Dziewczyny znikądTekst

Autor:Amy Reed
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Grace

Problem w tym, że raczej trudno znienawidzić matkę, nawet taką, która niszczy ci życie, skoro jest idealna. Przy czym nie „idealna” wypowiadane z ironią i gestem cudzysłowu w powietrzu. Idealna prawie dosłownie, jak jakaś święta. Pomijając fakt, że formalnie trzeba być katolikiem, żeby zostać świętym, a rodzina Grace nie jest katolicka. Ale właściwie kim teraz są, ona i jej rodzice? Baptystami na pewno już nie. Czy są teraz kongregacjonalistami? Czy coś takiego w ogóle istnieje?

Ojciec Grace stwierdził, że Prescott w stanie Oregon będzie bardziej odpowiednie z punktu widzenia wartości ważnych dla ich rodziny niż Adeline w Kentucky. Ma dar nadawania pozytywnej interpretacji rzeczom, które generalnie są do dupy. Ostatecznie zajmuje się marketingiem. Potrafi na przykład dostrzec dobre strony w tym, że musieli wyprowadzić się z jedynego domu, jaki Grace kiedykolwiek znała, ponieważ ich własny (były) kościół w zasadzie wypędził ich z miasta. Tata uznał to za szansę na okazanie hartu ducha i stałości. A także za bodziec do rozwijania umiejętności w zakresie zbierania kuponów, ograniczania zużycia papieru toaletowego i wynajdywania kolejnych wariacji na temat ryżu z fasolką w czasie, gdy Mama szukała nowej pracy, a Grace starała się przetrwać dzień w szkole i nie rozpłakać się publicznie. Podczas gdy rodzice ćwiczyli hart ducha i stałość, Grace ćwiczyła się w udawaniu, że nie cierpi za bardzo w związku z tym, że praktycznie wszystkie przyjaciółki – przy czym z większością znała się od czasów przedszkolnych – odrzuciły ją tylko dlatego, że jej Mama spadła z konia, rozbiła głowę i na nowo odnalazła Boga, który okazał się facetem o wiele bardziej liberalnym, niż ktokolwiek w ich kościele by sobie tego życzył.

Pierwszym błędem, na jaki Mama pozwoliła sobie wobec kościoła, było to, że była kobietą, co skądinąd przydarzyło się jej na długo, zanim rozbiła sobie głowę. Wiele starszych białych osób (w kongregacji, która składała się przede wszystkim ze starych białych osób) podczas jej wygłaszanych okazjonalnie kazań krzyżowało ramiona na piersi i marszczyło brwi, czekając, aż prawdziwy pastor przejmie pałeczkę i wygłosi prawdziwą naukę. Nawet przed wstrząśnieniem mózgu Mama była jak na ich gust nieco zbyt radosna, trochę za bardzo przejęta tymi wszystkimi sprawami z miłością. Tak więc byli zwarci i gotowi, i kiedy tylko zdecydowała się udzielić ślubu dwóm gejom, którzy prowadzili salon piękności dla psów, natychmiast rozpętało się piekło. W ostatnim kazaniu, które Mama wygłosiła, zanim dostała dymisję, nie dość, że przypomniała kongregacji o tym irytującym fakcie, że Jezus kochał i przyjmował każdą i każdego, bez osądzania, to jeszcze pozwoliła sobie na aluzję, jakoby był ciemnoskórym socjalistą. W mieście szeptano nawet, że ktoś słyszał, jak przycinając na podwórku róże, wykrzyknęła: „Pieprzyć Księgę Kapłańską!”.

No więc tak po prostu, po latach służby, Mama Grace straciła stanowisko przewodniczącej do spraw kobiet i okazjonalnej kaznodziejki w megakościele Pierwszego Baptystycznego Zboru Odkupiciela i nagle okazało się, że została napiętnowana i jest znienawidzona przez prawie siedem tysięcy parafian w Adeline i trzech sąsiednich hrabstwach. Tata dopiero rozkręcał swoją internetową firmę marketingową i jeszcze nie zaczął zarabiać. Jednak gorsze od stania się nagle biedną była sytuacja, w której nagle zostało się bez przyjaciół w małym mieście, gdzie wszyscy się znają. Nikt nie siadał koło Grace w stołówce. Na jej szafce w szkole zaczęły pojawiać się napisy, przy czym, biorąc pod uwagę fakt, że Grace zdecydowanie była i jest dziewicą, najdziwniejsze były obelgi w rodzaju „szmata” czy „dziwka”. No ale tak właśnie wyzywa się dziewczyny, które chce się poniżyć. Tak więc Grace do końca roku szkolnego jadła lancz samotnie w łazience sali gimnastycznej i nie rozmawiała w szkole z nikim, nie licząc okazjonalnej wymiany zdań z którymś z nauczycieli, a jej rodzice nie mieli o tym pojęcia. Mama była zbyt zajęta poszukiwaniem nowej pracy, a Tata był zbyt zajęty szukaniem klientów. Grace wiedziała, że nie potrzebują teraz rozmów o jej cierpieniu.

Grace nie jest pewna, jak określić to, co teraz czuje, wie jednak przynajmniej, że nie jest to smutek związany z wyjazdem. Adeline jasno dało do zrozumienia, że ani Grace, ani jej rodzinie nie ma już nic do zaoferowania, w każdym razie na pewno nie przyjaźń czy poczucie, że jest się mile widzianą. Zresztą już wcześniej, jeszcze w czasie, gdy Grace tkwiła bezpiecznie na swoim miejscu, które znajdowało się nisko w hierarchii społecznej, ale było stabilne, z całym zestawem przyjaciółek i znajomych, podlegając określonym zasadom dotyczącym zachowania i sposobu mówienia – nawet wtedy, mimo całego porządku, Grace czuła, że coś się psuje. Doskonale znała swoją rolę i znakomicie ją odgrywała, ale na tym właśnie polegał problem: to była gra. Jakaś jej część zawsze czuła się tak, jak gdyby oszukiwała.

Być może potajemnie zawsze nienawidziła chrześcijańskiej muzyki i tandetnych, fatalnie zrobionych filmów o tematyce religijnej, które oglądała podczas piątkowych spotkań grupy młodzieżowej. Może potajemnie nie cierpiała tego, że jej życie towarzyskie skupia się właśnie wokół tej grupy. Może nie znosiła siadania codziennie przy tym samym stoliku w stołówce, z tymi samymi nijakimi dziewczynami, których tak naprawdę nigdy nie wybrała ani niespecjalnie lubiła, które zachowywały się tak nieśmiało, a jednocześnie potrafiły okazywać niesamowitą wrogość każdemu spoza własnego kręgu i które swoje plotkarstwo skrywały pod maską chrześcijańskiej gorliwości. Może potajemnie Grace chciała mieć chłopaka, z którym mogłaby się umawiać. Może interesowały ją te wszystkie rzeczy, którymi nie powinna się była interesować.

Grace zawsze tęskniła za czymś innym. Za innym miastem, inną szkołą, innymi ludźmi. Teraz jednak, kiedy wreszcie ma szansę zyskać to wszystko, odkrywa, że jest przerażona. Uświadamia sobie, że nie ma pojęcia, czego właściwie chce.

Co jest gorsze? Udawać kogoś, kim się nie jest, czy w ogóle nie mieć pojęcia, kim się jest?

Na razie, skonfrontowana z niepewnością związaną z początkiem nowego roku szkolnego w nowej szkole, w nowym mieście, Grace oddałaby wszystko za prostotę dawnego życia. Może nie było satysfakcjonujące pod żadnym znaczącym względem, może nie było szczere, ale przynajmniej było bezpieczne. Było przewidywalne. Było domem. Chwilowo wszystko to brzmi całkiem dobrze.

Tymczasem Grace jest tutaj – w tym dziwnym miejscu, które samo nie wie, czy jest małym miasteczkiem, czy przedmieściem, w czyśćcu między nieprzynoszącą satysfakcji przeszłością a niepewną przyszłością. Szkoła zaczyna się jutro. W niedzielę Mama wygłasza pierwsze kazanie w nowym kościele, a tymczasem nic nie wydaje się ani trochę w porządku. Nic w tym miejscu nie przypomina domu.

Grace podejrzewa, że może powinna się pomodlić albo coś w tym rodzaju. Powinna prosić o wskazówki. Powinna zrobić miejsce dla Boga. Chwilowo jednak ma poważniejsze zmartwienia niż Bóg, bo zastanawia się, jak przetrwać pierwszy rok w szkole średniej.

Wie, że tęskni za domem. Ale jak można tęsknić za miejscem, które już nie istnieje?

I jak zacząć nowe życie, jeśli nie wie się nawet, kim się jest?

Rosina

Pieprzony kuzyn Erwin i jego bezużyteczne chłopięce istnienie, pieprzeni wszyscy wujkowie świata, pieprzona Mami i Tía Bianca, i Tía Mariela, wszyscy, którzy uważają, że Rosina jest ich niewolnicą, pieprzona ta przebrzmiała tradycja, która im na to pozwala, pieprzony rower i jego wykrzywione koła, pieprzone miasto, wyboje i popękane chodniki, pieprzony Oregon, deszcz, wsioki, futboliści i ludzie, którzy jedzą w La Cocina, nie zostawiają napiwków i rzucają na podłogę zatłuszczone serwetki, które Rosina musi zbierać.

Abuelita jest w porządku. Rosina nie tylko kocha swoją babkę, ale też lubi, a to w jej przypadku nie byle co. Mimo że Abuelita uważa Rosinę za swoją zmarłą córkę, Alicie, której nigdy nie udało się wydostać z wioski w Meksyku. Mimo że Abuelita we wtorek w nocy, kiedy akurat nikt nie patrzył, wywędrowała z domu i przemaszerowała całą drogę aż do nieco lepszej i zdecydowanie bielszej dzielnicy oddalonej o milę, i Melissa, ta śliczna cheerleaderka, w której Rosina durzy się od szóstej klasy, musiała przyprowadzić ją z powrotem. Przepłakawszy całą godzinę i objechawszy na rowerze całą dzielnicę w poszukiwaniu babci, Rosina usłyszała pukanie i otworzyła drzwi, z twarzą całą w plamach, włosami w nieładzie i nosem mokrym od łez i smarków. Otworzyła drzwi i ujrzała obraz piękna i dobroci: Melissę, cheerleaderkę, trzymającą Abuelitę za rękę, z ciepłym uśmiechem na ustach, z oczami pełnymi światła.

– Patrz, kogo znalazłam – powiedziała cheerleaderka, a Abuelita pocałowała Melissę w policzek, powiedziała – Eres un ángel (Jesteś aniołem) – i weszła do domu. Rosina zaś była tak zawstydzona, że zatrzasnęła drzwi tuż przed pięknym nosem Melissy, zaledwie zdoławszy wymamrotać „dziękuję”.

Rosina wzdryga się na to wspomnienie. Nigdy żadna dziewczyna nie sprawiła, że czuła się tak bardzo nieswojo. Nigdy nie czuła się tak niewydarzona. Przypomina jej się głupie powiedzenie o „miękkich kolanach”. Zawsze sądziła, że to taki ckliwy romantyczny nonsens, teraz jednak wie, że właśnie tego doświadczyła, że zyskała dowód, że jest to konkretna fizyczna przypadłość i że nienawidzi samej siebie za to, że jest taka banalna, za to, że tak ją wzięło, że jest w tym wszystkim taką babą.

Pedałuje mocno w nadziei, że palący ból mięśni wymaże to niepokojące uczucie, że się czegoś pragnie, że pragnie się kogoś, kogo jak wie, nie może mieć. Nawet na rowerze, jadąc tak szybko, jak tylko potrafi, Rosina wciąż czuje się jak w klatce, schwytana w pułapkę. Nie uda się jej dojechać do Eugene. Z pewnością nie uda się jej dojechać do Portland. Może jedynie snuć się ulicami tego znużonego starego miasteczka, szukając czegokolwiek nowego. Czasami po deszczu na chodnikach pełno jest na wpół utopionych robaków. Czasami trafi się czyjaś porzucona poczta. Zazwyczaj są puste butelki, papierki po cukierkach, recepty, kilka zmiętych list zakupów. Przejechane zwierzę. Jedyne nowe rzeczy w tym mieście to śmieci.

 

Rosina mknie ulicami Prescott, wiecznie samotna, jedyna śniada dziewczyna w mieście, która nie trzyma z innymi śniadymi dziewczynami, jak gdyby celowo chciała się wyróżnić. Jej sterczące czarne włosy powiewają na wietrze, w uszach ma słuchawki, w których rozbrzmiewają głosy dzikich kobiet, grających w małych i wielkich miastach tak blisko tego, a jednocześnie całe pokolenie temu, odważnych dziewczyn w kozakach, z gitarami elektrycznymi, które śpiewają głosami z mchu, kamieni i burzy. Relikty, artefakty. Wszystko, co jest warte cokolwiek, wydarzyło się dawno temu, kiedy „nowe” naprawdę oznaczało coś nowego.

Dlaczego zawsze ostatecznie trafia na tę ulicę? Nie ma tu nic prócz szablonowych domków z lat pięćdziesiątych, kilku skąpych drzewek i małych brązowiejących trawników przed wejściem. Droga, przy której leży ta uliczka, prowadzi donikąd. Rosina chce odejść. Nie ma tu czego szukać.

No ale oto on. Dom. Dom Lucy Moynihan. Zblakła biała farba pęka, jak na wszystkich pozostałych domach. Z zewnątrz nie wygląda zbyt interesująco. Mieszkała tu dziewczyna, którą Rosina ledwie znała. Przez całe lato stał pusty. To nie powinno mieć znaczenia. Nie ma. No więc czemu cały czas tu wraca? Jak gdyby ten dom ją wzywał. Jak gdyby Lucy, choć wyjechała dawno temu, bynajmniej z tym miastem nie skończyła.

Ale dom nie jest pusty. Już nie.

Gdyby nie to, że Rosina patrzy w stronę domu, pewnie nie zauważyłaby jasnej, pucułowatej białej dziewczyny, która siedzi na frontowym ganku z książką. W dziewczynie nie ma nic, co ją by wyróżniało. Jest blada na tle wyblakłej białej ściany. Ma ten rodzaj miękkich, nieokreślonych rysów, których zazwyczaj się nie pamięta. Ale jest nowa, a to już coś. W sumie to bardzo dużo.

– Hej! – woła Rosina, przekrzykując zgrzyt hamulca swojego roweru.

Dziewczyna podskakuje. Rosina ma wrażenie, że słyszy pisk podobny do pisku myszy.

– A ty to kto? – pyta, wykopując stopkę roweru. – Wprowadziłaś się tu? – mówi, idąc popękaną ścieżką. – Czy to teraz twój dom?

– Eee, cześć? – odpowiada dziewczyna, odkładając książkę, taką sobie powieść fantasy. Odsuwa znad oczu cienkie włosy w kolorze brudnego brązu, które natychmiast opadają z powrotem.

– Jestem Rosina. – Dziewczyna wyciąga rękę.

– Grace.

Dłoń Grace jest wiotka i lekko wilgotna w mocnym uścisku Rosiny.

– W której klasie jesteś? Wyglądasz na drugą?

– W trzeciej.

– Ja też.

– Mam iść do Prescott High.

– Taa, tutaj to tak jakby jedyna opcja. – Rosina nie stara się ukryć faktu, że mierzy Grace wzrokiem. – Masz śmieszny akcent. Jak postać z kreskówki.

Grace otwiera usta, ale nie wydobywa się z nich żaden dźwięk.

– Przepraszam, to jakoś nie zabrzmiało najlepiej – mówi Rosina.

– No, tak jakby...?

– W sumie to miał być jakby komplement. Jesteś inna. Lubię, jak ktoś jest inny. Skąd jesteś?

– Z takiego małego miasta w Kentucky, Adeline.

– Emm, no mamy tu masę karków, więc poczujesz się jak u siebie. Wiesz, do czyjego domu się wprowadziliście? – Rosina nie czeka na odpowiedź. – Wiesz, kto to jest „parias”? No więc to był dom dziewczyny, która w tym mieście była pariasem. Czytałaś Szkarłatną literę? Ta dziewczyna, jej historia była trochę jak z tej książki, chociaż nie całkiem.

– Nie czytałam. U nas w szkolnej bibliotece była zakazana.

– Wow! Nawet tu nie jesteśmy aż tak zacofani. – Rosina milknie na chwilę. Kopie kępkę chwastów wyrastających z pęknięć w chodniku. – Myślę, że w tym roku będzie w drugiej klasie. Gdziekolwiek jest.

– Kto? – pyta Grace. – I co ona zrobiła?

Rosina wzrusza ramionami.

– Ona nic. Ale tak naprawdę nie chodzi o to, co się zdarzyło. Liczy się, że o tym opowiadała. – Rosina rozgląda się dookoła, ale nic nie przyciąga jej wzroku. Chciałaby móc się na czymś oprzeć. Należy do osób, które lubią się na czymś oprzeć.

– Ale co według ludzi się zdarzyło? – pyta Grace.

Rosina wzrusza ramionami. Stara się zachowywać, jak gdyby była wyluzowana, jak gdyby nie kotłowały się w niej żadne uczucia. Ale trudno o luz, kiedy nie masz się o co oprzeć, kiedy byłaś już wkurzona, jeszcze zanim zaczęła się ta nieoczekiwana rozmowa, kiedy popołudniowe słońce świeci ci w oczy, a ty stoisz w cieniu domu tej biednej dziewczyny, która zasłużyła na coś lepszego, dla której powinnaś była coś zrobić, kiedy jeszcze miałaś szansę.

– Chodzi o to – mówi Rosina – że ludzie nie chcą słyszeć niczego, co mogłoby im choć trochę skomplikować życie, nawet jeśli to prawda. Ludzie nie cierpią, kiedy muszą zmienić swoje podejście. No więc zamiast przyznać, że świat jest okropny, wolą obrzucić gównem posłańca, który im o tym mówi.

Rosina spluwa na chodnik, czując, jak robi jej się niedobrze, jak gdzieś w żołądku z wolna narasta gorąc, grożąc, że spali ją całą. Co takiego ma w sobie ta cichutka dziewczyna na ganku, co sprawia, że usta Rosiny same się poruszają, że płomień, który w niej płonie, wydostaje się na zewnątrz? Czy chodzi po prostu o to, że dziewczyna zadała pytanie? Że sprawia wrażenie, jak gdyby się naprawdę przejęła?

– Kogo obchodzi, że jakaś dziewczyna została zgwałcona? – Rosina ciągnie z gorzkim sarkazmem w głosie. – Nie była nikim ważnym. Już jej nie ma. Powinniśmy po prostu o niej zapomnieć. – Rosina patrzy na Grace, jak gdyby dopiero zauważyła, że ona nadal tu jest. – Naprawdę nie jesteś gadatliwa, co?

– W sumie to cały czas ty mówisz.

Rosina się uśmiecha.

– Dobra, Nowa, a masz coś ciekawego do powiedzenia?

– No – mówi Grace – umm...

– Czas minął – oświadcza Rosina. – Znikam. Pewnie zobaczymy się w szkole.

– Miło było cię poznać? – odpowiada Grace niepewnie.

Rosina kłania się nieistniejącym kapeluszem, odwraca i przekłada nogę przez ramę roweru.

– Chwila – dodaje Grace. Wydaje się równie zdumiona jak Rosina tym, jak donośnie rozbrzmiewa nagle jej głos. – Jak się nazywała?

Rosina wzdycha.

– Czy to ważne?

– Umm, tak? – mówi cicho Grace. I dodaje nieco głośniej: – Tak, myślę, że to jest ważne.

Rosina nie ma ochoty jej uwierzyć. Oznaczałoby to, że musi się troszczyć o coś, z czym nic nie może zrobić. Nie chce wypowiadać na głos imienia tamtej dziewczyny, ponieważ jeśli to zrobi, dziewczyna stanie się kimś rzeczywistym, a jaki to ma, kurwa, sens?

– Lucy – odpowiada, wskakując na rower. – Lucy Moynihan.

I odjeżdża, tak szybko, jak tylko jest w stanie pedałować swoimi długimi nogami.

Erin

– Ćwiczyłam moją jutrzejszą poranną rutynę – wyjaśnia Erin mamie. – Zajmuje mi w przybliżeniu godzinę i piętnaście minut od przebudzenia do czasu, aż dotrę do szkoły. Margines błędu wynosi plus minus trzy minuty. Ten plan zakłada, że muszę wybrać i przygotować sobie ubranie dzień wcześniej.

– To bardzo ładnie, słonko – chwali mama – ale może nie musisz koniecznie wyjmować ubrań z szafy, skoro codziennie wkładasz na siebie to samo. – Mama niestrudzenie stara się przekonać Erin, żeby robiła różne rzeczy inaczej. Zawsze znajdzie się jakiś sposób lepszy od przyjętego przez Erin.

– Tylko że to doda łącznie jedną do dwóch minut na wyjęcie każdego ciucha z szuflady.

Garderoba Erin składa się z trzech flanelowych koszul w kratę, czterech zwykłych białych tiszertów i dwóch szarych, trzech par workowatych dżinsów, dwóch par workowatych sztruksów, pary czarnych i pary niebieskich converse’ów all stars, wszystko z poobcinanymi metkami.

– Dlaczego nie nosisz tych nowych koszulek, które ci kupiłam? – pyta mama.

– Są za szorstkie.

– Upiorę je jeszcze kilka razy. Zmiękną.

– Lubię moje stare koszule.

– Twoje stare koszule mają dziurki. I są poplamione.

– I?

– Ty być może nie dbasz o takie rzeczy, ale inni je zauważają – mówi mama. – Ludzie będą cię oceniać.

– To ich problem.

Erin wie, że mamie wydaje się, że jest pomocna i że mama uważa, że to właśnie jest klucz do szczęścia – przynależność, znalezienie sposobu, by się dopasować. Tylko że Erin już tego próbowała. Całe dzieciństwo spędziła, badając ludzi, starając się dojść do tego, jak być „normalną dziewczynką”. Stała się naśladowczynią, aktorką grającą niezliczone role – miała długie włosy, nosiła ubrania, które jej mama uważała za śliczne, w ósmej klasie przez pewien czas nawet się malowała. Kiedy zaczynała się denerwować, siadała na własnych dłoniach, żeby powstrzymać się od pocierania dłonią o dłoń. Przygryzała policzek do krwi, żeby nie zacząć się kołysać przy ludziach. Erin stała się kameleonem, zmieniała się, by dopasować się do każdej grupy, w jakiej zdarzyło się jej znaleźć. Nieustająco przeszukiwała bazę danych, którą miała w głowie, próbując znaleźć rzeczy, które powinna nosić, te, których nosić nie powinna, to, co ma mówić, a czego nie, co czuć, a czego nie czuć. Ale bez względu na to, jak bardzo się starała, nigdy nie była dostatecznie dobra, jej zachowanie nie było takie, jak należy. Odzywała się albo trochę za wcześnie, albo trochę za późno, głosem zawsze trochę za głośnym lub trochę za cichym. Im bardziej próbowała się dopasować, tym gorzej się czuła.

Ludzie wiedzą, jacy są chłopcy z aspergerem albo przynajmniej wydaje się im, że wiedzą. Chłopcy mają ataki złości, rzucają się na ziemię, wrzeszczą. Walczą, miotają się. Karzą świat za to, że ich krzywdzi.

Dziewczynki-aspiki są inne. Niewidzialne. Niezdiagnozowane. A to dlatego, że w odróżnieniu od chłopców, dziewczynki zamykają się w sobie. Ukrywają się. Dostosowują, nawet jeśli to boli. Ponieważ nie krzyczą, ludzie zakładają, że nie cierpią. Dziewczynka, która co noc zasypia z płaczem, nie sprawia kłopotów.

Dopóki dziewczynka nie przemówi. Dopóki jej ból nie stanie się tak wielki, że rozlewa się i rozrywa tamy. Aż nie ma już wyboru, musi przerwać prawie dwutygodniowe milczenie i powiedzieć prawdę o tym, co zrobiła z chłopcem o imieniu Casper Pennington – jej ostateczna, najbardziej drastyczna próba zrobienia czegoś, co jak sądziła robiły inne dziewczyny. Wydarzenie, które doprowadziło ich tutaj.

Wkrótce potem Erin ogoliła głowę. Przyrzekła, że nigdy już nie będzie dbała o to, co ktokolwiek o niej pomyśli. Przyrzekła sobie, że przestanie się starać. Kropka.

Mama wzdycha.

– Po prostu staram się trochę ułatwić ci życie.

– Ułatwiają mi życie moje stare koszule – odpowiada Erin stanowczo i bez emocji. Gdyby nie nosiła codziennie tych samych rzeczy, musiałaby każdego ranka podejmować decyzję, co ma na siebie włożyć. Jak ludzie to robią? Jak udaje im się wyjść z domu?

– Dobrze – zgadza się mama. – Wygrałaś. – Jak gdyby to była wojna. Jak gdyby chodziło starcie: Erin kontra Mama i Policja Normalności.

Mama podaje Erin lancz, sałatkę z awokado i grejpfruta, z dodatkiem masła migdałowego i selera. Wygląda to bardziej na dzieło sztuki niż jedzenie – dziwacznej, wegańskiej, wiewiórczej sztuki. Mama zaczęła karmić Erin surowym jedzeniem rok temu, ponieważ przeczytała gdzieś, że taka dieta powinna pomagać osobom w spektrum w stabilizacji nastroju oraz na problemy trawienne. I niezależnie od tego, jak bardzo Erin nie chce tego przyznać, zdaje się, że to naprawdę działa. Tyle że teraz, niezależnie od tego, jak dużo je, prawie zawsze już po godzinie jest znowu głodna.

Mama stoi na swoim zwykłym stanowisku przy kuchennej wyspie, za laptopem. To tutaj wiedzie swoje internetowe życie, w świecie rodziców dzieci z zespołem Aspergera – wysyła maile do grup wsparcia, którymi kieruje, moderuje własną grupę na Facebooku, wrzuca na Twittera pomocne porady i artykuły i zamieszcza przepisy na surowe, wegańskie i bezglutenowe potrawy na Pintereście. Robi to wszystko, coraz większa liczba wirtualnych przyjaciół uważa ją za specjalistkę od aspergera, a jednocześnie wciąż zupełnie nie rozumie Erin.

Spot, pies Erin, siedzi na swoim stanowisku, pod stołem, tuż koło niej. Spot to imię kota Daty, pojawiającego się w kilku odcinkach Star Trek: Następne pokolenie. Erin, która jest alergiczką, nie może mieć kota. Ten Spot jest już drugi, Spotem numer jeden była świnka morska. Spot to po angielsku plama, ale Spot nie ma żadnych plam. To golden retriever. Spot Daty też nie miał plam, więc Erin nie przejmuje się tym brakiem spójności.

 

– Nie możesz się już doczekać pracy w sekretariacie szkoły, co? – pyta mama. Stara się uczyć Erin prowadzenia niezobowiązujących rozmów. Ćwiczą podczas posiłków.

– To nie jest „praca”, mamo. Nie płacą mi. To zasadniczo forma niewolnictwa. W pewnym sensie to ty i tata im płacicie, ponieważ szkoły publiczne są finansowane z podatków, a zakładam, że oboje płacicie podatki. W każdym razie tata. Ty nie pracujesz.

– Pracuję, kochanie – mówi mama. – Po prostu nie dostaję pieniędzy za to, co robię.

– Mogłabyś zamieszczać reklamy na blogu – podpowiada Erin. – Mogłabyś dostawać honoraria za wystąpienia na konferencjach i takie tam.

– Dziękuję za zaangażowanie. Ale jestem szczęśliwa tak, jak jest.

– Nie, nie jesteś – stwierdza Erin. Mama rzuca jej spojrzenie, które daje do zrozumienia, że Erin powiedziała dokładnie to, czego nie powinna, Erin jednak na tym nie kończy. – Gdybyś zarabiała, mogłabyś zyskać finansową niezależność.

– A dlaczego miałabym tego chcieć?

Na to pytanie Erin nie odpowiada. Niezależnie od tego, jak bardzo niemiła potrafi być wobec mamy, niezależnie od tego, jak wiele niewłaściwych słów zdarza się jej mówić, jednego zdania nie wypowiada nigdy: Dlatego, że wtedy nie musiałabyś być już dłużej żoną taty.

Erin wzrusza ramionami.

– Małpa poradziłaby sobie spokojnie z moimi obowiązkami w sekretariacie. Po prostu musieli zrobić coś ze mną w czasie wuefu. – Erin dostała zaświadczenie lekarskie, w którym stwierdzono, że ma problem z grami zespołowymi i dotykaniem innych ludzi. W zaświadczeniu nie wspomniano, że nie lubi się pocić, co także stanowi problem.

– Jak się udało poranne szkolenie?

– Mam dostęp do całej szkolnej bazy danych. Mogę obejrzeć wszystkie oceny, jeśli będę chciała.

– Ale oczywiście ty byś tego nie zrobiła, prawda?

– To wbrew zasadom. – Wszyscy wiedzą, jak Erin traktuje zasady. Właśnie dlatego dali jej pracę, w której ma dostęp do danych wrażliwych.

– Jakie masz plany na resztę dnia? – pyta mama.

– Będę przez godzinę czytać. Następnie pozbieram kupy Spota z podwórka i wyrzucę do kosza. Później przez pełną minutę będę myła ręce. Potem zjem jabłko i marchewkę, ponieważ ten posiłek, który teraz jem, nasyci mnie na mniej więcej dziewięćdziesiąt minut. A gdy już wykonam wszystkie obowiązki, które mam zaplanowane na dzisiaj, obejrzę odcinek serialu.

Dawny terapeuta zajęciowy Erin, do którego chodziła w Seattle, nauczył ją, czym jest opóźniona gratyfikacja i dlaczego stanowi klucz do sukcesu. Erin stała się w tym bardzo dobra. Robi wszystko to, na co nie ma ochoty, zanim zabierze się do tego, czym chce się zająć. W ten sposób zawsze ma motywację i zawsze udaje się jej wykonać zadania. Ma też zawsze przynajmniej jedną aktualną listę rzeczy, które trzeba zrobić, starannie uporządkowanych według kryteriów ważności zadania, znaczenia zgrania czasowego i przyjemności (lub jej braku) związanej z danym zadaniem. Układanie list wymaga niekiedy tyle pracy, co same zadania. Jednak, choć ludzie tego zwykle nie rozumieją, jest konieczne: jest kwestią przetrwania. Gdyby nie szczegółowe listy i harmonogramy Erin, nie byłoby żadnej szansy, że jakiekolwiek zadanie kiedykolwiek zostanie wykonane. Erin zapomniałaby o wszystkim. Rzeczy mieszałyby się w jej głowie, aż porozpadałyby się na kawałki, porozrzucane bez ładu, grzebiąc Erin pod ciężarem lęku. Bez list, bez obsesyjnego porządkowania, nie ma żadnych reguł, żadnego ładu. Świat traci sens. Ulega rozpadowi, a Erin może rozpaść się razem z nim.

– Brzmi, jakbyś miała dokładny plan – kontynuuje rozmowę mama.

– Zawsze mam plan.

– Oczywiście, kochanie – potwierdza mama. – Wiem o tym.

Być może Erin nie zawsze chwyta subtelne tony, teraz jednak jest pewna, że w głosie mamy pobrzmiewa irytacja. Erin czuje szarpnięcie w tym miejscu w klatce piersiowej, w którym zawsze rodzi się ból, w miejscu, z którego na całe jej ciało promieniuje lęk. W tym momencie miejsce bólu mówi właśnie, że mama powinna być dumna z Erin, dumna z sukcesu jej list, a nie zirytowana czy zawstydzona faktem, że są potrzebne.

Spot trąca łapą nogę Erin – wie, kiedy dziewczyna zaczyna się denerwować. Nie udało mu się skończyć treningu dla psów-pomocników, dlatego mama kupiła go tanio, a przecież mimo wszystko jest bardzo utalentowany.

– Mamy nową rodzinę w mojej wtorkowej grupie wsparcia – mówi mama, choć wie, że Erin nie cierpi rozmawiać podczas jedzenia.

– To miło – odpowiada Erin. Chciałaby móc nic nie mówić, ale niestety, nie na tym polega konwersacja.

– Mają dziesięcioletnią córkę, która właśnie została zdiagnozowana. Wysoko funkcjonująca, tak jak ty. Jest bardzo inteligentna.

Wysoko funkcjonujący, nisko funkcjonujący. Jakby to było takie proste. Jakby te dwa określenia w rzeczywistości cokolwiek znaczyły.

Erin nie odpowiada. Za wymówkę służy jej seler, który właśnie przeżuwa.

– Pomyślałam, że byłoby miło, gdybym was mogła czasem umówić na wspólne spędzanie czasu.

– Mamo, mam szesnaście lat. To nie ten wiek, w którym rodzice cię umawiają na wspólne spędzanie czasu.

– Wiem, że naprawdę chciałaby cię poznać.

– Nic mnie to nie obchodzi.

– Spójrz na mnie, Erin – prosi mama. Erin patrzy, ale kieruje wzrok w punkt tuż pod oczami mamy. To sztuczka, której nauczyła się, żeby ludzie myśleli, że patrzy im w oczy, chociaż naprawdę tego nie robi. – Pamiętasz, jak rozmawiałyśmy o empatii? Postaraj się wyobrazić sobie, jak czuje się ta dziewczynka i jak bardzo pokrzepiłoby ją, gdyby mogła spotkać się z kimś starszym, kto ma aspergera i świetnie sobie radzi.

Erin pociera dłonie, jedną o drugą, co ma jej pomóc powstrzymać narastający lęk, pomóc jasno myśleć. Myśli o empatii, o tym, jak ludzie błędnie mniemają, że osoby z aspergerem są jej pozbawione, że empatia jest czymś, czego ludzi takich jak ona, trzeba dopiero nauczyć. Tymczasem Erin ma w sobie mnóstwo empatii, naprawdę mnóstwo, tak dużo, że czasem przysparza jej to cierpienia. Tak dużo, że cudzy ból staje się jej bólem, a to z kolei całkowicie pozbawia Erin zdolności zrobienia czegokolwiek użytecznego dla kogokolwiek. Właśnie dlatego łatwiej jest unikać, niż się angażować. Łatwiej starać się ignorować, niż próbować pocieszyć kogokolwiek, kto cierpi, ponieważ zazwyczaj to ostatnie obraca się przeciwko tobie i jest jeszcze gorzej. Jeśli idzie o ból, Erin chciałaby naprawić sytuację, sprawić, żeby ból zniknął, a tymczasem inni ludzie czasem wcale nie tego chcą. Co z kolei dla Erin absolutnie nie ma sensu.

Logika ma sens. Kiedy Erin ma wątpliwości, zadaje sobie pytanie, co zrobiłby Data. Stara się najlepiej, jak potrafi, myśleć jak android. Teraz wykorzystuje swoją umiejętność logicznego myślenia, aby wydedukować, czy spotkanie z nią byłoby korzystne dla dziesięcioletniej dziewczynki.

– Mamo – mówi Erin, wyciągnąwszy ostateczny wniosek – ja nie radzę sobie świetnie. – Niezależnie od list, niezależnie od przystosowania, każdy dzień niesie ze sobą zmagania wyczerpujące Erin w stopniu, którego mama nigdy nie zrozumie.

Erin wie, co oznacza wyraz pojawiający się na twarzy mamy. Ludzie mówią w takich wypadkach, że twarz się „wydłuża”, chociaż tak naprawdę nie zmienia kształtu. Wyraża smutek i rozczarowanie. W przypadku mamy Erin oznacza także, że właśnie powiedziałaś coś, co jest oczywiste, ale dotyczy kwestii, co do których mama stara się ze wszystkich sił udawać, że nie istnieją.

– Dlaczego tak mówisz? Masz świetne oceny, twoje IQ wykracza poza skalę, doskonale sobie radzisz w znakomitej szkole średniej.

Erin zastanawia się nad tym przez chwilę.

– Mam jedną przyjaciółkę. Wszyscy inni nazywają mnie wariatką. Nawet ona czasami nazywa mnie dziwadłem. A jedyna podjęta przeze mnie próba znalezienia sobie chłopaka skończyła się tak, że musieliśmy się tu przeprowadzić.