kuźni zerwę!

Kowal przeniósł uwagę na widok dzieci i – mięknąc sercem – nasypał kalekiemu tytoniu do kapciucha.

– Rabuj, szarańczo jedna!

Woszczew zwrócił uwagę, że kalece brakowało nóg – jednej całkowicie, a zamiast drugiej wystawała drewniana przystawka. Trzymał się wyłącznie dzięki podpieraniu się kulami oraz posiłkowemu napinaniu drewnianego odrostka prawej, odciętej kończyny. Zębów inwalida nie miał żadnych, zużył je do cna na żywność, za to rozwinął ogromną twarz i nalaną resztę tułowia. Jego brązowe skąpo otwarte oczy obserwowały postronny świat z chciwością wykluczonego, z utęsknieniem tłumionej namiętności, a w jego ustach tarły się dziąsła wymawiając bezgłośne myśli beznogiego.

Orkiestra pionierów oddaliła się i zagrała muzykę młodego marszu. Obok kuźni świadome swojej przyszłości kroczyły dokładnym krokiem bose dziewczynki. Ich słabe dojrzewające ciała otulały marynarskie koszulki, na zamyślonych, uważnych główkach swobodnie leżały czerwone berety, nogi pokrywał puszek młodości. Każda z dziewczynek poruszając się w miarę wspólnego szyku, uśmiechała się w poczuciu swego znaczenia, świadomości powagi życia niezbędnej dla ciągłości szeregu i potęgi marszu. Każda z tych dziewczynek urodziła się w czasach, kiedy pola pokrywały martwe konie wojny społecznej i nie wszystkie pionierki miały skórę w godzinę porodu, albowiem ich matki żywiły się wyłącznie zasobami własnego ciała. Dlatego też na twarzyczce każdej pionierki pozostały trudności niemocy wczesnego życia, niedostatku ciała i piękna wyrazu. Jednak szczęście dziecięcej przyjaźni, spełnienie przyszłego świata w grach młodości i godność swojej surowej swobody odcisnęły na dziecięcych twarzach ważną radość, która zastępowała im urodę i domowe odkarmienie.

Woszczew stał onieśmielony przed oczami pochodu tych nieznanych mu wzruszonych dzieci. Wstydził się, że pionierzy na pewno wiedzą i czują więcej niż on, dlatego że dzieci – to czas dojrzewający w młodych ciałach, a on odsuwany jest przez spieszącą, działającą młodość w ciszę zapomnienia, jako daremna próba życia, by osiągnąć swój cel. I Woszczew odczuł wstyd i energię – zapragnął natychmiast odkryć ogólnoludzki, długi sens życia, by żyć na przedzie dzieci, szybciej od ich smagłych nóg wypełnionych krzepką delikatnością.

Jedna z pionierek wybiegła z szyku w przylegający do kuźni żytni łan i zerwała tam roślinę. Podczas swego działania mała kobietka pochyliła się obnażając znamię na wypełniającym się ciele i z lekkością niewidzialnej mocy znikła obok pozostawiając po sobie uczucie żalu w dwóch widzach – Woszczewie i kalece. Woszczew spojrzał na inwalidę – tamtemu twarz nabiegła beznadziejną krwią, wyjęczał dźwięk i pogrzebał ręką w głębi kieszeni. Woszczew obserwował nastrój mocnego kaleki, ale cieszył się, że potwór kapitalizmu nigdy nie dopadnie socjalistycznych dzieci. Kuternoga jednak do końca obserwował pionierski pochód i Woszczew zaczął obawiać się o nietykalność i niewinność małych ludzi.

– Patrzyłbyś oczami gdzie indziej – powiedział inwalidzie. – Lepiej byś zapalił sobie.

– Lepiej odejdź na bok, rozkazywaczu! – odrzekł beznogi.

Woszczew nie ruszył się z miejsca.

– Do kogo mówię? – przypomniał kaleki. – Chcesz oberwać ode mnie?

– Nie – odpowiedział Woszczew. – Bałem się, że na tę dziewczynkę powiesz swe słowo lub jakoś inaczej podziałasz.

Inwalida w zwyczajowej męce schylił swą wielką głowę ku ziemi.

– Co mogę powiedzieć dziecku, draniu? Patrzę na dzieci dla pamięci, ponieważ niedługo zemrę.

– Na pewno w kapitalistycznej bitwie ciebie uszkodzono – cicho wymówił Woszczew. – Z drugiej strony, kalecy też bywają starcami. Sam widziałem.

Kaleki człowiek zwrócił swe spojrzenie ku Woszczewowi, które zawierało teraz wyraz zezwierzęcenia górującego umysłu. Kaleka nawet pomilczał chwilę z wielkiej złości na przechodnia i potem wyrzekł z zaciekłą powolnością.

– Starcy tacy bywają, ale takich kalek jak ty nie ma.

– Nie byłem na prawdziwej wojnie – powiedział Woszczew.

– Wtedy też bym powrócił stamtąd nie w pełni cały.

 

– Widzę, że nie byłeś: dlategoś taki głupi! Kiedy chłop wojny nie widział, podobny jest do baby, która nigdy nie rodziła – idiotą żyje! Ciebie przez skorupę całego widać!

– Ech! – żałośnie wymówił kowal. – Patrzę na dzieci i tak się chce zakrzyknąć: „Niech żyje Pierwszy Maja!”

Muzyka pionierów odpoczęła i zagrała w oddali marsz ruchu.

Woszczew nadal się męczył i poszedł do tego miasta żyć.

Do samego wieczora chodził po mieście w milczeniu, jakby oczekując kiedy świat stanie się powszechnie pojmowalny. Ciągle jednak było mu nijako na świecie. Odczuwał w mrokach swego ciała pewne ciche miejsce, gdzie nie było niczego, ale nic niczemu nie przeszkadzało, by coś się zaczęło. Jako żyjący zaocznie, Woszczew spacerował obok ludzi, odczuwając narastającą siłę dręczącego umysłu i coraz bardziej odosobniając się w ciasnocie swego smutku.

Dopiero teraz zobaczył środek miasta i budujące się jego urządzenia. Wieczorna elektryczność paliła się już na budowlanych rusztowaniach, ale polowe światło ciszy i więdnący zapach snu zbliżały się tu z ogólnej przestrzeni i wisiały nietknięte w powietrzu. Osobno od przyrody, w jasnym miejscu elektryczności, z chęcią pracowali ludzie, wznosząc ceglane przegrody, krocząc z ciężarem ładunku w deskowym obłędzie rusztowań.

Woszczew długo obserwował budowanie nieznanej mu wieży. Widział, że robotnicy poruszali się równomiernie, bez raptownej siły, lecz czegoś już przybywało w budowie ku jej zakończeniu.

– Czy człowiek nie maleje w odczuciu swego życia, kiedy budowa rośnie? – nie decydował się wierzyć Woszczew. „Domu przybywa, a siebie ubywa. Jak człowiek wtedy żył będzie?” – wątpił idąc.

Odszedł od środka miasta do jego krańca. Póki poruszał się tam, zapadła bezludna noc i tylko woda i wiatr zamieszkiwały w oddali ten mrok i naturę. Tylko ptaki zdołały wyrazić w swym śpiewie smutek tej wielkiej materii, ponieważ latały górą i miały lżej.

Woszczew dobrnął do pustego pola i zauważył ciepły dołek dla noclegu. Zniżywszy się w to ziemne zagłębienie, podłożył pod głowę worek, do którego zbierał dla pamięci i pomszczenia wszelką niepamięć, zasmucił się i z tym usnął. Jakiś człowiek wszedł jednak na pustkowie z kosą w ręku i zaczął ciąć soczyste trawiaste zagajniki, które tu rosły od niepamiętnych dziejów.

Bliżej północy kosiarz doszedł do Woszczewa i zapodał mu, by wstał i poszedł z placu.

– A tobie co? – niechętnie powiedział Woszczew. – Jakiż to plac, to zbędne miejsce.

– A teraz będzie plac. Teraz tu stosownie powstać kamiennemu przedsięwzięciu. Przyjdź rano popatrzeć na to miejsce, ponieważ niedługo już skryje się na wieki pod urządzeniami.

– A gdzie teraz mam się podziać?

– Możesz śmiało iść do baraku dospać. Idź tam i śpij do rana, a rano się wyjaśnisz.

Woszczew poszedł według opowieści kosiarza i wkrótce zauważył barak z desek na byłym ogrodzie. Wewnątrz baraku spali na plecach siedemnaście czy dwadzieścia chłopa i przygaszona lampa oświecała nieświadome ludzkie twarze. Wszyscy śpiący byli chudzi jak umarli, ciasne miejsce między skórą a kośćmi u każdego z nich zajmowały żyły i po grubości żył widać było jak wiele krwi musiały przepuszczać w momencie wysiłku pracy. Perkal ich koszul z dokładnością przekazywał powolną, odświeżającą pracę serca – pulsowało w bliskości, w ciemnościach opustoszonego ciała każdego z uśpionych. Woszczew przyjrzał się twarzy najbliższego z nich – czy nie wyraża niezmąconego szczęścia człowieka zadowolonego. Śpiący leżał jednak martwo. Głęboko i ponuro ukryły się jego oczy i wychłodzone nogi niedołężnie wyciągnęły się w starych roboczych portkach. Prócz oddechów w baraku nie było dźwięku, nikt nie widział snów i nie rozmawiał ze wspomnieniami – każdy istniał bez żadnego nadmiaru życia i w czasie snu pozostawało żywe tylko serce, chroniące człowieka. Woszczew odczuł chłód umęczenia i legł dla ciepła między ciała dwóch śpiących robotników. Zasnął, nieznajomy tym ludziom, którzy zamknęli swe oczy, zadowolony, że nocuje koło nich – i spał tak nie czując prawdy, do jasnego rana.

Rankiem uderzył Woszczewa w głowę jakiś instynkt. Obudził się i słuchał czyichś słów nie otwierając oczu.

– Słabuje on!

– Bez przytomności jest!

– Nic to! Kapitalizm z nas czyni głupków i on też – pozostałość ciemnoty.

– Aby pochodzeniem pasował, wtedy nada się.

– Po ciele sądząc klasa jego biedota jest.

Woszczew w zwątpieniu otworzył oczy na światło nadchodzącego dnia. Wczorajsi uśpieni stali wokół niego żywcem i obserwowali jego wątłą sytuację.

– Po co tu chodzisz i istniejesz? – spytał jeden, któremu z wycieńczenia słabo rosła broda.

– Nie istnieję tu – wypowiedział Woszczew zawstydzony, że ich wielu czuje obecnie jego jednego. – Tu tylko myślę.

– Po co myślisz i siebie zadręczasz?

– Mnie bez prawdy ciało słabnie, pracą wykarmić się nie mogę. Zamyślałem się w produkcji i mnie zredukowano…

Wszyscy robotnicy milczeli przeciw Woszczewowi: ich twarze były obojętne i nijakie, z rzadka zawczasu umęczona myśl oświetlała ich cierpliwe oczy.

– Co komu po twojej prawdzie? – powiedział ten, co przedtem. – Nie pracujesz, nie odczuwasz istoty istnienia, jakże możesz przypomnieć myśl?

– I po co ci ta prawda? – spytał inny, otwierając zapiekłe od milczenia usta. – Tylko w umyśle będzie ci dobrze, a na zewnątrz – paskudnie.

– Na pewno wszystko już wiecie? – z nieśmiałą nadzieją spytał ich Woszczew.

– A jakże inaczej? Przecież wszystkim organizacjom istnienie nadajemy – odpowiedział niski człowiek swymi wyschniętymi ustami, wokół których z osłabienia również marnie przebijał się zarost.

W tym czasie otworzyło się wejście w drzwiach i Woszczew zobaczył nocnego kosiarza z brygadowym czajnikiem: wrzątek już doszedł na piecu, który rozpalono na podwórzu przy baraku. Czas budzenia się minął, nadeszła pora odżywiania dla dziennej pracy…

Wiejski zegar wisiał na ścianie i szedł cierpliwie siłą bezwładnych ciężarków, na jego facjacie widniał różany kwiat, ku uciesze każdego, kto widzi czas. Robotnicy siedli rzędem według długości stołu, kosiarz zawiadujący w baraku kobiecymi sprawami nakroił chleba i wręczył każdemu po pajdzie, a na dodatek jeszcze po kawale wczorajszej zimnej wołowiny. Robotnicy zaczęli poważnie jeść, przyjmując w siebie pożywienie jak należne, ale nie ciesząc się nim. Mimo że posiedli sens życia, co równoznaczne jest z wiecznym szczęściem, ich oblicza jednak pozostawały mroczne i wychudłe, a zamiast spokoju życia zyskali wycieńczenie. Woszczew ze skąpą nadzieją, z obawą, że ich utraci obserwował tych ponuro istniejących ludzi, zdolnych do przechowywania w sobie prawdy bez wylewności. Był zadowolony nawet z tego, że prawda na świecie zadomowiła się w najbliższym od niego ciele człowieka, który dopiero co z nim rozmawiał. Oznacza to, że wystarczy przebywać tylko w pobliżu tego człowieka, by stać się cierpliwym wobec życia i zdolnym do pracy.

– Chodź z nami jeść! – zaprosili Woszczewa siedzący przy stole. Woszczew wstał i nie wierząc jeszcze w pełni w powszechną potrzebę pokoju, poszedł jeść, krępując się i tęskniąc.

– Coś ty taki mało istotny? – spytali.

– Tak sobie – odpowiedział Woszczew. – Teraz też chcę pracować nad materią istnienia.

W czasie zwątpienia w prawidłowość swego życia rzadko kiedy jadł spokojnie, zawsze czując swą miotającą się duszę.

Teraz jednak jadł z zimną krwią i najbardziej aktywny wśród robotników towarzysz Safronow oznajmił mu po odżywieniu się, że być może Woszczew teraz nadaje się na pracę. Ludzie obecnie podrożali, podobnie jak materiały. Któryż to już dzień z rzędu chodzi pełnomocnik związków zawodowych po okolicach miasta i pustkowiach, by napotkać kogoś z bezzagrodowej biedoty i stworzyć z nich stałych pracowników. Rzadko kogo udaje mu się przyprowadzić – cały naród zajęty jest życiem i pracą.

Woszczew już się najadł i wstał wśród siedzących.

– Czegoś się uniósł?

– Na siedząco myśl mi się gorzej rozwija. Lepiej jak postoję.

– Poczekaj no! Tyżeś chyba inteligent – oni są tacy skorzy do siedzenia i dumania.

– Dopóki byłem bez świadomości, żyłem ręczną pracą. Potem dopiero nie dojrzałem sensu życia i osłabłem.

Do baraku podeszła muzyka i zagrała szczególne życiowe dźwięki, w których nie było nijakiej myśli, za to tryumfujące przeczuwanie, wprawiające Woszczewa w ożywiony stan radości. Trwożliwe dźwięki nagłej muzyki dawały poczucie sumienia, proponowały doceniać czas życia, do końca przejść drogę do oddalonej nadziei i posiąść ją, by znaleźć tam źródło tego wzruszającego śpiewu i nie zapłakać przed śmiercią z poczucia daremności.