Diabli dykcjonarzTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Wprowadzenie. Mateusz Kopacz

DIABLI DYKCJONARZ. Ambrose Bierce

Przedmowa

A

B

C

D

E

F

G

H

I

J

K

L

Ł

M

N

O

P

R

S

Ś

T

U

W

X

Y

Z

Ż

Przypisy i uwagi do haseł. Opracował Mateusz Kopacz

Bibliografia. Opracował Mateusz Kopacz

Przypisy

Ambrose Bierce, Diabli dykcjonarz,

tłumaczenie Mateusz Kopacz, Kraków 2019

Edition by permission of The University of Georgia Press.

Polskie wydanie oparte jest na Ambrose Bierce, The Unabridged Devil’s Dictionary,

S.T. Joshi i David E. Schultz Athens (eds.), Georgia: The University of Georgia Press, 2002.

Copyright © for this edition by Korporacja Ha!art, 2019

Copyright © for Polish translation by Mateusz Kopacz, 2019

Redaktor prowadzący Piotr Marecki

Wstęp i opracowanie Mateusz Kopacz

Redakcja Adam Ladziński

Korekta Filip Matwiejczuk

Projekt okładki Michalina Mosurek

Projekt typograficzny Marcin Hernas

Skład i łamanie By Mouse | www.bymouse.pl

Tłumacz pragnie podziękować za pomoc: Gabrielowi Augustynowi, Wojciechowi Guni, Annie Hadale-Żołnik, Kindze Izdebskiej, S.T. Joshiemu oraz Donowi Swaimowi.

Wydanie I

ISBN 978-83-65739-91-9

Korporacja Ha!art

ul. Konarskiego 35/8, 30-049 Kraków

tel. 698 656 756

korporacja@ha.art.pl www.ha.art.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Wprowadzenie

MATEUSZ KOPACZ

Jeśli istniałby sposób na obliczenie średniej z charakterów wszystkich ludzi w każdym punkcie dziejów homo sapiens, przypuszczalnie otrzymalibyśmy prostą na stałym poziomie. Oczywiście, jak w każdej większej zbiorowości, niektóre jednostki w ten czy inny sposób odbiegają od normy. Jedni są altruistami, inni egoistami; jedni geniuszami, inni imbecylami; furiatami albo flegmatykami – ale syntetycznie historia ludzkości to powtarzana do znudzenia telenowela z rolami głównymi obsadzonymi zawsze przez tych samych aktorów. Wokół mogą wypiętrzać się góry, ruszać płyty tektoniczne, wysychać oceany, wybuchać wulkany; mogą szaleć przełomowe zmiany cywilizacyjne, powstawać wieżowce do troposfery, możemy podbijać kosmos, ale wydaje się, że my sami na długo pozostaniemy bez zmian: popędliwi i mściwi; naiwni i zazdrośni; chciwi i skłonni do zwad; opanowani żądzą sukcesu i ambicjami przerastającymi nasze możliwości; małostkowi i pamiętliwi; i boleśnie wręcz – bo na przekór wszelkim żywionymi przez nas ideałom – przewidywalni.

A przez to zabawni.

Idealistyczna część ludzkiego ja pragnie wierzyć, że historia czegoś nas uczy, że z roku na rok – jako cywilizacja i jako każde ego z osobna – stajemy się bardziej współczujący i mądrzejsi, przedkładamy dobro ogółu nad własne doraźne pragnienia. Tymczasem wciąż dziwimy się, dlaczego, mając za sobą okropne rzezie wojenne, brniemy w kolejny krwawy konflikt; dziwimy się, że spełnianie kolejnych marzeń życiowych nie przynosi nam ukojenia i prowadzi do wyznaczania kolejnych marzeń... które pragniemy zrealizować nawet kosztem bliźnich; wściekamy się, że inni nie przyklaskują naszym poglądom i doktrynom jako jedynym prawdom objawionym, by po wielu latach samemu dziwić się własnym dawnym przekonaniom (o ile uległy zmianie). Jesteśmy zadziwiająco regularni w swojej naiwności, w bezkrytycznym powtarzaniu błędów przeszłości i powtarzaniu, że nie powinniśmy powtarzać błędów przeszłości.

Dlaczego to wszystko jest zabawne, skoro powinno być tragiczne i smutne? Z prostego względu, o którym pisał m.in. Arthur Schopenhauer:

[...] niepokrywanie się poznania naocznego i abstrakcyjnego [...] jest jednak powodem bardzo osobliwego zjawiska [...]: mam na myśli śmiech. [...] Śmiech powstaje za każdym razem nie inaczej niż z powodu nagle uprzytomnionej rozbieżności między jakimś pojęciem i realnymi przedmiotami, które pomyślano sobie w jakimś związku, i sam jest tylko wyrazem tej rozbieżności. Uwidocznia się ona często dzięki temu, że dwa lub wiele realnych przedmiotów pomyślanych jest w jednym pojęciu i tożsamość ich zostaje na nie rozciągnięta, ale potem uderza całkowita ich różność pod innymi względami i widać, że pojęcie pasowało do nich tylko od jednej strony [...]. Każdy śmiech powstaje zatem z powodu jakiegoś paradoksalnego i dlatego nie oczekiwanego podporządkowania [...][1].

Biorąc pod uwagę powyższą – choć ujętą w sposób pokrętny, to jednak dość oczywistą – definicję, zapytajmy sami siebie: czy jest możliwe znaleźć szerszą i bardziej wymowną „rozbieżność między jakimś pojęciem i realnymi przedmiotami” niż tą uwidaczniającą się między wzniosłym postrzeganiem siebie i swojego miejsca w świecie przez człowieka a świadczącymi przeciw niemu wstydliwymi faktami? Wyobraźmy sobie dodatkowo sytuację, gdy zestawienia takich rozbieżności sporządza osobnik o wielkiej inteligencji, diabolicznie pogłębiający kontrasty i dokonujący tego z literackim kunsztem.

Taki jest właśnie Diabli dykcjonarz Ambrose’a Bierce’a, dzieło w sposób hasłowy, zwięzły i uporządkowany obnażające ludzkie słabości. Przewrotna encyklopedia upokorzenia homo sapiens. Kodyfikacja rzeczywistości człowieka na jego hańbę i poniżenie. Ale i uciechę. Bo w cywilizacji od zarania dziejów rodzili się sceptycy i cynicy, dla których dyshonor ludzkości stanowił słodkie potwierdzenie ich racji, w myśl której przyszło im żyć w najgorszym ze światów, na dodatek objętym w posiadanie przez szczególnie godną pogardy istotę: człowieka. Jeśli ktoś jest w stanie dostarczyć im na to wszystko dowodów, przyjmują je z triumfalną radością. Tylko niektórzy z nich zauważą, że to wynoszenie się ponad innych to kolejny przejaw podłej natury człowieka, którą wyśmiewają. Zabawnie jest analizować w ten psychologiczny sposób Diabli dykcjonarz – jako miecz obosieczny. Autor z pewnością zamierzał uderzać we wszystkie strony konfliktów. Nie oszczędzał nawet sobie podobnych. Później wrócę do tego zagadnienia.

Podkreślmy tymczasem, że dykcjonarz jest dziełem mącicielskim pod wieloma względami. Szczególnie interesujące, że dokonuje w umysłach podwójnego przewrotu. Wiemy już, że aby powstał śmiech, nieodzowne jest odpowiednie uzmysłowienie rozbieżności między pewnym pojęciem w umyśle a rzeczywistością. Każdy słownik objaśnia pewien wycinek – umówmy się, że obiektywnej – realności. Natomiast w przypadku dzieła Bierce’a definicje pozornie nie zgadzają się ze stanem uznawanym za faktyczny. Inicjalne dostrzeżenie tej niezgodności stanowi pierwszy przewrót koncepcyjny w naszych umysłach. Niedługo później dochodzi do przewrotu drugiego, gdy okazuje się, że definicje jednak spełniają swoją rolę: wyciągają na światło dzienne ukrytego w każdym z nas cynika, zawiedzionego idealistę, który pojmuje, że istotnie otrzymaliśmy objaśnienie rzeczywistości, tyle że antyidealistyczne – w zasadzie bliższe prawdzie panującej poza bańką naszych złudzeń.

 

Diabli dykcjonarz, jeśli użyć słów autora, przedstawia biografię „typowego człowieka, tego nieśmiertelnego osła”[2]. Kim zaś był jej twórca, Ambrose Bierce? Mimo że w swoich czasach miał status osoby nieanonimowej, znanej, zadziwiająco wiele na temat jego życia jest obecnie niejasne, anegdotyczne, pokrętne, przeinaczone; przypomnijmy choćby, że do dziś nie ma i najprawdopodobniej nie będzie pewności w tak zasadniczej kwestii, jaką są miejsce i data jego śmierci. Inna rzecz: ponieważ często publikował w gazetach, nie opatrując swoich tekstów nazwiskiem, nie istnieje pełna bibliografia jego twórczości[3], nie ma ponadto szans na publikację faktycznego zestawu jego dzieł zebranych[4]. Można odnieść wrażenie, że dostępne na anglojęzycznym rynku biografie Bierce’a rywalizują w kreowaniu atrakcyjnego, tajemniczego wizerunku pisarza. Nawet jego córka, Helen Bierce, w swoim eseju Ambrose Bierce at Home dołożyła kilka warstw nieprawdy do mitu ojca, przytaczając sprzeczne z potwierdzonymi faktami informacje. Jeśli sięgać do rzetelnych źródeł, odmalujemy obraz człowieka szczerego do bólu, nieuginającego się pod dyktatem obłudnej codzienności; człowieka niezłomnego, towarzyskiego, ale o czarnym sercu; gorzkiego cynika na swój sposób walczącego o zdemaskowanie prawdziwych szkodników społecznych. Bierce to postać nadzwyczaj skomplikowana. Mało kto nie otrzymał od niego brutalnej chłosty słowami – nie szczędził krytyki, a zarazem brał w obronę słabszych. Nie dawał sobie schlebiać. Pochwalony przez wybitnego pisarza amerykańskiego realizmu, Williama Deana Howellsa, że jest jednym z trzech najlepszych pisarzy Stanów Zjednoczonych, odparł podobno: „Jestem przekonany, że pozostałe dwa miejsca zajmuje pan Howells”[5]. Z uwierzytelnianej niesamowitym polotem impertynencji uczynił swój znak rozpoznawczy. Jednocześnie został szczególnie doświadczony przez życie: bodaj jako jedyny z pisarzy o znacznej renomie brał udział w najkrwawszych bataliach wojny secesyjnej, w dodatku jako nieopierzony ochotnik; stracił w bolesnych okolicznościach dwóch synów, bezskutecznie próbował włączyć się w biznes związany ze słynną gorączką złota na Dzikim Zachodzie; książkowe wydania jego dzieł poniosły za jego życia finansowe i literackie fiasko.

Zgrabnie podsumowuje jego osobę pierwszy i pod wieloma względami najbardziej solidny biograf Bierce’a: „Należy powątpiewać, by w amerykańskiej literaturze istniała postać, na temat której napisano więcej nierzetelnych komentarzy. Przypinano mu najróżniejsze epitety: wielki, gorzki, idealistyczny, cyniczny, ponury, sfrustrowany, radosny, zły, sadystyczny, niezrozumiały, zepsuty, słynny, brutalny, życzliwy; mówiono o nim: diabeł, bóg, mizantrop, poeta, realista piszący fantazje, wybitny satyryk i poniekąd szarlatan. Tego typu niezrozumienie z pewnością nie należy do nieodzownych warunków bycia sławnym”[6].

Polskie źródła brutalnie skracają jego biografię i jedynie wypunktowują najważniejsze fakty, co w poczuciu moim oraz niektórych biografów[7], że największym dziełem Ambrose’a Bierce’a było jego życie, wydaje się krzywdzące. Na pewno nie powinno się rozdzielać jego charakteru od twórczości, zwłaszcza satyryczno-dziennikarskiej. Jestem przekonany, że bez zrozumienia podłoża, na którym wzrósł „diabli leksykograf”, nie uda się w pełni docenić również bogactwa Diablego dykcjonarza, jak bowiem pisał sam Bierce: „dobrego pisarza (zakładając wrodzony talent) nie tworzy oczytanie, ale obserwacja i doświadczenie”[8]. Czytelnik raczy zatem wybaczyć, że przedstawię tu odrobinę dokładniej doświadczenia Gorzkiego Bierce’a, które doprowadziły go do tajemniczego, owianego legendą końca.

*

Ponieważ Bierce gardził poszukiwaniami genealogicznymi i przywiązywał niewielką wagę do związków pokrewieństwa, ograniczmy się i my z opisem jego korzeni do skromnej konstatacji, że pochodził z rodu o silnych tradycjach religijnych, którego członków zawsze uczono poszanowania dla Boga, pracy i wojaczki. Natura jednak nie jest doskonała, w każdej rodzinie prędzej czy później zjawia się wyrodek. Marcusowi Aureliusowi i Laurze Sherwood Bierce’om, bogobojnym purytanom, przytrafiło się to 24 czerwca 1842 roku, gdy mieszkali w malutkiej osadzie Horse Cave w stanie Ohio. Mały Ambrose przyszedł na świat jako dziesiąte[9] z trzynaściorga dzieci, których wszystkie imiona zaczynały się na literę A.

Dorastał pod nadzorem surowych kaznodziejów oraz nie mniej surowych rodziców kongregacjonalistów. I chociaż w późniejszym czasie nieliczne jego wypowiedzi na temat tych ostatnich przybierały postać wyrażeń w rodzaju „niemyte dzikusy”[10] i pretensji o życie przez wiele lat w biedzie i długach, a w twórczości dorosłego Bierce’a znalazło się nawet miejsce dla cyklu opowiadań o tytule Klub Rodzicobójców, to trzeba rodzicielom Ambrose’a przyznać, że okazali się na tyle elastyczni, by dostrzec w buńczucznym i krnąbrnym młodzieńcu zdolności umysłowe. Oczywiście można się zastanawiać, na ile to upartość i nieprzejednanie samego chłopca sprawiły, że Marcus Aurelius udostępnił swój cenny księgozbiór z klasyką literatury zafascynowanemu Ambrose’owi oraz pozwolił mu uczyć się w szkole aż do czternastego roku życia, mimo że reszta jego braci w wieku nastoletnim pracowała już w polu, jasne jest jednak, że bez choćby cichego przyzwolenia rodziców oraz ich rezygnacji z oporu nie byłoby to możliwe. Chociaż starali się poświęcać uwagę chłopcu i dbać o jego dobrostan, trzymał się z boku i zdawał się traktować swoich karmicieli z pogardą.

Tak negatywne odczucia znajdowały odbicie w snach. Krążył w nich samotnie po opustoszałych terenach, by na sam koniec natykać się na zwłoki – bądź swoje, bądź nieznanych ludzi, zakrwawione, z wybałuszonymi oczami. Prawdopodobnie wariację na temat jednego z koszmarów możemy z przestrachem podziwiać w opowiadaniu Śmierć Halpina Fraysera, w którym zresztą między tytułowym bohaterem a jego matką dochodzi do relacji morderczo-kazirodczych – łakomy kąsek dla freudowskich psychoanalityków.

Mały Ambrose, jeśli chodzi o rodzeństwo, przestawał głównie z jednym bratem: psotnikiem Albertem, u boku którego będzie walczył w wojnie secesyjnej i który później zamieszka w Kalifornii i zostanie jedynym członkiem rodziny, z którym Bierce zachowa bliski kontakt. Ze zwierząt Ambrose upodobał sobie te, których nikt nie kochał: żaby, jaszczurki i węże. W wieku czterech lat przeprowadził się wraz z rodziną do hrabstwa Kosciusko w stanie Indiana, skąd codziennie maszerował trzy mile do szkoły w najbliższej miejscowości, Warsaw. W szkole miał niewielu przyjaciół. Nie interesowały go potańcówki, wycieczki, zawody sportowe, męczyła atmosfera położonej na odludziu wsi. Ostatecznie oficjalną edukację zakończył w wieku czternastu lat, by niedługo potem z błogosławieństwem rodziców opuścić dom i rozpocząć wieloletnią tułaczkę.

Ponieważ miał zamiłowanie do liter, w 1857 roku został domownikiem oraz pomocnikiem drukarza (tzw. „chochlikiem”) i redaktora w Warsaw, Reubena Williamsa, który dopiero co rozpoczął publikację abolicjonistycznej gazety „Northern Indianian”. Bierce niedługo u niego zabawił. Na początku 1859 roku, mając szesnaście lat, trafił na kilka miesięcy do stryja w Akron w stanie Ohio. Lucius Verus Bierce, dzięki swojej krótkiej, ale burzliwej wojskowej przeszłości, był człowiekiem o sporej renomie w Ohio; miał też epizody autorskie – tworzył wiersze, mowy i artykuły militarno-historyczne. Prawdopodobnie to on przekonał nastolatka, by podążył w jego ślady i został żołnierzem; zaszczepił w nim także poglądy abolicjonistyczne, które skłonią chłopaka do wstąpienia w szeregi armii na początku wojny secesyjnej. W ten sposób w drugiej połowie 1859 roku młody Ambrose Bierce trafił do Kentucky Military Institute we Franklin Springs.

Nie wiadomo dlaczego, ale jego szkolenie wojskowe nie potrwało długo. Być może nauki nie pozwoliły mu dokończyć zwykła młodzieńcza porywczość i niesubordynacja, niemniej przez ten krótki czas opanował kilka przedmiotów, które przysłużą mu się w późniejszych latach (choćby kartografię). Lato roku 1860 zastało go w rodzinnej Indianie (choć nie u rodziców). Kolejne dziewięć miesięcy tułał się i utrzymywał z podłych prac w takich miejscach jak cegielnia, gospoda czy pasmanteria.

Bezsens tej włóczęgi skończył się 19 kwietnia 1861 roku, tydzień po otwarciu jednego z najczarniejszych rozdziałów w historii Stanów Zjednoczonych – wojny secesyjnej. Na wieść o zaciągu ogłoszonym przez Abrahama Lincolna niespełna dziewiętnastoletni Ambrose Bierce, jako drugi człowiek w hrabstwie Elkhart, wpisał się na listę ochotników i został włączony do Dziewiątego Pułku Piechoty stanu Indiana po stronie Unii. Wysłał anonimowo wiersz pożegnalny do swojej dawnej miłości i rozpoczął przyspieszone, pięciotygodniowe szkolenie. Młodzieniec nie wiedział jeszcze, że już niebawem na własne oczy ujrzy wszystkie koszmary, jakie w dzieciństwie nawiedzały go w snach. Część znanych twórców, jak Henry James czy William Dean Howells, uniknęła mobilizacji, zaś reszta zdolnych literacko walczyła o przetrwanie. Oprócz niego koszmar wojny przeżyło zaledwie kilku ludzi, którzy później stali się zawodowymi pisarzami: Sidney Lanier, John William De Forest, Albion Tourgée i George Cable, ale żaden z nich nie zdobył takiego uznania jak Bierce. Dziś konflikt domowy Stanów Zjednoczonych uznaje się za pierwszą wojnę totalną, w której nadto wykorzystano nowe, udoskonalone modele karabinów i artylerii. Bierce zatem jako pierwszy pisarz widział zakrojony na tak szeroką skalę konflikt zbrojny i w dalszej karierze świadczył o nim w sposób przejmujący.

Pierwszą przelaną krew ujrzał w czerwcu w dość dziwacznej potyczce określanej „wyścigami pod Philippi”, która rozpoczęła się od ucieczki obu stron przed rozpętanym nazbyt wcześnie ostrzałem unijnych artylerzystów. Takie nieporozumienia i nietypowe okoliczności, zwłaszcza jeśli kończyły się makabrycznie, stanowiły dla Bierce’a gratkę i chętnie opisywał je w późniejszych wspomnieniach. Jednym z podobnych dziwnych zbiegów okoliczności była śmierć kolegi o nazwisku Abbott, który zginął od toczącej się kuli armatniej z wytłoczoną nazwą odlewni: „Abbott”.

Tym, czego Bierce nie opisywał lub co umniejszał, był własny heroiczny udział w walkach. Wypełniał swoje obowiązki z werwą, a nawet brawurą. Zmęczony nieskutecznym ostrzeliwaniem przeciwnika z lasów i okopów pod Laurel Hill, wraz z grupą towarzyszy bez rozkazu wybiegł zza zasłony, próbując szarży. W tej samej bitwie uratował sparaliżowanego od postrzału kolegę, niosąc go na plecach pod ciężkim ostrzałem przeciwnika. Za ten akt heroizmu uzyskał promocję na starszego sierżanta.

Po bitwie pod Camp Allegheny w grudniu 1861 roku, kiedy to Bierce napotkał, ku swemu zdegustowaniu i zaciekawieniu, stado świń ogryzające martwych żołnierzy, Dziewiąty Pułk Piechoty stanu Indiana udał się na zimową przerwę, w czasie której zyskał nowego, surowego dowódcę: pułkownika Williama B. Hazena – aroganckiego, wymagającego, odważnego, niesubordynowanego człowieka, którego, wydawałoby się, pokochał tylko Bierce, obdarzony wszakże podobnym charakterem. Musztrowani przez Hazena, żołnierze gotowali się do wiosennych działań.

Na początku kwietnia 1862 roku czekało ich najpoważniejsze do tej pory zadanie. Dowodzący armią Unii generał Ulysses Grant o świcie 6 kwietnia został zaskoczony przez wojska konfederatów nad rzeką Tennessee, pod domem modlitwy Shiloh Church, i wezwał na pomoc dywizje stacjonujące za rzeką. Najbliższą dowodził generał William „Byk” Nelson, w której skład wchodził pułk Bierce’a. Wojska Nelsona wieczorem przedostały się przez rzekę, napotykając spanikowanych, oszalałych z przerażenia uciekinierów z masakry. Na miejsce właściwej bitwy dotarli następnego dnia. Tam ujrzeli porażający widok: setki trupów i okaleczonych, konających postaci, morze krwi, jakiego żaden z nich dotąd nie widział. W tamtym czasie bitwa pod Shiloh była najkrwawszym starciem w amerykańskiej historii: szacuje się, że zginęło ponad trzy tysiące ludzi, nie mówiąc o łącznie kilkunastu tysiącach rannych i zaginionych. Doświadczenia tych dwóch dni Bierce przedstawił w eseju What I Saw of Shiloh, opisując między innymi wciąż żyjącego żołnierza z mózgiem wypływającym z przestrzelonej czaszki czy zwęglone ciała walczących, którzy spłonęli żywcem w lesie. Mimo że jego pułk procentowo w wyniku swojego heroizmu odniósł dużo większe straty niż pozostałe oddziały, Bierce cudem uniknął nawet zranienia: widać diabeł miał go pod opieką. I chociaż najstarsi weterani obu stron nie widzieli dotąd tak wielkiej i przerażającej rzezi, był to dopiero początek wojny. Bitwa pod Shiloh naznaczyła również przyszłego pisarza:

 

Bierce nigdy nie zapomniał swej pierwszej wielkiej bitwy. Wyryła się w sposób niezatarty w jego pamięci. Nigdy nie wyrwał się spod wpływu, jaki wywarło na jego duszy te piętnaście godzin. Pisał jedno opowiadanie wojenne za drugim oparte na tym czy innym epizodzie spod Shiloh. Bitwa stanowiła coś więcej niż wstrząsające doświadczenie. Wcześniej brał udział w wielu starciach, późniejsze lata także obfitowały w równie okrutne bitwy, Shiloh jednakże stanowiło punkt zwrotny w jego życiu. Pisał o tej batalii ze smutkiem, ale i czułością, jak gdyby na tym przesiąkłym krwią polu utracił kruche złudzenia młodości. W ciągu godzin bitwy ujrzał, jak wspaniałość heroizmu ponosi niewysłowioną porażkę wobec okrutnej bezmyślności przypadku. Przez płaskowyż przetoczyła się mroczna, niespokojna potęga losu. Mężczyźni i muły przemienili się w stosy płonącego, nierozróżnialnego mięsa; ramiona i nogi, odłamki stali, osmalone karabiny i przesiąknięte krwią mundury zniknęły pod popiołami wielkiej, ślepej bezstronności[11].

Po zwycięstwie wojsk Unii i wycofaniu się konfederatów z pobliskiego Corinthu, wojska Dziewiątego Pułku pogoniły w głąb stanu Mississippi, wkrótce jednak wysłano je z powrotem na północny wschód, aby wspomogły Tennessee w odparciu ofensywy przeciwnika. Bierce pod koniec roku uzyskał kolejny awans: w wieku dwudziestu lat został podporucznikiem. Sięgnąwszy po stopień tym razem nie przez akty heroizmu, a gotowość wojskową i wzorową postawę, spotkał się z krytyką ze strony kompanów. Czynił jednak dalej swoją powinność w kolejnej dużej bitwie – pod Stones River.

Zaciekłe starcie trwało trzy dni na przełomie lat 1862 i 1863, w środku mroźnej zimy. Ranni niezdolni do poruszania się tym razem zamarzali miast płonąć. Dziewiąty Pułk Piechoty z Indiany jak zwykle wykazał się męstwem, tracąc setki ludzi, w tym kilku oficerów. William B. Hazen, choć oszczędny w udzielaniu pochwał, twierdził, że największe zasługi jego ludzie zdobyli właśnie pod Stones River. Jeszcze przed zakończeniem wojny postarał się, aby na miejscu bitwy stanął monument upamiętniający poległych. Można go oglądać do dziś.

Dzięki temu, że jeden z oficerów nie umarł mimo ciężkich ran, zyskaliśmy szansę dowiedzieć się, że serce Bierce’a nie było z kamienia: znalazłszy rzeczonego oficera w ciężkim stanie, czekał wraz z nim na przybycie pomocy, trzymając go za rękę, wspierając na duchu i – według relacji rannego – „płacząc jak mała dziewczynka”[12].

Ze względu na straty w kadrze oficerskiej Dziewiątego Pułku i konieczność zastąpienia jej świeżą krwią, Bierce wiosną 1863 roku otrzymał awans na porucznika. Szkolony pod okiem Hazena, wykonywał sumiennie swoje nowe obowiązki, pośród których warto wymienić obecność podczas wojskowych egzekucji. Akurat w jego przypadku zadanie to wzbudzało ciekawość i nadzieję na makabryczne zbiegi okoliczności. W maju trafił do sztabu Hazena – wówczas już generała – i zajął się planowaniem topograficznym, sporządzając godne podziwu, szczegółowe i schludne mapy wojskowe.

Po zajęciu opuszczonej przez konfederatów Chattanoogi, wojska Unii wpadły 19 września w zasadzkę nad rzeczułką Chickamauga Creek. Ponieważ manewr okrążenia przeciwnika przez konfederatów nie w pełni się powiódł, nie doszło do jednostronnej rzezi – armie uderzały na przemian, a ukształtowanie terenu tylko sprzyjało wybijaniu jednych przez drugich. Posmak drugiej najkrwawszej bitwy wojny secesyjnej (zginęły prawie cztery tysiące ludzi, dalsze trzydzieści tysięcy zostało rannych lub zaginęło) dał nam poczuć Bierce w niewinnym z początku opowiadaniu Chickamauga, które kończy się makabrycznymi opisami. Sam, jako sztabowy skaut i topograf, miał tym razem doskonałą sposobność obserwowania bitwy z odrobinę dalszej perspektywy. Ostatecznie wojska Unii musiały uznać wyższość Południowców i wycofać się do Chattanoogi, gdzie, w obawie przed pogonią, naprędce wzniosły fortyfikacje. Do pościgu jednak nie doszło. Choć brakowało żywności, Jankesi odbudowywali siły.

23 listopada wojska Unii, wzmocnione posiłkami z północy, ku zaskoczeniu konfederatów przypuściły brawurowy atak na ich pozycje pod szczytem Lookout Mountain, a później na wzgórzach Missionary Ridge. Pułk Hazena jak zwykle ruszył ochoczo na samym czele (choć nie wiadomo, czy Bierce jako oficer brał udział w szarży). Sukces wojsk Północy był nie lada wyczynem i wymagał wielkiej determinacji. Starcia te, choć nie tak krwawe jak pod Shiloh czy Chickamaugą („zaledwie” tysiąc zabitych i dziesięć tysięcy rannych bądź zaginionych), miały istotne znaczenie strategiczne, gdyż zepchnęły wojska generała Braxtona Bragga i zakończyły kampanię w Tennessee.

Bierce dzięki temu mógł udać się na prawie trzymiesięczny odpoczynek. Powrócił do Warsaw w Indianie do swojej szkolnej miłości, Bernice Wright. Przyznał się do autorstwa wysłanego na początku wojny wiersza i spędzili razem beztroskie dni. Gdy w lutym 1864 roku wracał na front, stworzył akrostych, w którym pobrzmiewały gorycz rozstania i cichy lęk przed niewiadomym losem, jak gdyby przewidywał spotkanie ze śmiercią.

Wziął wtedy udział w kampanii mającej na celu zdobycie Atlanty, dużego miasta na południe od Chattanoogi. Przygotowani na przybycie wojsk Unii, konfederaci bronili kilku strategicznych punktów na wzgórzach wokół wsi Resaca przez trzy dni, aż w końcu przełamanie linii na rzece Oostanaula zmusiło ich do odwrotu. Również to starcie otrzyma w późniejszych latach konkretny opis w opowiadaniu Killed at Resaca. W owym czasie Bierce odczuwał coraz większą obawę, przeczucie, że wisi nad nim przeznaczenie. Wyraził to w jedynym zachowanym liście z czasu wojny, adresowanym do Clary, siostry ukochanej Berenice (którą nazywał Fatimą lub krócej – Timą). Warto zacytować z niego kilka akapitów:

Obecne życie męczy mnie coraz bardziej, żołnierska profesja nuży. Nie ze względu na związane z nią potworności i niebezpieczeństwa; nie dlatego, że mam dość jej trudów, ale dlatego, że pragnę być z tobą oraz mą ukochaną. Rozkoszne, przypominające sen tygodnie spędzone z wami niemal zepsuły we mnie żołnierza i zmieniły go w... melancholika.

[...]

Mimo wszystko powinienem być wdzięczny, że dostąpiłem z wami tyle szczęścia – nie zasłużyłem na taką ilość – miast skarżyć się na los, który odmawia więcej. Nie spodziewam się ujrzeć was ponownie, ale może to i lepiej. Codziennie ginie ktoś o wiele lepszy ode mnie. Od opuszczenia Cleveland, Tenn., jedna trzecia mojej brygady padła w walce lub została ranna.

Wśród nich było wielu dobrych ludzi, którzy mieli niewielkie szanse uniknąć armii oraz tego świata. A mimo to ja zostałem. Lecz i na mnie przyjdzie kolej. Och, jakże przyjemna byłaby śmierć za ciebie i Timę, a muszę ginąć za kraj – za sprawę może słuszną, a może nie. Sądzisz pewnie, że nie jestem patriotą, mówiąc w ten sposób? Niewykluczone. Żołnierze nie mają na co dzień takich rozterek[13].

Nierzadkie są relacje ludzi, których przeczucia zapowiadały zbliżające się nieszczęście. W przypadku Bierce’a było podobnie. Na początku wojny brawurowy, niebaczący na zagrożenia, teraz przewidywał spotkanie ze śmiercią. Zbliżył się do niej 23 czerwca 1864 roku w potyczce pod Kennesaw Mountain, tuż przed główną bitwą, która rozegrała się kilka dni później. Został trafiony w lewą skroń przez snajpera, kula utkwiła za uchem. Diabeł wciąż mu sprzyjał – mimo że większość postrzałów w głowę kończyła się wówczas śmiercią, ów „dzielny i waleczny towarzysz”[14], jak nazwał go Hazen, przeżył. Zawieziono go pociągiem do Chattanoogi, a potem, w sierpniu – na jego prośbę – do ukochanej w Warsaw. Tam jednak przeżył gorzkie rozczarowanie, bowiem z niejasnego dla biografów powodu związek z Berenice dobiegł końca. Bierce wrócił do rodzinnego domu, gdzie leczył obandażowaną głowę i pęknięte serce. Długo jednakże nie wytrzymał i opuścił Indianę, solennie przysięgając, że nigdy tam nie powróci.

Choć z pękniętą czaszką, wznowił służbę pod koniec września. Ponieważ wciąż cierpiał na omdlenia oraz zawroty i bóle głowy (czego nie wyleczy do końca życia), lekarz zakazał mu większego wysiłku. Bierce trzymał się blisko obozu, nie mógł jednak odmówić sobie żołnierskich przyjemności i w połowie października, podczas impasu pod Gaylesville w stanie Alabama, z nudów przeprawił się z kolegą porucznikiem przez pobliską rzekę. Na drugim brzegu natknęli się na oddział kawalerii konfederackiej i rzucili do ucieczki. Rozdzielili się, Bierce umknął przed pogonią w krzaki, by potem skryć się na drzewie. Na jego nieszczęście, został schwytany podczas próby przeprawy powrotnej przez rzekę. Wiedziono go już przed sąd wojskowy i na szubienicę, ale podczas noclegu na jednej z farm udało mu się uciec i ostatkiem sił dotrzeć do obozu swoich.

Od czasu powrotu po rekonwalescencji nadal służył jako topograf. Mimo że w połowie listopada wydobrzał na tyle, by brać udział w bitwach, jego brygady, inaczej niż dawniej, nie wysuwano na pierwszą linię ataku. Tak więc ani w druzgocącej dla konfederatów bitwie o Franklin (30 listopada), ani bitwie o Nashville (15 – 16 grudnia) nie brał większego udziału (szczególnie w tej drugiej, której przyglądał się z siodła z oddali). Ostatecznie w styczniu 1865 roku pozwolił się przebadać wojskowemu chirurgowi, który w obliczu kończącej się wojny uznał Bierce’a za niezdolnego do dalszej służby ze względu na wciąż poważną ranę głowy.

16 stycznia został oficjalnie zwolniony z powinności wojskowych, ponieważ jednak nie miał co ze sobą począć, a wracać do Indiany – tak jak sobie poprzysiągł – nie zamierzał, przystał na ofertę Departamentu Skarbu, by pomóc w gromadzeniu i konfiskowaniu beli bawełny, które ze względu na blokady Unii nie opuściły kraju. Choć zdawałoby się to niewinnym zadaniem, w tych niespokojnych czasach było ono równie niebezpieczne co walka zbrojna. Biznes roił się od oszustów pragnących zarobić nawet kosztem czyjegoś życia, złodziei (do których zaliczała się duża część współpracowników Bierce’a), bandytów napadających na transporty oraz południowych „lojalistów”, którzy prędzej padliby trupem, niż oddali zbiory bawełny znienawidzonym zwycięzcom z północy. Bierce, od zawsze uczciwy służbista i idealista, nie miał łatwo w tym podłym zawodzie, a niektóre jego oblicza opisał w eseju Way Down in Alabam’.