Aż do śmierciTekst

Autor:Amos Oz
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Pamięci mojego Ojca

Yehudy Arieha Klau­snera

KRU­CJATA

1

Wszystko zaczęło się od oznak nie­za­do­wo­le­nia w wio­skach.

Dzień po dniu w bied­niej­szych oko­li­cach uka­zy­wały się zło­wróżbne znaki. Pewien stary gospo­darz z Gal­land zoba­czył na nie­bie syl­wetkę ogni­stego rydwanu. W Sare­aux nie­uczona sta­ruszka kle­pała wyrocz­nie w naj­czyst­szej łaci­nie. Krą­żyły pogło­ski, że w odle­głym kościele krzyż palił się zie­lo­nym pło­mie­niem przez trzy dni, a jed­nak nie spło­nął. Któ­rejś nocy przy źró­dle uka­zała się śle­pemu wie­śnia­kowi Panna Święta, a kiedy księża napo­ili go winem, opi­sał owo obja­wie­nie biblij­nym języ­kiem.

Wierni wyczu­wali, że w domo­stwach prze­klę­tych Żydów nara­stała przez zimę zło­śliwa jakby radość?

Działy się rze­czy dziwne. Bandy podej­rza­nych włó­czę­gów, wiel­kich i czar­nych jak niedź­wie­dzie, poja­wiały się rów­no­cze­śnie w kilku miej­scach. Nawet wykształ­ceni ludzie czuli cza­sami wewnętrzny nie­po­kój. Nie można było ocze­ki­wać spo­koju.

W Cler­mont w roku 1095 od naro­dze­nia Pana Naszego Jezusa Chry­stusa papież Urban II wezwał owieczki boże do wyprawy, aby uwol­nić Zie­mię Świętą z rąk nie­wier­nych i aby odpo­ku­to­wać grze­chy poprzez znoje podróży – albo­wiem radość duchową osiąga się przez cier­pie­nie.

Wcze­sną jesie­nią następ­nego roku, cztery dni po zakoń­cze­niu wino­bra­nia, szla­chetny hra­bia Guil­laume z Touronu wyru­szył na czele nie­wiel­kiego zastępu chło­pów, pod­da­nych oraz bani­tów ze swo­jej posia­dło­ści pod Awi­nio­nem i podą­żył ku Ziemi Świę­tej, by wziąć udział w jej oswo­bo­dze­niu, a tym samym odna­leźć spo­kój ducha.

Poza schnię­ciem gron i rdzą, która zaata­ko­wała wino­ro­śle, oraz potęż­nymi dłu­gami były rów­nież inne, bar­dziej naglące powody, które skło­niły szla­chet­nego hra­biego do podróży. Dowia­du­jemy się o nich z kro­niki nie­zwy­kłego mło­dzieńca, który brał udział w wypra­wie. Nosił imię Claude, a prze­zwi­sko „Gar­bus”. Był dale­kim krew­nym hra­biego i wycho­wał się w jego posia­dło­ści.

Ów Claude był praw­do­po­dob­nie adop­to­wa­nym dzie­dzi­cem bez­dziet­nego hra­biego albo po pro­stu zwy­kłym pie­cze­nia­rzem. Umiał pisać i był dość dobrze wycho­wany, cho­ciaż miał skłon­no­ści do gwał­tow­nie nastę­pu­ją­cych po sobie wybu­chów depre­sji i eufo­rii. Gorącz­kowo i bez praw­dzi­wej przy­jem­no­ści odda­wał się na prze­mian asce­tycz­nym prak­ty­kom i cie­le­snym roz­ko­szom. Wie­rzył świę­cie w siły nad­przy­ro­dzone: ota­czał się głup­ta­kami, wyobra­ża­jąc sobie, że zna­lazł w nich iskierkę świę­to­ści, a wiej­skie kobiety czy pod­nisz­czone księgi budziły w nim rów­nie dzi­kie żądze. Nad­miar reli­gij­nego zapału oraz ponu­rej melan­cho­lii wywo­ły­wał u ludzi uczu­cie pogardy i nie­na­wi­ści, a także nisz­czył jego ciało do kości, roz­pa­la­jąc zły ogień w oczach.

Hra­bia zaś trak­to­wał Claude’a Gar­busa z posępną tole­ran­cją i led­wie tłu­mioną szorst­ko­ścią. W rze­czy­wi­sto­ści nikt na dwo­rze nie był pewien sta­tusu i przy­wi­le­jów tego mło­dego, cho­ciaż już siwo­wło­sego męż­czy­zny, który żywił, poza wszyst­kim innym, gwał­towną i śmieszną wręcz miłość do kotów oraz z zapa­mię­ta­niem kolek­cjo­no­wał kobiecą biżu­te­rię.

Wśród przy­czyn, dla któ­rych hra­bia wyru­szył na wyprawę, Claude wspo­mina w swo­jej kro­nice pewne zda­rze­nia, które szybko nastę­po­wały po sobie w ciągu minio­nego roku. „Wcze­sną wio­sną – pisze Claude – w roku 1096 od naro­dze­nia Pana Naszego grzech buty pod­niósł wśród chłop­stwa głowę. W naszym majątku miało miej­sce kilka przy­pad­ków zuchwal­stwa i nie­po­słu­szeń­stwa, nisz­czono na przy­kład część nędz­nych zbio­rów w zło­ści na ich mier­ność, kra­dziono szty­lety; rzeka wylała, pod­pa­lano sto­doły, widziano spa­da­jące gwiazdy, odpra­wiano czary i pła­tano zło­śliwe figle. Wszystko to w gra­ni­cach naszych ziem, nie licząc wielu prze­stępstw na sąsia­du­ją­cych tere­nach, a nawet za rzeką. Zaiste więc uznano za konieczne jesz­cze raz naoli­wić koło tor­tur i wysta­wić na próbę kilku zbun­to­wa­nych pod­da­nych, aby stłu­mić nara­sta­jącą żądzę gwałtu, albo­wiem cier­pie­nie rodzi miłość. W naszym majątku ska­zano na śmierć sied­miu chło­pów i cztery cza­row­nice. Pod­czas tor­tur ich prze­stępstwa ujrzały świa­tło dzienne, a prze­cież świa­tło oczysz­cza z wszel­kiego grze­chu.

Ponadto na wio­snę nasza młoda pani Louise z Beau­mont zdra­dzała pierw­sze objawy drą­żą­cej ją cho­roby, tej samej, która zabrała jej poprzed­niczkę dwa lata wcze­śniej.

W Wiel­ka­noc hra­bia upił się ponad wszel­kie gra­nice roz­sądku, ale tym razem nie udało mu się wznieść ze stanu pod­chmie­lo­nej eufo­rii na wyżyny pijac­kiej rado­ści. Różne zda­rze­nia miały miej­sce – opo­wiada dalej kro­ni­karz w spo­sób raczej zawo­alo­wany – na przy­kład któ­rejś nocy hra­bia roz­trza­skał sześć dro­go­cen­nych pucha­rów, rodzin­nych pamią­tek; cisnął tymi wspa­nia­łymi przed­mio­tami w słu­żą­cych, karząc ich za jakiś błąd, któ­rego istota nie była jasna. Były obra­że­nia, polała się krew. Hra­bia odpo­ku­to­wał swój błąd nie­usta­ją­cymi cichymi modli­twami i postem, ale odłam­ków strza­ska­nych kie­li­chów nie dało się już połą­czyć – wciąż mam je w swoim posia­da­niu. Co się stało, to się nie odsta­nie i nie ma od tego odwrotu”.

Claude pisze rów­nież co nastę­puje:

„Wcze­snym latem, pod­czas zbio­rów jęcz­mie­nia, padło podej­rze­nie na jed­nego z Żydów. Ska­zano go na śmierć w wyniku jego gor­li­wych zapew­nień o wła­snej nie­win­no­ści. Akt spa­le­nia tego Żyda mógł posłu­żyć do roz­wia­nia obaw i nastroju przy­gnę­bie­nia, które opa­no­wały nas na wio­snę, ale stało się tak, że Żyd, kiedy już pło­nął, zdo­łał zepsuć wszystko, rzu­ca­jąc ze stosu na hra­biego Guil­laume’a strasz­liwą żydow­ską klą­twę. Do tego okrop­nego incy­dentu doszło w obec­no­ści wszyst­kich domow­ni­ków, począw­szy od cho­rej pani, a skoń­czyw­szy na naj­ciem­niej­szych dziew­kach słu­żeb­nych. Oczy­wi­ście nie dało się uka­rać nie­szczę­śnika za jego klą­twy: już taka Żydów natura, że można ich spa­lić tylko raz.

W ciągu lata zdro­wie naszej pani pogor­szyło się, toteż stała już nad gro­bem. Nawet miłość nie na wiele się zda bez łaski. Był to żało­sny widok. Tak wiel­kie były jej cier­pie­nia, tak gło­śne jej krzyki po nocach, że w końcu hra­bia musiał zamknąć w wieży ów naj­wdzięcz­niej­szy kwiat ze swo­jego ogrodu. Syn Boży był tak potulny i pokorny, kiedy przyj­mo­wał na sie­bie nasze cier­pie­nia, aby­śmy wie­dzieli i pamię­tali, że naj­wspa­nial­sze zbiory są wtedy, gdy bez­li­to­sna kosa ścina naj­de­li­kat­niej­szy na całym Bożym świe­cie plon, i to był dla nas znak. Hra­bia roz­ka­zał, by dniem i nocą odpra­wiano modli­tewne czu­wa­nie przed celą naszej cho­rej pani.

Nasza pani była mło­dziutka, a jej blada twarz zawsze wyra­żała jakby zdzi­wie­nie. Miała deli­katne członki, a jej ciało wyglą­dało jak prze­zro­czy­ste, jakby skła­dała się z ducha, a nie ze sta­łej mate­rii. Z dnia na dzień nikła w naszych oczach. Cza­sem sły­sze­li­śmy jej śpiew, cza­sem pod­no­si­li­śmy ukrad­kiem jej prze­siąk­niętą łzami chu­s­teczkę, a we wcze­snych godzi­nach ran­nych sły­sze­li­śmy, jak wzywa Pannę Prze­naj­święt­szą. Potem jej mil­cze­nie prze­szy­wało powie­trze. W tych dniach sytu­acja w majątku stała się jesz­cze poważ­niej­sza. Wie­rzy­ciele się­gali po broń i nawet chłop­stwo mam­ro­tało pod nosem o bun­cie.

W naszych kom­na­tach uci­chły wszel­kie roz­mowy. Nasza pani była tak deli­katna i blada, że klę­cząc u stóp krzyża, wydała nam się samą Panną Świętą. Migo­tała i gasła. Tym­cza­sem hra­bia pogrą­żył się w mil­cze­niu i kupo­wał jedy­nie coraz wię­cej raso­wych koni – sta­now­czo zbyt dużo jak na potrzeby pól i win­nic. Pła­cił za nie poła­ciami lasów i sadów, ponie­waż pie­nią­dze, które poży­czy­li­śmy, zostały stop­niowo prze­je­dzone.

Pew­nego wcze­snego ranka nasza pani usły­szała nagle deli­katny dźwięk dzwo­nów w wiej­skim kościele. Wysu­nęła swą złotą głowę przez kraty, a kiedy słońce wstało, zna­le­ziono ją już mar­twą na łonie Zba­wi­ciela. Wciąż trzy­mam w swoim pokoju w skrzyni jej san­dały razem z dwiema malut­kimi bran­so­let­kami i zie­lo­nym krzy­żem z pereł, ist­nym cac­kiem, które nosiła na szyi”.

Ta kro­nika, pisana przez członka rodziny hra­biego, zawiera rów­nież pewne mętne prze­my­śle­nia, pogma­twane, pisane lichą i cha­otyczną łaciną. Warto w tym miej­scu zacy­to­wać nie­które z nich:

„Jeste­śmy zwią­zani z przed­mio­tami nie­oży­wio­nymi. Mię­dzy rze­czami przę­dzie nić pewien sekretny język zna­ków. Żaden liść nie spad­nie na zie­mię, jeżeli nie służy to jakie­muś celowi. Gdy czło­wiek o medy­tu­ją­cym cha­rak­te­rze, taki jak mój szla­chetny hra­bia Guil­laume de Touron, ode­rwie się choć na chwilę od sfery dzia­ła­nia, natych­miast ulega wpły­wowi sił nad­przy­ro­dzo­nych. A jeśli nie okaże się godny łaski, siły te opa­no­wują jego narządy jak nisz­cząca tru­ci­zna, nie­wi­dzialna, bez­bo­le­sna, lecz zabój­cza. Cier­pie­nie sze­ro­kich rów­nin palo­nych przez połu­dniowe słońce i ani śladu czło­wieka, który by rzu­cił cień. Zapa­chy przy­no­szone przez wiatr. Lasy, kojące a groźne. Może powab oce­anu. Albo deli­katna, gorzka cisza odle­głych gór. Przeto kiedy wiatr cich­nie pod wie­czór, męż­czy­zna w kwie­cie wieku, lep­szego uro­dze­nia, cza­sem nagle przy­sta­nie i skuli się, skuli się w sobie, nasłu­chu­jąc z całej mocy, a kiedy tak słu­cha, bez­u­stan­nie drę­czy swoją duszę.

 

Tak więc z tych przy­czyn i z innych, któ­rych nie da się wyra­zić sło­wami, Guil­laume de Touron wyru­szył do Ziemi Świę­tej, zde­cy­do­wany wziąć udział w jej wyzwo­le­niu i w ten spo­sób osią­gnąć spo­kój ducha”.

2

Pochy­lony w sio­dle jak zmę­czony myśliwy, z twa­rzą wykutą z gra­nitu, czaszką sze­roką i wielką, hra­bia pro­wa­dził swych ludzi przez zie­mie nad Roda­nem do mia­sta St. Etienne. Tam, w St. Etienne, zamie­rzał prze­rwać swoją podróż i zatrzy­mać się na dzień lub dwa. Claude Gar­bus przy­pusz­cza, że chciał spę­dzić jakiś czas w kate­drze na samot­nej modli­twie, pro­sić biskupa o bło­go­sła­wień­stwo dla wyprawy oraz kupić paszę i broń. Moż­liwe, że pla­no­wał rów­nież dobrać kilku ryce­rzy jako najem­ni­ków. Drogi poza murami mia­sta naje­żone są nie­bez­pie­czeń­stwami; miecz musi toro­wać przej­ście dla sił łaski.

Hra­bia jechał na kla­czy Mistral. Tempo miał wciąż spa­ce­rowe. Nie było ono wyni­kiem waha­nia ani spo­koju, który ogar­nia czło­wieka po pod­ję­ciu decy­zji, lecz po pro­stu lek­kiego wznie­sie­nia drogi. Klacz Mistral była, tak jak jej pan, masyw­nym, sze­roko zbu­do­wa­nym stwo­rze­niem. Na pierw­szy rzut oka wyda­wała się koniem robo­czym: niczym nie można było jej roz­draż­nić, a to dzięki pew­nej uda­wa­nej, cechu­ją­cej wszyst­kie jej ruchy skrom­no­ści, podob­nej do wewnętrz­nego namy­słu – spo­koj­nej, roz­waż­nej, pra­wie świę­tosz­ko­wa­tej. Ale na drugi, dokład­niej­szy rzut oka, kiedy na przy­kład zauwa­żyło się jej kapry­śne maniery przy sio­dła­niu i roz­kul­ba­cza­niu, widać było wyraź­nie, że tak jak nie­moż­liwe było roz­bu­dze­nie jej, tak zupeł­nie i cał­ko­wi­cie nie­moż­liwe było zmu­sze­nie kla­czy Mistral do abso­lut­nego posłu­szeń­stwa.

Wszę­dzie zaś wyczu­wał, na rów­ni­nach i na wzgó­rzach, skra­da­jące się, łaszące się, wzmo­żone siły jesieni. Wzdłuż całej drogi towa­rzy­szyły wypra­wie zapa­chy win­nic. Przy­po­mi­nały nie­usta­jącą melo­dię, miękką, a jed­no­cze­śnie prze­ni­kliwą i upo­rczywą.

Wszę­dzie łatwo można było dostrzec oznaki suszy i rdzy na wino­ro­ślach. Na twa­rzach chło­pów malo­wała się niema, źle ukry­wana nie­chęć.

Nawet w cza­sach dobro­bytu te oko­lice rzadko spo­glą­dają mil­cząco w szare niebo: opry­skani bło­tem chłopi, gni­jące strze­chy, krzyże tak nie­zdarne jak wiara w tych rejo­nach, tępa i silna, rzędy czar­nych sto­gów, a o świ­cie i zmierz­chu dobiega z daleka dźwięk wiej­skich dzwo­nów, woła­ją­cych ze swych wnętrz do Zba­wi­ciela.

O zmierz­chu można było też dostrzec na nie­bie wyprę­żone w locie klu­cze potęż­nych pta­ków. I ich nagłe wrza­ski. Wszę­dzie nara­stały wyraźne oznaki cięż­kiej, gęstej rze­czy­wi­sto­ści – lub też, na drugi rzut oka, nie­znaczny ruch z jakichś nie­ja­snych przy­czyn.

Wszystko, nawet mil­czącą, zakło­po­taną ule­głość pulch­nych, wiej­skich dziew­cząt, które przy­sta­nęły, żeby zer­k­nąć z bez­piecz­nej odle­gło­ści na grupę jeźdź­ców, można było w pewien spo­sób dowol­nie inter­pre­to­wać.

Czy Guil­laume de Touron roz­wa­żał te moż­liwe inter­pre­ta­cje? Jeśli tak, to nie było tego po nim widać. Kilka zwię­złych słów jego komend świad­czyło o wewnętrz­nym dystan­sie. Wyglą­dał, jakby był pogrą­żony w pro­ble­mach logiki lub zajęty spraw­dza­niem ksiąg, które się nie zga­dzały. Claude, nasz kro­ni­karz, który czę­sto zauwa­żał mil­cze­nie swo­jego pana, skłonny był przy­pi­sy­wać mu abs­trak­cyjne roz­my­śla­nia lub ćwi­cze­nia duchowe. Krótko mówiąc, czuło się, że hra­bia pomi­jał cza­sem pyta­nia albo odpo­wia­dał nie­py­tany. „Chodź tu – mówił. – Postaw to tam. Teraz. Łap. Naprzód”.

Ci, któ­rzy sły­szeli te roz­kazy, wyobra­żali sobie łatwo, że wypo­wiada je czło­wiek, który bądź wła­śnie zasy­pia, bądź wal­czy, by otrzą­snąć się z głę­bo­kiego snu.

Nie­mniej czło­wiek ten oto­czył się chłod­nym nim­bem dosto­jeń­stwa, które nie wyma­gało ani wysiłku, ani pod­kre­śle­nia: silna, wro­dzona cecha, naka­zu­jąca strach i mil­cze­nie, nawet kiedy spał, sku­lony wilk.

Wro­dzona cecha. W kro­nice Claude’a można prze­czy­tać krótki opis wyglądu i zacho­wa­nia hra­biego na początku wyprawy, a także porów­na­nie, które – jak wszystko w jego kro­nice – jest raczej zbyt pochlebne:

„Mówiąc prawdę, hra­bia Guil­laume de Touron był nie tylko nad­zwy­czaj natu­ralny i spo­kojny w obej­ściu, lecz także wolny od wąt­pli­wo­ści i pod­nie­ce­nia. Był jak łagodny potok, wędru­jący cicho pośród łąk na rów­ni­nie. Pły­nie pogod­nie i leni­wie, ni­gdy nie pod­my­wa­jąc swo­ich brze­gów ani nie two­rząc fal lub piany, wszystko jed­nak, co znaj­dzie się w jego prą­dzie, uno­szone jest przez siłę, która nie jest ani przy­ja­zna, ani też bojaź­liwa: spo­kojny, nie­ustę­pliwy stru­mień”.

3

O zmierz­chu trze­ciego dnia podróży grupa wier­nych dotarła do bram St. Etienne. Przy rogatce wrę­czyli ofi­ce­rowi broń, zapła­cili wszel­kie należ­no­ści świec­kie i kościelne, pod­dali się rewi­zji oso­bi­stej z rąk straży, która szu­kała wśród nich ułom­nego Żyda, aż wresz­cie księ­ciu i jego ludziom zezwo­lono na wjazd do mia­sta. Nie­uczeni wie­śniacy szar­pali i gryźli swoje brody na widok takiej mno­go­ści kobiet, księży, kup­ców i towa­rów.

Na dzie­dzińcu za przy­tuł­kiem Naj­święt­szego Serca Jezusa Guil­laume de Touron prze­pro­wa­dził inspek­cję swo­ich ludzi. Kazał dobrze nakar­mić konie oraz usta­no­wić warty nad dobyt­kiem i zwie­rzę­tami, roz­dzie­lił po dwie sztuki sre­bra na głowę i pozwo­lił ludziom rozejść się po mie­ście aż do wschodu słońca następ­nego dnia, „aby mogli kobie­tami i napit­kiem zaspo­koić swoje potrzeby, a także oczy­ścić swoje dusze modli­twą”.

Sam hra­bia po krót­kim waha­niu zde­cy­do­wał się naj­pierw skie­ro­wać swoje kroki do kate­dry. Nade wszystko pra­gnął spo­koju ducha. Jak to się czę­sto zda­rza ludziom szu­ka­ją­cym cze­goś o nie­zna­nym im bli­żej cha­rak­te­rze, czuł pew­nego rodzaju fizyczny nie­po­kój, jakby jego ciało bun­to­wało się prze­ciwko duszy i bru­kało ją złymi opa­rami. Ciało miał silne, masywne i zwarte, głowę pochy­loną lekko do przodu, jak gdyby cię­żar tego świata przy­tła­czał go bar­dziej ani­żeli ciżbą zwy­kłych wier­nych.

W dro­dze do kate­dry zaczął roz­my­ślać nad naturą śmierci obu swo­ich żon, tak dru­giej, jak i pierw­szej. Roz­wa­żał postaci, jakie przy­brała śmierć, zupeł­nie jak czło­wiek przy­glą­da­jący się w zimie kształ­tom sopli. Nie czuł żalu po stra­cie tych kobiet, ani dru­giej, ani pierw­szej, bo żadna z nich nie obda­rzyła go synem i dzie­dzi­cem. Dostrze­gał jed­nak cał­kiem wyraź­nie, że ich śmierć była począt­kiem jego wła­snej. Wyobra­żał sobie swoją śmierć jako odle­głe miej­sce, do któ­rego trzeba dojść, być może wspi­na­jąc się lub prze­dzie­ra­jąc się siłą, wciąż więc ślepo i upar­cie łączył ze sobą słowa: „zba­wić”, „być zba­wio­nym”, „roz­nie­cić ogień”, „spło­nąć”. Każ­dego lata, pra­wie dzień po dniu, czuł, jak krew sty­gnie mu w żyłach. Z nie­zro­zu­mia­łych dla sie­bie przy­czyn po cichu tęsk­nił za pro­stymi żywio­łami – świa­tłem, cie­płem, pia­skiem, ogniem, wia­trem.

Tym­cza­sem Claude Gar­bus zaszedł na kra­niec mia­sta do domu o złej sła­wie. Zna­lazł kobietę lek­kich oby­cza­jów, ubrał ją w swoje odzie­nie, owi­nął płasz­czem i wrę­czył jej szty­let. Potem wycią­gnął się na ziemi, żeby mogła po nim dep­tać, i bła­gał o tor­tury. Kiedy tak się z nią moco­wał, zro­szony potem, wrzesz­czał i śmiał się, pła­kał i gadał nie­ustan­nie. W cha­otycz­nej rela­cji, którą uło­żył tej samej nocy w swo­jej celi w przy­tułku Naj­święt­szego Serca Jezusa, nie upaja się szcze­gó­łami swego grze­chu, ale ogra­ni­cza się do entu­zja­stycz­nego opisu wiecz­nej potęgi łaski. Czyż słońce nie jest łaskawe, pozwa­la­jąc swoim pro­mie­niom odbi­jać się nawet w kału­żach błota?

Zacny biskup St. Etienne, mały, kor­pu­lentny, pro­sty czło­wiek, sie­dział nie­ru­chomo w gabi­ne­cie, przy­pa­tru­jąc się swoim rękom wycią­gnię­tym na stole, a może przy­pa­tru­jąc się samemu sto­łowi, i uważ­nie prze­żu­wał jedze­nie. Wyraz twa­rzy Guil­laume’a de Touron, gdy ten nagle wkro­czył do gabi­netu, na poły tara­su­jąc wej­ście swoim ciel­skiem, był – jak to biskup póź­niej opi­sał w swoim dzien­niku – „zmą­cony w spo­sób, który suge­ro­wał bądź roz­tar­gnie­nie, bądź sku­pie­nie, dwa stany umy­słu, które trud­niej jest odróż­nić przez ich zewnętrzne oznaki, niż to się na ogół wydaje”.

Po mszy biskup i jego gość zasie­dli do posiłku. Pozwo­lili sobie na małą szkla­neczkę trunku, po czym zamknęli się razem w biblio­tece. Blask dzie­się­ciu wiel­kich świec osa­dzo­nych w mie­dzia­nych świecz­ni­kach ryso­wał zawiłe wzory na ich twa­rzach, na powy­gi­na­nych kon­tu­rach przed­mio­tów w pokoju. Wyol­brzy­miał każdy ruch i prze­kła­dał go na język posęp­nych cieni. Biskup i jego gość prze­pro­wa­dzili tutaj krótką roz­mowę, która doty­czyła zna­cze­nia pokory, Mia­sta Bożego, koni i psów, tru­dów podróży i szans jej powo­dze­nia, Żydów, cen lasów oraz róż­no­rod­no­ści zna­ków i dzi­wów.

Hra­bia rychło zamilkł i biskup St. Etienne sam pod­trzy­my­wał roz­mowę. Jak czy­tamy w jego dzien­niku, pisa­nym sta­ranną łaciną, biskup był „ocza­ro­wany rozu­mem i bar­dzo uprzej­mym, choć nie­zwy­kle powścią­gli­wym zain­te­re­so­wa­niem” oka­za­nym mu przez gościa.

Wresz­cie dobrze już po pół­nocy, przy słab­ną­cym świe­tle świec hra­bia Guil­laume de Touron popro­sił biskupa St. Etienne o roz­grze­sze­nie i otrzy­mał je. Biskup prze­ka­zał rów­nież gościowi kilka poży­tecz­nych uwag o sta­nie dróg, prze­myśl­no­ści dia­bła i for­te­lach, dzięki któ­rym można go oszu­kać, źró­dłach świę­tej rzeki Jor­dan i Morza Gali­lej­skiego, zło­cie Żydów, ohyd­nych czy­nach Gre­ków i spo­so­bach na uchro­nie­nie się przed nimi. Była to godzina zagad­ko­wego mil­cze­nia. Wśród tego mil­cze­nia roz­legł się lekki sze­lest, jakby w kate­drze znaj­do­wał się jesz­cze ktoś, noszący w zana­drzu inne zamiary.

Gość wrę­czył słu­dze Bożemu daninę na potrzeby Kościoła. Póź­niej się poże­gnał. Wyru­szył w cie­płą ciem­ność, w kró­le­stwo nocy.

Zanim biskup udał się cno­tli­wie na spo­czy­nek, uznał za konieczne dopi­sać w swoim dzien­niku kilka lini­jek, które bio­rąc nawet pod uwagę późną porę, przy­brały formę nie­zwy­kłego spo­strze­że­nia.

„W tej chwili jestem gotów przy­siąc – pisze pobożny duchowny – że ten czło­wiek nie wypo­wie­dział wię­cej niż sto słów w ciągu czte­rech godzin spę­dzo­nych ze mną w tym świę­tym przy­bytku. To nie­sły­chane, pra­wie nie­mą­dre, że nie zwró­ci­li­śmy uwagi na tę nie­zwy­kłą ciszę, dopóki nie poże­gnał się i wyszedł. Udało mu się cał­ko­wi­cie ukryć swoje mil­cze­nie. Po raz pierw­szy od czasu, kiedy poszli­śmy za gło­sem powo­ła­nia – biskup pisał w zdu­mie­niu – dali­śmy roz­grze­sze­nie chrze­ści­ja­ni­nowi, a nawet pobło­go­sła­wi­li­śmy jego podróż, nie uświa­da­mia­jąc mu, że powi­nien wyznać cho­ciaż jeden drobny grzech z tych wszyst­kich, któ­rych na nie­szczę­ście pełno na tym świe­cie. Co gor­sza, nawet po odej­ściu hra­biego Guil­laume’a de Touron nie pozna­li­śmy przy­czyn tej arcy­dziw­nej i podej­rza­nej tajem­ni­czo­ści, z jaką potrak­to­wał nas ten czło­wiek. Rzecz jasna, nie mogli­śmy biec za nim i szu­kać go w ciem­no­ściach. Zobo­wią­zani zatem jeste­śmy, nawet post even­tum, oddać bez reszty pełną spra­wie­dli­wość i skon­sta­to­wać niniej­szym, że według wszel­kiego praw­do­po­do­bień­stwa zosta­li­śmy oszu­kani pod­stęp­nie, w spo­sób wyra­cho­wany i wyjąt­kowo nie­chrze­ści­jań­ski.

Z dru­giej zaś strony jeste­śmy rów­nie zobo­wią­zani egze­kwo­wać prawo łaski i stwier­dzić niniej­szym, że jego mil­cze­nie, na równi z innymi nie­wąt­pli­wymi ozna­kami cier­pie­nia, które jak nam się wydaje, zauwa­ży­li­śmy w obej­ściu Guil­laume’a de Touron, może być wytłu­ma­czone jako objaw pokory i ducho­wego cier­pie­nia. A czyż te dwie cechy, pokora i cier­pie­nie – tak oto biskup St. Etienne poboż­nie pod­su­mo­wał swój zapis w dzien­niku – nie są nie­zwy­kłymi chrze­ści­jań­skimi cno­tami? Niech Bóg się nad nami zli­tuje”.