Dziewczyny znikądTekst

Autor:Amy Reed
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Prawdziwi Mężczyźni z Prescott

Już wielu czytelników mnie o to pytało, więc proszę bardzo – szczegółowy spis wszystkich moich dymanek, poczynając od ostatnich. Chciałbym podkreślić, że ta lista uwzględnia jedynie podboje całkowite. Gdybym chciał opisywać każdy, kiedy dziewczyna robiła mi laskę albo kiedy robiła mi dobrze ręką, musiałbym tu siedzieć całymi dniami. No więc już bez dalszego bicia piany oto jest:

Analiza wszystkich moich sukcesów:

1. MILF tuż przed czterdziestką. U mnie stała klientka, kupuje butelkę taniego wina prawie codziennie. Fantastyczne ciało jak na ten wiek, musi spędzać sporo czasu na jodze, zdecydowanie najstarsza, jaką kiedykolwiek rżnąłem. Zrobiliśmy to na pieska u niej w piwnicy, podczas gdy jej dzieciak na górze grał w gry wideo. Przyszła potem parę razy do mojej firmy, ale jasno dałem do zrozumienia, że nie jestem nią już zainteresowany. Musiała zacząć kupować sobie wino gdzie indziej.

2. Dwudziesto- i coś-letnia studentka koledżu. Poderwałem ją w miejscowym barze, gdzie balowała z koleżankami. Zdecydowanie najgorętsza w grupie. Zmusiłem ją do posłuszeństwa, podrywając najpierw jej koleżankę, żeby była zazdrosna. Trochę zbyt pijana, więc właściwie tylko leżała jak kłoda. Straciła przytomność w moim łóżku, porzygała mi się w łazience i zmusiła mnie, żebym ją rano odwiózł do domu.

3. Hipiska pod trzydziestkę, z wielkimi cyckami. O tym, że ma owłosione pachy, dowiedziałem się, kiedy już było za późno. Za to dzika w łóżku, czym mi wiele wynagrodziła. Rozważyłbym dodanie jej do mojego stałego haremu, gdyby zgodziła się ogolić i myć częściej włosy.

4. Siedemnastoletnia dziwka z mojego liceum. Świetne ciało, ale zbyt mało pewna siebie, żeby mieć większą wartość. Kiedy są za łatwe, jest mniej zabawy. Podbój wzmaga podniecenie.

5. Śmieciówa z przyczepy, w nieokreślonym wieku, gdzieś między dwadzieścia pięć a trzydzieści pięć. Z tego, co wiem, mogłaby być mamuśką numeru czwartego. Kręciła się koło mnie w barze. Nie musiałem nawet próbować żadnych sztuczek. Seks w porządku, ale trochę nadgorliwa. Na razie jeszcze naprawdę gorąca, ale trzeba powiedzieć, że jest na prostej drodze, żeby zamienić się w pięćdziesięcioletnią ćmę barową.

6. Dziewiętnastoletnia chuda, leniwa ćpunka. Uwielbiała się pieprzyć całą noc. Przez kilka miesięcy należała do mojego haremu. Skończyła w szpitalu na kilka dni, z jakąś infekcją, poprosiła, żebym ją odwiedził. Pieprzyłem ją w łazience, kiedy była na haju, nafaszerowana środkami przeciwbólowymi. Za bardzo naćpana, żeby dużo mówić, ale co tam.

7. Osiemnastoletnia blondyna spoza miasta, którą poznałem w sieci. Tępa dzida. Nic specjalnego. Przeleciałem ją na tylnym siedzeniu samochodu i więcej nie zadzwoniłem.

8. Siedemnasto-osiemnastolatka. W liceum popełniłem ten błąd, że przez rok zgadzałem się być jej „chłopakiem”, choć oczywiście zawsze miałem coś na boku. Jak zaczynała, była piekielnie gorąca, na szóstkę z plusem, ale im dłużej byliśmy razem, tym bardziej robiła się żałosna. Ostatecznie pozbyłem się jej zaraz po skończeniu szkoły. Do widzenia wybrakowanym towarom!

9. Siedemnastoletnia tłuścioszka ze szkoły. Ja miałem dziewczynę, ona miała chłopaka, ale upiła się na imprezie, kiedy jej chłopak wyjechał z miasta, i powiedziała mi, że leci na mnie od szóstej klasy. Grube dziewczyny są wyjątkowo łatwe. Z mojej strony był to raczej seks z litości. Była megawdzięczna.

10. Szesnastoletni rudzielec (miała dywan dopasowany do zasłon, nawiasem mówiąc). Fanka futbolu, która mówiła za dużo i zrobiłaby wszystko, żeby poimprezować z dużymi chłopcami. Z dziewicami jest zawsze zabawa. To słodkie, jak bardzo brak im wiary w siebie, jakie są chętne, żeby zrobić wszystko, co się im każe. Z automatu dostajesz ogromną władzę, a one to kochają.

11. Piętnastoletnia pierwszaczka, takie nic, upiłem ją tak, że nie była w stanie powiedzieć nie. Trochę bałaganu, poza tym głównie leżała jak kłoda, ale zawsze jakaś okazja, żeby się spuścić.

12. Szesnastolatka, która tygodniami włóczyła się za mną po szkole jak szczeniak. Była taka wdzięczna, kiedy wreszcie pocałowałem ją na imprezie. Nie zajęło mi wiele czasu zabranie jej na górę i wyłuskanie z ciuchów. Nudna i spragniona. Podobno jest teraz kapitanką drużyny cheerleaderek.

13. Szesnastolatka z innej szkoły. Wystarczyło ją spić, a natychmiast zamieniła się w ostrą dziwkę. Woziłem się z nią przez kilka tygodni, aż zaczęła się czepiać i oczekiwać zobowiązań, więc kopnąłem ją w tyłek.

14. Czternastolatka. Moja pierwsza. Oglądanie pornoli przez kilka lat sprawiło, że miałem ochotę na więcej. Na jedną rzecz miała za małe cycki, poza tym jej busz wymagał przystrzyżenia. Początkowo nie miała pojęcia, co robić, ale z czasem pokazałem jej, jak sprawić komuś przyjemność. Jej przyszli faceci będą mi wdzięczni.

-AlphaGuy541

Grace

Grace nie ma dziś nastroju na kościół. Po pierwsze w nocy prawie nie spała. Lektura bloga Prawdziwi Mężczyźni z Prescott zamieniła się w niemal trzygodzinną sesję tortur, ponieważ zaczęła klikać na kolejne linki, aż ostatecznie pogrążyła się w manosferze, docierając na fora, na których mężczyźni wymieniali się poradami dotyczącymi gwałtów randkowych i na strony, na których proponowano mężczyznom, by przenosili się do ubogich krajów, gdzie kobiety nie walczą i nie ma praw, które by je chroniły.

Świat jest chorym miejscem, myśli Grace. Jest miejscem, w którym ludzie mogą sobie postować tego rodzaju rzeczy, szerząc mrok i nienawiść, i nikt nie pociągnie ich za to do odpowiedzialności. Jest miejscem, w którym aż nazbyt łatwo jest ranić ludzi, podczas gdy pomaganie im okazuje się zbyt trudne. Jest miejscem, w którym zwycięża mrok, w którym mrok zawsze będzie zwyciężał.

Tymczasem Mama stoi tam i wygłasza kazanie, wykonuje swoją pracę, stara się przekonać pełen ludzi kościół, że na świecie wciąż istnieje światło, że jest w naszym zasięgu, że jest w nas. Grace nie wie, czy w to wierzy. Nie wie już w ogóle, w co wierzy.

– Jan był świadkiem jasności – mówi Mama. – Przyszedł, by dać świadectwo. Przyszedł mówić prawdę o Jezusie w świecie, który nie chciał jej słuchać – przerywa i spogląda na milczącą, urzeczoną kongregację. Uśmiecha się, jak gdyby właśnie miała opowiedzieć puentę dowcipu. – A była to dobra nowina – mówi tonem pełnym niedowierzania. – Była to wspaniała nowina. Nowina o Bożej łasce, miłości i przebaczeniu. – Unosi ręce, w geście udawanej irytacji. – A jednak nie chcieli jej słuchać. Mówili: dzięki, ale nie. Mówili: wolimy nadal robić wszystko tak jak zawsze, nawet jeśli stare sposoby już w sumie przestały się sprawdzać. Ci goście byli modelowym przykładem konserwatyzmu. – W ich dawnym kościele za takie oświadczenie Mamie ucięto by głowę. Tutaj kilka osób się śmieje, Grace brakuje jednak energii na humor.

– Nie byli ciekawi tego, co przynosił im Jan – ciągnie Mama – ponieważ było nowe i dziwne i ponieważ wiedzieli, że oznacza zmianę. Ponieważ ta nowina przekraczała ich rozumienie tradycji, sposobu, na jaki wszystko zawsze działało, sposobu, w jaki rzeczy powinny działać. Zmiana była przerażająca. Była czymś, czego należało unikać.

Kim był ten facet, który prowadził ludzi nad rzekę i zmywał ich grzechy, twierdząc, że każdy zasługuje na odkupienie? Kim był facet, który głosił sprawiedliwość, mówił żołnierzom, by nie zabijali, celnikom, by nie kradli? Kim był ten człowiek, który głosił miłosierdzie, który mówił, wedle Łukasza, 3:11[1]: „Kto ma dwie suknie, niech [jedną] da temu, który nie ma; a kto ma żywność, niech tak samo czyni”? Kim był ten szaleniec, który twierdził, że ktoś większy od niego, ktoś niosący jeszcze bardziej rewolucyjne przesłanie, idzie za nim, jakiś Jezus, który ma władzę obmyć ich, ale nie tylko wodą, lecz w ogniu, w świetle samego Boga? Ludzie pytali Jana: „Kim ty, do diabła, jesteś?”.

Taka twórcza parafraza Pisma wywołuje śmiechy. Mama zawiesza głos, by jej słowa dotarły do wszystkich, by dać ludziom czas na przygotowanie się na trudniejsze tematy. Ma poważną twarz, ciepły błagalny wzrok. Jest elektryzująca. W jej uśmiechu jest dość miłości, by napełnić wszystkich członków kongregacji, wszystkich mieszkańców Prescott, cały świat. Jednak w sercu Grace odzywa się samolubny ból, ból, którego się wstydzi, ponieważ marzy o tym, by ten uśmiech przeznaczony był tylko dla niej, a nie dla obcych.

– Jan, 1,23 – mówi mama Grace. – Jak powiedział Jan: „Jam głos wołającego na pustyni: Prostujcie drogę Pańską”.

Kongregacja bierze głęboki wdech.

– Wołający na pustyni – zawiesza głos. – Samotny głos na pustyni. – Oczy jej błyszczą. – Jeden samotnik, głoszący prawdę w pełnym hałasu i wrzasku świecie, który nie chce jej usłyszeć. A mimo wszystko Jan ciągle przemawia. Ponieważ musi. Ponieważ zna prawdę. Ponieważ Bóg dał mu odwagę.

Przyjaciele, świat potrzebuje naszej odwagi. Żyjemy w świecie pełnym cierpienia, nienawiści, strachu i chciwości, w świecie pełnym niesprawiedliwości, podobnie jak świat, w którym żył Jan. W jakim żył Jezus. Jak łatwo byłoby załamać ręce i powiedzieć: „To na nic. Tak po prostu już jest. Nie ma nic, co ja – nic, co jedna osoba – może zrobić, żeby świat zmienić”. A ja wam mówię: tak, ten świat jest zepsuty. Tak, wasi przywódcy bywają skorumpowani i trudno im zaufać. Tak, podczas gdy wam coraz trudniej związać koniec z końcem, kilku najbogatszych ludzi na świecie zgromadziło bogactwa wystarczające, by dać dach nad głową wszystkim bezdomnym i nakarmić wszystkich głodujących. Wciąż, jak się wydaje, rządzą przemocowcy. Ziemia coraz bardziej choruje. Świat jest miejscem, w którym coraz trudniej żyć. Tak, zgadzam się z tym wszystkim – zawiesza głos, dając wszystkim czas na wzięcie oddechu. – A jednak proszę was, by każda i każdy z was zadał sobie pytanie: czy ten zepsuty świat jest wart ocalenia?

 

Daje im chwilę na rozważenie tego pytania. Grace nie wie, czy potrafi na nie odpowiedzieć. Nie wie, czy chce.

– Jezus uważał, że tak – mówi Mama. – Jan uważał, że tak. Ja też tak uważam. Myślę, że wszyscy i wszystkie jesteśmy warci ocalenia.

Ktoś ze słuchających mówi:

– Amen!

– Pustynia jest ogromna – ciągnie Mama, nabierając rozpędu, przyspieszając. – Jest głośna i surowa. Jest przerażająca i bezlitosna. A jednak nasze głosy są donośniejsze, niż nam samym się wydaje. Nawet nasz szept jest w stanie wywołać fale, które dotrą dalej, niż kiedykolwiek wyobrażaliśmy sobie, że sięgniemy. Jeden drobny akt uprzejmości w morzu okrucieństwa, jedno słowo prawdy pośród kłamstw, oto ziarna, które są w stanie zmienić świat. Łukasz, 3,8: „Wydajcie więc owoce, godne nawrócenia”.

Ktoś wykrzykuje: Alleluja!

– Musimy robić rzeczy, które nas przerażają – mówi Mama, jej głos łamie się z przejęcia. – Musimy robić to, co uważamy za dobre, nawet gdy wszyscy inni zdają się czynić źle. Musimy słuchać tego cichego głosu, który przemawia w nas, wyraźnego głosu Boga, przemawiającego na pustyni naszych dusz, nawet wtedy, gdy świat jest głośny i robi wszystko, by ten głos zagłuszyć. Jak Jan, my musimy stać się głosem wołającego na pustyni. Musimy mówić. Jan, 1,5: „A światłość w ciemności świeci i ciemność jej nie ogarnęła”. Przyjaciele, musimy być światłością.

Grace jest w stanie poczuć przypływ energii w całej sali, przypływ, który jednocześnie przygniata ją i porywa. Czuje, jak wszyscy chłoną słowa Mamy, i wie, że wszystko, co Mama głosi, jest słuszne i dobre, a jednak coś w tym kazaniu ją uwiera. Coś sprawia, że pod materiałem sukienki zaczyna swędzieć ją skóra, że zaczyna się pocić. To, co innym daje natchnienie, jej każe czuć, że została osądzona. Skarcona. Potępiona.

Grace szepcze do ojca, że źle się czuje. Ojciec uśmiecha się, kiwa głową, ale nie odrywa oczu od Mamy. W całej mieszaninie uczuć, które ogarniają Grace, pojawia się kolejny smutek, prawie zazdrość, tęsknota. Wie, jak bardzo wyjątkowa jest miłość jej rodziców, sposób, w jaki ojciec wielbi jej matkę, to, jak bardzo ją podziwia, głęboko, całkowicie i bez jakichkolwiek wątpliwości. Grace podejrzewała zawsze, że żaden licealny romans nie jest w stanie nawet zbliżyć się do tego stanu, dlatego też nie zawracała sobie głowy chłopakami, nie zależało jej na kontakcie z kimkolwiek. Czy miała przygotować się na życie pełne rozczarowań? Czy była skazana na samotność? Jak mogłaby kiedykolwiek marzyć, że doświadczy tak bajkowej miłości, jak miłość jej rodziców? Żyją w czarownej baśni, w której królowa rządzi swoją domeną, król zaś podąża za jej przewodnictwem. To piękna opowieść, tyle że to baśniowe królestwo jest o wiele większe niż rodzina. Jest miejscem, w którym księżniczka może się zgubić. Miejscem, w którym łatwo o niej zapomnieć.

Grace wstaje i maszeruje przez całą długość kościoła w kierunku tylnego wyjścia. Nie śledzą jej żadne krzywe, pełne dezaprobaty spojrzenia, nie ma starszych dam z cienkimi włosami, mamroczących reprymendy. Kiedy zamykają się za nią ciężkie drewniane drzwi, oczekuje, że bryła w jej piersi zniknie, ona jednak pozostaje, ciężka i uparta. Dlaczego nie może po prostu cieszyć się szczęściem Mamy? Dlaczego nie może wierzyć w nią tak jak Tata? Dlaczego nie potrafi stać się częścią ich marzenia?

Korytarz jest pusty i cichy. Grace opiera się o ścianę, ponieważ uderza ją nagle, że właściwie nie ma dokąd pójść. Nie ma żadnego miejsca, gdzie mogłaby się pocieszyć, znaleźć schronienie, żadnego miejsca, w którym czułaby się jak u siebie. W jej domu wciąż piętrzą się stosy na wpół opróżnionych pudeł. Jej pokój pełen jest krzyków dziewczyny, która odeszła.

Na końcu korytarza otwierają się drzwi do łazienki. Ukazuje się w nich wielka postać Jessego Campa, który ociera dłonie o nogawki spodni.

– Cześć! – mówi. Jego twarz rozjaśnia się ciepłym uśmiechem.

Grace ociera oczy. Sztywnieje.

– Wszystko w porządku? – pyta Jesse. – Płaczesz?

– Nie płaczę. – Grace pociąga nosem.

– Hej, czy zrobiłem coś złego? – mówi Jesse. – Ostatnio w stołówce miałaś taką minę...

Grace obrzuca gniewnym spojrzeniem jego postać, jego twarz, tak miękką, wprowadzającą w błąd.

– Jak możesz przyjaźnić się z tymi facetami?

– Z kim?

– Siedziałeś przy stole z Ennisem Calhounem – mówi Grace. – Później widziałam cię na korytarzu z Erikiem Jordanem.

Oczy Jessego rozszerzają się ze zdumienia, po chwili jednak odwraca wzrok i wzdycha z, jak podejrzewa Grace, poczuciem winy.

– Eric i ja jesteśmy w jednej drużynie futbolowej – mówi z trudem. – No wiesz, faceci z drużyny w zasadzie automatycznie zostają kumplami. A Ennis z nim trzyma, więc w sumie jesteśmy jak gdyby difoltowo kolegami.

– Jesteście po prostu difoltowo kumplami, ty i gwałciciele? Czyli tak jakby nie masz w tej sprawie żadnego wyboru?

– Nie było dowodu – zastrzega Jesse obronnym tonem, podnosząc głos. – Wszyscy tak mówili. Mówili, że kłamała.

– „Ona” ma imię. – Grace piorunuje go wzrokiem. Kiedy nic się nie dzieje, odwraca się i wybiega.

– Grace, zaczekaj! – woła Jesse. Grace zatrzymuje się, nadal jednak odwrócona do niego tyłem. – Nie rozumiesz. Nie było cię tutaj. Kiedy Lucy opowiedziała te wszystkie rzeczy, wszystko oszalało. W szkole, w całym mieście, wszystko rozpadało się na kawałki.

– Taa? – mówi Grace. – Miasto rozpadało się na kawałki? – Odwraca głowę i patrzy mu prosto w oczy. – A jak myślisz, co ona czuła?

Grace uświadamia sobie nagle z całą ostrością, że buzuje w niej nowe uczucie. Przeskok: od nieruchomego ciężaru smutku do czegoś o wiele szybszego, gorętszego, czegoś, co dotąd pozostawało poza jej zasięgiem.

Gniew. Furia, Wściekłość. Samo czucie tego wymaga siły.

Jesse milczy, kiedy Grace wraca do kaplicy, z której zaledwie kilka minut temu uciekła. Wydaje się, że nikt jej nie zauważa, kiedy idzie w kierunku ołtarza, siada u boku ojca w samą porę, żeby usłyszeć wielki finał kazania Mamy. Otacza ją energia wypełniająca salę, Grace daje się porwać razem z resztą kongregacji, jej gniew, smutek i uczucia, których nie potrafi nazwać, rozpływają się w tej sali pełnej cudzego życia, cudzych namiętności i rozczarowań, cudzych tajemnic, cudzych miłości, cudzych kłamstw. Zamyka oczy i wyobraża sobie, że jest jedną z wielu – bez imienia, bez twarzy – a nie córką swojej matki. Wsłuchuje się w mocny głos mówiący o Jezusie, który stawał po stronie słabych i bezbronnych, przyjmował odrzuconych, kochał tych, których nie kochał nikt inny, przemawiał w imieniu tych, którzy nie mogli przemówić we własnym. O Jezusie, który umarł za ich grzechy. Umarł, walcząc za każdego z nas. Teraz nadszedł czas, byśmy i my stanęli do walki.

Słowa Mamy Grace rozbrzmiewają w kaplicy mocnym echem:

– Co zrobimy z naszą wolnością, z naszą siłą? Co zamierzamy zrobić z całą tą łaską? Co zrobimy z tym błogosławionym życiem? Co zrobimy, żeby na nie zasłużyć? Jak sprawimy, żeby udało się nam naszym życiem dowieść naszego nawrócenia?

Grace znów chce wyjść, znów czuje, że musi zostać sama. Wychodzi dokładnie w momencie, gdy wszyscy z oczami zamglonymi natchnieniem podrywają się, by odśpiewać ostatni hymn. Uciekając z kaplicy, czuje ich nadzieję, ich dobre intencje, czuje, jak rozpala się w nich pragnienie, by w jakiś niejasny, abstrakcyjny sposób zmienić coś w pełnym zamętu świecie wokół nich. Może po powrocie do domów wejdą do sieci i wpłacą sto dolarów na jakąś ważną sprawę. Najlepsi z nich dadzą dolara i poślą uśmiech bezdomnemu weteranowi, który siedzi przy zjeździe na autostradę i trzyma kartkę z prośbą o pomoc. Ale co zamierzają zrobić w sprawie dziewczyny, która należała do ich społeczności, która potrzebowała prawdziwej pomocy, a od której wszyscy się odwrócili?

Grace przechodzi pieszo kilka przecznic dzielących ją od domu i idzie prosto do swojego pokoju, jedynego miejsca, jakie jest w stanie wymyślić, w którym teoretycznie powinna czuć się bezpiecznie. Wyobraża sobie jednak oczy, które ją obserwują, jak gdyby pokój żył, wstrzymując oddech, czekając, aż ona coś zrobi. Może szafa okaże się wystarczająco ciasna i mroczna. Może tam nie będzie się czuła obserwowana.

Kuca na podłodze niewielkiej garderoby, brzegi spódnic i niedzielnych sukienek ocierają się o jej czoło. Smuga światła wpada przez szparę pod drzwiami, które przyciąga do siebie, starając się je domknąć. Jest prawie ciemno. Prawie zdołała się ukryć.

Wciąż jednak do garderoby dociera światło. I wciąż dociera go tyle, że Grace orientuje się, że nie jest sama. Dość dużo, by oświetlić słowa wyryte na zapomnianych kilku calach ściany między drzwiami a narożnikiem, w miejscu niewidocznym, tak pogrążonym w mroku, że zobaczyć je może tylko ktoś, kto sam stara się być niewidoczny, kto kuli się – na podłodze, za zamkniętymi drzwiami.

Pomóż mi, głosi napis. Litery mają teksturę krzyku, są tak prymitywne, że musiały zostać wydrapane paznokciami.

Erin

Czasem ojcowie odchodzą i nikt nie mówi ci, dlaczego. Później czasem wracają i znów nikt ci niczego nie wyjaśnia. Więc sama musisz znaleźć wytłumaczenie. Właśnie w takich sytuacjach logika okazuje się bardzo przydatna. Bez logiki i racjonalnego myślenia zostaje się z o wiele mniej użytecznym narzędziem, jakim są emocje, które niekontrolowane przez rozum mogą powodować dowolnego rodzaju problemy.

Tu mamy przykład: 1. Tata odchodzi. 2. Pod jego nieobecność jego nastoletnia córka przeżywa coś, co wszyscy określają jako traumatyzujące doświadczenie. 3. Tata wraca. 4. Mama i tata nadal ze sobą nie rozmawiają. 5. Mama i tata śpią w osobnych sypialniach. 6. Mama i tata za często się uśmiechają, kiedy ich nastoletnia córka jest w pobliżu, i udają, że wszystko jest w porządku.

A później rodzina trafia do Prescott, Oregon, w środku suchego lądu, dokładnie 81,7 mili od oceanu, do miasta, które nikomu z nich specjalnie się nie podoba, a dziewczyna nie ma w tej sprawie absolutnie nic do powiedzenia. Rodzina formalnie wciąż jest cała, chociaż ojciec spędza w pracy więcej czasu niż w domu – dwudziestomilowa droga do biura na uczelni stanowi wygodne wyjaśnienie pracy do późna i narzędzie pozwalające unikać rodziny, do której przynależnością nie jest specjalnie zainteresowany. Tymczasem matka rzadko miewa kontakty z rzeczywistymi żywymi ludźmi, woli bowiem zarządzać rozległym internetowym imperium rodzicielskich grup wsparcia ze swojego stanowiska za laptopem umieszczonym na wyspie kuchennej, tuż koło wazy z owocami, z której obecnie zniknęły banany, odkąd mama ogłosiła, że zawierają zbyt wiele cukru jak na delikatny organizm jej córki.

Erin mogłaby potraktować to emocjonalnie. Mogłaby zareagować lękiem, stresem, poczuciem zagubienia. Mogłaby czuć się winna, uznać, że odpowiada za nieszczęśliwy powrót ojca, spojrzeć na siebie jak na trujący lep, który utrzymuje rodzinę w całości. Nie zgadza się jednak, aby rządziły nią emocje. Wie, że jest jej lepiej bez nich. Bez myśli i wspomnień, z których nie ma żadnego pożytku poza tym, że ją ranią. Tak więc tworzy w swojej głowie świat, w którym wszystkie te sprawy nie będą jej niepokoić, miejsce, gdzie rządzi logika, miejsce, które może kontrolować. Spycha wspomnienia i uczucia głęboko, żeby nie były w stanie jej dotknąć.

Żal, że jej rodzina nie jest inna, niczego nie zmieni. Żal nie sprawi, że coś się stanie. Ani żałowanie, ani rozpamiętywanie przeszłości nie służą racjonalnemu wykorzystywaniu czasu.

Erin nie będzie więc myśleć o wydarzeniach, które nastąpiły po odejściu ojca, ani o kilku wizytach w hotelu z możliwością przedłużonego pobytu, w pokoju, który ojciec bez sensu nazywał mieszkaniem, wyposażonym w beżowe meble pokryte odpornymi obiciami, na których ani jedzenie na wynos, ani wylewane w nocy łzy nie pozostawiają plam. Nie będzie też myśleć o nocach, które spędzała w domu, sama z mamą, o jej nieprzerwanym płaczu, który sprawiał, że czytanie lub uczenie się stawało się niemal niewykonalne, o tym, jak smutek wypełniał cały dom tak gęsto, że Erin niekiedy trudno było złapać oddech. Oczywiście, wiedziała, że to niemożliwe – żeby emocje matki miały wpływ na rzeczywistą konsystencję powietrza – tak czy owak jednak starała się trzymać z dala od domu na tyle, na ile to było możliwe. Przemierzała całą długość Aliki Beach tyle razy, ile było trzeba, aby napełnić kieszenie muszlami, których przynależność do określonego gatunku uczyła się rozpoznawać w ciemności dotykiem. Chodziła tak długo, żeby wrócić do domu, kiedy mama już zaśnie. Co rano sprawdzała mapy pływów, żeby wiedzieć, czego może się spodziewać. Rytm morza był stały, przewidywalny i uspokajający, podczas gdy wszystko inne w życiu dziewczynki, która czuła odrazę do zmian, ulegało zmianom.

 

Erin nie będzie myśleć o ósmej klasie. A już na pewno nie będzie myśleć o Casperze Penningtonie. Ani o tym, jak w czasie porannych apeli patrzył na nią z części sali, przeznaczonej dla licealistów w małej auli ich prywatnej szkoły. O tym, że jej ciało pod wpływem tego spojrzenia stawało się gorące, czuło się dobrze, a jednocześnie było nieco przestraszone. Jak pomagało to jej zapomnieć o bałaganie, panującym w domu. Jak Casper Pennington podszedł do niej pewnego dnia na korytarzu i powiedział jej, że jest piękna. Jak nie była zadowolona z tego, że jest tak blisko, ale jednocześnie pragnęła, by zbliżył się jeszcze bardziej. Jak długie miał rzęsy i jak jasne były jego włosy. Jak jego pewność siebie i uwaga sprawiały, że zaczęła się zastanawiać, czy mógłby nauczyć ją być silną i nie dbać o zmieniający się świat.

I co z tego, że miała tylko trzynaście lat? Co z tego, że był od niej trzy lata starszy. Co z tego, że nie mogła patrzeć ludziom w oczy, że na ogół nie lubiła być dotykana, że otaczała ją armia specjalistów próbujących nauczyć ją, jak być normalną. Co z tego, że jej tata odszedł, a tymczasem pojawił się ten chłopak, Casper, mówiąc, że jest piękna. Jeśli będziesz naciskać dostatecznie mocno i jeśli zastosujesz ograniczoną definicję pojęcia „dopasowanie”, zdołasz wepchnąć niedopasowany klocek do układanki.

Nie, Erin nie będzie o tym wszystkim myśleć. Wspomnienia tego rodzaju nie służą żadnym praktycznym celom: nie zawierają użytecznej wiedzy ani umiejętności. Erin rozważa teoretyczną możliwość, że smutek i żal są cechami ludzkiego mózgu, świadczącymi o złym przystosowaniu, czymś, czego nasz gatunek ostatecznie pozbędzie się w toku dalszej ewolucji. W końcu połączymy się z komputerami i nigdy już nie będziemy musieli czuć.

W harmonogramie Erin nie ma czasu przeznaczonego na wspominanie. Nie ma na nie miejsca na jej listach. Jeśli dopuści wspomnienia, zniszczą cały porządek, który niestrudzenie stara się tworzyć, wepchną ją z powrotem w chaos. Lepiej, żeby rzeczy były przewidywalne, stabilne, proste. Spokojne.

Erin pragnie właśnie tego: spokoju.

Jest coś kojącego w odrabianiu prac domowych dokładnie o tej samej porze każdego dnia, w jedzeniu kolacji co wieczór dokładnie o dziewiętnastej (przy stole niemal zawsze nakrytym tylko dla dwóch osób). Przed kolacją nadchodzi jednak najlepsza część dnia – czas, kiedy Erin może obejrzeć swój codzienny odcinek Star Trek: Następne pokolenie, kiedy może oddalić się o lata świetlne i przemierzać nieznane obszary wszechświata wraz z kapitanem Jeanem-Louisem Picardem, który dla całej załogi jest ojcowską postacią (zwłaszcza dla Daty, odkąd jego ojca, wynalazcę, doktora Nooniena Songa, zamordował Lore, brat Daty, który popsuł się i okazał się niebezpieczny, ponieważ omyłkowo wgrano mu czip z emocjami przeznaczony dla Daty).

Tyle że dzisiejszy odcinek nie należy do najbardziej przez Erin lubianych. Nie tylko cała załoga Enterprise zachowuje się głupio, jak pijana z powodu wirusa z Ciołkowskiego, ale też właśnie w tym odcinku Data uprawia seks z Tashą Yar. Mimo że jest androidem, zaraża się opartym na węglu wirusem (niekonsekwencja w fabule, która – jak z niezadowoleniem zauważa Erin – nigdy nie została w pełni wyjaśniona: musi przyznać, że jej ukochany serial nie jest doskonały). Kiedy Data dostaje rozkaz odeskortowania Yar do izolatki, ulega jej uwodzicielskiemu czarowi.

Data popełnił błąd. Data nie powinien popełniać błędów. Jego logiczny mózg androida zawiódł, Data stał się zbyt ludzki, zbyt zwierzęcy.

Kiedy Tasha Yar spytała, czy jest „w pełni sprawny”, odpowiedział, że tak. Nawet Erin rozumie, co miała na myśli, mówiąc „w pełni sprawny”.

Casper Pennington nigdy nie spytał Erin, czy jest w pełni sprawna. Być może gdyby to zrobił, miałaby szansę się nad tym zastanowić. Może uświadomiłaby sobie, że jej odpowiedź brzmi: nie.

Po romantycznym wyskoku Daty (którego, na szczęście, widz nie musi obserwować), kiedy doktor Crusher podaje załodze Enterprise lek na wirusa i wszyscy trzeźwieją, Tasha Yar jest zażenowana. Mówi Dacie, że to, co zaszło między nimi, nigdy się nie wydarzyło, po czym wraca do pracy. Czy na tym polega normalna reakcja osoby, która uprawiała seks z androidem? Na tym, że nie chce z nim już nigdy więcej rozmawiać? Na ignorowaniu go na drugi dzień? Przynajmniej Tasha Yar nie przechwalała się swoim przyjaciołom, jednocześnie zachowując się, jak gdyby Data nie istniał. Przynajmniej Data nie odczuwał bólu odrzucenia. Mógł przeanalizować to, co się stało, w ramach prowadzonych przez siebie badań antropologicznych nad zachowaniami gatunku ludzkiego. Mógł zarchiwizować wszystko w swoim mózgu androida i pójść dalej.

Nie jest jasne, czy Data czerpał z tego zdarzenia przyjemność. Powiedział Tashy Yar, że ma w swoim oprogramowaniu różne „techniki”. Przyszedł na świat z wiedzą, jak dawać przyjemność. Ale czy wiedział, jak ją odczuwać?

Czy zaprogramowano go do odczuwania strachu? Do tego, by czuć, jak dwie sprzeczne emocje zlewają się ze sobą, aż przyjemność znika całkowicie, aż pozostaje tylko ciało leżące na nim, uciskające go, pochrząkujące mu wprost do ucha, i kolejne pchnięcia, raz za razem, podczas gdy on czeka tylko, żeby to się wreszcie skończyło, podczas gdy modli się do Boga, w którego nigdy nie wierzył, proszę, powstrzymaj to, proszę, spraw, żeby Casper przestał, to nie tego chciałam, nie wiem, czego chciałam, ale to nie to, to zdecydowanie nie jest to.

Milczenie nie oznacza zgody. Można poczuć i pomyśleć „nie”, ale nigdy go nie wypowiedzieć. Można wykrzykiwać je milcząco w środku. Może mieścić się w niemym kamieniu pięści zaciśniętej tak mocno, że paznokcie wbijają się w dłoń. Usta są jak zapieczętowane. Oczy zamknięte. Jego ciało po prostu bierze, nigdy nie pytając, nienauczone, że milczenie może nie być czymś oczywistym.

Umysł Daty jest komputerem. Może wymazać całe wspomnienie, jeśli tylko chce. Błędy go nie prześladują, nie osiedlają się w jego synapsach, aby podróżować z nim, dokądkolwiek się uda. W jego błędy nie są zamieszani rodzice, szkoła, sądy. Jego błędy nie sprawiają, że na dwa tygodnie przestaje mówić. Nie żyją w jego ciele. Nikt nie musi nazywać Daty ofiarą. Nie trzeba szukać winnego. To nie musi stać się częścią jego historii.

Jest jednak częścią historii Erin. Zanim ostatecznie udało się jej przekonać rodziców, żeby wycofali oskarżenie przeciwko Casperowi, sąd gotów był oficjalnie ją zaszufladkować, ogłosić, że jest bierna, że jest ofiarą, opisać ją jako bezsilną, niezdolną do wyrażenia świadomej zgody. Z uwagi na jej wiek. Z uwagi na to, że jest w spektrum Aspergera. Mimo że jest istotą czującą. Mimo że w pewnym momencie czegoś chciała, czymkolwiek to było. Mimo że nie może sobie przypomnieć, kiedy przestała tego chcieć. Mimo że nie może sobie przypomnieć, czy powiedziała cokolwiek, w taki czy inny sposób. To prawda, że nigdy jej nie zapytał. Ale czy to naprawdę było jego zadanie? A jeśli sąd twierdzi, że nie była zdolna powiedzieć „nie”, co to oznacza dla jej zdolności powiedzenia „tak”? Kto podejmuje te decyzje? Kto określa zasady i definiuje takie słowa jak „zgoda”? Kto decyduje, kiedy coś staje się „gwałtem”?

Erin nie może wypowiedzieć tego słowa: gwałt.

To słowo nie brzmi prawdziwie. To nie był gwałt, ale to było coś.

Inaczej niż w przypadku Daty, Erin nie straciła czipa z emocjami. Czasami czuje się, jak gdyby przez przypadek wgrano jej dziesięć emocjonalnych czipów, przy czym żaden nigdy nie działa sprawnie.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?