Czarna skrzynka

Tekst
Autor:
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Podzię­ko­wa­nia

Pra­gnę podzię­ko­wać Wil­lia­mowi Jova­no­vi­chowi

oraz spo­łecz­no­ści Colo­rado Col­lege

za zapew­nie­nie mi spo­koj­nego roku,

pod­czas któ­rego napi­sa­łem więk­szą część tej książki.

Motto

Lecz ty, ty wiesz, że noc jest cał­kiem cicha

I tylko ja wciąż czu­wam nie­znu­że­nie,

Samot­nie nasłu­chu­jąc twego pła­czu;

Bestia wybrała mnie na swe jedyne poży­wie­nie.

Cza­sami dreszcz śmier­telny mnie prze­nika,

Błą­kam się ogar­nięty prze­ra­że­niem:

Twój głos przy­zywa mnie wciąż z innej strony,

Jak dziecko drę­czy ślepca ze zło­śli­wym roz­ba­wie­niem.

Lecz ty, ty kry­jesz twarz. Mnie nie zatrzy­masz

Gołę­bią krwią, ciem­no­ścią two­ich źre­nic,

I łkasz bez­gło­śnie, uwię­ziona w mroku,

Tam, gdzie zanika pamięć, sens lub zro­zu­mie­nie.

Natan Alter­man, Opła­ki­wa­nie

(frag­ment)

dr Alek­san­der A. Gideon

Wydział Nauk Poli­tycz­nych

Uni­wer­sy­tet Midwest

Chi­cago, Illi­nois, USA

Jero­zo­lima, 5.02.76

Drogi Alku!

Jeśli nie znisz­czysz tego listu, kiedy tylko roz­po­znasz moje pismo na koper­cie, to będzie zna­czyło, że cie­ka­wość jest sil­niej­sza od nie­na­wi­ści. Albo że twoja nie­na­wiść potrze­buje świe­żego paliwa.

Teraz bled­niesz, zaci­skasz wil­cze szczęki z całej siły, zagry­zasz wargi i prze­rzu­casz kartki listu, żeby się dowie­dzieć, czego chcę od cie­bie, czego ośmie­lam się żądać po sied­miu latach cał­ko­wi­tego mil­cze­nia.

Chcę, żebyś wie­dział, że Boaz zszedł na złą drogę. I że pil­nie potrze­buje two­jej pomocy. Mój mąż i ja nie możemy nic zro­bić, ponie­waż Boaz zerwał z nami kon­takt. Podob­nie jak ty.

Teraz możesz prze­rwać czy­ta­nie i wrzu­cić ten list do ognia. (Nie wiem dla­czego, ale zawsze wyobra­żam sobie cie­bie w dłu­gim, peł­nym ksią­żek pokoju, sie­dzą­cego samot­nie przy czar­nym biurku, a za oknem naprze­ciwko roz­ciąga się biała, pokryta śnie­giem rów­nina. Rów­nina bez jed­nego drzewka czy krzaczka, ośle­pia­jący surowy śnieg. Ogień pło­nie na kominku po lewej, a przed tobą na pustym biurku stoją pusta szklanka i pusta butelka. Cały obraz jest czarno-biały. Ty rów­nież: asce­tyczny, mnisi, wynio­sły i czarno-biały).

Teraz zgnia­tasz list, bur­cząc pod nosem jak Anglik, i ciskasz go pro­sto w ogień: co cię obcho­dzi Boaz? Poza tym nie wie­rzysz w ani jedno moje słowo. Wbi­jasz spoj­rze­nie sza­rych oczu w migo­czące pło­myki i mówisz do sie­bie: ona znowu pró­buje mnie nacią­gnąć. Ta kobieta ni­gdy nie ustąpi, ni­gdy nie da za wygraną.

Dla­czego więc piszę do cie­bie?

Z roz­pa­czy, Alku. Oczy­wi­ście w kwe­stii roz­pa­czy ty jesteś świa­to­wym auto­ry­te­tem. (Tak, natu­ral­nie czy­ta­łam jak wszy­scy – twoją książkę: Roz­pacz i prze­moc: stu­dium porów­naw­cze fana­ty­zmu). Ale teraz mówię nie o two­jej książce, tylko o sub­stan­cji, z któ­rej wymo­de­lo­wana jest twoja dusza: zamro­żona roz­pacz. Ark­tyczna roz­pacz.

Cią­gle jesz­cze czy­tasz? Pod­sy­casz swoją nie­na­wiść do nas? Sma­ku­jesz Scha­den­freude niczym kosz­towną whi­sky, małymi łykami? Jeśli tak, lepiej prze­stanę ci doku­czać i skon­cen­truję się na Boazie.

Rzecz w tym, że po pro­stu nie mam poję­cia, ile ty wiesz. Wcale bym się nie zdzi­wiła, gdyby się oka­zało, że znasz wszyst­kie szcze­góły, że kaza­łeś swo­jemu praw­ni­kowi Zakhe­imowi przy­sy­łać mie­sięczne raporty o naszym życiu; że przez te wszyst­kie lata obser­wu­jesz nas na ekra­nie swo­jego radaru. Z dru­giej strony nie była­bym zasko­czona, gdy­byś nie wie­dział nic: ani że wyszłam za mąż za Michela-Hen­riego Sommo, ani że mam córkę, ani co się stało z Boazem. To cał­kiem w twoim stylu, żeby odwró­cić się do nas ple­cami i na zawsze wykre­ślić nas z nowego życia jed­nym bru­tal­nym gestem.

Kiedy nas wyrzu­ci­łeś, zabra­łam Boaza i poje­cha­li­śmy do mojej sio­stry i jej męża, do ich kibucu. (Nie mie­li­śmy dokąd pójść i nie mie­li­śmy pie­nię­dzy). Miesz­ka­li­śmy tam przez sześć mie­sięcy. Potem wró­ci­łam do Jero­zo­limy i zaczę­łam pra­co­wać w księ­garni. Boaz został w kibucu przez następne pięć lat, do czasu, gdy skoń­czył trzy­na­ście lat. Odwie­dza­łam go co trzy tygo­dnie. Tak było, dopóki nie wyszłam za Michela, a od tego czasu mój syn nazywa mnie dziwką. Cał­kiem jak ty. Ani razu nie odwie­dził nas w Jero­zo­li­mie. Kiedy go zawia­do­mi­li­śmy, że uro­dziła nam się córka (Made­le­ine Jifat), trza­snął słu­chawką tele­fonu.

Potem nagle, dwa lata temu, zja­wił się pew­nej zimo­wej nocy o pierw­szej. Poin­for­mo­wał mnie, że skoń­czył z kibu­cem i że albo wyślę go do śred­niej szkoły rol­ni­czej, albo pój­dzie „na ulicę” i wię­cej go nie zoba­czę.

Mój mąż się obu­dził, kazał mu zdjąć mokre ubra­nie, zjeść coś, wyką­pać się i iść do łóżka. Poroz­ma­wiamy rano, powie­dział. A ten chło­piec (już wtedy, trzy­na­sto­ipół­letni, dużo wyż­szy i masyw­niej­szy od Michela) odparł takim tonem, jakby miaż­dżył butem robaka: „A kto ty jesteś? Kto cię pyta o zda­nie?”. Michel zachi­cho­tał i powie­dział: „Pro­po­nuję, kolego, żebyś wyszedł na dwór, ochło­nął, zmie­nił płytę, zapu­kał do drzwi i zaczął od początku, ale tym razem spró­buj się zacho­wać jak istota ludzka, nie jak goryl”.

Boaz odwró­cił się do drzwi, ale ja zastą­pi­łam mu drogę. Wie­dzia­łam, że mnie nie tknie. Mała się obu­dziła i zaczęła pła­kać, więc Michel poszedł ją prze­wi­nąć i zagrzać dla niej mleko w kuchni. Powie­dzia­łam: „Dobrze, Boaz. Możesz iść do szkoły rol­ni­czej, jeśli naprawdę tego chcesz”. Michel, sto­jąc obok nas w bie­liź­nie i trzy­ma­jąc dziecko, które już nie pła­kało, dodał: „Ale pod warun­kiem że prze­pro­sisz matkę, powiesz «pro­szę» i «dzię­kuję». Jesteś czło­wie­kiem czy koniem?”. A Boaz, z twa­rzą wykrzy­wioną tym roz­pacz­li­wym wstrę­tem i pogardą, które odzie­dzi­czył po tobie, szep­nął do mnie: „I ty dajesz mu się pier­do­lić?”. A potem wycią­gnął rękę, dotknął moich wło­sów i powie­dział zmie­nio­nym tonem, na któ­rego wspo­mnie­nie serce mi się kraje: „Ale twoje dziecko jest naprawdę ładne”.

Dzięki wpły­wom brata Michela umie­ści­li­śmy Boaza w Śred­niej Szkole Rol­ni­czej Tela­min. To było dwa lata temu, na początku 1974 roku, nie­długo po woj­nie, na którą – jak mi mówiono – wró­ci­łeś z Ame­ryki, żeby dowo­dzić bata­lio­nem czoł­gów na Synaju, zanim znowu znik­ną­łeś. Speł­ni­li­śmy nawet jego żąda­nie, żeby go nie odwie­dzać. Sie­dzie­li­śmy cicho i pła­ci­li­śmy cze­sne. To zna­czy Michel pła­cił. No, nie cał­kiem Michel.

Przez te dwa lata nie dosta­li­śmy od Boaza nawet pocz­tówki. Tylko alar­mu­jące uwagi od dyrek­torki. Chło­piec jest gwał­towny. Chło­piec wdał się w bójkę i roz­bił głowę noc­nemu stró­żowi. Chło­piec znika w nocy. Chło­piec jest noto­wany na poli­cji. Chło­piec dostał wyrok w zawie­sze­niu. Chło­piec będzie musiał opu­ścić szkołę. Ten chło­piec to potwór.

A co ty pamię­tasz, Alku? Ostat­nio widzia­łeś ośmio­let­niego chło­paczka o ruda­wych wło­sach, dłu­giego i chu­dego jak łodyga kuku­ry­dzy, który godzi­nami stał bez słowa na tabo­re­cie i pochy­la­jąc się w sku­pie­niu nad twoim biur­kiem, robił dla cie­bie modele samo­lo­tów z drzewa balsy według instruk­cji z ksią­że­czek dla maj­ster­ko­wi­czów, które mu kupi­łeś – porządne, zdy­scy­pli­no­wane, nie­mal zbyt ostrożne dziecko, cho­ciaż już wtedy, w wieku ośmiu lat, potra­fił zno­sić upo­ko­rze­nia z jakąś mil­czącą, kon­tro­lo­waną deter­mi­na­cją. A tym­cza­sem, niczym gene­tyczna bomba zega­rowa, Boaz skoń­czył szes­na­ście lat, ma pra­wie metr dzie­więć­dzie­siąt wzro­stu i dalej rośnie – roz­go­ry­czony dzi­kus, któ­rego nie­na­wiść i samot­ność obda­rzyły zdu­mie­wa­jącą siłą fizyczną. A dziś rano stało się wresz­cie to, na co od dawna cze­ka­łam: pilny tele­fon ze szkoły. Posta­no­wili usu­nąć go z inter­natu, ponie­waż napa­sto­wał nauczy­cielkę. Odmó­wili poda­nia szcze­gó­łów.

Poje­cha­łam tam natych­miast, ale Boaz nie chciał mnie widzieć. Prze­ka­zał tylko wia­do­mość, że „nie chce mieć nic wspól­nego z tą kurwą”. Cho­dziło mu o nauczy­cielkę czy o mnie? Nie wiem. Oka­zało się, że wła­ści­wie jej nie „napa­sto­wał”: rzu­cił jakiś obrzy­dliwy dow­cip, ona ude­rzyła go w twarz, a on natych­miast oddał jej dwa razy. Ubła­ga­łam ich, żeby wstrzy­mali się z wyda­le­niem Boaza, dopóki nie znajdę cze­goś innego. Zli­to­wali się nade mną i dali mi dwa tygo­dnie.

Michel mówi, że jeśli chcę, Boaz może zamiesz­kać z nami (cho­ciaż razem z dziec­kiem zaj­mu­jemy pół­tora pokoju, za które wciąż jesz­cze spła­camy hipo­tekę). Ale wiesz rów­nie dobrze jak ja, że Boaz się nie zgo­dzi. Ten chło­piec czuje do mnie wstręt. I do cie­bie. Więc jed­nak mamy ze sobą coś wspól­nego, ty i ja. Prze­pra­szam.

Nie ma szans, żeby przy­jęli go do innej szkoły zawo­do­wej, skoro jest noto­wany i ma wyrok w zawie­sze­niu. Piszę do cie­bie, bo nie wiem, co robić. Piszę do cie­bie, cho­ciaż tego nie prze­czy­tasz, a nawet jeśli prze­czy­tasz, to nie odpi­szesz. Naj­wy­żej pole­cisz swo­jemu adwo­ka­towi Zakhe­imowi, żeby wysłał mi urzę­dowy list z przy­po­mnie­niem, że jego klient odmó­wił uzna­nia ojco­stwa, że test na grupę krwi nie dał jed­no­znacz­nego wyniku i że to ja sama upar­cie odma­wia­łam prze­pro­wa­dze­nia testu tkan­ko­wego. Szach i mat.

 

Tak, roz­wód uwol­nił cię od wszel­kiej odpo­wie­dzial­no­ści za Boaza i wszel­kich zobo­wią­zań wobec mnie. Znam to na pamięć, Alku. Nie mam żad­nej nadziei. Piszę do cie­bie, jak­bym stała w oknie i rzu­cała słowa na wiatr. Albo w ciem­ność pomię­dzy gwiaz­dami. Roz­pacz to twoja domena. Jeśli chcesz, możesz mnie trak­to­wać jak egzem­plarz oka­zowy.

Czy wciąż pra­gniesz zemsty? Jeśli tak, oto nad­sta­wiam drugi poli­czek. Mój i Boaza. No dalej, uderz tak mocno, jak potra­fisz.

Tak, jed­nak wyślę ten list, cho­ciaż jesz­cze przed chwilą odło­ży­łam pióro i posta­no­wi­łam zre­zy­gno­wać; w końcu nie mam nic do stra­ce­nia. Żad­nego wyj­ścia. Musisz to zro­zu­mieć: nawet jeśli kura­tor albo pra­cow­nik opieki spo­łecz­nej namówi Boaza na jakąś tera­pię, socja­li­za­cję czy zała­twi prze­nie­sie­nie do innej szkoły (cho­ciaż nie wie­rzę, że komuś się to uda), nie mam pie­nię­dzy, żeby za to zapła­cić.

Pod­czas gdy ty masz mnó­stwo, Alku.

I nie mam żad­nych zna­jo­mo­ści, pod­czas gdy ty potra­fisz wszystko zała­twić za pomocą kilku tele­fo­nów. Jesteś silny i mądry. Przy­naj­mniej byłeś taki sie­dem lat temu. (Sły­sza­łam, że mia­łeś dwie ope­ra­cje. Nie powie­dzieli mi, jakiego rodzaju). Mam nadzieję, że już jesteś zdrowy. Nic wię­cej nie powiem, żebyś nie oskar­żył mnie o hipo­kry­zję. Pod­li­zy­wa­nie się. Płasz­cze­nie. Nie zaprze­czę, Alku: wciąż gotowa jestem pod­li­zy­wać ci się z całych sił. Zro­bię wszystko, co zechcesz. Naprawdę wszystko. Jeśli ura­tu­jesz naszego syna.

Gdy­bym miała wię­cej rozumu, prze­kre­śli­ła­bym „naszego syna” i napi­sała „Boaza”, żeby cię nie roz­zło­ścić. Ale jak można prze­kre­ślić prawdę? Jesteś jego ojcem. A co do mojego rozumu, już dawno usta­li­łeś, że jestem kom­pletną kre­tynką.

Skła­dam ci pro­po­zy­cję. Gotowa jestem przy­znać na piśmie, w obec­no­ści nota­riu­sza, jeśli sobie życzysz, że Boaz jest synem kogoś innego. Sza­cu­nek dla sie­bie ode­brano mi już dawno temu. Pod­pi­szę każdy papie­rek, który pod­su­nie mi twój adwo­kat, jeśli ty w zamian udzie­lisz Boazowi pierw­szej pomocy. Nazwijmy to huma­ni­tar­nym postęp­kiem. Nazwijmy to aktem miło­sier­dzia wobec zupeł­nie obcego dziecka.

To prawda, kiedy prze­staję pisać i przy­wo­łuję go przed oczy, nasu­wają mi się te słowa: Boaz jest obcym dziec­kiem. Nie, nie dziec­kiem. Obcym męż­czy­zną. Nazywa mnie kurwą. Cie­bie nazywa psem. Michel to dla niego „mały alfon­sik”. Używa mojego panień­skiego nazwi­ska (nawet w urzę­do­wych doku­men­tach). Boaz Brand­stet­ter. A szkołę, w któ­rej umie­ści­li­śmy go dzięki zna­jo­mo­ściom, na jego wła­sne żąda­nie, nazywa Dia­bel­ską Wyspą.

Teraz wyznam ci coś, czego możesz użyć prze­ciwko mnie. Rodzice mojego męża, któ­rzy miesz­kają w Paryżu, przy­sy­łają nam co mie­siąc parę gro­szy na opła­ce­nie pobytu Boaza w inter­na­cie, cho­ciaż ni­gdy nie widzieli go na oczy, a on chyba nawet o nich nie sły­szał. Wcale im się nie prze­lewa (to imi­granci z Algie­rii), a oprócz Michela mają jesz­cze pię­cioro dzieci i ośmioro wnu­ków, we Fran­cji i w Izra­elu.

Słu­chaj, Alku: nie napi­szę ani słowa o prze­szło­ści. Z wyjąt­kiem jed­nej sprawy, o któ­rej ni­gdy nie zapo­mnę, cho­ciaż ty pew­nie nie rozu­miesz, skąd o tym wiem. Dwa mie­siące przed naszym roz­wo­dem Boaza z infek­cją nerki zabrano do szpi­tala Sza’arej Cedek. Wystą­piły kom­pli­ka­cje. Bez mojej wie­dzy posze­dłeś do dok­tora Blu­men­thala, żeby go zapy­tać, czy w razie potrzeby doro­sły może oddać nerkę ośmio­let­niemu dziecku. Zamie­rza­łeś oddać mu wła­sną nerkę. Ostrze­głeś leka­rza, że sta­wiasz tylko jeden waru­nek: że ja i dziecko ni­gdy się nie dowiemy. I nie wie­dzia­łam, dopóki nie zaprzy­jaź­ni­łam się z dok­to­rem Ador­nem, asy­sten­tem Blu­men­thala, mło­dym leka­rzem, któ­rego chcia­łeś podać do sądu za zbrod­ni­cze zanie­dba­nie w opiece nad Boazem.

Jeśli wciąż czy­tasz, pew­nie teraz bled­niesz jesz­cze bar­dziej, chwy­tasz zapal­niczkę gwał­tow­nym gestem i przy­su­wasz pło­myk do ust, z któ­rych wyją­łeś fajkę, i powta­rzasz bez końca: Oczy­wi­ście. Dok­tor Adorno. Któż inny? I jeśli do tej pory nie znisz­czy­łeś listu, teraz go znisz­czysz. A także mnie i Boaza.

Boaz wyzdro­wiał, a wtedy wyrzu­ci­łeś nas z two­jego domu i z życia. Ni­gdy nie odda­łeś mu nerki. Wie­rzę jed­nak, że myśla­łeś o tym zupeł­nie poważ­nie. Ponie­waż zawsze jesteś poważny. Tyle ci muszę przy­znać: jesteś poważ­nym czło­wie­kiem.

Znowu ci się pod­li­zuję? Jeśli sobie życzysz, przy­znam się do winy. Kadze­nie. Pochleb­stwo. Padnę przed tobą na kolana i ude­rzę czo­łem w pod­łogę. Jak za daw­nych dobrych cza­sów.

Ponie­waż nie mam nic do stra­ce­nia i gotowa jestem żebrać. Zro­bię, czego zażą­dasz. Tylko nie zwle­kaj, bo za dwa tygo­dnie wyrzucą go na ulicę. A ulica już na niego czeka.

W końcu masz ogromne moż­li­wo­ści. Spuść ze smy­czy tego potwora, two­jego adwo­kata. Spró­buj pocią­gnąć za sznurki, żeby przy­jęli Boaza do szkoły mor­skiej. (Boaz już od dzie­ciń­stwa prze­ja­wia dziwny pociąg do morza. Pamię­tasz, Alku, w Asz­ke­lo­nie, to lato wojny sze­ścio­dnio­wej? Te wiry wodne? Tra­twę? Ryba­ków?)

I jesz­cze jedno, zanim zakleję kopertę: nawet się z tobą prze­śpię, jeśli zechcesz. Kiedy zechcesz. Jak zechcesz. (Mój mąż wie o tym liście i zgo­dził się, żebym go napi­sała – z wyjąt­kiem ostat­niego zda­nia. Więc jeśli masz ochotę znisz­czyć mi życie, po pro­stu zrób kse­ro­ko­pię tego listu, pod­kreśl czer­wo­nym ołów­kiem ostat­nie zda­nie i wyślij do mojego męża. Podziała jak zaklę­cie. Przy­znaję: kła­ma­łam, kiedy napi­sałam wcze­śniej, że nie mam nic do stra­ce­nia).

Więc teraz, Alku, jeste­śmy zdani na twoją łaskę. Nawet moja mała córeczka. Możesz z nami postą­pić, jak ci się podoba.

Ilana (Sommo)

* * *

Pani Halina Brand­stet­ter-Sommo

ul. Tar­naz nr 7

Jero­zo­lima, Izrael

Lon­dyn, 18.02.76

EKS­PRES

Sza­nowna Pani!

List pani z pią­tego bm. prze­słano mi dopiero wczo­raj ze Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Omó­wię tylko część spraw, które zechciała pani poru­szyć.

Dzi­siaj rano roz­ma­wia­łem przez tele­fon ze zna­jo­mym w Izra­elu. Po tej roz­mo­wie dyrek­torka szkoły pani syna zatele­fonowała do mnie z wła­snej ini­cja­tywy. Wspól­nie uzgod­ni­li­śmy, że syn nie zosta­nie wyda­lony, jedy­nie do jego akt będzie wpi­sana nagana. Jeśli mimo to syn pani wolałby – jak pani wspo­mniała w liście – prze­nieść się do szkoły kade­tów, przy­pusz­czam, że można to zała­twić (za pośred­nic­twem mojego adwo­kata, pana Zakhe­ima). Pan Zakheim dorę­czy rów­nież pani czek na sumę dwóch tysięcy dola­rów (w fun­tach izra­el­skich i na nazwi­sko pani męża). Mąż pani powi­nien potwier­dzić na piśmie otrzy­ma­nie tej sumy, którą należy trak­to­wać jako jed­no­ra­zową zapo­mogę, a w żad­nym wypadku jako pre­ce­dens czy wyraz jakichś zobo­wią­zań z naszej strony. Wyma­gamy rów­nież od męża pani gwa­ran­cji, że powstrzyma się pani od podob­nych próśb na przy­szłość (mam nadzieję, że jego uboga i bar­dzo liczna rodzina w Paryżu nie zamie­rza pójść za pani przy­kła­dem i żądać ode mnie pie­nięż­nego wspar­cia). Resztę pani listu, zawie­ra­jącą ordy­narne kłam­stwa, ordy­narne wykręty oraz zwy­kłe ordy­narne bred­nie, pominę mil­cze­niem.

[Pod­pi­sano] A.A. Gideon

PS Zatrzy­muję pani list.

* * *

dr Alek­san­der A. Gideon

Lon­dyń­ska Szkoła Eko­no­miczna

Lon­dyn, Anglia

Jero­zo­lima, 27.02.76

Drogi Alku!

Jak wiesz, w zeszłym tygo­dniu zło­ży­li­śmy pod­pisy na krop­ko­wa­nej linii i dosta­li­śmy pie­nią­dze od two­jego adwo­kata. Ale potem Boaz odszedł ze szkoły i od kilku dni pra­cuje na głów­nym rynku w Tel Awi­wie u hur­tow­nika warzyw oże­nio­nego z jedną z kuzy­nek Michela. To Michel zała­twił mu tę pracę na żąda­nie Boaza.

Oto, jak do tego doszło: kiedy dyrek­torka zawia­do­miła Boaza, że go nie wyrzucą, tylko udzielą nagany, chło­piec po pro­stu zabrał ple­cak i znikł. Michel skon­tak­to­wał się z poli­cją (ma tam krew­nych) i dowie­dział się, że trzy­mają dzie­ciaka w aresz­cie w Abu Kabir za posia­da­nie kra­dzio­nych towa­rów. Przy­ja­ciel brata Michela, zaj­mu­jący wyso­kie sta­no­wi­sko w tela­wiw­skiej poli­cji, poroz­ma­wiał w naszym imie­niu z kura­to­rem Boaza. Po pew­nych kom­pli­ka­cjach zwol­nili go za kau­cją.

Zuży­li­śmy na to część two­ich pie­nię­dzy. Wiem, że nie po to nam je dałeś, ale my po pro­stu nie mamy innych. Michel jest zwy­kłym nie­dy­plo­mo­wa­nym nauczy­cie­lem fran­cu­skiego w pań­stwo­wej szkole reli­gij­nej, a jego pen­sja po odli­cze­niu rat za miesz­ka­nie led­wie wystar­cza na jedze­nie. I jest jesz­cze nasza córeczka (Made­le­ine Jifat, pra­wie trzy latka).

Muszę ci się przy­znać, że Boaz nie miał naj­mniej­szego poję­cia, skąd pocho­dzą pie­nią­dze na kau­cję. Gdyby wie­dział, pew­nie naplułby na nie, na kura­tora i na Michela. W tej sytu­acji po pro­stu odmó­wił wyj­ścia z aresztu i zażą­dał, żeby go „zosta­wiono w spo­koju”.

Michel poje­chał do Abu Kabir beze mnie. Przy­ja­ciel jego brata (ten ofi­cer poli­cji) zała­twił, że zosta­wiono ich z Boazem samych w biu­rze na poste­runku, mogli więc roz­ma­wiać swo­bod­nie. Michel powie­dział do niego: „Słu­chaj, może już zapo­mnia­łeś, kim jestem. Jestem Michel Sommo, a ty podobno za ple­cami nazy­wasz mnie alfon­sem two­jej matki. Możesz mnie tak nazwać w oczy, jeśli koniecz­nie chcesz się wyła­do­wać. A ja mogę ci odpy­sko­wać, że jesteś stuk­nięty. Możemy tak sobie wymy­ślać przez cały dzień, ale ze mną nie wygrasz, bo ja mogę cię prze­kli­nać po fran­cu­sku i arab­sku, a ty led­wie dajesz sobie radę po hebraj­sku. Więc co zro­bisz, kiedy zabrak­nie ci wyzwisk? Może lepiej wstrzy­maj oddech, spró­buj ochło­nąć i uło­żyć listę, czego chcesz od życia. Potem ja ci powiem, co możesz dostać ode mnie i two­jej matki. A wtedy zoba­czymy… może dobi­jemy targu”.

Boaz odpo­wie­dział, że nie chce niczego od żyda, a naj­bar­dziej nie chce, żeby różni ludzie cią­gle go pytali, czego on chce od życia.

Wów­czas Michel, który wcale nie trak­to­wał tego lekko, zro­bił naj­wła­ściw­szą rzecz. Po pro­stu wstał i powie­dział do Boaza: „No, skoro tak, to powo­dze­nia, kolego. Jeśli o mnie cho­dzi, mogą cię zamknąć w zakła­dzie dla opóź­nio­nych umy­słowo. Ja mam dość”.

Boaz pró­bo­wał dys­ku­to­wać. Powie­dział: „Co z tego? Zamor­duję kogoś i ucieknę”. Ale Michel odwró­cił się od drzwi i powie­dział spo­koj­nie: „Słu­chaj no, słonko. Nie jestem twoją matką ani twoim ojcem, ani twoim nikim, więc nie odgry­waj przede mną kome­dii, bo mnie na tobie nie zależy. Masz sześć­dzie­siąt sekund na pod­ję­cie decy­zji, czy chcesz wyjść za kau­cją. Tak albo nie. Dla mnie możesz mor­do­wać, kogo tylko chcesz. Żegnam”.

A kiedy Boaz powie­dział: „Zacze­kaj”, Michel od razu wie­dział, że chło­pak zmiękł. Michel potra­fił to roze­grać naj­le­piej z nas, ponie­waż on zna życie od pod­szewki, a cier­pie­nie zamie­niło go w ludzki dia­ment, twardy i fascy­nu­jący (tak, rów­nież w łóżku, jeśli musisz wie­dzieć). Boaz powie­dział do niego: „Jeśli naprawdę ci nie zależy, to dla­czego przy­je­cha­łeś aż z Jero­zo­limy, żeby wpła­cić za mnie kau­cję?”. A Michel zaśmiał się, sto­jąc przy drzwiach, i powie­dział: „Okay, dwa punkty dla cie­bie. Wła­ści­wie przy­je­cha­łem obej­rzeć z bli­ska tego geniu­sza, któ­rego uro­dziła twoja matka; może moja córka też odzie­dzi­czyła jakieś zdol­no­ści. Wycho­dzisz czy nie?”.

Tym spo­so­bem Michel wyku­pił Boaza za twoje pie­nią­dze i zapro­sił go do koszer­nej chiń­skiej restau­ra­cji, nie­dawno otwar­tej w Tel Awi­wie, i poszli razem do kina (ktoś sie­dzący za nimi mógł pomy­śleć, że Boaz jest ojcem, a Michel synem). Wie­czo­rem Michel wró­cił do Jero­zo­limy i opo­wie­dział mi całą histo­rię. Boaz został tym­cza­sem u tego hur­tow­nika warzyw z ulicy Car­le­ba­cha, który jest oże­niony z kuzynką Michela. Ponie­waż tego wła­śnie chciał Boaz, jak sam powie­dział: pra­co­wać, zara­biać pie­nią­dze i nie być od nikogo zależ­nym. A Michel zgo­dził się od razu, nie pyta­jąc mnie o zda­nie. „To mi się podoba i zała­twię ci to jesz­cze dzi­siaj, na miej­scu w Tel Awi­wie”, tak powie­dział. I tak zro­bił.

Boaz mieszka teraz w Pla­ne­ta­rium w Ramat Awiw; jeden z tam­tej­szych pra­cow­ni­ków jest żonaty z dziew­czyną, która stu­dio­wała razem z Miche­lem w Paryżu w latach pięć­dzie­sią­tych. Boazowi bar­dzo podoba się Pla­ne­ta­rium. Nie, nie gwiazdy, tylko tele­skopy i soczewki.

 

Prze­ka­zuję ci te wszyst­kie szcze­góły o Boazie za zgodą Michela. On uważa, że skoro dałeś pie­nią­dze, masz prawo wie­dzieć, co z nimi zro­bi­li­śmy. A ja myślę, że prze­czy­tasz ten list kilka razy. I przy­jem­nie mi pomy­śleć, jaki będziesz wście­kły po prze­czy­ta­niu tych dwóch listów. Wście­kłość spra­wia, że sta­jesz się męski i atrak­cyjny, ale rów­nież dzie­cinny i pra­wie wzru­sza­jący. Wyła­do­wu­jesz nad­miar ener­gii na kru­chych przed­mio­tach, jak pióro, fajka, oku­lary. Nie roz­bi­jasz ich, tylko prze­su­wasz dwa cen­ty­me­try w lewo albo cen­ty­metr w prawo, panu­jąc nad sobą olbrzy­mim wysił­kiem woli. Uwiel­biam to twoje roz­ła­do­wy­wa­nie ener­gii i z roz­ko­szą wyobra­żam sobie, że wła­śnie teraz to robisz, czy­ta­jąc mój list, w swoim czarno-bia­łym pokoju, pomię­dzy śnie­giem a ogniem. Jeśli sypiasz z jakąś kobietą, przy­znaję, że jestem o nią zazdro­sna. Zazdro­sna nawet o to, co robisz z fajką, z pió­rem, z oku­la­rami, z kart­kami listu sze­lesz­czą­cymi w two­ich sil­nych pal­cach.

Wra­ca­jąc do Boaza: piszę do cie­bie, jak obie­ca­łam Miche­lowi. Kiedy otrzy­mamy zwrot kau­cji, całą sumę, którą nam poda­ro­wa­łeś, wpła­cimy na opro­cen­to­wane konto na nazwi­sko two­jego syna. Jeśli zechce się uczyć, opła­cimy tymi pie­niędzmi jego stu­dia. Jeśli mimo mło­dego wieku zechce wyna­jąć sobie miesz­ka­nie w Tel Awi­wie albo tutaj w Jero­zo­li­mie, pokry­jemy czynsz z two­ich pie­nię­dzy. Dla sie­bie nie weź­miemy nic.

Jeśli zga­dzasz się na to, nie musisz mi odpi­sy­wać. Jeśli nie, zawia­dom nas jak naj­szyb­ciej, zanim wydamy pie­nią­dze. Zwró­cimy je two­jemu adwo­ka­towi i pora­dzimy sobie bez nich (cho­ciaż jeste­śmy w bar­dzo złej sytu­acji finan­so­wej).

Jesz­cze jedna prośba:

Albo zniszcz ten list i poprzedni, albo – jeśli posta­no­wi­łeś je wyko­rzy­stać – zrób to zaraz, nie zwle­kaj. Każdy odcho­dzący dzień i każda mija­jąca noc to następne wzgó­rze i następna dolina, które zabrała nam śmierć. Czas ucieka, Alku, i oboje prze­kwi­tamy.

Jesz­cze jedno: napi­sa­łeś do mnie, że na kłam­stwa i wykręty zawarte w moim liście odpo­wia­dasz mil­czącą pogardą. Twoje mil­cze­nie, Alku, i twoja pogarda nagle napeł­niły mnie lękiem. Czy naprawdę przez te wszyst­kie lata, pod­czas tych wszyst­kich podróży nie zna­la­złeś nikogo, kto zechciałby ci ofia­ro­wać cho­ciaż jeden okruch dobroci? Przy­kro mi za cie­bie, Alku. Co za okropna nie­spra­wie­dli­wość: ja postą­pi­łam źle, a ty i twój syn pono­si­cie całą karę. Jeśli wolisz, prze­kreśl „twój syn” i napisz „Boaz”. Jeśli wolisz, prze­kreśl wszystko. Nie wahaj się ze względu na mnie, po pro­stu zrób wszystko, co ukoi twój ból.

Ilana

* * *

Pan Michel-Henri Sommo

ul. Tar­naz nr 7

Jero­zo­lima, Izrael

Genewa, 7.03.76

POLE­CONY

Sza­nowny Panie!

Za pań­ską wie­dzą – oraz, jak sama twier­dzi, za pań­ską apro­batą – żona pana ostat­nio uznała za sto­sowne wysłać do mnie dwa dłu­gie i dość żenu­jące listy, nie­przy­no­szące jej zaszczytu. Jeżeli pra­wi­dłowo zro­zu­mia­łem jej mętne sfor­mu­ło­wa­nia, drugi list mię­dzy innymi zawie­rał alu­zje do pań­skich trud­no­ści finan­so­wych. Zakła­dam, że to pan stoi za kuli­sami tej sprawy i dyk­tuje żonie, co ma pisać.

Oko­licz­no­ści pozwa­lają mi ponow­nie (bez spe­cjal­nego poświę­ce­nia z mojej strony) przyjść panu z pomocą. Pole­ci­łem mojemu adwo­ka­towi, panu Zakhe­imowi, prze­lać na pań­skie konto dodat­kową sumę pię­ciu tysięcy dola­rów (na pań­skie nazwi­sko, w fun­tach izra­el­skich). Jeżeli to rów­nież nie wystar­czy, muszę pana pro­sić, żeby nie zwra­cał się pan do mnie z nie­ja­snymi żąda­niami za pośred­nic­twem pań­skiej żony, tylko poin­for­mo­wał pana Zakhe­ima o cał­ko­wi­tej i osta­tecz­nej wyso­ko­ści sumy, któ­rej pan potrze­buje dla roz­wią­za­nia swo­ich róż­no­ra­kich pro­ble­mów. Jeśli potrafi pan okre­ślić roz­sądną sumę, gotów jestem wyjść panu naprze­ciw. Sta­wiam jed­nak waru­nek, że nie będzie pan nękał mnie pyta­niami o moje motywy ani zasy­py­wał prze­sad­nymi wyra­zami wdzięcz­no­ści w lewan­tyń­skim stylu. Natu­ral­nie ja ze swej strony powstrzy­mam się od oceny poglą­dów i zasad moral­nych, które pozwa­lają panu żądać ode mnie pomocy finan­so­wej i pomoc taką przyj­mo­wać.

Z powa­ża­niem

A.A. Gideon

* * *

Do pana Man­freda Zakhe­ima

Zakheim & di Modena, Praw­nicy

ul. Króla Jerzego 36

Z łaski Boga

Jero­zo­lima, 13 adar szeni, 5736

(14.03.76)

MIEJ­SCOWY

Wielce sza­nowny panie!

Zgod­nie z naszą wczo­raj­szą roz­mową tele­fo­niczną: potrze­bu­jemy „in toto” sumy około sześć­dzie­się­ciu tysięcy dola­rów, żeby spła­cić hipo­tekę i zbu­do­wać dodat­kowe pół­tora pokoju, oraz następ­nej takiej sumy, żeby zabez­pie­czyć przy­szłość syna, i podob­nie dla naszej córeczki, razem sto osiem­dzie­siąt tysięcy dola­rów. Ponadto pro­simy o datek w wyso­ko­ści dzie­więć­dzie­się­ciu pię­ciu tysięcy dola­rów na zakup i reno­wa­cję Bajt Alka­laj w dziel­nicy żydow­skiej Sta­rego Hebronu (żydow­ska posia­dłość, którą prze­mocą zajęli arab­scy bojow­nicy pod­czas zamie­szek w 1929 roku, a którą pró­bu­jemy teraz odzy­skać, nie sto­su­jąc prze­mocy, tylko pła­cąc pełną ryn­kową cenę).

Z góry dzię­ku­jemy za pań­ską pomoc oraz prze­ka­zu­jemy wyrazy głę­bo­kiego sza­cunku dla dra Gide­ona, któ­rego prace naukowe wzbu­dziły podziw w naszym kraju i pod­nio­sły pre­stiż Żydów na całym świe­cie. Naj­lep­sze życze­nia z oka­zji święta Purim.

Szcze­rze oddani

Ilana i Michel-Henri Sommo

* * *

A. GIDEON HOTEL EXCEL­SIOR

BER­LIN ZACHODNI

ALEKS PRO­SZĘ WYTŁU­MACZ MI NATYCH­MIAST CZY TO SZAN­TAŻ CZY MAM GRAĆ NA CZAS CZY MAM WŁĄ­CZYĆ ZANDA CZE­KAM NA INSTRUK­CJE MAN­FRED

* * *

OSO­BI­STE ZAKHEIM JERO­ZO­LIMA IZRAEL

SPRZE­DAJ POSIA­DŁOŚĆ W ZICHRON JA’AKOW W RAZIE POTRZEBY RÓW­NIEŻ GAJ POMA­RAŃ­CZOWY W BIN­JA­MI­NIE ZAPŁAĆ IM DOKŁAD­NIE STO TYSIĘCY JAK NAJ­SZYB­CIEJ SPRAWDŹ PRZE­SZŁOŚĆ MĘŻA SPRAWDŹ STAN CHŁOPCA PRZY­ŚLIJ KOPIĘ ZAŚWIAD­CZE­NIA O ROZ­WO­DZIE WRA­CAM DO LON­DYNU W KOŃCU TYGO­DNIA ALEKS

* * *

Ilana Sommo

ul. Tar­naz 7

Jero­zo­lima

20.03.76

Ilano!

Pro­si­łaś mnie, żebym się zasta­no­wiła przez dzień czy dwa i prze­ka­zała ci swoją opi­nię. Wiesz rów­nie dobrze jak ja, że kiedy pro­sisz o czy­jąś opi­nię lub radę, w grun­cie rze­czy pro­sisz o apro­batę dla tego, co zro­bi­łaś albo posta­no­wi­łaś zro­bić. Nie szko­dzi – tak czy owak posta­no­wi­łam napi­sać, żeby samej sobie wyja­śnić, dla­czego wła­ści­wie roz­sta­ły­śmy się w gnie­wie.

Wie­czór spę­dzony z tobą w zeszłym tygo­dniu przy­po­mniał mi stare nie­do­bre czasy. Po powro­cie do domu wpa­dłam w panikę. Cho­ciaż pozor­nie ten wie­czór był cał­kiem zwy­czajny, z wyjąt­kiem desz­czu, który padał przez całą noc. I z wyjąt­kiem Michela, który wyglą­dał na zmę­czo­nego. Przez pół­to­rej godziny zbi­jał półki na książki, Jifat poda­wała mu narzę­dzia. W pew­nej chwili wsta­łam, żeby mu pomóc przy­trzy­mać dwie pio­nowe listwy, a ty zauwa­ży­łaś z prze­ką­sem, że powin­nam zabrać go ze sobą do kibucu, bo tutaj jego zdol­no­ści się mar­nują. Potem Michel usiadł przy biurku we fla­ne­lo­wej piża­mie i szla­froku i zaczął popra­wiać ćwi­cze­nia uczniów czer­wo­nym dłu­go­pi­sem. Popra­wiał je przez cały wie­czór. W kącie pokoju żarzył się naf­towy pie­cyk. Jifat długo bawiła się na sło­mia­nej macie owieczką, którą kupi­łam jej na przy­stanku auto­bu­so­wym. Przez radio nada­wali kon­cert Ram­pala na flet. Sie­dzia­ły­śmy w kuchni, roz­ma­wia­jąc szep­tem. Wyglą­dało to na spo­kojny rodzinny wie­czór. Michel był zajęty, a ty przez cały wie­czór powie­dzia­łaś do niego naj­wy­żej dwa­dzie­ścia słów. Zresztą nie wię­cej powie­dzia­łaś do mnie i Jifat. Cał­kiem zamknę­łaś się w sobie. Kiedy ci opo­wia­da­łam o cho­ro­bie dzieci, o nowej pracy Joasza w fabryce pla­stiku w kibucu, o decy­zji komi­tetu wyko­naw­czego, żeby wysłać mnie na kursy die­te­tycz­nego goto­wa­nia, słu­cha­łaś tylko jed­nym uchem; nie zada­wa­łaś żad­nych pytań. Szybko zro­zu­mia­łam, że jak zwy­kle cze­kasz, aż skoń­czę swoje try­wialne histo­ryjki, zanim przej­dziesz do wła­snych dra­ma­tów. Cze­kasz, żebym zapy­tała. Więc zapy­tałam. Ale nie otrzy­ma­łam odpo­wie­dzi. Michel wszedł do kuchni, posma­ro­wał kromkę chleba mar­ga­ryną i serem, zro­bił sobie fili­żankę roz­pusz­czal­nej kawy i obie­cał, że nie będzie nam prze­szka­dzał, że zaraz położy Jifat spać, żeby­śmy mogły spo­koj­nie poroz­ma­wiać. Kiedy wyszedł, powie­dzia­łaś mi o Boazie, o dwóch listach do Aleksa, o pie­nią­dzach otrzy­ma­nych od niego dwu­krot­nie i o decy­zji Michela, żeby „tym razem zabrać mu wszystko do ostat­niego gro­sza”, bo „może wresz­cie ten taki owaki zaczął żało­wać za grze­chy”. Deszcz bęb­nił w okno. Jifat zasnęła na macie, a Michel ubrał ją w piżamkę i zaniósł do łóżka, nie budząc jej. Potem nasta­wił tele­wi­zor cichutko, żeby nam nie prze­szka­dzać, obej­rzał wia­do­mo­ści o dzie­wią­tej i spo­koj­nie wró­cił do popra­wia­nia prac. Obie­ra­łaś jarzyny na jutrzej­szy obiad, a ja tro­chę ci poma­ga­łam. Powie­dzia­łaś do mnie: