Miasteczko RotherweirdTekst

Z serii: Rotherweird #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

3

Odkrycie Haymana Salta

3 Odkrycie Haymana Salta

Hayman Salt od czasu sprzedaży kamieni nie zawitał do „Błyskotek i Bibelotów”, chociaż czasami, przemykając ulicą, sprawdzał, czy nadal leżą na wystawie. Cieszył się z nieprzyjemnej pogody, bo dzięki niej mógł zaryzykować wypad do Straconej Mili, do swojej prywatnej włości, stanowiącej jego wielki i wyjątkowy sekret. Ołowiane, ciężkie od śniegu niebo niemal równie dobrze jak mgła odstraszało możliwych szpiegów.

Salt miał na sobie pelerynę z czarnym kapturem i żadnego pożywienia oprócz flaszki whisky, która dla niego stanowiła panaceum na wszelkie dolegliwości. Jedyna brukowana ulica w Rotherweird wiodła od dwóch mostów przy bramach między okoliczne wzgórza, ale oprócz niej istniały starsze, mniej widoczne ścieżki.

Salt przeszedł po drewnianym moście w południowo-zachodnim rogu Pola Wyspy, po czym zapuścił się w gęsty młodnik dzielący dwa pastwiska. Tutaj śnieg leżał grubszą warstwą. W zagłębieniach północnych i wschodnich zboczy uformowały się zaspy, ale zmiana krajobrazu nie spowalniała wędrowca. Dla oka botanika każde drzewo było inne i stanowiło punkt orientacyjny. Przeciskając się łokciami i kopiąc nogami, Salt przedarł się przez gęste poszycie i stanął na otwartej przestrzeni, za którą ciągnęła się zapadnięta droga, o powierzchni wydeptanej przez stulecia stopami ludzi, kopytami bydła i owiec. Po obu jej stronach wznosiły się strome zbocza z ciemnej, torfowej, żyznej ziemi. Salt poszedł drogą aż do dużej rozpadliny obrośniętej wokół bukami.

Na środku rozpadliny, którą gałęzie drzew uchroniły przed śniegiem, Salt odgarnął suche liście i odsłonił marmurową białą płytkę powierzchni jednego metra kwadratowego, z wyciętym na niej kwiatem. Stanął na niej i zniknął jak postać na starym filmie. Poczuł znajomy szum krwi od głowy do stóp, lecz tym razem jego natychmiastowe pojawienie się w Straconej Mili nie obyło się bez bólu. Skrzywiony osunął się na kolana — miał wrażenie, że stawy mu się wyłamują, oczy wychodzą z orbit, powietrze ucieka z płuc, w uszach szumi. Odruchowo sprawdził płytę — była nienaruszona. Widocznie nastąpiło zakłócenie w siłach, które użyczały jej mocy.

Podniósł się powoli. Tutaj nie było śniegu, a nocne niebo skrzyło się krystalicznie, gdyż jego blasku nie tłumiło sztuczne światło. W porównaniu z Rotherweird gwiazdozbiory były odwrócone, lecz prawidłowo oddawały godzinę i porę roku miasta. Salt czerpał głęboką satysfakcję z faktu, że odwiedzał to miejsce jako jedyny człowiek, stróż i badacz Straconej Mili.

Właściwie to ostatnie zadanie ograniczył nieco dla własnego bezpieczeństwa. Badał tylko milę kwadratową trawy od białej płyty do strumienia poniżej. Fauna Straconej Mili mieszała się ze sobą dowolnie, tworząc kwiaty z zębami, zwierzęta z płetwami i motyle o ptasich skrzydłach. Wiele z tych dziwacznych stworzeń okazało się mięsożerne i agresywne. Salt nie dotarł jeszcze do przyczyny tak dziwnego połączenia form życiowych, lecz wynikające z nich zagrożenia wydawały się jasne. Raz ośmielił się przekroczyć strumień i dotrzeć do brzegu lasu, lecz wtedy złapał go w potrzask bluszcz przypominający nici i zaatakowało stworzenie tak potworne, że jego wspomnienie wciąż nawiedzało go w koszmarach. Innego razu Salt wspiął się wysoko na skalisty płaskowyż na zamglonej krawędzi Straconej Mili, ale przepędziły go stamtąd drapieżne ptaki.

Na tym zaś względnie bezpiecznym skrawku tworzył mapę botaniczną podłoża i zabierał to, co mogło mu się przydać do uprawy roślin w domu.

Salt nie odwiedzał tego miejsca od ponad miesiąca, kiedy to znalazł tajemnicze kamienie. Tego wieczoru przyszedł tu po cebulki przebiśniegów o wyrazistych żółto-fioletowych plamkach przy szyjkach kwiatowych, które pojawią się w Rotherweird jako „galanthus Haymana”. Zebrał już krokusy Haymana, które dał w prezencie Orelii Roc. Tutaj oba gatunki kwitły całkowicie poza sezonem.

Zapalił mały świecący kryształ — bał się, że jaśniejsza latarnia ściągnie nieproszonych gości — i zaczął kopać motyką, uważając, by nie zniszczyć darni i dać roślinom możliwość dalszego wzrostu. Po krótkim czasie ogarnął go niepokój. Trawa, która powinna już zasychać, rosła nienaturalnie wysoko. Między kłosami ciężkimi od ziaren Salt dojrzał nawet źdźbła gotowe do powtórnego kwitnienia. Nie zdejmował rękawic. Wszędzie pełno było skrzydlatych nasion z lasu, chociaż znajdował się daleko od ich środowiska naturalnego. Kiedy je poruszał przy pracy, niektóre zapadały się w ziemię, inne pękały lub odlatywały. Salt zaczął się zastanawiać, czy zdolność tego terenu do mieszania komórek różnych organizmów nie zaburza równowagi całej jego budowy.

W odległości niemal dziesięciu metrów od płyty znalazł pierwszą grupę jajek — były brązowo-żółte, ale niemal przezroczyste. Z tego, co zdołał dojrzeć, zarodki w środku miały skrzydła. W ciągu sześciu lat wizyt w Straconej Mili Salt nigdy dotąd nie znalazł w trawie gniazda — jednak teraz tutejsze istoty ptakopodobne porzuciły swoje dotychczasowe miejsca lęgowe w lesie. A przecież nie widać było ani śladu trzęsienia ziemi, burzy czy suszy. Gleba wyglądała tak samo. Sylwetki drzew poniżej wydawały się niezmienione. W końcu Salt doszedł do wniosku, że zmiany w zachowaniu tutejszych istot nie wynikają z zaburzeń, które już wystąpiły, lecz ze strachu przed czymś, co ma nadejść.

Na tym jednak jego troski się nie kończyły. To tutaj właśnie, kilka metrów od białej płyty, Salt znalazł kamienie skupione razem w miejscu, w którym nie mógłby ich przeoczyć. Dotąd nie zetknął się nigdy z przedmiotem zdecydowanie złośliwym. Dla ateisty niewierzącego w moce nadprzyrodzone było to kompletnie niewytłumaczalne uczucie. Już żałował, że sprzedał te kamienie, i zaczął się obawiać, że zmanipulowano go, by zaniósł je do Rotherweird. Jeśli tak faktycznie było, to w Straconej Mili żyje jakiś inny człowiek — lub też jakiś człowiek przybył tu z Rotherweird i obserwuje jego ruchy.

Z powodu tych obaw Salt złamał uświęconą zasadę: schował cebulki do kieszeni i ruszył przez trawę, zostawiając granicę za sobą. Źdźbła chwytały go za pasek, nasiona drzew czasami ocierały się o ciężkie spodnie, ale szedł przed siebie, przy okazji uświadamiając sobie kolejną niepokojącą zmianę. Las, który normalnie rozbrzmiewał chórem krzyków, świergotów i pohukiwań, stał niemy jak kamień.

Powiał wschodni wiatr. Rozkołysane trawy o posrebrzonych światłem księżyca kłosach przywodziły na myśl spienione fale; Salt poczuł się jak pływak, który raz walczy z prądem, raz daje mu się nieść. W nagłym poświście miał wrażenie, że słyszy wysyczane łacińskie słowa: Et quis est, et quis est?

„A kto to?” Jako botanik Salt pamiętał łacinę, w szkole Rotherweird był jednym z najlepszych w tym przedmiocie. Łacina umożliwiła mu napisanie traktatu naukowego o logice językoznawczej, jednak nie pomogła dotrzeć do przeszłości, której drzwi pozostawały głucho zamknięte. Nie widząc nic niepokojącego, Salt zignorował syk, uznając, że się przesłyszał, i pośpieszył dalej.

Po jakichś dwudziestu minutach dotarł do wyjątkowego drzewa.

Było wysokie, o przysadzistym pniu i dwóch największych konarach celujących prosto w niebo, jak dwa palce, jak polatujący nad ziemią duch w komiksie dla dzieci. Pod najwyższą gałęzią od strony lasu skrawek nieba wbrew prawom fizyki zatrzymywał światło gwiazd — panowała tam ciemność jak w głębokiej studni. Salt instynktownie uznał, że to zjawisko w jakiś sposób łączy się z kamieniami.

Przysunął się bliżej i potknął o żelazny pręt, poznaczony rdzą, zakończony czymś w rodzaju filiżanki na wystającym końcu. Podniósł pręt z trawy i znów odczuł obecność zła. Przypomniał mu się niejasno motyw chrześcijańskiego drzewa wiadomości dobrego i złego. Urok Straconej Mili leżał w braku moralności — tutaj mieszkańcy kierowali się prawami natury, a ich wszechświat nie wymagał podejmowania decyzji. Jednak żelazny pręt oznaczał czyjeś dłonie, palenisko, pozyskiwanie materiałów, inteligencję, która go zaprojektowała, i cel, jaki jej przyświecał. Pewną pociechę stanowiła dla niego widoczna korozja — znak, że pręt odlano bardzo dawno temu.

Salt znieruchomiał. W trawie coś się poruszyło i zamarło; śledziło jego kroki od białej płyty. Były to poruszenia zbyt regularne jak na wiatr, raczej śledziła go jakaś istota kryjąca się w trawie. Mężczyzna sprawdził, czy pręt nada się do obrony — ale złamał go jak patyk. Wytężył wzrok. W ruchliwych cieniach wydawało się kryć całkiem spore zwierzę, jego szybkość i obieranie bezbłędnego kierunku wskazywały na dobry węch lub wzrok — albo jedno i drugie. Znad darni napłynęło kolejne syczące zdanie po łacinie: Nuntium habemus. Mamy posłańca.

Salt uznał, że nie ucieknie przed tym stworzeniem, zresztą ucieczką postawiłby siebie w roli ofiary — a wtedy bardzo łatwo mógłby się nią stać — lepiej więc będzie powstrzymać się od otwartego okazywania wrogości i wykonać jakiś gest zachęty. Potrząsnął kryształem, żeby światło zapłonęło mocniej, i uniósł go wyżej.

Na spotkanie Salta podniosło się z ziemi dziwaczne stworzenie: ni to czworonogie, ni dwunogie, ani człowiek, ani łasica, niepokojąca mieszanina obu gatunków. Miało zwierzęcy pysk, sierść, ostre uszy i zęby drapieżcy, ale też ludzkie oczy i ręce (bez zakrzywionych pazurów), inteligentne spojrzenie, różowawe płaty skóry przeświecające spomiędzy rdzawych włosów i spod prostej skórzanej odzieży. Stworzenie trzymało w dłoni włócznię, gotową do tego, by nią rzucić lub pchnąć.

Salt często zastanawiał się nad tym, jak mieszały się i krzyżowały gatunki Straconej Mili — gdyż wszystkie były hybrydami — i czy jako człowiek też podlegałby tym mutacjom. Teraz doszło kolejne pytanie: czy to zmiany przypadkowe, czy celowe?

Sum Ferox — odezwał się człowiek-łasica.

 

Mieszanka cech, jaką sobą przedstawiał, nie zaskoczyła Salta tak jak fakt, że przemówił klasyczną łaciną. Czym była jego ludzka połowa, że posługiwała się nią jak językiem ojczystym? „Nieważne, trafne imię” — pomyślał Salt.

Chociaż stworzenie trzymało włócznię pionowo, raczej w pozycji obronnej niż gotowej do ataku, jego twarz z pewnością należała do groźnego drapieżnika.

— Hayman Salt.

Ku zdziwieniu mężczyzny człowiek-łasica bez trudu przeszedł na angielski.

— Potrzebujemy pomocy — powiedział Ferox. — Zbliżają się wielkie zakłócenia.

— Dlaczego?

— Saeculum.

Salt przyjrzał się badawczo twarzy stworzenia. Dojrzał na niej okrucieństwo i chytrość, ale także niepokój.

Saeculum… masz na myśli cykl! To by wyjaśniało… — Salt gestem wskazał kłosy w rozpadlinie.

— Ktoś musi przejść stąd tam, kiedy czas dojrzeje.

Salt zastanawiał się, czy dobrze zrozumiał. Czas dojrzeje? Chodzi o czas dojrzewania, czy właściwy moment? Nie zdążył zadać pytania, bo Ferox gwałtownie odwrócił głowę w kierunku lasu i zawołał:

Fugite!

Salt nie potrzebował zachęty, gdyż sam zauważył świecące dyski wylatujące z lasu. Ferox chwycił kryształową lampkę Salta i wskazał w kierunku płyty, do której prowadził przez trawę wciąż widoczny ślad, jak kilwater pozostawiony przez statek. Salt zrozumiał wiadomość: „Ja ich odciągnę, a ty uciekaj”. Biegnąc, dojrzał mijający jego głowę dysk, przypominający kapelusz grzyba, ale z zapadniętymi oczami i cienkim sierpem paszczy, w której widać było zęby godne rekina.

Saeculum! — przypomniał mu jeszcze Ferox grzmiącym głosem, ale Salt nie oglądał się za siebie, dopóki nie oddalił się na bezpieczną odległość. Widział człowieka-łasicę, który z gracją wojownika obracał się i uchylał przed nacierającymi na niego grzybami, broniąc się włócznią. Po każdym celnym ciosie gasło jedno światło.


Sum Ferox.

Droga powrotna okazała się jeszcze bardziej bolesna niż poprzednio. Salt z jękiem upadł na kolana. Zwykle płytka szybko wracała do normalnego stanu; roztrzęsiony mężczyzna czekał, spróbował przejść ponownie, ale ona nie zareagowała, a pod dotykiem wydawała się dziwnie martwa.

Drzwi zamknęły się za nim.

Saeculum.

Salt przeszedł przez polanę, pogrążającą się szybko w ciemności we wciąż padającym śniegu. Pocieszył się tym, co miał pod ręką, flaszką whisky, na każde wspomnienie kolejnej porażki pociągając głębszy łyk. Doszedł do wniosku, że zabranie kamieni może się łączyć z zamknięciem przejścia, a może nawet z kryzysem cyklu życiowego Straconej Mili. Ten wniosek jeszcze pogorszył mu i tak kiepski humor.

Teraz już pijany kopnął płytkę, nie trafił, stopa uniosła się w powietrze, a on upadł na plecy i uderzył głową o coś twardego. Zamknął oczy, poddając się zimnemu balsamicznemu powiewowi.

— Skąd wiedziałeś, że tu będzie? — zapytał jakiś głos, w którym Salt rozpoznał Billa Ferdy’ego.

— Czułem to w kościach — odpowiedział drugi głos.

— Waży z tonę!

— To głupiec — powiedział drugi głos, jakby znajomy.

Salt oprzytomniał, kiedy ktoś przerzucił go sobie przez ramię. Jęknął.

— Kapelusz… coś jeszcze? — zapytał drugi głos.

— Nic innego nie widzę — odparł Ferdy.

— To zanieśmy go szybko do domu — zdecydował drugi głos. — Za dwadzieścia minut będzie tu zadymka.

Półprzytomny Salt zarejestrował tę uwagę i rozpoznał drugą osobę — był to sąsiad Ferdy’ego nazwiskiem Ferensen, człowiek, który w tajemniczy sposób umiał przepowiedzieć ocieplenie, mróz, deszcz i śnieg z kilkugodzinnym wyprzedzeniem i niewiarygodną dokładnością. Wieśniacy nazywali go między sobą Płanetnikiem.

— Zostawcie mnie!

— Cicho, dość kłopotów narobiłeś — odparł stanowczo Ferensen. Ze swojej pozycji do góry nogami Salt widział sylwetkę starego mężczyzny o białych włosach.

— Nie prosiłem o pomoc! — zawołał Salt i zemdlał, zanim Ferensen zdążył odpowiedzieć.

Śnieg zelżał, przed nimi ukazało się gospodarstwo Ferdych; z mroku wynurzały się rzędy tyczek, po których wspinał się chmiel. Stały jak flota statków na kotwicy. Na wzgórzu za gospodarstwem znajdowała się dziwna sześciokątna wieża, w której mieszkał Ferensen. Jej położenie zdradzał tylko blask ognia w oknach, przedzierający się przez zasłonę śniegu.

— Do mnie? — zapytał Ferdy. — Moja Megan niechętnie wita niespodziewanych gości.

— Moja jest jeszcze gorsza — odparł Ferensen — a ja muszę z nim porozmawiać.

Bill Ferdy ustąpił Ferensenowi, jak zawsze, jednak słowa, jakimi jego najemca wyjaśnił, skąd wie, że znajdą Salta akurat w tym miejscu — „czułem to w kościach” — uznał za niewystarczające. Czuł nadchodzące kłopoty.

Wieża Ferensena składała się z jednego pomieszczenia, w którym lokator rozmyślał, uczył się, ćwiczył, gotował, obserwował gwiazdy, przechowywał książki, spał, mył się i żył. Kiedy potrzebował kąpieli lub towarzystwa, schodził do wielkiego domu. Pokój był tak zagracony, jakby miał służyć do gry w memory.

Przy trzech ścianach sześciokąta stały sięgające sufitu półki na książki (a pokój był naprawdę wysoki), opisane na górze ozdobnymi złotymi literami: „Przyrodnicze”, „Starożytność” oraz „Sprawy ludzkie (różne)”. Pod kolejnymi dwiema ścianami stało pojedyncze łóżko oraz urządzenie wyglądające na prysznic. Na kolejnej ścianie, naprzeciwko wejścia, wybudowano pokaźny kominek, szeroki i głęboki, o drewnianej półce rzeźbionej w groteskowe postaci w typowym stylu z Rotherweird. Przed nim ustawiono jak dla publiczności długą kanapę i kilka krzeseł o wysokich oparciach i plecionych siedzeniach. Z belek nad głową, nad którymi widać było więźbę, zwisały mapy nieba, oceanów i lasu Rotherweird Westwood — na tej ostatniej oznaczono rozliczne miejsca występowania rzadkich gatunków. Belki poziome, przytrzymywane bloczkami, służyły do przechowywania kijów, płaszczy, kapeluszy, peleryn, stroju pszczelarza i spadochronu. Całość wskazywała na rozległą wiedzę gospodarza i jego brak szacunku dla zasad dotyczących historii.

Kominek miał otwarte palenisko na kamiennej podłodze, zaś wyciąg wił się wężowo wzdłuż ściany, po czym znikał w dachu, na którym poustawiano zadziwiającą mieszaninę paneli słonecznych i skrzynek lęgowych, czekających na nadejście wiosny. Do książek na wyższych półkach można się było dostać za pomocą dużych przesuwanych stopni o mocnych bokach, przypominających nieco średniowieczną machinę oblężniczą.

— Rzuć go tutaj — powiedział Ferensen, przysuwając kanapę do kominka — i zdejmijmy z niego wierzchnie ubranie.

Salt zaczął śpiewać:

Pamiętam diuka Buccleuch

Był wyższy ode mnie

I mądrzejszy od ciebie…

— Boże, co za hałas! Ferdy, podaj mi „Czarny specjał z Bodrum dla nocnych marków”, trzecia półka.

Ferdy znalazł puszkę w rzędzie innych puszek, wszystkie były wyraźnie opisane. W pomieszczeniu rozniósł się ostry zapach kawy.

Ferensen wsypał ją do garnka stojącego na ogniu.

— Nie zasługujesz na to — wymamrotał — ale skoro trzeba…

Ferdy trzymał głowę Salta, kiedy stary mężczyzna wlewał mu napój do ust. Skutek był natychmiastowy.

— Boże wielki! — wycharczał Salt.

— Bill, wszystko w porządku. Idź powiedzieć Megan, że wróciłeś do domu — powiedział Ferensen i dodał: — dobrze się sprawiłeś. Prawdopodobnie uratowałeś mu życie.

Jak to się często zdarzało, piwowara uderzyła energia sąsiada. Ferensenowie mieszkali w sześciokątnym budynku od tak dawna, jak Ferdowie na gospodarstwie. Znikali na dziesięciolecia, ale powracający Ferensen zawsze miał klucz do domu. Zasady dotyczące historii zabraniały przechowywania zdjęć rodzinnych i pamiętników po śmierci właściciela, więc nikt nie wiedział, jak wyglądali wcześniejsi Ferensenowie. Ojciec Billa Ferdy’ego znał jednego z nich, podobnie jak jego dziadek. Ferdy pamiętał, że w jego dzieciństwie dom stał pusty, jednak po śmierci jego ojca pojawił się ten Ferensen. Nigdy nie wspominał swoich przodków, a Ferdy o nich nie pytał.

Ferensenowie przestrzegali pewnych zasad. Nigdy nie odwiedzali miasta i bardzo pilnowali swojej prywatności. Ich nazwiska — zawsze składającego się z jednego członu „Ferensen” — nie wolno było wspominać w mieście. Zakazu tego mieszkańcy wsi trzymali się z religijną czcią. Ferensenowie stanowili ich sekret. Wiele wnosili do społeczności, gdyż ich wiedza ogrodnicza, botaniczna i weterynaryjna nie miała sobie równych. Ten Ferensen uczył dzieci ze wsi skomplikowanych rzeczy, których nie obejmował program szkolny, i miał do tego zamiłowanie.

Na odchodnym Bill Ferdy jeszcze się zawahał. Zastanawiał się, czy nie skonsultować się z Ferensenem w sprawie dziwnej oferty złożonej przez nocnego gościa w „Esencji Wędrowca”. Potrzebował porady, ale nie chciał kłopotać starszego człowieka. W końcu zrezygnował.

— Gdzie ja byłem? — zapytał Salt już normalnym głosem.

— Ty mi to powiedz — odparł stary mężczyzna, wieszając wilgotne ubrania wierzchnie na prętach po drugiej stronie kominka i nieznacznie sprawdzając zawartość kieszeni gościa.

— Gdzieś na południu…?

— Chyba stać cię na więcej.

— Niedaleko jakichś buków.

— Wyobraź sobie dwie linie prowadzące prosto od końca Old Ley Lane i Drogi Straconej Mili. Idź za nimi za miasto do miejsca, w którym się spotkają.

— Coś w tym stylu — przyznał Salt.

— Obiecałeś. Nikt nie powinien tam wchodzić. Nigdy.

— Wchodziłem tylko sprawdzić, co się tam dzieje.

— To niewybaczalne i bardzo niebezpieczne.

— Tylko raz coś mnie napadło. Zresztą teraz i tak nie może tam wejść. Kiedy wróciłem, przejście się zamknęło.

— Na pewno?

Salt przechodził właśnie do etapu kaca.

— Oczywiście, że jestem pewny, do cholery — zajrzał do kubka. — Co to jest?

— Kawa na tyle wyjątkowa, by obudzić pijaka ze snu, ale niestety niewdzięczności nie wyleczy.

Salt wymamrotał ledwie dosłyszalne przeprosiny. Pomimo lekkich mdłości czuł, że umysł pracuje mu lepiej. Kawa Ferensena podziałała na niego jak balsam. Nagle coś go uderzyło: Ferensen, mieszkający samotnie ze swoimi książkami i przedmiotami, potrzebuje towarzystwa.

— Powinieneś sprawić sobie psa.

Ferensen nie odpowiedział. Salt przypomniał sobie dziwaczną faunę Straconej Mili — ptaki z ryjami, gryzonie z łuskami, mięsożerne grzyby — i poczuł niepokój.

— Przyrodnik Ferensen nie ma kota ani psa. Mówię ci, że w Straconej Mili coś się stało, ale ty tam nie idziesz. Dlaczego nie możesz trzymać zwierząt tutaj, gdzie sypiasz?

Ferensen wysunął dłonie do ognia, jakby rzucał na niego urok, i zmienił temat.

— Ferdy znosi wiadomości z miasta. Dzieją się dziwne rzeczy. Szkolny historyk zniknął, Pałac otwiera się ponownie. Teraz zamknęło się stare przejście. Czy coś łączy te wydarzenia?

— Jest jeszcze coś. W Straconej Mili dzieje się coś bardzo złego.

— Cała Stracona Mila to złe miejsce. Ono nie powinno istnieć. Dobrze, że przejście się zamknęło.

— Chcesz, żeby Stracona Mila umarła? Te wszystkie stworzenia i rośliny?

— Czemu miałaby umrzeć?

— Ziemia dusi się od nasion. Latacze i pełzacze składają jaja w glebie — w Straconej Mili istniało niewiele czystych ptaków i owadów, reszta wymieszała się i pokrzyżowała tak, że można było mówić tylko o lataczach i pełzaczach. — Pory roku się odwróciły. Stworzenia wyczuwają kataklizm. Poszedłem dalej niż przedtem i zobaczyłem… — Salt przerwał; wróciła jego egoistyczna chęć zachowania tajemnicy. Nie chciał dzielić się swoim odkryciem nawet z Ferensenem.

— Wiem, co widziałeś.

— Nie sądzę.

— Widziałeś plamę przesuwającego się nieba. Mogę ci ją pokazać na twojej mapie.

Salt z irytacją uświadomił sobie, że Ferensen przeszukał mu kieszenie, ale nie mógł protestować. Ferensen rozłożył na stole prostą mapę Salta. Rysunek był profesjonalny, notatki niejasne, jednak Ferensen umiał je odczytać.

— Litera „P” oznacza płytę w trawie. Nie wpisałeś żadnych uwag przy lesie, bo nie wróciłeś tam, kiedy ci to odradziłem. Mądrze — Ferensen przeniósł uwagę na nieregularne kształty oznaczone literami i połączone ze sobą; przypominały pokrzywione diagramy opisujące zbiory. — Skupiska roślin. Dziwne mieszanki naszych ziemskich gatunków. Twoje litery oznaczają najbliższych im krewniaków z naszego świata. Zgaduję, że tutaj jest trawa o nazwie parnassus, chociaż w Straconej Mili kwitnie na czerwono, a nie biało, a łodygi ma lepkie — ku zaskoczeniu Salta Ferensen znał lub odgadł większość pozostałych notatek. Kiedy już mu to udowodnił, podsumował: — Nie opisałeś tej plamy na niebie ani wielkiego drzewa obok niej — jego głos zadrżał od rzadko okazywanych emocji. — Stoi niemal dokładnie tutaj — położył palec na samej krawędzi papieru.

 

Miał rację.

— Skąd wiesz? — wyjąkał Salt. — Od lat tam nie bywałeś.

— Ta plama na niebie jest tam od dawna, przypuszczam, że od początku, kiedy jakiś pierwotny wybuch czy zderzenie stworzyło Straconą Milę. Nazywam je centrum zakłóceń.

Ten dowód wiedzy Ferensena zachęcił Salta do większej szczerości.

— Spotkałem tam stworzenie zadziwiające nawet jak na Straconą Milę. To pół łasica, pół człowiek.

Twarz Ferensena pociemniała jakby na wspomnienie dawnego bólu.

— Ferox — rzekł.

Znów zbity z tropu Salt zadał to samo pytanie:

— Skąd wiesz?

Ferensen nie odpowiedział.

— Puścił cię żywego. Chciałbym wiedzieć dlaczego.

— Prosił o pomoc. Wciąż powtarzał: saeculum.

— Cykl. Naturalny cykl życia jednostki lub populacji.

— Albo miejsca — dodał Salt. — Mam teorię. Rotherweird i Stracona Mila są nierozłączne. Do doliny prowadzi tylko jedna droga. Inni w przeszłości też musieli o tym wiedzieć, inaczej nie poprowadziliby w ten sposób Drogi Straconej Mili i nie nadaliby jej takiej nazwy. Dawno temu rząd w obawie przed ujawnieniem sekretu i ucieczką potworów ze Straconej Mili obdarował nas niepodległością i zabronił badania historii. Nie wiedział jednak, że Stracona Mila jest niestabilna i może ulec samozagładzie. Nie wiemy tylko, co się z nami stanie, jeśli ona zniknie.

— Wyszłoby nam to na dobre.

Ferensen wypowiedział te słowa z dziwnym naciskiem, a jednocześnie bez przekonania. Nie po raz pierwszy Salt odniósł wrażenie, że stary człowiek tyle samo ukrywa, co wyjawia.

— Dlaczego Ferox mówi po łacinie?

— Jest stary ponad twoje wyobrażenie — Ferensen przerwał. — Centrum zakłóceń obdarza istoty długowiecznością, ale trzeba za to zapłacić. Ferox na pewno powiedział ci coś jeszcze.

— Zaatakowały nas istoty z lasu.

— Jakie istoty? — padło pełne napięcia pytanie.

— Przypominały grzyby rosnące na suchych drzewach… ale miały oczy i zęby.

Ferensen odprężył się widocznie. Salt przypominał sobie jeszcze inne słowa człowieka-łasicy.

— Ferox wziął mnie chyba za posłańca. Użył słowa nu… nuntius. — Nagle Salta ogarnęło przemożne zmęczenie. Nigdy jeszcze nie czuł się tak znużony.

Jak przez mgłę usłyszał jeszcze lekko ironiczny głos Ferensena:

— Działanie „Czarnego specjału z Bodrum dla nocnych marków” jest staranie skalkulowane: najpierw natychmiast przywraca przytomność, po czym następuje kilka chwil mocnego kaca i dziesięć minut jasności umysłu, a na koniec zapada się w głęboki uzdrawiający sen.

Po kilku sekundach botanik zaczął pochrapywać. Ferensen nalał sobie resztę kawy. Stracona Mila miałaby umrzeć — i wszystkie jej istoty razem z nią? Otoczyły go duchy przeszłości. On, Ferensen, ma obowiązek podjąć działanie, ale jak, skoro nie może się tam dostać? I jak, skoro powstrzymanie zagrożenia, nieważne jakiego, wydaje się przerastać ludzkie siły? Przypomniał sobie dawną wzmiankę o czarnej płycie, która nie działała. Być może otworzyła się teraz, skoro biała się zamknęła? Postanowił jej poszukać.

Co do Feroxa, to za czyjego posłańca wziął on Salta? Mógł mieć na myśli tylko jedną osobę — ale to niemożliwe, na pewno nie, Boże broń.

Ferensen wstał. Podobała mu się pogoda, która spowijała jego wieżę w całun migoczących płatków szronu z zamarzniętej mgły. Sprawdził odczucia na skórze. Śnieg przestanie padać za godzinę, za trzy niebo się wypogodzi. Ciepło i odwilż nadejdą dopiero za co najmniej dwa dni. To fakty, nie jego przypuszczenia. Skąd wziął się u niego ten dar? Co z nim zrobiono tyle lat temu?


Jak grzyby na suchych drzewach, tylko z oczami i zębami.