Kim jest moja żona?

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Andie Brock
Kim jest moja żona?

Tłumaczenie:

Agnieszka Wąsowska

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Nadia miała nadzieję, że nie przyjechała za późno. Kiedy zbliżyła się do bram pałacu, ujrzała grupy młodych kobiet, które właśnie z niego wychodziły.

Wbiegła do budynku, przeciskając się przez zgromadzony wewnątrz tłum. Najpiękniejsze kobiety w kraju zebrały się, by zostać przedstawione szejkowi Zayedowi Al Afzalowi, który został koronowany na głowę państwa. Najwyraźniej żadna z nich nie spełniała jego wysokich wymagań, gdyż, jak dotąd, wszystkie zostały odesłane.

Cóż, będzie się musiała postarać. Nadia zebrała w rękę materiał spódnicy i zaczęła przemykać pomiędzy wychodzącymi w stronę drzwi gośćmi. Miała szczęście, bo strzegący ich ochroniarz akurat wdał się w rozmowę z jedną z wychodzących kobiet.

To była jej szansa. Zaczęła biec przez rozległy hol, stukając obcasami po marmurowej posadzce. Bransoletki na jej przegubach i ozdobny pasek podzwaniały przy tym jak mała perkusja.

Skierowała się prosto do otwartych drzwi, nie mając pojęcia, dokąd one prowadzą. Za wszelką cenę musiała zobaczyć się z szejkiem Zayedem Al Afzalem.

Wbiegła do przestronnej komnaty i, ku swemu zaskoczeniu, ujrzała siedzącego na ozdobnym tronie szejka.

Przez chwilę oboje patrzyli na siebie w milczeniu. Nadia poczuła, jak obcisły top wciska się w jej ciało, a ozdobny pas uwiera w talię.

Przynajmniej zwróciła na siebie jego uwagę. Czuła, że wzrok szejka obejmuje jej półnagie ciało i ten fakt wprawił ją w zmieszanie.

Wiedziała, że to jej jedyna szansa, mimo to trwała w bezruchu, jakby ją ktoś zauroczył. Szejk Zayed wyglądał zupełnie inaczej, niż go sobie wyobrażała. Wysoki, przystojny, wyciągnął przed siebie długie nogi, krzyżując je w kostkach. Był ubrany w białą koszulę, europejski garnitur i krawat, który teraz był rozluźniony i lekko przekrzywiony na bok. Choć sprawiał wrażenie zrelaksowanego, jego ręce były kurczowo zaciśnięte na głowach lwów zdobiących poręcze tronu.

Nadia spojrzała szejkowi prosto w oczy. To, co w nich zobaczyła przeraziło ją. Spodziewała się ujrzeć zimne, okrutne oczy zabójcy, tymczasem patrzyła w piękne, łagodne, wszystkowidzące oczy koloru ciemniej czekolady. To były oczy, których spojrzenie bez trudu mogłoby usidlić każdą kobietę.

Usłyszała za sobą ciężki oddech ochroniarza i po chwili poczuła na ramieniu uchwyt jego dłoni.

– Proszę wybaczyć, wasza wysokość, ale tej udało się przemknąć obok nas.

Tej? Jak śmiał się tak o niej wyrażać?

– Będę wdzięczna, jeśli zabierze pan ręce.

Ochroniarz zawahał się.

– Słyszałeś, co powiedziała ta pani. – Zayed wstał. – Puść ją.

Ochroniarz natychmiast wypełnił polecenie i cofnął się krok z lekkim skinieniem głowy.

– Dla twojej informacji, życzę sobie, aby moje polecenia były wypełniane w cywilizowany sposób. Nie będę tolerował żadnej brutalności i przemocy.

– Tak jest, wasza wysokość.

Nadia spojrzała na ochroniarza z lekką naganą, celowo pocierając ręką miejsce, które przed chwilą ściskał.

– A więc, młoda damo – Zayed zwrócił się w jej stronę – jak ma pani na imię?

– Nadia – powiedziała głośno i wyraźnie.

– Cóż, Nadio, obawiam się, że będę zmuszony poinformować panią, że odbyła pani tę podróż na próżno. – Stał przed nią wyprostowany, z rękami skrzyżowanymi na piersiach. – Nie mam zwyczaju wybierać sobie towarzystwa w sposób, w jaki zostało to dziś zorganizowane. Jestem zmuszony przeprosić panią za niedogodności, jakie musiała pani z tego powodu ponieść.

Nie wiedzieć czemu, zabrzmiało to bardziej jak reprymenda niż przeprosiny.

– Ale, wasza wysokość… – Otworzyła szeroko oczy, po czym spuściła wzrok, z nadzieją, że wyglądało to kusząco. – Skoro już tu jestem, dlaczego nie miałabym urządzić dla waszej wysokości małego pokazu?

Nie czekając na odpowiedź, zaczęła wolno i z pewnym wahaniem kręcić biodrami w sposób, w jaki robiły to tancerki w jej własnym pałacu, kiedy chciały dostarczyć rozrywki ojcu i bratu.

Niejednokrotnie przyglądała się im z ukrycia, a potem naśladowała ich ruchy w swoim pokoju. Teraz musiała sobie tylko przypomnieć to, czego się wówczas nauczyła.

Uniosła ramiona nad głowę, splotła dłonie w kuszącym geście, poruszając jednocześnie prowokacyjnie biodrami. Bransolety i pasek lekko przy tym podzwaniały, a stopy dreptały w miejscu.

– Młoda damo. – Zayed zszedł z podestu i ruszył w jej stronę. Taniec Nadii z każdą chwilą stawał się coraz bardziej śmiały. Nie miała już nic do stracenia. Czuła się upokorzona i tym śmielej poruszała przed nim brzuchem i biodrami.

Zayed stanął tuż przed nią. Wysoki, ciemny, trochę przerażający.

Mimo to nie przestała. Ze wzrokiem wbitym w jego pierś kreśliła dłońmi w powietrzu skomplikowane wzory.

– Chyba nie wyraziłem się dostatecznie jasno. – Silne dłonie chwyciły ją za nadgarstki, po czym opuściły jej ręce wzdłuż tułowia. Delikatnie, ale stanowczo odwrócił ją o sto osiemdziesiąt stopni. – Drzwi są tam.

Zayed popatrzył za młodą kusicielką, która, odprowadzana przez ochroniarza, pospiesznie szła w stronę drzwi. Sprawiała wrażenie osoby, która jak najszybciej chce opuścić miejsce, w którym się znajduje. Trochę go to zdziwiło, zważywszy na fakt, że jeszcze przed chwilą tak kusząco przed nim tańczyła.

Musiał przyznać, że zrobiła na nim wrażenie. Była piękną kobietą i widok jej jasnego ciała zadziałał na jego zmysły silniej, niżby chciał to przed sobą przyznać. W innych okolicznościach zapewne z przyjemnością zawarłby z nią bliższą znajomość. Ale nie tutaj i nie tak. Być może miał opinię kobieciarza, ale miał też swoje zasady. Wybieranie spośród kobiet, które były mu prezentowane niczym bydło na targu, zupełnie go nie bawiło. Zastanawiał się, skąd taka kobieta jak Nadia znalazła się pośród nich.

Zdjął marynarkę i przerzucił ją przez ramię. Co się stało z jego życiem? Jeszcze kilka miesięcy temu prowadził firmę, podróżował po świecie, zarabiał pieniądze, przejmując upadające firmy i stawiając je na nogi.

Tymczasem matka nakazała mu powrót do domu, do królestwa Gazbiyaa. Dowiedział się, że to on, a nie jego starszy brat Azeed ma zostać szejkiem. Ta decyzja była ogromnym zaskoczeniem dla nich obojga. Zayed zupełnie nie był przygotowany do tej roli, podczas gdy Azeed przez całe życie był wychowywany w świadomości, że przejmie władzę po ojcu.

Świeżo koronowany szejk Zayed Al Afzal, oficjalny władca królestwa Gazbiyaa, rozejrzał się po pustej sali. Będzie musiał wprowadzić tu sporo zmian. Zamierzał czym prędzej wprowadzić tu swoje rządy, by nigdy więcej nie uczestniczyć w czymś takim jak dzisiejsza szopka. Harem. Skąd w ogóle taki pomysł?

Niestety zbyt późno dowiedział się o całej imprezie, żeby ją odwołać. Większość kobiet była już na miejscu i nie pozostawało mu nic innego, jak je przyjąć. Przed jego oczami przewinął się cały korowód pięknych kobiet, paradujących przed nim i wdzięczących się niczym łabędzice. W końcu jego cierpliwość się wyczerpała i kazał je wszystkie odprawić. Kiedy podniesionym głosem wydał polecenia, aby natychmiast opuściły pałac, na ich twarzach odmalowało się przerażenie. Był zły na siebie, nie na nie, ale one oczywiście nie mogły o tym wiedzieć. Był wściekły na to, że musi prowadzić życie, którego wcale nie pragnął.

Tylko ta ostatnia, Nadia, różniła się od pozostałych. W jej oczach nie dostrzegł strachu. Wyszła pospiesznie, ale wyprostowana, dumna i bynajmniej niespeszona.

Nagle złapał się na tym, że usiłuje sobie przypomnieć kolor jej oczu. Były niebieskie? Szare? A może fiołkowe?

Zayed potrząsnął głową i wyszedł z pokoju. O czym on w ogóle myśli? Czyżby nie miał teraz większych zmartwień?

Kiedy chłodne powietrze owiało jej rozgrzane ciało, Nadia mimowolnie zadrżała. Co teraz? Ochroniarz odprowadził ją do samej bramy i zamknął ją za nią z głośnym trzaskiem. Patrzyła, jak stanął w drzwiach pałacu, upewniając się, że nie przemknie obok niego jak poprzednio.

Cóż, będzie musiała przejść do planu B. Jedno było pewne: nie zamierzała się poddać. Nie teraz, kiedy na własne oczy zobaczyła szejka Zayeda Al Afzala. I to niezależnie od wyrazu niesmaku, jaki dostrzegła na jego twarzy po tym, jak urządziła dla niego to małe przedstawienie.

Owszem, czuła się upokorzona, ale nie mogła zaprzeczyć, że jego osoba zrobiła na niej ogromne wrażenie. Wysoki, doskonale zbudowany, był niezwykle przystojnym mężczyzną. Ale było w nim coś więcej: niewątpliwa inteligencja, obycie i pewność siebie, które, wraz z jego pociągającym wyglądem, tworzyły piorunującą mieszankę. Nadia nigdy wcześniej nie poznała kogoś takiego jak on. Ten człowiek budził w niej zupełnie nowe uczucia, których nawet nie potrafiła nazwać.

Skrzyżowała ramiona na piersiach i zaczęła rozcierać zziębniętą skórę. Popatrzyła na pałac, którego rozświetlone okna lśniły w ciemności niczym lampy jakiegoś UFO. Pałac Gazbiyaa nie pozostawiał żadnych wątpliwości co do bogactwa i wpływów jego mieszkańców.

Życie w pałacu nauczyło ją jednego: zawsze jest jakiś sposób, żeby się dostać do środka, musi go tylko znaleźć. Właśnie miała zacząć to robić, kiedy jej uwagę przyciągnął ruch, który dostrzegła w jednym z okien. Skryła się w cieniu, żeby nie zostać dostrzeżoną. Jedno z francuskich okien otworzyło się na oścież i dostrzegła w nim sylwetkę Zayeda. Czwarte okno w lewym skrzydle. Serce zabiło jej żywiej. Tam właśnie musi się dostać, żeby popełnić najniebezpieczniejszy i, być może, najgłupszy czyn swojego życia. Musi znaleźć sposób, żeby tam wejść.

 

Zayed z przyjemnością wciągnął w nozdrza słodki zapach nocnego powietrza. Pod nim rozciągało się jego królestwo. Niedawno wzniesione drapacze chmur sięgały nieba, stanowiąc żywy dowód ludzkiego geniuszu i wyobraźni. Każdy kolejny był wyższy, wspanialszy od poprzedniego. Marzeniem jego brata było uczynienie z królestwa Gazbiyaa głównego gracza nie tylko na Bliskim Wschodzie, ale także w świecie. Pytanie tylko, jakim kosztem? Azeed był tak zdeterminowany, że, gdyby został szejkiem, bez wątpienia nic nie byłoby go w stanie powstrzymać przed usiłowaniem wprowadzenia tego planu w życie.

To dlatego ich matka złamała swój ślub milczenia i zainicjowała szereg działań, które doprowadziły do tego, że to jej młodszy syn objął tron.

Poprzez odgłosy miasta Zayed usłyszał wezwanie do modlitwy, płynące z dziesiątków minaretów rozmieszczonych w różnych punktach miasta.

Wszedł do sypialni i skierował się do łazienki, żeby wziąć prysznic. Miał za sobą długi i męczący dzień.

To azam[1] stworzył Nadii szansę. Ruszyła wzdłuż muru na tyły pałacu, ale tam bramy również były zamknięte. Dostrzegła jednak grupę ubranych na biało mężczyzn, z których jeden za pomocą pilota otworzył jedną z bram. Nadia niepostrzeżenie wsunęła się za nimi, zanim ciężkie drzwi zamknęły się z głuchym łoskotem.

Cały czas ukrywając się w cieniu, ruszyła w stronę pałacu. Minęła pięknie utrzymane trawniki, palmy i fontanny i skierowała się do kuchennych drzwi. Zatrzymała się na chwilę pod drzewem granatu, żeby odetchnąć i zastanowić się, co robić dalej.

Drzwi kuchni otworzyły się i stanął w nich jeden z ochroniarzy, rozmawiając przez telefon. Gdyby zdołała odwrócić jego uwagę, mogłaby wślizgnąć się do środka.

Rozejrzała się wokół i sięgnęła po leżący na ziemi owoc granatu. Mogłaby rzucić go gdzieś na bok. Wtedy strażnik na pewno zainteresowałby się tym, co spowodowało ten hałas, a ona weszłaby do pałacu.

Zdjęła bransoletki z ręki, zrobiła zamach i rzuciła owoc tak daleko, jak zdołała. Rezultat przeszedł jej najśmielsze oczekiwania. Granat wylądował na masce czarnej limuzyny, której początkowo nawet nie zauważyła. Ochroniarz natychmiast ruszył, żeby sprawdzić, co się tam dzieje, a ona w jednej chwili znalazła się w pałacu.

Na szczęście o tej porze kuchnia była całkowicie pusta. Zaczęła zaglądać do poszczególnych pomieszczeń, aż w końcu odnalazła schody dla służby. Wbiegła po nich niemal w panice, mając świadomość, że robi coś bardzo, bardzo niebezpiecznego.

Zatrzymała się dopiero na czwartym piętrze, z trudem łapiąc powietrze. Ostrożnie wyjrzała na korytarz. Był pusty. Czwarte okno we wschodnim skrzydle. Powinna pójść tym korytarzem do końca, skręcić w lewo i odliczyć drzwi.

Położyła rękę na klamce. Jeśli się nie myliła, za chwilę znajdzie się w sypialni szejka Zayeda Al Afzala. Ostrożnie nacisnęła ciężką ołowianą klamkę. Teraz już nie mogła się wycofać. Niezależnie od tego, co ją czekało za drzwiami, wiedziała, że jej życie nie będzie już takie jak dotąd.

Zayed wycierał się po kąpieli, kiedy usłyszał za drzwiami jakiś hałas. Znieruchomiał. Ktoś był w jego sypialni, co do tego nie miał wątpliwości. Zaczął nasłuchiwać, ale tym razem niczego nie usłyszał.

Jednak szósty zmysł mówił mu, że nie jest sam. Oczywiście, jak zwykle, pomimo upomnień ochroniarzy nie zamknął drzwi na klucz. Kto by pamiętał o takich drobiazgach?

Teraz, rzecz jasna, żałował, że nie posłuchał ich rady. Rozejrzał się wokół siebie w poszukiwaniu czegoś, co mogłoby mu służyć jako broń, nic jednak nie wpadło mu w oko. Będzie musiał użyć mięśni i własnej inteligencji. Był silny, wysportowany i wiedział, jak rozbroić napastnika, zwłaszcza wykorzystując element zaskoczenia. Co jednak zrobi, jeśli się okaże, że napastników jest więcej? Cóż, nie miał wielkiego wyboru. Przewiązał w pasie ręcznik i ruszył do pokoju.

Nadia zrobiła głęboki wdech, wsunęła się do sypialni i znieruchomiała. Ujrzała ogromne łoże z baldachimem. Czy w nim był? Podeszła na palcach bliżej i ostrożnie rozchyliła draperie. Łóżko było puste. Zapewne jest w łazience. Powoli wypuściła powietrze. Zrzuciła sandały i wsunęła się do łóżka. Oparła głowę na poduszce i przykryła się satynową narzutą. Była gotowa na przyjęcie swojego losu.

Po chwili usłyszała dziwny hałas, przypominający ryk jakiegoś zwierzęcia, przez mgnienie oka ujrzała nad sobą szeroką pierś i rozłożone ramiona, po czym poczuła, jak zwala się na nią ciężkie, niemal nagie i nafaszerowane adrenaliną męskie ciało.

ROZDZIAŁ DRUGI

– Kim jesteś i czego chcesz? – spytał Zayed, przyciskając jej głowę do poduszki.

Nadia nie była w stanie wydobyć z siebie głosu i z trudem oddychała. Powoli odwróciła głowę, mając nadzieję, że Zayed ją rozpozna i pozwoli sobie wytłumaczyć.

Jednak jego oczy, które znajdowały się kilka centymetrów od jej własnych, były pełne złości. Wszystko, co dostrzegła w wyrazie jego twarzy, mówiło jej, że napytała sobie wielkiej biedy. Zayed sprawiał wrażenie, jakby chciał ją zabić. Zamordowana w królewskim łożu, pokrojona na kawałki i rzucona na pokarm pałacowym sokołom.

– To tylko ja – oznajmiła pełnym przerażenia głosem. – Nadia. – Poruszyła się, próbując się uwolnić z jego uścisku, ale to sprawiło jedynie, że ich ciała znalazły się jeszcze bliżej siebie.

– Wiem, kim jesteś. Nie rozumiem tylko, co robisz w moim łóżku. – Palce jego dłoni mocniej zacisnęły się na jej ramieniu. – Żądam odpowiedzi.

Nadia wiedziała, że jeśli teraz go nie przekona, jest zgubiona.

– Wasza wysokość, zapewniam, że moje zamiary są całkowicie pokojowe. Po prostu poczułam gwałtowną potrzebę ujrzenia waszej wysokości jeszcze raz.

– Nie wątpię – powiedział drwiącym głosem. – Mimo to spytam cię, dla kogo pracujesz i czego chcesz?

– Naprawdę jestem tu całkowicie z własnej woli.

– Nie wierzę ci. Jesteś tu, żeby odwrócić moją uwagę? Wskoczyłaś mi do łóżka, a zaraz pojawią się twoi kolesie, żeby poderżnąć mi gardło? – Nie przestając jej trzymać, odwrócił się za siebie, żeby zobaczyć, czy nikogo tam nie ma. Ich biodra zetknęły się przy tym bezpośrednio.

– Nic podobnego, ja tylko…

– A może chodzi o mojego ojca? Wiem, że ma wielu wrogów.

– Nie. Musisz mi uwierzyć. Nie dybię na niczyje życie.

Nawet gdyby chciała, nie byłaby w stanie nic zrobić. Leżała rozciągnięta na łóżku, z rękami unieruchomionymi ponad głową, przygwożdżona ciężarem męskiego ciała. To, co teraz odczuwała, nie miało nic wspólnego z agresją. Nabrała głęboko powietrza, ale to tylko pogorszyło sprawę, ponieważ wciągnęła w nozdrza jego zapach, od którego zakręciło jej się w głowie.

– W takim razie wytłumacz mi, co tu robisz, Nadia? – Jego twarz znajdowała się w tej chwili kilka centymetrów od jej własnej. – Masz dokładnie sześćdziesiąt sekund, żeby powiedzieć mi prawdę.

– Zrobię to, jeśli tylko mnie puścisz.

– Nic z tego. Albo natychmiast powiesz mi, o co chodzi, albo zawołam pałacową straż.

– Nie, nie rób tego!

Nie tak to sobie zaplanowała. Miała go uwieść, a nie skończyć jako jego więzień. Chciała doprowadzić do zaręczyn, aby uniknąć zbrojnego konfliktu, który groził ich krajom. Taki miała plan. Teraz widziała jednak, że nic z tego nie będzie. Mężczyzna, którego zamierzała uwieść, sprawiał wrażenie, jakby chciał ją zabić, a nie pokochać. Nie chciała się jednak poddać.

– Powiem wszystko, ale żądam, żebyś uwolnił moje ręce.

– Żądasz? A to dobre. Być może uszło to twojej uwagi, ale nie jesteś w pozycji, z której mogłabyś czegokolwiek żądać. Proponuję, żebyś porzuciła ten roszczeniowy ton i podała mi przyczynę, dla której nie miałbym zadzwonić po straże. Masz na to dziesięć sekund.

– Okej, okej. – Nadia przesunęła językiem po ustach. – Przyszłam tutaj… – zaczęła, czując, jak z każdą chwilą serce wali jej coraz szybciej. – Przyjechałam tu sama, ponieważ miałam nadzieję, że wiem… wiem, jak cię uszczęśliwić. – Ostatnie słowa wyrzuciła z siebie pospiesznie, zdając sobie sprawę z tego, jak śmiesznie zabrzmiały. Jej wyznanie nie zrobiło na szejku najmniejszego wrażenia.

– Twój czas minął.

– Nie, poczekaj jeszcze chwilę – w głosie Nadii dało się słyszeć desperację.

Leżąc w swojej sypialni wielokrotnie wyobrażała sobie tę chwilę, przygotowując się w myślach na to, co miało nastąpić.

Przekonywała samą siebie, że warto podjąć ten trud i ryzyko. Jeśli jej dziewictwo mogło być ceną, dzięki której nie doszłoby do wojny między królestwem Harith i Gazbiyaa, była gotowa ją zapłacić. Kochała swój kraj, choć czasem miała wrażenie, że jest to miłość nieodwzajemniona. Nie widziała innego sposobu, by uchronić go przed wojną.

Jednak szejk okazał się zupełnie innym człowiekiem, niż sobie wyobraziła. Mężczyzna, którego twarz widniała teraz tuż nad jej własną, okazał się znacznie trudniejszym przeciwnikiem, niż początkowo sądziła.

Sądząc z tego, co mówił jej ojciec i brat, świeżo koronowany władca Gazbiyaa był skłonnym do przemocy rozpustnikiem, stałym bywalcem nocnych klubów, który nie stronił od alkoholu i damskiego towarzystwa. Co więcej, nie posiadał odpowiednich umiejętności ani wiedzy do tego, by rządzić takim królestwem jak Gazbiyaa. Dlatego właśnie królestwo Harith szykowało się do ataku, niczym hiena krążąca wokół rannego lwa.

Teraz wiedziała już, że Zayed Al Afzal był zupełnie innym człowiekiem. Inteligentnym i bystrym. Niedocenienie go mogło się okazać dla jej kraju fatalne w skutkach.

Nie sprawiał też wrażenia zainteresowanego jej ciałem. To raczej ona czuła nieznane napięcie, spowodowane tak bliskim kontaktem z jego nagim ciałem.

Trudno ją było za to winić. Czuła na sobie każdy szczegół jego anatomii. Zupełnie nie mogła zignorować tego, co wbijało się teraz w jej pachwinę. Nie była w stanie się skupić, żeby powiedzieć coś rozsądnego.

Poruszyła się pod nim, próbując się uwolnić. Zayed uniósł się lekko na chwilę, co natychmiast wykorzystała, próbując się spod niego wyślizgnąć, ale był czujny. W jednej chwili przygwoździł ją do łóżka swoim ciężarem i Nadia zdała sobie sprawę z tego, że jej starania odniosły efekt dokładnie przeciwny do zamierzonego. Jeśli to w ogóle możliwe, był jeszcze bardziej podniecony niż przed chwilą. W jego oczach dostrzegła pożądanie, równe jej własnemu.

A więc nie był całkiem obojętny na jej wdzięki.

Może jeszcze nie wszystko stracone? Może wciąż jeszcze jest szansa na to, by zainicjowała ciąg wydarzeń, które w jakiś przedziwny sposób doprowadzą do tego, że ich zwaśnione kraje unikną krwawej walki?

To była jej szansa.

– Jeśli wasza wysokość życzy sobie wziąć mnie tu i teraz, nie będę się sprzeciwiać. Spełnię każde pańskie życzenie i dołożę wszelkich starań, aby waszej wysokości nie rozczarować.

W jednej chwili pożądanie zniknęło z oczu Zayeda.

– Wystarczy! – Puścił jej ręce i wyprostował się, patrząc na nią z góry. – Daruj sobie te śmieszne próby uwiedzenia mnie. Nie mam najmniejszego zamiaru cię brać, jak byłaś uprzejma to określić. To zupełnie nie w moim stylu.

Nadia powoli opuściła ręce wzdłuż tułowia, uważając, by go przy tym nie dotknąć.

– Nie mam zwyczaju uprawiać seksu z kobietami tylko dlatego, że mi go proponują. A zwłaszcza z takimi, które wkradają się do mojego łóżka w nadziei, że z sobie tylko wiadomych powodów zdołają mnie uwieść.

Popatrzyła na niego z konsternacją. Jej dziewictwo było jedyną rzeczą, jaką mogła mu zaoferować. Teraz widziała, jak śmieszny był to pomysł.

Dla człowieka takiego jak szejk Zayed ten dar nic nie znaczył. Jak mógłby być zainteresowany kimś takim jak ona, skoro zapewne mógł przebierać w kobietach, które z całą pewnością znacznie lepiej od niej wiedziały, jak go uszczęśliwić?

– Proszę o wybaczenie, wasza wysokość. Widzę, że moje zachowanie zdegustowało waszą wysokość.

– Możemy darować sobie tę „waszą wysokość”? Może jednak wyjaśnisz mi, o co tak naprawdę tu chodzi, a ja wtedy podejmę decyzję, co z tobą zrobić?

Nadia zamknęła oczy, starając się wymyśleć sensowny sposób wybrnięcia z sytuacji. Kiedy je znów otworzyła, Zayed wciąż na nią parzył, czekając na odpowiedź. Kiedy podniósł rękę, odruchowo się uchyliła.

– Kobieto, za kogo ty mnie uważasz? Za jakiegoś brutala?

Potrząsnęła głową.

– Nie, ja tylko…

– Co sprawiło, że odważyłaś się przyjść do łóżka człowieka, którego się obawiasz?

Gdyby tylko wiedział. Gdyby tylko mogła powiedzieć mu prawdę. Jednak gdyby wyjawiła mu, kim jest i w jakim celu przybyła, zapewne wtrąciłby ją do najciemniejszego lochu. Nienawiść, dzieląca ich rody była ogromna.

 

– Nie puszczę cię, zanim mi wszystkiego nie wyjawisz, Nadia. – Wiedziała, że Zayed stara się zachować cierpliwość i że z trudem mu to przychodzi. Oparł ramiona po obu stronach jej głowy i uniósł się nad nią. – Czekam.

– Dobrze, już dobrze. Powiem ci. Jestem tu…

Pukanie do drzwi przerwało jej w pół zdania.

– Wasza wysokość?

Zayed podniósł się i wyszedł z łóżka. Poprawił ręcznik i przykazał jej, by pozostała tam, gdzie jest.

– Zaraz się go pozbędę.

Nadia nie zmierzała go słuchać. Jeśli to była jej szansa, żeby uciec, musiała ją wykorzystać. Ostrożnie zsunęła się na brzeg łóżka.

– O nie, nic z tego. – W jednej chwili był z powrotem, przyciskając ją do poduszki. Nadia szarpnęła się, w desperackim geście chwytając to, co miała pod ręką. A był to brzeg ręcznika Zayeda. Pociągnęła go i jej oczom ukazał się Zayed w całej okazałości.

Od drzwi rozległo się chrząknięcie i męski głos odezwał się cicho.

– Proszę wybaczyć, wasza wysokość…

– Odejdź! – warknął Zayed, spoglądając na zmartwiałą ze strachu Nadię.

– Proszę o wybaczenie, ale przychodzę z wiadomością od ojca waszej wysokości. To sprawa niezwykłej wagi.

Nadia drgnęła na dźwięk klucza obracającego się w zamku. Schowała ręce za siebie i zwróciła się w stronę drzwi.

Pół godziny temu Zayed zamknął ją w swojej sypialni. Ubrał się pospiesznie w dżinsy i podkoszulek, oznajmił, że zajmie się nią po powrocie, i wyszedł, zamykając za sobą drzwi na klucz.

W pierwszym odruchu zaczęła rozglądać się po pokoju, zastanawiając się, jak stąd uciec. Była przekonana, że są tu jakieś ukryte drzwi, przez które wydostanie się na wolność. Nic jednak nie znalazła. Ucieczka przez okno także nie wchodziła w grę.

Zaczęła niecierpliwie chodzić po pokoju, aż w pewnej chwili zatrzymała się przy stojącym w rogu pokoju biurku. Leżały na nim smartfon, laptop i tablet. Nadii nigdy nie pozwalano korzystać z tych przedmiotów, ponieważ ojciec i brat uznali, że może to mieć na nią zły wpływ. Jej uwagę zwróciła stojąca na biurku fotografia. Czterech młodych mężczyzn ubranych w szkolne mundury i uśmiechających się szeroko do obiektywu. Jednym z nich był Zayed, wprawdzie kilka lat młodszy, ale już zabójczo przystojny i najwyraźniej świadomy tego faktu.

– Co ty robisz?

– Nic. – Nadia spokojnie odstawiła fotografię na biurko. – Niewiele mogę tu zrobić, zamknięta niczym więzień w celi.

– Ciekawe, czyja to wina? – Zayed przejechał ręką przez włosy. Wyraził tym gestem cały ciężar odpowiedzialności, jaka na nim spoczywała. Prawie zrobiło jej się go żal. – Masz wielkie szczęście, że, jak dotąd, nie wezwałem ochrony.

Nadia poczuła, że Zayed dokładnie lustruje ją wzrokiem, począwszy od obcisłego topu, poprzez nagi brzuch, biodra i kształtne nogi prześwitujące przez cienki materiał spódnicy.

Pod wpływem tego spojrzenia zrobiło jej się nieswojo. Zayed chrząknął.

– Pytanie, co mam z tobą teraz zrobić?

Nadia domyśliła się, że wcale nie oczekiwał od niej odpowiedzi. Zresztą, i tak nie wiedziałaby, co powiedzieć.

Powrót do Harith nie wchodził w grę. Wiedziała, że do tej pory rozpoczęto w całym królestwie poszukiwania jej osoby. Rano oznajmiła, że jedzie na zakupy, i gdyby tak było, dawno powinna była już z nich wrócić. Było jej bardzo przykro z powodu zmartwienia, jakie swoim zniknięciem przysporzyła matce. Bardzo chciała zwierzyć jej się ze swoich planów, ale wiedziała, że nie było to możliwe. Matka, niegdyś niezwykle żywotna i inteligentna, po wielu latach życia w cieniu męża stała się kobietą słabą i strachliwą. Obserwowanie jej utwierdziło Nadię w przekonaniu, że nigdy, ale to nigdy nie dopuści do tego, by stać się do niej podobną.

Dlatego właśnie uciekła. Jedyną osobą wtajemniczoną w jej plan była pokojówka Jana, bez której pomocy nie dałaby sobie rady.

Obie przyleciały do Gazbiyaa i Nadia nalegała, aby Jana zachowała resztę pozostałych im pieniędzy. Uścisnęły się na pożegnanie i Jana wyruszyła na spotkanie swojego przeznaczenia. Pojechała do matki, którą czekała poważna operacja. Nadia miała nadzieję, że Jana bezpiecznie dotarła do domu.

Zayed zatrzymał się przy jednym z okien i skrzyżował ręce na piersiach. Nadia w milczeniu czekała na dalszy rozwój wypadków.

– Mógłbym tak stać całą noc, zastanawiając się, co tu robisz, dlaczego włamałaś się do mojej sypialni i wślizgnęłaś do mojego łóżka. Ale, mówiąc szczerze, niespecjalnie mnie to interesuje.

– Wasza wysokość, gdybym tylko mogła wyjaśnić…

– Nie, Nadia. – Zayed uniósł rękę, by ją powstrzymać. – Nie będę więcej słuchał twoich mętnych wyjaśnień. Nie ukrywam, że najchętniej pozbyłbym się ciebie jak najszybciej, ale nie mogę wypuścić cię na miasto o tej porze i to ubraną w ten strój.

Na jego twarzy pojawił się wyraz niesmaku.

– Dziś w nocy zostaniesz w pałacu.

Nadia otworzyła usta, żeby zaprotestować, ale nie pozwolił jej się odezwać.

– To jest rozkaz.

Zayed wyjął z barku butelkę szkockiej whisky i nalał sobie spory kieliszek. Usiadł w fotelu, wyciągnął przed siebie nogi i założył ręce za głowę. To był jeden z najdziwniejszych dni w jego życiu.

Kiedy dowiedział się, że to on, a nie jego brat, ma zostać następcą tronu Gazbiyaa, w jednej chwili zdał sobie sprawę z tego, że jego życie drastycznie się zmieni. Choć nigdy nie spodziewał się, że sprawy przyjmą właśnie taki obrót, teraz losy tego kraju spoczywały w jego rękach, i to było najważniejsze.

Z praktycznego punktu widzenia wiedział, że jest w stanie poradzić sobie z tym zadaniem. Z powodzeniem zarządzał ogromną firmą i nie wątpił, że da sobie radę również z gwałtownie rozwijającą się gospodarką swego kraju. Doskonale orientował się, gdzie zastosować politykę silnej ręki, a gdzie delikatną sztukę dyplomacji.

To, z czym nie bardzo sobie radził, to emocjonalny aspekt całej sprawy. Nie był pewien, czy odpowiada mu bycie szejkiem Gazbiyaa. Nie takiego życia dla siebie pragnął i coraz mniej mu się ono podobało.

To, co widać było na pierwszy rzut oka, nie do końca było prawdą. Jego ojciec uważał, że kraj stoi tradycją i honorem, podczas gdy dla niego były to uprzedzenia i bigoteria. Im bardziej się temu przyglądał, tym lepiej widział, jak głęboko się one zakorzeniły. Wiedział, że będzie musiał podjąć z tym walkę, i wiedział, jakie to będzie trudne.

Rozmowa, którą przed chwilą odbył z ojcem, nie poprawiła mu nastroju. Okazało się, że jego brat, kiedy się dowiedział, że nie zostanie szejkiem Gazbiyaa, ruszył do Harith. To oczywiście zwiększyło prawdopodobieństwo konfliktu zbrojnego między ich krajami.

Animozje między Gazbiyaa a Harith sięgały zamierzchłych czasów, a chodziło, rzecz jasna, o ziemię. Upływający czas w niczym nie zmniejszył wzajemnych pretensji, a może nawet zaostrzył istniejący konflikt.

Zayed doskonale zadawał sobie sprawę z tego, że jego pierwszym zadaniem jako szejka będzie podjęcie inicjatywy zmierzającej do zażegnania groźby tej absurdalnej wojny.

Upił potężny łyk whisky i odstawił kieliszek na stolik. Gdybyż jego przyjaciele mogli go teraz zobaczyć! Wyobraził sobie, że spotyka się z Rockiem, Christianem i Stefanem w jakimś barze i opowiada im o tym, co mu się dziś przydarzyło. Ich czwórka poznała się na Uniwersytecie Columbia w Nowym Jorku i od razu się zaprzyjaźnili. Wszyscy czterej uznali za swoje życiowe motto dewizę memento vivere. Pamiętaj, żeby żyć. Ten rok był wyjątkowy dla nich wszystkich; przyjaciele założyli rodziny, Stefan nie dalej jak miesiąc temu.

Jedynym kawalerem z ich czwórki pozostał tylko on. Mógłby ich rozbawić opowieścią o tym, co dziś przeżył. Piękność o fiołkowych oczach w jego łóżku, a on sam przygważdżający ją niemal nagim ciałem do tegoż łóżka. Już sobie wyobrażał, jak by ich to rozbawiło. Poklepywaliby go po plecach, śmiejąc się do rozpuku i wznosząc kolejne toasty.

Tyle tylko, że Zayed nie był w nastroju do śmiechu, a tym bardziej w nastroju do świętowania. Coś w spojrzeniu Nadii, kiedy ochroniarz odprowadzał ją do oddzielnego pokoju, poruszyło go. Wciąż nie miał pojęcia, co ona tu robi. Co skłoniło taką kobietę jak ona do zrobienia czegoś tak upokarzającego i niebezpiecznego? Zayed sięgnął po kieliszek i uniósł go do ust. Pomimo jej prowokacyjnego zachowania był niemal pewien, że nie jest taka, jaka się wydawała. Jasna cera, delikatne dłonie, sposób mówienia świadczyły o tym, że wiodła z goła inne życie niż to, na jakie wskazywałoby jej zachowanie.