Dziedzictwo krwi

Tekst
Z serii: Fantasy
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

9

W oknach chy­lą­cego się ku ruinie szynku było ciemno. Jedyne świa­tło pocho­dziło z drżą­cych pło­mieni ogar­ków roz­sta­wio­nych tu i ówdzie na sto­łach. Pęk­nięty drew­niany szyld nad wej­ściem gło­sił, że Ram­son stoi przed Gawrą Sza­rego Niedź­wie­dzia. Zatrzy­mał się jesz­cze przy drzwiach, żeby dotknąć szty­letu, który wła­śnie ukradł, po czym wkro­czył na skrzy­piące deski pod­łogi.

Naj­wyż­szy czas ścią­gnąć stare długi.

Minęła dobra chwila, nim jego oczy przy­wy­kły do mroku i doj­rzał poje­dyn­czych gości pochy­lo­nych nad swo­imi kuflami i roz­ma­wia­ją­cych ści­szo­nymi gło­sami. Było coś zło­wiesz­czego nawet w pło­mie­niach liżą­cych mosiężne kraty kominka i brzę­ka­ją­cych kub­kach.

Kilku się odwró­ciło, żeby zlu­stro­wać wzro­kiem jego nowy strój – przed chwilą nabył go sobie na jed­nym z oko­licz­nych stra­ga­nów, za darmo i bez wie­dzy sprze­dawcy. Zwy­kła tunika, czarna kami­zelka, szare spodnie, ofi­cerki, a na to wszystko przy­jemne cyri­lyj­skie futro. Pre­zen­to­wał się w tym ubra­niu jak ide­alny klient tego typu lokalu – ele­gancki, zadbany i zupeł­nie nie do zapa­mię­ta­nia.

Obrzu­cił wzro­kiem wnę­trze spe­luny. Tylko wytrawne oko potra­fiło zauwa­żyć na ścia­nie w mroku tablicę, gdzie wisiały ogło­sze­nia o wynaj­mie powi­no­wa­tych, wąskie schody przy ladzie z krzy­wym napi­sem „Rezer­wa­cja” i butelkę z zie­lon­kawą dejs’woszką scho­waną wśród rzę­dów trun­ków na tyl­nej półce. Nie był to zwy­kły szynk. Była to melina, w któ­rej han­dlo­wano powi­no­wa­tymi.

Ram­son pod­szedł do baru i usiadł zwin­nie na stołku, cho­wa­jąc się nieco za kosz­tow­nie wyglą­da­jący samo­war. Nie­spiesz­nie pod­szedł do niego bar­man. Roz­mia­rami przy­po­mi­nał raczej niedź­wie­dzia z wielką szarą brodą, która uro­sła zapewne od tych wszyst­kich tajem­nic, jakich się nasłu­chał w naj­bar­dziej nie­sław­nym lokalu w Cyri­lii. Choć miał na sobie far­tuch powa­lany tłusz­czem i róż­no­ko­lo­ro­wymi trun­kami, to gdy pole­ro­wał kie­li­szek, trudno było nie zauwa­żyć na jego palcu zło­tego pier­ście­nia.

– Witam w skrom­nych pro­gach mojego szynku, szla­chetny mesy­rze. Igor, do usług.

– Jakże się cie­szę, że cię widzę, dobry panie. Zapew­niam cię, że cała przy­jem­ność… po mojej stro­nie. – Ram­son uniósł nieco głowę.

Igor o mało nie upu­ścił pole­ro­wa­nego kie­liszka.

– A niech cię dia­bli, stary – wymam­ro­tał, natych­miast prze­cho­dząc na pro­stacki język niż­szych sfer.

– Raczej ja ich – popra­wił go przy­były, po czym mach­nął pal­cami. – Dawaj brandy. I nie waż mi się lać tego taniego gówna.

Igor schy­lił się lekko, żeby zaj­rzeć Ram­so­nowi w twarz.

– To naprawdę ty. Tak się zasta­na­wia­łem, kiedy wró­cisz.

– Pew­nie raczej czy wrócę.

Bar­man roze­śmiał się niskim, war­ko­tli­wym śmie­chem.

– Też prawda. Wie­ści poszły po całym cho­ler­nym impe­rium. Ale naro­bi­łeś bała­ganu, Zło­to­usty. – Obró­cił się, żeby się­gnąć na jedną z pó­łek za barem. Roz­legł się gło­śny brzęk, potem odgłos nale­wa­nia trunku.

Ram­son patrzył na wiel­kie plecy szyn­ka­rza.

– Wła­śnie po sobie sprzą­tam, Igor. Zapłacą za to ci, któ­rzy mnie zdra­dzili. – Wysu­nął szty­let. – Ale na wszystko przyj­dzie czas. Na razie przy­sze­dłem ścią­gnąć dług.

Bar­man się odwró­cił, trzy­ma­jąc mocno szklankę i butelkę bre­goń­skiej brandy. W jego ponure spoj­rze­nie wsą­czył się nie­po­kój.

– Słu­chaj, Zło­to­usty. Inte­resy idą słabo, sam wiesz. Ten cały Michaj­łow cho­ruje, gospo­darka leci na łeb na szyję. – Prze­tarł wierz­chem dłoni łyse czoło i wska­zał głową tablicę na tyłach sali. Pano­wał na niej chaos papier­ków poprzy­cze­pia­nych jeden na dru­gim, nie­które miały nawet dość pobieżne rysunki. – Sprze­daż nam nie idzie.

Ram­son rzu­cił tam okiem. „Powi­no­waci do wyna­ję­cia” gło­sił napis, ale dla wta­jem­ni­czo­nych było oczy­wi­ste, że tak naprawdę cho­dzi o powi­no­wa­tych imi­gran­tów, któ­rych kon­trakty można kupić.

– Nie chcę two­ich pie­nię­dzy. Chcę infor­ma­cji.

– Aa. – Ramiona Igora opa­dły z ulgą i posta­wił przed Ram­so­nem szklankę pełną brandy. – Sam wiesz, że moje infor­ma­cje są warte wię­cej niż moje złote liście. – Urwał, jego wzrok prze­su­nął się na ciemną klatkę scho­dową za barem. – Może lepiej będzie poga­dać na osob­no­ści w pokoju na górze.

Ram­son wstał i zabrał swoją szklankę.

Igor się zawa­hał.

– Zaraz tam przyjdę. Mam do obsłu­że­nia jesz­cze kilka sto­li­ków, naleję sobie cze­goś do picia i już jestem do two­jej dys­po­zy­cji. Będę za minutkę.

– Nie spiesz się. Tra­fię.

Do sali prze­zna­czo­nej do rezer­wa­cji pro­wa­dziła wąska klatka scho­dowa o kamien­nych ścia­nach. Ram­son wspiął się po stop­niach i pchnął drew­niane drzwi pokoju oświe­tlo­nego świe­cami, sta­ran­nie ume­blo­wa­nego, z czer­wo­nymi, aksa­mit­nymi oto­ma­nami i dro­gim dębo­wym sto­łem. Zare­je­stro­wał sto­jące na pół­kach w głębi sali butelki z dejs’woszką. Poły­ski­wały zie­lon­kawo w bla­sku świec.

Wypchnął z umy­słu nie­po­trzebne myśli i uniósł szklankę, napa­wa­jąc się moc­nym zapa­chem trunku, po czym upił łyk. Igor go nie oszu­kał. To była praw­dziwa brandy z Bre­gonu, inten­syw­nie gorzka i sub­tel­nie słodka zara­zem, z różaną nutą i cytru­so­wym aro­ma­tem, który roz­kwi­tał na pod­nie­bie­niu i zosta­wiał przy­jemny posmak.

Na scho­dach roz­le­gły się kroki i po chwili do pokoju wszedł Igor z kuflami w dło­niach. Sta­ran­nie zamknął za sobą drzwi.

Ram­son cze­kał na zna­jomy chrzęst w zamku. Kon­wer­sa­cje tutaj ni­gdy nie odby­wały się przy drzwiach nie­za­mknię­tych na klucz.

Kiedy nie usły­szał tego dźwięku, spiął się czuj­nie.

Igor wes­tchnął gło­śno i odsta­wił naczy­nia na stół, po czym padł na jedną z oto­man. Na jego twa­rzy zatań­czyły cie­nie od ognia z kominka.

– Straż­nicy w wię­zie­niu nie zdo­łali wybić z cie­bie hartu ducha. Widać, że zdrowy jesteś jak tur, może tylko tro­chę bled­szy. Ile to będzie, cztery księ­życe?

– Trzy księ­życe i dwa­dzie­ścia jeden dni. Liczy­łem. – Ram­son roz­ło­żył się na wygod­nej aksa­mit­nej oto­ma­nie niczym kot wygrze­wa­jący się w słońcu i obser­wo­wał Igora spod przy­mknię­tych powiek. – Takich trun­ków nie ser­wują w wię­zie­niu.

– No ba. – Igor uniósł swój kufel. – Kosz­to­wało to parę zło­tych.

– Cho­dzą słu­chy, że wisisz mi nieco wię­cej niż parę zło­tych. – Ram­son pochy­lił się do przodu, jakby nagle zapo­mniał o brandy i zamiast niej roz­ko­szo­wał się paniką na twa­rzy roz­mówcy. – Wiem, że mnie wsy­pa­łeś. Nie rób takiej żało­snej miny, stary. Bądź męż­czy­zną i cho­ciaż się nie wypie­raj.

Tak naprawdę Ram­son strze­lał, ale była to jego naj­lep­sza hipo­teza. Kiedy Białe Pele­ryny aresz­to­wały go pod zarzu­tem zdrady stanu, zamie­rzał wła­śnie noco­wać w szynku Igora. Potem spę­dził kilka księ­ży­ców w wię­zie­niu na sta­ran­nym ana­li­zo­wa­niu swo­jej siatki kon­tak­tów, aż w końcu doszedł do takich wnio­sków: to Igor go wsy­pał, choć odwa­lał tylko brudną robotę za kogoś innego. Kogoś bli­żej Ker­lana, kto miał infor­ma­cje o jego misji.

Bar­man popa­try­wał ner­wowo na drzwi. Otarł pot z twa­rzy, wyma­zu­jąc przy oka­zji tłusz­czem czoło.

– Ram­son, przy­ja­cielu, musisz wie­dzieć…

– Komu przy­ja­ciel, temu przy­ja­ciel. – Zło­to­usty wal­nął pię­ścią w stół, w końcu pozwa­la­jąc sobie na oka­za­nie ułamka zło­ści, która buzo­wała w nim, gdy gnił w wię­zie­niu. – Jeśli chcesz żyć, powiesz mi teraz, dla­czego to zro­bi­łeś i kto cię do tego zmu­sił.

– T-ten facet kie­dyś pra­co­wał na cesar­skim dwo­rze. – Oddech Igora stał się tak płytki, że wyda­wało się, że zaraz zemdleje. – Zro­zum, R-Ram­son…

– Nie ma tu niczego do rozu­mie­nia: zdrada to zdrada.

– Prze­cież mia­łeś zamor­do­wać cesa­rza! – nie wytrzy­mał tam­ten. – Na Bóstwa, to od początku była stra­ceń­cza misja!

Ram­son mil­czał. W Wodo­grz­mo­tach Ducha bez końca zada­wał sobie to pyta­nie i wła­ści­wie ni­gdy nie udało mu się zna­leźć na nie odpo­wie­dzi: dla­czego naj­więk­szy baron świata prze­stęp­czego całego impe­rium chciał zamor­do­wać cesa­rza Łukę Michaj­łowa?

Pamię­tał burzę tam­tej nocy, deszcz sma­ga­jący z furią okna. Mały, krzywy uśmie­szek Ker­lana, jego pro­ste słowa, jakby pro­sił Ram­sona o przy­nie­sie­nie mu barsz­czu na kola­cję.

On od razu wie­dział, że to osta­teczny test. Jeśli mu się uda, Ker­lan wyzna­czy go na swo­jego dzie­dzica, raz na zawsze prze­ka­zu­jąc mu peł­nię wła­dzy. Wszystko, czego kie­dy­kol­wiek pra­gnął w życiu, zale­żało więc od tej jed­nej misji.

Zapo­mniał jed­nak, że kiedy sta­wia się wszystko na jedną kartę, można też wiele stra­cić.

A on prze­grał.

Być może zresztą wpad­nię­cie w łap­ska cesar­skiej straży było losem łagod­niej­szym niż śmierć z rąk Ker­lana.

– Byłem zastępcą szefa – wark­nął. – Powie­rzył mi wszystko. Ale był jakiś prze­ciek. Dowiem się, jak do niego doszło, i znisz­czę wszyst­kich, któ­rzy się do tego przy­czy­nili, od cie­bie poczy­na­jąc.

– Ram­son, pro­szę…

– Zamknij się, do cho­lery. Nie zno­szę takich tchó­rzy bez krę­go­słupa. – Zło­to­usty roz­ło­żył ręce na wypo­le­ro­wa­nym dębo­wym bla­cie. Jego głos przy­po­mi­nał niskie war­cze­nie, gdy powie­dział: – Oddy­chasz jesz­cze tylko dla­tego, że cze­goś od cie­bie potrze­buję. Potrze­buję jego imie­nia i nazwi­ska.

– Pie­tro Tecy­jew. – Zabrzmiało to jak cichy jęk. – Przy­szedł tu pytać o cie­bie i zapła­cił mi pokaźną sumę, żebym cię wsy­pał, kiedy przyj­dziesz do mojego szynku. A tydzień póź­niej przy­sze­dłeś. – Małe usta Igora poru­szały się zadzi­wia­jąco szybko. Wpa­try­wał się w Ram­sona bła­gal­nie. – Nic wię­cej nie wiem. Przy­się­gam, stary. A suma była naprawdę duża.

 

– Pie­tro Tecy­jew. – Ram­son powtó­rzył imię i nazwi­sko. Nie wyda­wały się zna­jome. – Co to za jeden i gdzie mogę go zna­leźć?

– Pra­cuje dla Ker­lana. Przy­rzą­dza mu dejs’woszkę. Facet zni­kąd, z prze­szło­ścią mrocz­niej­szą niż naj­brud­niej­szy skra­wek mojej pode­szwy.

– Hmm. – Zło­to­usty odchy­lił się, upił znów łyk brandy, obli­zał wargi.

Igor obser­wo­wał każdy jego ruch, nie spusz­czał z niego załza­wio­nych oczu. To, że Ram­son wró­cił do swo­jego trunku, chyba nieco go uspo­ko­iło, bo zro­bił słu­żal­czą minę.

– W takim razie będę musiał wybrać się do Nowo­myń­ska – stwier­dził gość.

– Do Nowo­myń­ska? Ale to tery­to­rium Ker­lana! – Fał­szywa tro­ska Igora była tym więk­sza, że wyraź­nie mu ulżyło. – Myślisz… myślisz, że Ker­lan wyba­czy ci zła­ma­nie Inte­resu?

Ram­son sączył brandy, roz­ko­szu­jąc się zna­jo­mym sma­kiem. Teraz czas na praw­dziwe przed­sta­wie­nie.

– Ależ będzie mnie bła­gał, żebym wró­cił. Prze­cież nie wyczoł­ga­łem się z tej dziury z pustymi rękami. Zła­ma­łem tam­ten Inte­res, ale teraz mam dla niego coś o wiele lep­szego. – Zamilkł dla więk­szego efektu. – Poten­cjal­nego nowego sojusz­nika.

Usta Igora roz­chy­liły się lekko i Ram­son nie­mal widział, jak bar­man usi­łuje wybrać jedno z mnó­stwa pytań, które kłę­biły się w jego gło­wie. W końcu zwy­cię­żyły cie­ka­wość i pazer­ność, a jego zmarsz­czona twarz się roz­pro­mie­niła.

– Kogo?

– Naj­po­tęż­niej­szego powi­no­wa­tego w całym impe­rium.

Igor nagle rozej­rzał się po pomiesz­cze­niu, jakby się bał, że rze­czony powi­no­waty wysko­czy na niego zza regału.

– Gdzie…?

– Czeka na mnie za rogiem. To powi­no­wata mięsa. Jed­nym pstryk­nię­ciem pal­ców powala pię­ciu żoł­nie­rzy. – Powścią­gnął uśmiech, a szczęka szyn­ka­rza opa­dła.

– Musi być warta for­tunę – szep­nął. – O Bóstwa, nic dziw­nego, że Ker­lan nie zatrud­nił jesz­cze nikogo na twoje miej­sce. Któż może się z tobą rów­nać.

Ram­son zacho­wał sobie tę infor­ma­cję na póź­niej. A teraz prych­nął.

– Pie­nią­dze. Tylko o tym myślisz – powie­dział, uno­sząc szklankę. – Kom­bi­nu­jesz, ile mógł­byś dostać za butelkę tego czy tam­tego. Dzie­sięć zło­tych liści? A nie pomy­śla­łeś, żeby zamiast tego zało­żyć dla Ker­lana win­nicę? Ile bute­lek brandy mógł­byś wypro­du­ko­wać? Ile setek tysięcy zło­tych miał­byś wtedy rocz­nie? – Ram­son jed­nym hau­stem dopił brandy i odsta­wił szklankę na stół. Stuk­nęła przy­jem­nie. – Trzeba mieć tro­chę ambi­cji, Igor, przy­ja­cielu.

Prawda była taka, że wła­śnie tę gadkę sprze­da­wał Ker­la­nowi za każ­dym razem, kiedy król prze­stęp­czego światka pro­po­no­wał mu udział w han­dlu żywym towa­rem. Odma­wiał, twier­dząc, że jego wyjąt­kowe umie­jęt­no­ści przy­niosą wię­cej korzy­ści gdzie indziej – w por­cie, w han­dlu bro­nią, w kasy­nach, wła­ści­wie gdzie­kol­wiek.

Tak naprawdę po pro­stu nie mógł znieść myśli o han­dlo­wa­niu ludźmi. Na uli­cach mijał zmu­szone do pracy powi­no­wate dzieci, widział ich usta zamknięte stra­chem, oczy słabo skry­wa­jące bła­ga­nie o pomoc. I za każ­dym razem widział w nich ducha przy­ja­ciela z dzie­ciń­stwa, któ­remu poprzy­siągł kie­dyś dozgonną wier­ność.

Może dla­tego Ker­lan wysłał go na samo­bój­czą misję, roz­ka­zu­jąc mu zamor­do­wać cesa­rza Cyri­lii. Być może wyczuł wąt­pli­wo­ści nara­sta­jące przez lata w piersi Ram­sona i chciał wysta­wić na próbę jego lojal­ność.

A on tej próby nie prze­szedł.

Prze­gnał te myśli, uśmiech wciąż igrał na jego ustach, gdy patrzył chłod­nym wzro­kiem na Igora. Bar­man zupeł­nie tego nie rozu­miał, ale Ram­son wła­śnie wyku­pił sobie ubez­pie­cze­nie. Igor sprzeda prze­cież te infor­ma­cje wszyst­kim han­dla­rzom nie­wol­ni­ków, jacy prze­winą się przez jego spe­lunę, a wia­do­mość o powro­cie Ram­sona – powro­cie z powi­no­watą mięsa – roz­nie­sie się niczym pożar. Nim Zło­to­usty dotrze do Nowo­myń­ska, Ala­ric Ker­lan będzie go już witał z otwar­tymi ramio­nami. To będzie wspa­niały Inte­res, dwie pie­cze­nie na jed­nym ogniu. Spraw­nym ruchem Ram­son prze­każe mu nazwi­sko swo­jego zdrajcy i pozna go z wiedźmą. Ker­lan na pewno przy­wróci go na sta­no­wi­sko swo­jego zastępcy w Zako­nie i znów odda pod jego wła­da­nie port Zło­to­wody.

Potrze­buje jesz­cze tylko odpo­wied­niej oka­zji, żeby się tam poja­wić. Żeby wziąć tego Pie­tra Tecy­jewa z zasko­cze­nia. Nie może prze­cież tak po pro­stu wpa­ro­wać na teren posia­dło­ści Ker­lana…

Wpa­ro­wać. Coś przy­szło mu do głowy.

Wpa­ro­wać może i nie powi­nien. Ale przyjść w parze?

– Igor, któ­rego dziś mamy?

Bar­man zamru­gał.

– Dwu­dzie­sty trze­ciego księ­życa. Jesieni – dodał zupeł­nie nie­po­trzeb­nie.

A więc za dzie­sięć dni roz­pocz­nie się zima.

Co roku pierw­szego dnia zimy całe Cesar­stwo Cyri­lyj­skie świę­to­wało hucz­nie Pierw­szy Śnieg. A w Nowo­myń­sku żadne przy­ję­cie nie dorów­ny­wało wspa­nia­łej zaba­wie w posia­dło­ści Ala­rica Ker­lana. Zapro­szona zosta­nie śmie­tanka mia­sta, wszy­scy, któ­rzy mają wła­dzę, pie­nią­dze i powią­za­nia z prze­stęp­czym świat­kiem.

I to wła­śnie będzie jego wspa­niałe wej­ście. Niech wszy­scy wro­go­wie dowie­dzą się od razu, że Ram­son Zło­to­usty wró­cił i roz­prawi się z każ­dym, kto kie­dy­kol­wiek sta­nął mu na dro­dze.

Na jego usta wró­cił uśmiech ostrzej­szy niż szty­let.

– Igo­rze, potrze­buję dwóch koni na drogę.

– Oczy­wi­ście, oczy­wi­ście. – Męż­czy­zna znowu spra­wiał wra­że­nie, jakby ogrom­nie mu ulżyło. – Mam dwie kla­cze, które mogę ci poży­czyć.

– Dobrze. – Ram­son już wsta­wał, lecz nagle o czymś sobie przy­po­mniał. – I jesz­cze jedno. – Wyło­żył na stół kawa­łek per­ga­minu. Stuk­nął pustą szklanką, sta­wia­jąc ją na jed­nym rogu zwoju, po czym prze­su­nął po nim pal­cem, żeby poka­zać bar­ma­nowi szkic łysego alche­mika o cien­kim nosie i wiel­kich sza­rych oczach. – Znasz może tego czło­wieka?

Igor zamarł.

– Żar­tu­jesz sobie?

– Ani myślę. Oświeć mnie.

Igor dźgnął szkic pal­cem, a gdy spoj­rzał na Ram­sona, jego twarz wykrzy­wił gry­mas nie­do­wie­rza­nia.

– Prze­cież to wła­śnie jest Pie­tro Tecy­jew.

10

Ramson musiał wpa­try­wać się w Igora przez całe pięć sekund, żeby usta­lić, czy szyn­karz nie kła­mie. Ale zdu­mie­nie na jego twa­rzy było rów­nie szczere jak to, które odczu­wał wła­śnie on sam.

O Igo­rze można było powie­dzieć wiele złego, ale kła­mać nie potra­fił. Był zbyt wiel­kim tchó­rzem. Wystar­czyło go dobrze przy­ci­snąć, a od razu zaczy­nał gadać.

– Wygląda dokład­nie jak on – jąkał się bar­man, wpa­tru­jąc się w szkic. – Ni­gdy nie zapo­mnę tej nocy, gdy sta­nął w moich drzwiach. Prze­mo­czony do suchej nitki, słowo daję, a walił pro­sto do mnie. Dziwny typ. Powie­dział, że pra­cuje w pałacu, poka­zy­wał jakieś papiery. Spy­tał, jak cię zwą i gdzie jesteś. – Urwał, uświa­do­miw­szy sobie, że chyba się znów pogrąża, po czym pospiesz­nie zmie­nił temat: – Nie­zły szkic.

Pyta­nia wybu­chły w gło­wie Ram­sona jak gwiazdy, ale sku­pił się na jed­nej myśli: mają z powi­no­watą wspól­nego wroga.

Wróg mojego wroga jest moim przy­ja­cie­lem.

Ten dzień sta­wał się coraz lep­szy. Wszystko, co Ram­son sobie dotąd zapla­no­wał – jego zdrajca, alche­mik oraz sprze­da­nie wiedźmy Ker­la­nowi – nastąpi w Nowo­myń­sku. Dwie pie­cze­nie na jed­nym ogniu to piękna rzecz, ale trzy pie­cze­nie na jed­nym ogniu to coś, co wywo­łuje Ram­sona Zło­to­ustego praw­dziwy uśmiech.

– Igor, stary przy­ja­cielu. Mia­łeś dziś dla mnie same wspa­niałe wie­ści.

Ulga szyn­ka­rza była wręcz nama­calna, gdy zro­bił długi wydech, jego ramiona się roz­luź­niły.

– Bóstwom niech będą dzięki, Zło­to­usty. Myśla­łem, że roz­szar­piesz mnie na strzępy za to, że… za to, że nie potra­fię trzy­mać gęby na kłódkę.

– Jeste­śmy kwita. – Ram­son wstał i prze­cią­gnął się. – Masz szczę­ście, że jestem dziś taki pobłaż­liwy.

Rechot Igora wypadł nieco drżąco. Znów obej­rzał się na drzwi.

– Wznie­śmy więc toast – zapro­po­no­wał, wsta­jąc i poda­jąc Ram­so­nowi jeden z dwóch wiel­kich kufli, które przy­niósł. – Za spła­cone długi i uczciwe inte­resy.

– Ależ dziś jesteś gościnny, Igo­rze. Zwy­kle z tru­dem wydu­szam z cie­bie jedno cie­niut­kie piwo. – Ram­son uniósł pole­ro­wany mosiężny kufel. – Za uczciwe słowa i uczci­wych ludzi. – Przy­tknął go do ust i cie­szył się aro­ma­tem cyri­lyj­skiego wina sło­necz­nego.

Igor jed­nym hau­stem opróż­nił pół swo­jego kufla. Zamru­gał, ponad kra­wę­dzią naczy­nia łypiąc okiem na Ram­sona.

Ten zro­bił głę­boki wydech. Powoli, odli­cza­jąc ude­rze­nia serca, opu­ścił naczy­nie. Uśmiech nie scho­dził z jego ust.

– To dla mnie praw­dziwy zaszczyt, że posta­no­wi­łeś wznieść ze mną toast praw­dziwym winem sło­necz­nym z Myr­koffu, stary przy­ja­cielu. – Urwał, prze­chy­lił głowę. – Choć wydaje mi się, że sma­ko­wa­łoby znacz­nie lepiej bez dodatku tru­ci­zny.

Brzęk.

Kufel Igora poto­czył się po pod­ło­dze, wino chlu­snęło na sta­ran­nie wypa­sto­wane klepki. Bar­man sko­czył za oto­manę, usta miał zaci­śnięte, twarz napiętą. Ram­son wyco­fał się w prze­ciw­le­gły kąt pokoju. W jed­nej ręce trzy­mał kufel, w dru­giej szty­let.

– Zapo­mnia­łem, jak dobrze się znasz na alko­holu – wark­nął szyn­karz.

– A ja zapo­mnia­łem, jak dobrze zgry­wasz głupka. Mało nie dałem się nabrać. – Taka była prawda. – Na kogo cze­kasz, Igo­rze?

– Nawet jeśli mnie zabi­jesz, ni­gdy się stąd nie wydo­sta­niesz. – Bar­man nie spusz­czał oczu ze szty­letu Ram­sona. – Gdy tylko Ker­lan usły­szał, że ucie­kłeś, wyzna­czył nagrodę za twoją głowę. Jak wsze­dłeś do knajpy, od razu posła­łem chło­paka do łow­ców głów. Moje zada­nie pole­gało tylko na tym, żeby cię tu zaba­wić, zanim dotrą na miej­sce.

Oczy­wi­ście wia­do­mość o tym, że uciekł z wię­zie­nia, już dotarła do Ker­lana. Ram­son nie zdzi­wiłby się, gdyby król pod­zie­mia miał w kie­szeni kilku straż­ni­ków w Wodo­grz­mo­tach Ducha.

Prze­chy­lił głowę. Czuł nara­sta­jące pło­mie­nie wście­kło­ści. Potra­fił je prze­mie­nić w zabój­czą broń. Tak, jak nauczył go tego Ker­lan.

– Na­dal mogę cię zabić, choćby tylko dla zabawy. I żeby popa­trzeć, jak się mio­tasz jak zarzy­nana świ­nia.

Krew odpły­nęła z twa­rzy Igora. Nagle wrza­snął:

– Ucieka!

Ram­son się odwró­cił, się­ga­jąc do drzwi, żeby je zary­glo­wać – za późno.

Otwo­rzyły się na oścież. Do środka wpa­dło dwóch najem­nych dra­bów i rzu­ciło się na niego z mie­czami.

Z całej siły rąb­nął jed­nego mosięż­nym kuflem. Tra­fił go w skroń, roz­legł się obie­cu­jący chrzęst. Męż­czy­zna krzyk­nął i zato­czył się do tyłu, dając Ram­so­nowi kilka sekund, któ­rych potrze­bo­wał.

Wysko­czył wysoko i zamach­nął się. Szty­let wbił się w pierś najem­nego mor­dercy, roz­ci­na­jąc ścię­gna i mię­śnie. W tej samej chwili Ram­son wyrwał z jego już zwiot­cza­łej dłoni miecz i odwró­cił się, żeby ode­przeć cios dru­giego łowcy głów.

Roz­legł się szczęk metalu, gdy spo­tkały się ich ostrza. Zło­to­usty stęk­nął i rzu­cił się w inną stronę. W drzwiach stał trzeci mor­derca. Ram­son odwró­cił się z mie­czem w dłoni, żeby spoj­rzeć na tam­tego, zlu­stro­wał syl­wetkę, ubra­nie i broń.

Ale nic nie mogło go przy­go­to­wać na to, co nastą­piło. Ból wybuchł naj­pierw w jego karku, prze­szył nerwy, potem koń­czyny aż po czubki pal­ców. Ujrzał gwiazdy i osu­nął się na pod­łogę.

– Jest wasz, chłopcy. – Igo­rowi rwał się oddech, gdy sia­dał przy stole. – Należy mi się coś eks­tra za to, że tak musia­łem wam pomóc. Wspo­mnij­cie o tym baro­nowi Ker­la­nowi.

Ram­son pró­bo­wał za wszelką cenę nie stra­cić przy­tom­no­ści, ale na gra­ni­cach jego pola widze­nia już poja­wiał się mrok. Był pra­wie pewien, że ktoś zakne­blo­wał mu usta, że wiążą mu nad­garstki. Dopiero kiedy zapa­dał się w ciem­ność, dotarło do niego, że Igor go prze­chy­trzył. Gdy inte­res wygląda zbyt dobrze, żeby był praw­dziwy, to pew­nie nie jest.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?