Dziewczyny znikądTekst

Autor:Amy Reed
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

My

Grace

Rosina

Erin

Grace

My

Grace

Rosina

Lucy

Erin

My

Prawdziwi Mężczyźni z Prescott

Grace

Erin

Rosina

Prawdziwi Mężczyźni z Prescott

Grace

My

Grace

Prawdziwi Mężczyźni z Prescott

My

My

Prawdziwi Mężczyźni z Prescott

Rosina

Erin

My

Rosina

My

My

Grace

Prawdziwi Mężczyźni z Prescott

Erin

My

Grace

Prawdziwi Mężczyźni z Prescott

My

Grace

Rosina

Grace

Prawdziwi Mężczyźni z Prescott

My

Erin

My

Rosina

My

Erin

Rosina

Erin

Rosina

Amber

Grace

Erin

Rosina

My

Cheyenne

Lucy

Podziękowania

Gdzie znaleźć wsparcie w trudnych sytuacjach

Przypisy

THE NOWHERE GIRLS © 2017 by Amy Reed

Cover illustration copyright by © 2019 Ulla Puggaard

Copyright © for the Polish translation by Anna Dzierzgowska

Copyright © for the Polish edition by Poradnia K, 2020

Redaktor prowadzący: PAULINA POTRYKUS-WOŹNIAK

Redakcja: KACHA SZANIAWSKA

Korekta: JOLANTA KUCHARSKA, MAGDALENA GERAGA

Adaptacja okładki: JOANNA RENIGER

Projekt typograficzny i łamanie: MONIKA ŚWITALSKA / Good Mood Studio

Wydanie I

ISBN 978-83-66005-52-5

Wydawnictwo Poradnia K Sp. z o.o.

00-544 Warszawa, ul. Wilcza 25 lok. 6

e-mail: poradniak@poradniak.pl www: www.poradniak.pl Zapraszamy do naszej księgarni internetowej: sklep.poradniak.pl


Konwersja: eLitera s.c.

Dla nas

Każdy musi ratować się sam albo jest stracony

Alice Sebold, Szczęściara (przeł. M. Grabowska)

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

My

Prescott, Oregon

Liczba ludności: 17 549. Wysokość: 578 stóp n.p.m.

Dwadzieścia mil na wschód od Eugene i Uniwersytetu w Oregonie. Sto trzydzieści mil na południowy wschód od Portland. Coś między przedmieściem a małym miasteczkiem. Siedziba drużyny Spartans (Spartanie, do boju!).

Dom wielu dziewczyn. Dom tak wielu prawie-kobiet, które czekają na moment, w którym nie będą już czuć się we własnej skórze niedopasowane.

Drzwi ciężarówki firmy przeprowadzkowej rozsuwają się pierwszy raz od wyjazdu z Adeline, w Kentucky. Ze środka wydobywa się stęchłe powietrze pochodzące z małego miasta na południu. Miasta, które było domem Grace Slater w czasach, gdy jej matka sumiennie i z oddaniem przewodziła tamtejszej wspólnocie baptystów (nawet jeśli formalnie nie była „pastorką”, gdyż jako kobieta w kościele należącym do Południowej Konwencji Baptystów nie mogła, mimo doktoratu z dziedziny duszpasterstwa i ponad dekady posługi, rościć sobie prawa do oficjalnego tytułu, nie mówiąc już o znacząco wyższej pensji). Życie Grace uległo zmianie, gdy Mama spadła z konia, rozbiła głowę i doznała wstrząśnienia mózgu. Przeżyła duchowe objawienie, które, wedle przyjętej przez Mamę wersji wydarzeń, uwolniło jej umysł i pozwoliło usłyszeć prawdziwy głos Boga, zdaniem Grace natomiast doprowadziło do tego, że wykopano ich z Adeline, i zniszczyło im życie.

Kanapy, łóżka i ubrania zajęły już w nowym domu mniej więcej te miejsca, które im przeznaczono. Matka Grace wypakowuje sprzęty kuchenne. Tata z nosem w telefonie wyszukuje miejsca, gdzie można zamówić pizzę. Grace wspina się po trzeszczących stromych schodach do pokoju, którego jeszcze nie widziała. Mama i Tata też oglądali go tylko na zdjęciach wysłanych im przez agencję nieruchomości. Jak wie, przeznaczyli go dla niej, ponieważ ściany są pomalowane na żółto i ozdobione kalkomanią w fioletowe kwiaty.

Siada na poplamionym materacu, na którym sypia, odkąd skończyła trzy lata. Pragnęłaby zwinąć się w kłębek i zasnąć, ale nie wie, gdzie jest jej pościel. Po pięciu dniach nieprzerwanej jazdy, jedzenia w fast foodach i spania w motelach w jednym pokoju z rodzicami Grace pragnie tylko zamknąć za sobą drzwi i przez długi czas nie wychodzić, nie ma natomiast ochoty siedzieć na pudłach z naczyniami i jeść pizzy z papierowych serwetek.

Kładzie się na łóżku, wpatrując się w nagi sufit. Bada wzrokiem zniszczony przez wodę narożnik. Wrzesień dopiero się zaczął, teoretycznie nadal jest lato, ale to przecież Oregon słynący z tego, że mokro jest tu przez cały rok. Tyle właśnie Grace zdołała się dowiedzieć w ramach poszukiwań prowadzonych w sieci, poza tym dość rozczarowujących. Teraz zastanawia się, czy powinna znaleźć jakieś wiadro i postawić je w kącie na wypadek przecieku. Bądź gotów! – czy nie tak brzmi hasło skautów? Grace nie wie: sama była skautką i w jej zastępie uczono raczej rzeczy w rodzaju robienia na drutach i przygotowywania marcepanu.

 

Kiedy odwraca głowę, żeby wyjrzeć przez okno, jej wzrok przyciąga tekstura białej łuszczącej się farby, którą pomalowano ramę okienną. Maleńkie litery, które wyglądają jak wydrapane przez więźnia zamkniętego w celi, przecinają poziomy żółci, błękitu i bieli, świeże słowa wrzynające się w kolejne warstwy starych farb:

Zabij mnie.

I tak jestem martwa.

Grace gwałtownie wstrzymuje oddech, patrzy na te dwa zdania, wczytuje się w ból obcej osoby, która musiała żyć, oddychać i spać w tym pokoju. Czy jej łóżko stało w tym samym miejscu? Czy jej ciało już wcześniej wyrzeźbiło w przestrzeni tę pozycję, którą teraz zajmuje ciało Grace?

Jak bardzo osobiste są te niemal niewidoczne słowa. Jak bardzo samotna musiała czuć się osoba wołająca do kogoś, kogo nie może zobaczyć.

Po drugiej stronie miasta Erin DeLillo ogląda jedenasty odcinek piątego sezonu Star Trek: Następne pokolenie – ten o zranionym, osieroconym chłopcu, który przywiązuje się emocjonalnie do komandora porucznika Daty, androida. Chłopiec podziwia nadzwyczajną inteligencję Daty i jego szybkość, ale zapewne przede wszystkim chciałby dzielić z nim niezdolność doświadczania ludzkich emocji. Gdyby był androidem, nie byłby tak smutny i samotny. Gdyby był androidem, nie czułby się odpowiedzialny za swoją nieostrożność, za błąd, który rozerwał jego statek na części i zabił jego rodziców.

Data jest androidem, który chce być człowiekiem. Obserwuje ludzi z zewnątrz. Erin, tak jak Datę, ludzkie zachowania często zbijają z tropu.

Inaczej jednak niż Data, Erin jest w pełni zdolna do przeżywania emocji. Właściwie czuje zbyt wiele. Ma nerwy na wierzchu, a świat zawsze stara się ją dotknąć.

– Jest piękna pogoda! Powinnaś być na dworze! – Mama mówi wykrzyknikami. Tyle że skóra Erin jest niemal tak samo blada, jak skóra Daty i łatwo ulega oparzeniom. Erin nie lubi, kiedy jest jej gorąco, nie lubi czuć się spocona, nie lubi żadnej z niewygód, które przypominają jej, że żyje w niedoskonałym ludzkim ciele, dlatego zresztą kąpie się co najmniej dwa razy dziennie (kąpiel tak, prysznic zdecydowanie nie – woda zbyt ostro uderza o jej skórę). Jej matka to wszystko wie, wciąż jednak mówi rzeczy, które, jej zdaniem, normalne mamy powinny mówić normalnym dzieciom, jak gdyby Erin była zdolna do bycia normalnym dzieckiem albo jak gdyby właśnie do tego dążyła. Tymczasem Erin dąży przede wszystkim do tego, żeby bardziej przypominać Datę.

Gdyby mieszkali nad oceanem, być może Erin nie miałaby takich oporów przed wychodzeniem na zewnątrz. Być może nawet chętnie wystawiałaby swoją skórę na lepki dotyk kremów z filtrem, gdyby oznaczało to, że może spędzić dzień, przewracając kamienie i katalogując znaleziska, przede wszystkim bezkręgowce w rodzaju mięczaków, parzydełkowców i wieloszczetów, które, zdaniem Erin, są wysoce niedocenianymi stworzeniami. W dawnym domu niedaleko Alki Beach w zachodnim Seattle wystarczyło, by otworzyła drzwi, a już mogła spędzać całe dnie, poszukując najróżniejszych form życia. Tak było, kiedy jeszcze mieszkali w Seattle, zanim różnorakie wydarzenia doprowadziły do sytuacji, w której Erin zadecydowała, że próby bycia „normalną” sprawiają o wiele więcej kłopotu niż to warte – postanowienie, którego jej matka wciąż nie chce uznać.

Problem z ludźmi polega na tym, że są zbyt zakochani w samych sobie i w ssakach jako takich. Tak jak gdyby duży mózg i żyworództwo były niepodważalną oznaką wyższości. Tak jak gdyby liczył się jedynie świat owłosiony i oddychający powietrzem. Pod wodą istnieje wszechświat czekający na zbadanie. Są inżynierowie budujący okręty zdolne przemierzać całe mile pod wodą. Pewnego dnia Erin zaprojektuje jeden z takich statków i pokieruje nim, przy czym będzie wówczas uzbrojona w doktoraty zarówno z biologii morskiej, jak i z inżynierii. Znajdzie istoty, których nigdy jeszcze nie widziano, opisze je i nada im nazwy, pomoże stworzyć opowieść o tym, w jaki sposób każda z tych istot powstała i jakie miejsce zajmuje w doskonale rozplanowanej sieci życia.

Erin jest, i nie zamierza się tego wstydzić, maniaczką nauki. Wie, że jest to jedna ze stereotypowych cech wiązanych z syndromem Aspergera, podobnie jak wiele innych, które posiada – trudność w wyrażaniu emocji, nieporadność w sytuacjach społecznych, zachowanie, które bywa niewłaściwe. Co jednak miałaby w związku z tym zrobić? Te cechy są częścią jej samej. To inni uznali za stosowne zrobić z nich stereotyp.

Jedną z rzeczy, których Erin jest pewna, jest to, że nieważne, co robisz, ludzie i tak znajdą sposób, żeby cię zaszufladkować. Tak jesteśmy zaprogramowani. Lenistwo jest naszym domyślnym ustawieniem. Kategoryzujemy rzeczy, żeby łatwiej je było zrozumieć.

Właśnie dlatego nauka daje tyle satysfakcji. Nauka jest skomplikowana i rozległa w swoich ambicjach, zarazem jednak tak schludna, tak zorganizowana. W nauce Erin najbardziej kocha porządek, logikę, to, jak każdy bit informacji wpasowuje się ostatecznie w system, nawet jeśli jeszcze nie możemy tego zobaczyć. Pokłada wiarę w system tak, jak niektórzy ludzie pokładają wiarę w Boga. Ewolucja i taksonomia niosą pocieszenie. Są stabilne i słuszne.

Istnieje jednak dokuczliwy problem przypadku, który nigdy nie przestaje niepokoić Erin i którego rozwiązanie uczyniła swoim życiowym celem. Podstawowym powodem, dla którego ludzie istnieją, podstawowym powodem, dla którego istnieje cokolwiek więcej niż pierwszy jednokomórkowy organizm, są mutacje, nieprzewidywalne, zaskakujące, nieplanowane – czyli zjawiska dokładnie tego rodzaju, jakiego Erin nienawidzi. Właśnie dlatego chemicy, fizycy i matematycy spoglądają na biologów z góry i traktują ich gałąź nauki jako podrzędną. Zbyt wiele w biologii zależy od sił pozostających poza kontrolą, poza prawami rozumu, logiki i przewidywalności. Biologia pozostaje nauką opartą na opowieściach, a nie na równaniach.

Zagadnieniem dotyczącym ewolucji, które Erin pragnie zgłębić do samego dna, jest fakt, że niekiedy właśnie to, co nieoczekiwane i nieplanowane, okazuje się najkonieczniejsze. Bez dziwacznych wypadków i anomalii ewolucja byłaby niemożliwa, to dzięki nim jedna z ryb zaczyna oddychać powietrzem, a płetwy jej potomstwa zamieniają się w stopy. Nierzadko kluczem do przetrwania okazuje się mutacja, zmiana niemal zawsze powstająca w wyniku przypadku.

Niekiedy wybryki natury okazują się najsilniejszymi z organizmów.

W niewielkiej, ale wciąż rozrastającej się meksykańskiej części miasta żyje rodzina, składająca się z pięciorga dorosłych, dwojga nastolatków, siedmiorga dzieci poniżej czternastego roku życia i jednej marniejącej matriarchini, która ma szybko postępującą demencję i niezbyt jasną sytuację, jeśli chodzi o obywatelstwo. Ta lista nie obejmuje innych kuzynów, kuzynostwa drugiego stopnia i dalszych krewnych rozrzuconych po całym Prescott i kilku okolicznych miastach. Rosina Suarez jest jedynym dzieckiem samotnej matki, wdowy, której mąż zmarł zaledwie pięć miesięcy po ślubie i sześć miesięcy przed przyjściem córki na świat. Zamiast ojca Rosina ma dużą rodzinę złożoną z ciotek, wujków i kuzynów, którzy wchodzą do jej domu i wychodzą z niego, jak gdyby należał do nich. Dwie bratowe jej matki, które mieszkają w identycznych szeregowcach, po lewej i prawej stronie segmentu Rosiny, zostały pobłogosławione żyjącymi mężami i wielkimi rodzinami. Ich dzieci nie narzekają, nie pyskują i nie ubierają się na czarno, nie robią sobie nietwarzowego makijażu, nie golą głowy z boku i nie słuchają głośno muzyki z lat dziewięćdziesiątych, złożonej głównie z dziewczęcych wrzasków.

Przodkowie Rosiny pochodzą z gór Oaxaca, z rodziny o sięgających głęboko zapateckich korzeniach, a to oznacza niskie, krzepkie ciała, gładką, ciemnobrązową skórę, okrągłe twarze i płaskie nosy. Ojciec Rosiny był Metysem z Mexico City, bardziej Europejczykiem niż rdzennym mieszkańcem, a Rosina, wysoka i szczupła jak on, góruje nad swoimi krewnymi i jest im obca na wiele sposobów.

Jako najstarsza i jedyna córka, matka Rosiny odziedziczyła obowiązek zapewnienia dachu nad głową i opieki babce, która ma skłonność do oddalania się, kiedy nikt nie patrzy. A ponieważ Rosina jest w rodzinie najstarszą córką, na niej z kolei spoczywa obowiązek opiekowania się wcale niemałą gromadą kuzynów. Oprócz tego na stałe pracuje w La Cocina, restauracji wujka José, najlepszej meksykańskiej restauracji w Prescott (niektórzy mówią, że na całym poszerzonym obszarze metropolitalnym Eugene), stanowiącej oś rodzinnej gospodarki. Rosina po szkole, zanim zacznie zmianę w restauracji, spędza dwie i pół godziny w domu drugiego wujka, gdzie zajmuje się siedmiorgiem młodszych kuzynów, podczas gdy Abuelita (babcia) ucina sobie drzemkę na fotelu w kącie, co udaje się jej jakimś cudem mimo wrzasków hordy dzieci. Najstarszy kuzyn Rosiny, Erwin, uczeń ostatniej klasy w miejscowym liceum, Prescott High School, w opinii Rosiny osobnik mniej wart niż powietrze, które zużywa, gra w gry wideo, wyciska sobie pryszcze i od czasu do czasu urządza wycieczki do łazienki, najprawdopodobniej w ramach przerwy na masturbację. Druga w kolejności starszeństwa kuzynka jest nudną dziewczynką bez żadnych zainteresowań, ma już prawie trzynaście lat i doskonałe kwalifikacje do tego, by przejąć stanowisko głównej opiekunki dzieci. Rosina jest jednak, i pozostanie na zawsze, najstarszą z dziewcząt, zatem to na niej spoczywa i spoczywać będzie obowiązek pomagania matce i opiekowania się rodziną.

W jaki sposób Rosina ma kiedykolwiek założyć zespół, skoro codziennie po południu zajmuje się zmienianiem pieluch i powstrzymywaniem raczkujących niemowląt przed wtykaniem noży do gniazdek elektrycznych? Powinna dawać rockowego czadu i ze sceny wrzeszczeć do mikrofonu, a nie śpiewać kołysanki niewdzięcznym małym gnojkom, które rozsmarowują gluty po jej ulubionych czarnych dżinsach. Przy czym, ponieważ suszarka znów się zepsuła, dżinsy będzie musiała wywiesić do wyschnięcia na sznurze za oknem, gdzie zbledną od słońca i wchłoną zapach wszystkich pieczonych u sąsiadów tortilli.

Otwierają się drzwi frontowe. Jedno z dzieci piszczy z zachwytu na widok matki, która wraca z południowej zmiany w restauracji.

– Znikam stąd, Tía – mówi Rosina, podrywając się z kanapy i wyskakując za drzwi, zanim jeszcze ciotka zdąży je za sobą zamknąć. Przechodzi nad rozrzuconymi kawałkami używanych rupieci uchodzących za zabawki, wskakuje na rower kupiony z drugiej ręki i wynosi się stamtąd do diabła, nie zauważając nawet, że na nodze ma ślad po czymś, co się ulało, a na koszulce brązową smugę – rozmazanego banana albo niemowlęcą kupę.

Milę na wschód leży dzielnica, która nie ma oficjalnej nazwy, ale większość mieszkańców Prescott nazywa ją po prostu przyczepowiskiem. Znajdują się tam przyczepy jedno- i dwuosiowe oraz szereg malutkich domków wykrzywiających się na swoich fundamentach, podwórek, zarośniętych od tak dawna, że chwasty osiągają wysokość młodych drzewek. W jednej z przyczep popularny chłopak całuje słonawą skórę szyi dziewczyny, której szyja często bywa całowana. Nie jest to jego dziewczyna. Przyzwyczaiła się do niebycia czyjąkolwiek dziewczyną.

Mały wiatrak elektryczny w przyczepie pracuje na najwyższych obrotach, ale gorąc, bijący od dwóch ciał zamkniętych w metalowej puszce, powoduje, że dziewczyna jest senna i zaczynają ją ogarniać lekkie mdłości. Zastanawia się, czy miała coś dzisiaj zrobić. Zastanawia się, czy chłopak zauważyłby, gdyby się na chwilę zdrzemnęła. Ostatecznie postanawia tego nie sprawdzać – po prostu zamyka oczy i czeka, aż ten skończy. Żadnemu z tego typu chłopaków nigdy nie zajmuje to dużo czasu.

Jak wiele innych dziewczyn, ta też dawno, dawno temu fascynowała się księżniczkami, wierzyła w potęgę urody, wdzięku, słodyczy. Wierzyła w istnienie książąt. Wierzyła, że można zostać uratowaną.

Nie jest pewna, czy teraz wierzy w cokolwiek.

W całkiem innej dzielnicy całkiem inna dziewczyna zamyka oczy i rozluźnia się, czując głowę chłopaka między swoimi nogami, czując, jak jego język wymalowuje na jej ciele ścieżki przyjemności dokładnie tak, jak go nauczyła. Uśmiecha się, prawie śmieje, zachwycona i zaskoczona siłą, z jaką przyjemność ogarnia jej ciało, które wibruje, stając się niemal nieważkie.

Nigdy nie wątpiła, że jej się to należy. Nigdy nie wątpiła w moc swojego ciała. Nigdy nie podawała w wątpliwość tego, że ma prawo do przyjemności.

W Prescott znajduje się kilka wzgórz, a przewodnicząca samorządu uczniowskiego Prescott High School, wzorowa uczennica, która przygotowuje się do studiowania medycyny na Uniwersytecie Stanforda (trzymać kciuki!) mieszka na szczycie najwyższego z nich. W tej chwili wjeżdża pokazowym modelem zeszłorocznego Forda średniej klasy (jej ojciec prowadzi przedstawicielstwo handlowe Forda – „Prescott Ford: większość Fordów sprzedaje się w obszarze, gdzie kod zaczyna się na 541!”) do rodzinnego garażu z miejscem na trzy samochody. Właśnie skończyła dyżur – pracuje jako wolontariuszka w domu starców. Oczywiście, nigdy nie wypowiedziałaby na głos tej nazwy! „Wspólnota emerytów” to określenie o wiele mniej obraźliwe, a dziewczyna przywiązuje dużą wagę do tego, by nikogo nie obrazić. Nigdy, pod żadnym pozorem, nie powiedziałaby nikomu, że starzy ludzie przyprawiają ją o mdłości, że przez większą część zmiany walczy ze sobą, żeby nie zwymiotować, a po jej zakończeniu często zaczyna płakać z ulgą, bo wreszcie może wziąć gorący prysznic i zmyć z siebie ich zapach, połączenie naftaliny i papkowatego jedzenia. Wybrała ten konkretny rodzaj wolontariatu, ponieważ wiedziała, że to będzie największe wyzwanie, i zdaje sobie sprawę, że w tym leży klucz do sukcesu – w podejmowaniu wyzwań.

 

Przelicza w myśli godziny swojej pracy wolontariackiej. Zapisuje tę liczbę w pamięci, dodając do innych ulubionych liczb: średnia ocen (4,2 w pięciostopniowej skali), liczba kursów na poziomie zaawansowanym (dotychczas dziesięć, ale ta liczba wciąż rośnie) i liczba dni zajęć szkolnych dzielących ją od uzyskania dyplomu (sto osiemdziesiąt. Ech). Dawno temu przysięgła sobie, że nie skończy tak, jak jej matka, która też pochodzi z Prescott i która była już bliska wyrwania się stąd, po czym rzuciła koledż, żeby wyjść za mąż za ukochanego ze szkoły średniej. Jasne, jej matka skończyła jako kobieta bogata, tyle że miała szansę na więcej. Mogła stać się kimś, a nie po prostu zostać żoną sprzedawcy samochodów i przewodniczącą sąsiedzkiego klubu książki. Zrezygnowała ze swojej szansy dokładnie w momencie, w którym pod palcami mogła ją już wyczuć, na kilka sekund, zanim mogła ją pochwycić, uciec i nigdy nie oglądać się za siebie.

Dwie mile na zachód dziewczyna stara się w sieci znaleźć najlepszą odpowiedź na pytanie, jak schudnąć dwadzieścia funtów.

Ćwierć mili na wschód ktoś po raz trzeci sprawdza drzwi łazienki, które są nadal zamknięte. Patrzy na siebie w lustrze i starając się nie zadrżeć, starannie maluje usta szminką wyciągniętą z torebki matki, wypycha papierem toaletowym stanik, zwędzony z Walmartu, i mruży oczy, żeby móc w rozmazanym obrazie zobaczyć siebie jako kogoś innego.

– Jestem dziewczyną – szepcze. – Nie nazywam się Adam.

Po drugiej stronie autostrady dziewczyna po raz drugi uprawia seks ze swoim chłopakiem. Tym razem nie boli. Tym razem porusza biodrami. Tym razem zaczyna nawet rozumieć, czemu robi się o to tyle szumu.

W sąsiednim mieście dwie najlepsze przyjaciółki zaczynają się całować. Jedna mówi:

– Obiecaj, że nikomu nie powiesz.

Druga myśli: Chcę powiedzieć wszystkim.

Jakaś dziewczyna ogląda telewizję. Inna gra w gry wideo. Jeszcze inne pracują w niepełnym wymiarze albo starają się nadgonić listę lektur zadanych na lato. Niektóre włóczą się bez celu po centrum handlowym w Eugene w nadziei, że ktoś je zauważy.

Pewna dziewczyna patrzy w niebo i fantazjuje, że odjeżdża na chmurze do zupełnie nowego miejsca. Inna kopie ziemię, wyobrażając sobie podziemny tunel, drogę bez barier.

Daleko stąd, w innym stanie, niewidzialna dziewczyna, Lisa Moynihan, próbuje zapomnieć o czymś, co się wydarzyło i co będzie ją określać przez resztę życia, zapomnieć o historii, w którą nikt nie chce uwierzyć.