Miasteczko RotherweirdTekst

Z serii: Rotherweird #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

W końcu nauczyciel dotarł do jedynego pubu w mieście — „Esencji Wędrowca”. Szyld ukazywał wędrowca z dłonią przy uchu, jakby nasłuchującego nowin, a pod nim wypisano imię i nazwisko właściciela: Bill Ferdy, którego piwo pod nazwą „Zadziorna osobliwość starego Ferdy’ego” robiło tak duże wrażenie. W zgodzie z ogólnym stylem miasta ściany łączyły biały tynk i ciemne dębowe belki, wnętrze zaś kryło dużą salę z kilkoma stołami oraz barem po jednej stronie i kominkiem z huczącym ogniem po drugiej. Pod jedną ze ścian stały drewniane ławy, przy których goście grali w gry planszowe. Surowość kamiennej podłogi łagodziły dywany.

Zza baru odezwał się do niego potężny mężczyzna o przyjacielskiej twarzy. Mówił z gardłowym wiejskim akcentem.

— To pan? Pewnie będą mnie pytać.

— Jestem nowym nauczycielem.

— Jestem Bill Ferdy. — Uścisk dłoni karczmarza niemal przeciągnął Oblonga przez ladę. — Nie uczy pan przypadkiem historii?

— Zgadza się — potwierdził Oblong.

— W samą porę. Jak mówi prawo, nauczyciela historii może brakować najwyżej przez jeden semestr. W każdym razie dzięki Bogu nie przypomina pan tego całego Flaska. — Przy tych słowach Bill Ferdy zorientował się, co mówi, i przepraszająco przyłożył palec do ust. — A niech to, już nic nie powiem. Pierwszy kufel stawia firma, panie historyku.

— Skąd nazwa „Esencja Wędrowca”?

— Esencja piwa to piana, bąbelki i drożdże. No i sedno sprawy. A czego więcej może chcieć wędrowiec?

Oblong kiwnął głową. W tej chwili do karczmy wszedł Strimmer w towarzystwie koleżanki z wydziału, Vixen Valourhand. Strimmer odepchnął Oblonga na bok.

— Uwaga na maniery, panie Strimmer — zwrócił mu uwagę barman.

— To historyk.

— A ja jestem karczmarzem, pan zaś uczy przedmiotów ścisłych — i co z tego? — Ferdy położył imponujące pięści na biodrach.

Nie chcąc wywoływać awantury, Oblong schował się w odległym kącie, gdzie bez powodzenia próbował odtworzyć swój spacer wierszem. Przynajmniej poznał nazwisko kolegi po fachu: Flask. Między jednym a drugim wersem uniósł wzrok i napotkał spojrzenie starszego mężczyzny skrytego w cieniu po przeciwnej stronie sali. Wydawało się raczej zaciekawione niż wrogie.

Kiedy nauczyciel ponownie uniósł wzrok, obserwator zniknął.

— Nie mogli ryzykować, że trafi się kolejny Flask — wymamrotał Strimmer w swój kufel, lekkim ruchem głowy wskazując Oblonga — ale żeby ten idiota…?

— Sparzyli się na gorącym, to teraz dmuchają na zimne — przytaknęła Valourhand.

Strimmer założył, że jego była uczennica, fizyczka i najmłodsza członkini personelu Wieży Północnej, wciąż jest pod jego wpływem, mimo że to on w brutalnie nagły sposób zakończył ich krótką zażyłość fizyczną. Zaimponował mu jej cięty język, szarozielone oczy i rude włosy. Vixen, czyli lisica, było szkolnym przezwiskiem nadanym jej zarówno z powodu niezależnego ducha, jak i koloru włosów.

— Po co wpuszczać cholernego obcego do Pałacu? W co pogrywa Snorkel? — zastanawiał się Strimmer.

— Obcy sypnął kasą. Widziałam jego samochód. Czarny, lśniący i wielki.

Oczy mu błysnęły. Valourhand znała ten błysk: Strimmer wyczuł okazję.

— Skąd Flask wiedział, że obcy przejmie Pałac?

— Flask zawsze mawiał: „Odnajdź przeszłość, żeby odgadnąć przyszłość”. Może miał rację.

— To raczej bełkot. — Strimmer lekceważąco machnął ręką.

— Flask twierdził też, że ten obcy przejmie władzę w mieście, co ma sens o tyle, że inaczej nie miałby po co tu przyjeżdżać. Przyciągnęła go nasza niezależność. Chce rządzić. — Valourhand dostrzegała luki we własnej argumentacji, ale nie przyznawała się do tego. Obcy miałby tu rządzić? Po co? Nie potrzebował pieniędzy, nie znał ludzi. Czy w ten sposób miałby jedynie zaspokoić swoją próżność? Raczej nie; przez moment widziała jego twarz w oknie rolls-royce’a, to raczej nie ten typ.

Strimmer nie doceniał Valourhand. Kobieta prowadziła podwójne życie, o którym nie miał pojęcia, miała też własne ambicje, chociaż nie wiedziała jeszcze, w jakim kierunku powinna zmierzać. Sama prowadziła rozmowy z Flaskiem i niektóre ich szczegóły zachowała dla siebie. Zastanawiała się, jakich jeszcze odkryć dokonał były nauczyciel i w jaki sposób przyczyniły się one do jego zniknięcia.

Za zdobnymi ścianami, kolumnami i architrawami Escutcheon Place mieszkał Marmion Finch, piastujący jedyny dziedziczny urząd w mieście — herolda Rotherweird. Kolejne pokolenia Finchów przechodziły tymi ponurymi korytarzami.

Jego obowiązki zapisane w różnych miejscach dwudziestu czterech tomów zbioru „Księgi praw miejskich Rotherweird” trąciły staroświeckim formalizmem. Herold pilnował rzeźb zdobiących dachy, balustrady, kołatki i kurki na dachach miasta — każda rodzina miała prawo do innych symboli — pilnował też jakości, a jego imprimatur wymagane było przy każdym pasowaniu czeladnika na mistrza rzeźbiarza. Miał także prawo wetować projekty wszelkich nowych budynków, chociaż z zasady rzadko z niego korzystał. Prowadził rejestr narodzin i zgonów. Ustalał daty świąt i uroczystości, co wymagało jedynie podstawowej znajomości kalendarza księżycowego.

Jego urząd narzucał też inne obowiązki, nieznane obywatelom Rotherweird: Marmion Finch przechowywał jedyny egzemplarz niepokojącej „Księgi praw miejskich Rotherweird”, na mocy których dolina uzyskała niezależność, a jako jedyny niezwiązany zakazem badania historii przeczytał te zapisy.

Przechowywał i chronił akta historyczne, całe ciągi półek w archivoire — wielkiej bibliotece w samym środku Escutcheon Place, do której tylko on miał dostęp.

Herold wyróżniał się także pod innymi względami. Pod wpływem ojca ożenił się raczej z uwagi na koneksje niż z miłości. Pani Finch okazała się snobką, aspirującą do zajęcia miejsca w kółku Snorkela. Ich syn zbudował sobie hierarchię wartości podobną do matki; w końcu herold skupił się tylko na pracy, która stała się jego życiem.

Tego wieczoru, kiedy Oblong ruszył na spacer po mieście, herold otworzył wszystkie tomy „Księgi praw miejskich Rotherweird” i porozkładał je na sześciu stołach w niszach archivoire. Finch na próżno przeglądał przepisy, starając się znaleźć prawo zakazujące ponownego otwarcia Pałacu lub chociaż zakazujące jego sprzedaży obcym.

Nie podobał mu się nowobogacki samochód przybysza, jego twarz i niejasny powód, który niechętnie podał do użytku przy odnawianiu Pałacu. A co najgorsze, herold nie rozumiał motywacji sir Veronala Slickstone’a, chociaż powody kierujące Snorkelem były dość jasne.

W półmroku najdalszej niszy archivoire krył się rząd półek, a na nich dwie całkowicie przeciwstawne kolekcje szesnastowiecznych ksiąg: jedna dotycząca nauki i filozofii konwencjonalnej, schludnie oprawiona w beżową skórę, a obok, w czarnej skórze, znacznie bardziej tajemnicza mieszanka ksiąg o truciznach, torturach, herezji, zabójstwach, zachowaniach godowych i filozofii władzy. Obie kolekcje niegdyś przechowywano w Pałacu.

Książki odzwierciedlają zainteresowania; te z kolei budują osobowość, a osobowość wytycza kierunki działania. Instynkt podpowiadał Finchowi, że te kolekcje zgromadziły przeciwstawne siły, a w takim wypadku Pałac w różnych epokach był siedzibą zarówno sił dobra, jak i zła. Herolda prześladowała niepokojąca myśl, że zamknięcie rezydencji tyle lat temu musiało oznaczać triumf tych drugich i w jakiś sposób pozostało groźbą… ale jak?

W chwilach zagubienia Finch wypowiadał na głos słowa, które jako pierwsze przyszły mu do głowy, tworząc z nich często nonsensowne ciągi. W ten sposób uspokajał się i mógł skupić. Teraz też uciekł się do tego sposobu.

— Robak… rzucać… zaklęcie… uderzyć…

7

Inny punkt widzenia

7 Inny punkt widzenia

W Pałacu sir Veronal oceniał poczynione postępy. Murarze, cieśle, rzeźbiarze, dekarze, ogrodnicy i szklarze dokonali naprawdę imponującego dzieła.

Poranek spędzony w ratuszu także dostarczał powodów do satysfakcji. „Prawa historyczne” w Rotherweird zabraniały zarówno wykopalisk archeologicznych, jak i posiadania jakichkolwiek obrazów historycznych lub publikacji o dolinie. Podobnie nikomu spoza Rotherweird nie wolno było pisać o mieście, dzięki staremu przywilejowi z czasów królowej Elżbiety. Im większa tajemniczość, tym większy kryje się w niej sekret.

Kwerenda w londyńskich antykwariatach doprowadziła go do odkrycia jednej strony w małej książce z 1798 roku, która jakoś prześlizgnęła się między zakazami. Autor określał siebie mianem Ambrose’a Clauda, wędrownego pastora, i tak opisał swoje jedyne odwiedziny w dolinie Rotherweird:

Po dwóch miłych dniach w Hoy nie zdołałem się oprzeć wyzwaniu, jakie stawia Rotherweird. Przez dwie noce przemierzałem dolinę, dniami śpiąc w schronieniu lasów na jej skraju. Zapuściłem brodę i założyłem najbardziej niepozorne ubranie. Następnego dnia sama pogoda przyszła mi z pomocą. Deszcz lał tak ulewny, że udało mi się wślizgnąć niezauważenie przed zamknięciem bramy. Karczmarz był serdeczny, ale czujny. Wszystko, czego udało mi się dowiedzieć, pochodzi od niego. Prawdopodobnie przywilej z czasów królowej Elżbiety I nadaje całemu okręgowi wyjątkowy status. Karczmarz wygadał się, że według legendy mieszkańcy targowali się zażarcie z okolicznymi wsiami — spory były tak gwałtowne, że sięgnięto po środki specjalne. Jeszcze teraz słyszałem, jak ktoś z miasta lekceważąco nazwał mieszkańca okolicy „wieśniakiem”. Całą resztę Anglii mają w jeszcze głębszej pogardzie. Źródło tego poczucia wyższości pozostaje nieznane, ale poziom wykształcenia jest wyjątkowo wysoki: zdarzyło mi się omawiać Zasady matematyczne Newtona z kramarzem na targu! Następnego poranka wyrzucono mnie bezlitośnie, nie zważając na mój strój duchownego.

 

Następnie sir Veronal zabrał się do pierwszego listu burmistrza, ociekającego służalczością i chciwością.

Wielce szanowny sir Veronalu!

Ośmielam się pokornie pisać jako burmistrz Rotherweird, jedynego całkowicie niezależnego miasta Wielkiej Brytanii. Prawo nakazuje nam podejrzliwie odnosić się do historii, lecz na terenie miasta znajduje się bardzo stary pałac, którego odnowienie zapewne zaspokoiłoby Pańskie wysmakowane gusta. Będę potrzebował wsparcia finansowego, by zapewnić zgody konieczne w przypadku obcego, ale wierzę, że nie będzie to przeszkodą dla transakcji.

Muszę podkreślić, że polecono mi Szanownego Pana ze źródła o nieskazitelnej reputacji.

Pozostaję z nadzieją na rychłą odpowiedź,

Uniżony sługa

Sidney Snorkel

Na ogół sir Veronal od razu wyrzucał listy z prośbami, to pismo też nie zwróciłoby jego uwagi, gdyby nie słowo „obcy”, które przebiło się do zablokowanej pamięci. Nie pamiętał co prawda żadnego konkretnego obcego, jedynie fakt, że nie znosił ich wszystkich. To jedno słowo w połączeniu ze szczególnym charakterem Rotherweird sprowadziło go tutaj… niezbyt przekonujące powody dla tak wielkiej inwestycji.

Po wpłaceniu datku na rzecz morskiej Fundacji Snorkela burmistrz wyjawił swoje źródło o nieskazitelnej reputacji: był to niejaki Paul Marl. Co prawda nie na wiele się to zdało, gdyż oprócz listonosza z Yorkshire i rybaka z Hull, z których żaden nie miał jakiegokolwiek związku z Rotherweird, nie udało się znaleźć innych osób o tym nazwisku, nie tylko w mieście, ale i w całej Anglii.

Sir Veronal ponownie przeczytał fragment relacji Ambrose’a Clauda. Potrzebował źródła informacji, a wędrowny pastor bezwiednie wskazał mu drogę.

Pani Banter, właścicielka „Błyskotek i Bibelotów”, mieszkała w eleganckiej dzielnicy, kawałek od sklepu, w domu, który bardzo ją przypominał: o solidnym korpusie (budynek główny), długiej szyi (wieża), dwóch paciorkowatych oczach, którym nic nie umknie (dwie potężne lunety z soczewkami na podczerwień, które łącznie obejmowały większość głównych ulic i placów).

Co jakiś czas w ciągu dnia i zawsze w nocy, która zapewnia większą dyskrecję, pani Banter wspinała się na górę wieży, by odbyć sesję obserwacyjną i zapisać wyniki. Notatki zapełniały kolejne zeszyty. Wiedza pomaga zdobyć władzę nad ludźmi. Jeden zeszyt poświęcony był burmistrzowi; pomimo osłony muru wokół miasta pani Banter udało się zanotować zmiany w kominach, przebudowanych z użyciem starej cegły — i ponowne pokrycie dachu współczesną dachówką w stylu elżbietańskim. Świadczyło to o wybrednym guście i sporych pieniądzach zainwestowanych w budowę. Obserwatorka zapisywała transporty materiałów budowlanych i wywózkę gruzu oraz okazjonalne wizyty czarnego pojazdu silnikowego z lśniącą maskownicą i złotą łasicą na masce.

Otwarcie odnowionego Pałacu na pewno stanie się okazją do uroczystości, a dla pani Banter — do zabłyśnięcia i umocnienia pozycji w towarzystwie.

8

Zaczyna się szkoła

8 Zaczyna się szkoła

Dzieci i nauczyciele odbyli tę samą podróż — z domu do tablic ogłoszeń na głównym dziedzińcu szkoły Rotherweird, chociaż tylko dzieci poddane zostały szczegółowej inspekcji panny Trimble, której nie umknęły żadne uchybienia stroju i zachowania.

— Wyprostuj się!

— Podciągnij skarpetki!

— Schowaj koszulę!

I co chwilę:

— Guma!

Dla Oblonga dwudziestominutowy spacer był torturą. Ze wszystkich bram jak roje pszczół wypadały dzieci w czarnych i brązowych strojach, po czym natychmiast omijały go szerokim łukiem, podobnie jak innych nauczycieli.

Majestatyczność togi przynosiła pewną rekompensatę, a przy tablicach, podobnie jak w pokoju nauczycielskim, nowego wsparł Vesey Bolitho.

— Początkowo będzie się pan czuł jak Księżyc w pasie asteroid, ale bardzo szybko wszystko się poukłada.

Tablice ogłoszeniowe uświadomiły Oblongowi, że on sam poznał bardzo niewielu nauczycieli — jednak wszyscy uczniowie zdawali się go rozpoznawać. Do jego uszu doleciało wymamrotane spoza dłoni zasłaniających usta nazwisko „Flask” i stłumione chichoty.

Klasa czwarta liczyła szesnastu uczniów, ośmiu chłopców i osiem dziewczynek. Wchodzili do sali ze słowami: „Dzień dobry, proszę pana”. Niektórzy powiedzieli nawet: „Dzień dobry, panie Oblong”.

Oblong zaczął wykład na temat amerykańskiej wojny secesyjnej. Nie dotarł daleko.

— Nie wyobrażacie sobie, jaką masakrą była ta wojna, jak skomplikowane miała przyczyny i jak rozległe konsekwencje. Potraficie odgadnąć, ilu młodych mężczyzn zginęło?

— Siedemset pięćdziesiąt tysięcy — odpowiedziała dziewczynka z pierwszej ławki. — Około.

— Trzydzieści pięć procent południowej populacji białych mężczyzn między osiemnastym a czterdziestym rokiem życia — dodał jej sąsiad.

Oblong zachłysnął się, niepewny, kto tu kogo uczy, ale pod koniec lekcji miał już niepokojące odczucie, że klasa czwarta odbiera historię powszechną jako swego rodzaju fikcję. Nauczyli się statystyk, jednak Ameryka nie była dla nich miejscem rzeczywistym.

Wczesnym popołudniem mżawka przeszła w kapuśniaczek, a po zmierzchu w śnieg. Kiedy Oblong docierał do swojej kwatery, bardziej płaskie dachy i mniej zadbane chodniki pokryły się bielą. Oblong wykorzystał jeden z niewielu darów dzieciństwa częściowo spędzonego na wsi — i rozpalił ogień. Poprawił stos wypracowań, po czym zwinął się przy kominku z antologią poezji pastoralnej, przy której jego własne próby bladły. Rzeka płynąca w dole pokryła się białymi plamami — śnieg przysypał wystające kawałki dryfującego drewna. W takich warunkach pukanie do drzwi było całkowitym zaskoczeniem.

Nauczyciel wpuścił gościa — postawnego mężczyznę tuż po sześćdziesiątce. Przybysz miał na sobie sztruksowe spodnie, skórzane buty do kostki, tweedowy musztardowy płaszcz i filcowy czarny kapelusz z futrzanym obszyciem, w stylu rosyjskim, który zdjął po wejściu i trzymał w ręce. Oblong rozpoznał mężczyznę. To właśnie on przyglądał mu się w pubie.

— Oblong?

Mężczyzna roztaczał aurę kordialnego entuzjazmu. Oczy mu migotały, ręce były w ciągłym ruchu. Przerzucił płaszcz przez oparcie krzesła, odsłaniając znoszoną tweedową marynarkę, po czym postawił na stole płócienną torbę, z której wyglądały butelki „Zadziornej osobliwości starego Ferdy’ego”.

— Najlepszy odmrażacz w mieście — odezwał się z uśmiechem. — Fanguin, do usług. Godfrey Fanguin.

Oblong spojrzał na niego tępo.

— Niech pan nie mówi… Snorkel mnie skreślił. Trzydzieści pięć lat wiernej pracy i co z tego mam? Skazany na zapomnienie! Ma pan przed sobą weterana szkoły miejskiej. Klasa czwarta to Fanguin, a Fanguin to klasa czwarta. Właściwie to już przeszłość…

Oblong serdecznie uścisnął dłoń Fanguina.

— Dlaczego pan rzucił tę pracę? — zapytał. — Nie chciałem wychowawstwa.

— A ja nie chciałem jej rzucać. To była cena, jaką zapłaciłem za nierozważną przyjaźń.

— Z Flaskiem? — wyrzucił z siebie Oblong.

Fanguin wykręcił się odpowiedzi.

— Patrzę na butelkę, a butelka patrzy na mnie. W eleganckim towarzystwie między nami stałaby tylko szklanka.

Po powrocie z kuchni Oblong zastał Fanguina przeglądającego ozdobny notatnik, w którym nauczyciel zapisywał ukończone wiersze.

— Nie do szkoły, mam nadzieję. Uczniowie wolą ballady. Pragną wyraźnego metrum, ciekawych rymów i groteskowej fabuły.

— A ja próbuję zajrzeć pod powierzchnię — odparł urażony Oblong.

Fanguin trzepnął się dłońmi po udach i zarechotał, po czym nalał sobie piwa koloru głębokiej ochry.

— No to wszystko popsułem, co nie! Zero punktów na dziesięć w skali rozmówek towarzyskich Fanguina. W samym ogonie. A przy okazji, jak się mają nasze łobuziaki?

— Doskonale — Oblong nieco zmiękł; dobroduszność Fanguina była zaraźliwa. — Chyba za panem tęsknią.

Fanguin skorzystał z okazji i zaczął rozmowę o byłych uczniach. Omawiał ich pojedynczo, tak zręcznie, że Oblong w ogóle nie zauważył, w jakim kierunku toczy się rozmowa.

— Ned Guley. Miły chłopak, chociaż cichy.

— Uważa na lekcjach — dodał Oblong.

— Jedynak… mam nadzieję, że pan nie…?

— Ja też.

— Ale rodzice pewnie żyją?

— Tylko ojciec, jest w domu opieki.

I tak dalej — Oblong ujawniał o sobie samym znacznie więcej niż Fanguin o klasie. Zdradził mu swój wiek, brak domu, ambicje literackie i ograniczone doświadczenie nauczycielskie, nie wspominając o wielu innych sprawach.

Pod koniec przesłuchania Fanguin przeniósł się z uczniów na nauczycieli. Dobre opinie Oblonga na temat Rhombusa Smitha, Veseya Bolitha i Gregoriusa Jonesa przyjął potakującymi kiwnięciami głowy, podobnie zareagował na mniej pochlebną ocenę Strimmera.

— Jones jest dziwny — powiedział, w miarę jak język mu się rozwiązywał pod wpływem „Osobliwości”. — Być może pochodzi z zewnątrz, jak pan.

— Czyżby?

— Znaleźliśmy go na wycieczce szkolnej w Zachodnim Lesie Rotherweird. Biegł przed siebie jak oszalały, bez celu. Miał na sobie bardzo prymitywne odzienie, żadnych pieniędzy i papierów, znał tylko swoje imię: Gorius. Rhombus wziął go do siebie, zmienił imię na bardziej eleganckie: Gregorius, a po roku czy dwóch uczynił go pierwszym kierownikiem działu wychowania fizycznego. Szlachetny dzikus został kierownikiem! Ale to był udany wybór. Wszyscy polubili Gregoriusa Jonesa.

— Dlaczego tak dziwnie się nazywacie?

— Naprawdę? — Fanguin wydawał się szczerze zaskoczony; jednak Oblong wiedział swoje: niemal wszyscy, których dotąd poznał, mieli przynajmniej nietypowe imię. Rotherweird zawsze chodziło własnymi ścieżkami.

Po pochwale Gregoriusa Jonesa Fanguin wstał i uniósł szklankę.

— Przekazuję panu klasę czwartą, obecną i przyszłe! — zagrzmiał, po czym wychylił do dna resztę swojego czwartego piwa. Oblong poszedł za jego przykładem — chociaż on pił dopiero drugie.

Kiedy usiedli, Fanguin przedstawił swoją propozycję.

— Czy mogę w czymś panu pomóc?

— Co robi Wieża Północna?

Dobroduszność gościa jakby nieco przygasła.

— Wynajdują nowe rodzaje broni, które Rotherweird dyskretnie sprzedaje w świecie zewnętrznym. Z powodu naszych ograniczonych możliwości lokalowych i niewielkiej siły roboczej wysyłamy głównie plany, czasami prototypy. Dla odmiany Wieża Południowa wymyśla zabawki i rozrywki, które też idą w świat. Strimmer uważa Bolitha oraz zespół za dzieciaki, z kolei Bolitho ma Strimmera i jego uczniów za ludzi pozbawionych zasad moralnych. Ratusz w ogóle nie próbuje ich pogodzić, wręcz przeciwnie, zachęca do konkurencji, gdyż to przynosi większe zyski jednym i drugim.

Oblong poprawił się na krześle.

— Ale ma pan chyba kolejne pytanie.

— Wie pan, że zwykle przejmuje się klasę od poprzedniego nauczyciela. W moim przypadku jest pan i ten drugi, pan Flask. Widziałem ćwiczenia, z których wymazano nazwiska, jakby… jakby…

— Jakby umarł? — podsunął Fanguin. Po tygodniach uników taka bezpośredniość była zaskakująca. — Powiedzmy, że Robert Flask nagle wyjechał.

Oblong zadał kolejne dręczące go pytanie.

— Burmistrz dał mi do zrozumienia, że Flask złamał zasady, ucząc historii dawnej.

Fanguin, który dotąd wydawał się cieszyć doskonałym wzrokiem, wyjął okulary i zaczął je czyścić chusteczką w grochy. Ten teatralny gest miał podkreślić efekt jego słów.

— Ach, nie — odparł. — Robert Flask nie uczył historii dawnej. Uczynił coś znacznie gorszego. Zaczął ją badać.

— Rozumiem.

— Nie bez powodu nazywał się Flask, jak flaszka. Nasz Robert lubił sobie łyknąć „Osobliwości”. Jednak po jego zniknięciu nikt nie puścił pary z ust. Jakby rozpłynął się w powietrzu. Nikt nie wie, dokąd wyjechał.

Oblong znów próbował odgadnąć, co spotkało Fanguina.

— Ale dlaczego pana też wykreślono?

— Postąpiłem przyzwoicie. Nie zgłosiłem tego.

— Czego?

— Pewnego poranka Flask zrzucił maskę i zdradził klasie ściśle zabronione fakty historyczne. — Fanguin przerwał. — Chociaż skoro jest pan następcą jego i moim, to powinien pan wziąć to. — Podał Oblongowi małą foliową torebkę związaną gumkami. — Notes Roberta Flaska, a raczej to, co z niego zostało.

 

— Jak pan go zdobył?

— Jego ogólna opiekunka znalazła go w szufladzie.

— Aggs?

— Włosy jak szczotka do butelek, zęby jak kły słoniowe, a serce złote.

— Dlaczego przyniosła to panu? — wymamrotał Oblong, przypominając sobie, że Aggs zaprzeczyła wszelkim swoim związkom z Flaskiem.

— Byłem najbliższym przyjacielem Flaska, a za czasów kawalerskich młoda Aggs opiekowała się mną.

— Dokąd mógł wyjechać?

— Nie wiem. Flask wyprowadził się ze swojego miłego mieszkanka w szkole na podłą boczną uliczkę, a po kilku dniach zniknął, rozpłynął się. Pewnie miał już dość Rotherweird. — Fanguin zerknął na zegarek, w pośpiechu nałożył płaszcz i kapelusz, po czym z zaskakującym wigorem uścisnął dłoń Oblonga. — Proszę, bądźmy w kontakcie. Jestem pewny, że może pan wiele dać tej szkole.

Z tymi słowami Fanguin ostrożnie stoczył się po stromych schodach i wyszedł w noc.

Oblong od razu zajął się paczką. W notesie brakowało wyrwanych stron. Na wewnętrznej stronie okładki napisano atramentem nazwisko: „Robert Flask” i adres pierwszego mieszkania nauczyciela: „Zewnętrzna Wieża Szkolna, Wschód, trzecie piętro” — i nic więcej. Na wewnętrznej stronie tylnej okładki zapisano atramentem, sztywnym, formalnym charakterem pisma:

MARATON SCALI

ASC 1017

Dziwaczny wpis raczej nie wyjaśniał teatralnego zachowania Fanguina. Oblong nie interesował się maratonami, nawet tak starymi, niemniej schował resztki notesu w szufladzie ze skarpetkami, na wszelki wypadek.

Fanguin człapał do domu, z trudem opierając się chęci użalania się nad sobą. Żył dla swojej klasy, zwolnienie z pracy odebrało mu sens życia. Polubił obcego, chociaż Oblongowi brakowało charyzmy wymaganej od nauczyciela w tak prestiżowej szkole. Nowy nauczyciel stanowił całkowite przeciwieństwo Flaska, który udawał głupiego, by otrzymać posadę, po czym ujawnił swoją niezrównaną inteligencję, kiedy zaczął zawierać przyjaźnie z co bardziej niezależnymi obywatelami Rotherweird i grzebać w odległej przeszłości miasta. Fanguin miał nadzieję, że w notesie znajdzie wskazówkę, która pomoże mu odkryć, gdzie i dlaczego zniknął poprzednik Oblonga. Jeśli Flask szukał czegoś ważnego, a on by to odkrył, może udałoby mu się odzyskać posadę?

Spodziewał się, że w swoich poszukiwaniach natknie się na konkurencję. Kolejny bliski przyjaciel Flaska, Strimmer, którego Fanguin szczerze nie znosił, był gotów poruszyć niebo i ziemię, jeśli znalezisko dawało mu szansę na zdobycie władzy. Flask, który lubił rozgrywać swoich przyjaciół przeciwko sobie, kiedyś dał Fanguinowi do zrozumienia, że powierzył Strimmerowi ważną informację.

Fanguina trapiło jeszcze jedno: jego upadek wywołała niesławna lekcja historii, na której Flask zachęcił klasę czwartą, by zajęła się początkami miasta. Uczniowie zawiadomili o tym wykroczeniu Fanguina, który postanowił nie donosić na przyjaciela do dyrektora ani do ratusza — po czym Flask zniknął, prawda wyciekła, a Fanguin zapłacił wysoką cenę za swoją lojalność. Ale dlaczego Flask, dotąd tak ostrożny w słowach, popełnił samobójstwo zawodowe w tak oczywisty sposób? Być może w dłoniach nowego historyka dziwny notes ujawni odpowiedzi.

Poczuł znajome łaskotanie w gardle — podrażnienie, które alkohol wywoływał, leczył i znów wywoływał.

* * *

„Esencja Wędrowca” przeżywała spokojny wieczór, gdyż z powodu pogody liczba klientów zmniejszyła się o połowę. Właściciel, Bill Ferdy, zgasił ogień, umył szklanki i kieliszki, podliczył utarg, wypuścił pracowników i zamknął kasy. Nalał sobie kufel mocnego piwa i usiadł przy kominku. W tak zdradliwą pogodę najrozsądniej będzie spędzić noc w pubie, chociaż osobom spoza miasta było to zabronione. Nikt się nie dowie, zresztą uprzedził już żonę, Megan, o takiej możliwości.

Bill zaczął rozmyślać o swoim szczęściu. Posiada jedyny pub w mieście, które toleruje go bardziej niż innych przybyszów ze wsi. Uprawia własny chmiel i warzy własne piwo. Ma troje cudownych dzieci — fakt, Gwen jest inna, ale jej niezwykły talent matematyczny to dla rodziców powód do dumy. Zaczął przysypiać, kiedy ktoś zapukał do drzwi. Była pierwsza w nocy, dawno po zamknięciu lokalu. W progu stał wysoki, dziwnie bezbarwny mężczyzna w kosztownym ubraniu, zupełnie nie w stylu Rotherweird.

— Bill Ferdy? — odezwał się oficjalnie, jakby miał zamiar go aresztować.

— Niestety bar jest zamknięty.

— Pijam tylko najlepsze trunki. — W śniegu u stóp mężczyzny stała skórzana walizka. Bill Ferdy nie miał nastroju do konfrontacji, więc zdecydował się go wysłuchać. Mężczyzna usiadł przy najbliższym stole. — Nazywam się Slickstone.

— To imię czy nazwisko?

— Sir Veronal Slickstone, przyszedłem z ofertą. Osiemset tysięcy za pub. Bez kruczków.

— Osiemset tysięcy pensów? — zaśmiał się karczmarz.

— Gwinei — odparł sir Veronal z twarzą pozbawioną wyrazu.

Bill Ferdy otworzył szeroko usta. Dzierżawę trzeba było odnawiać co siedem lat, a koszt stanowił ledwie ułamek ceny zaproponowanej przez gościa.

— To dość niespodziewane. Pub jest w rodzinie od…

— Najlepsze okazje zjawiają się niespodziewanie. Sekret polega na tym, by je pochwycić, zanim uciekną.

— Potrzebuję namysłu, dzień lub dwa.

— Nie ma pan czasu. — Sir Veronal wyjął z torby kilka brązowych kopert i jednostronicową umowę w dwóch egzemplarzach. — Oto dziesięć procent zaliczki i pana egzemplarz umowy. Wystarczy podpisać.

Bill Ferdy zaczął się zastanawiać. Gwen raczej nie przejmie interesu, ale być może któryś z jej braci. Poza tym on sam nie ma pojęcia, co zrobić z taką kwotą — zużyłby ją na pewno na naprawy i odnowę co bardziej zniszczonych części pubu, który już nie będzie należał do niego. Ta konkluzja zrodziła kolejne pytanie.

— I dalej prowadziłby pan „Esencję Wędrowca”?

— Zatrzymałbym pub.

— Z piwem Ferdy’ego?

— Zatrzymałbym pub, ale za tę cenę nie muszę odpowiadać na pytania. Tak czy nie?

Obcesowa odpowiedź przywróciła Billowi zdrowy rozsądek. Jest właścicielem jedynego pubu w promieniu wielu mil, przynosi radość klientom, także sobie samemu. A na to nie ma ceny.

— Dziękuję, ale nie…

— Panie Ferdy, zawsze zdobywam to, czego chcę.

Ferdy zdusił niechęć. Nieznajomy wyraźnie dawał do zrozumienia, że może kupić wszystko, łącznie z prawem do zastraszania innych.

— Już zamykam — odparł krótko.

Gość bez pożegnania zniknął w ciemności.