Tajne życieTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

3

Latem jeździmy do rodzinnego domu mojej mamy na wieś – to wielka, stara posiadłość, bez porządnego ogrzewania, za to z myszami w szafkach. Mój dziadek to antyk w typie Imperium Brytyjskiego, pracujący w mieście, nieobecny nawet, gdy jest w domu. Moja babcia dawniej zawodowo uprawiała sport, ale w wieku 35 lat polio skazało ją na wózek inwalidzki. Ma poczucie humoru i jest inteligentna – tak bardzo, że gdy poznała dziadka na Uniwersytecie Edynburskim, pisała za niego wszystkie prace. Denerwuje ją, kiedy jego młode, ładne sekretarki patrzą na jej kalekie nogi i mówią o niej w trzeciej osobie, jakby miała demencję.

– Czy potrzeba jej koca? – pytają, gdy przychodzą do nas, żeby dziadek mógł im dyktować.

– Nie, nie potrzeba – odpowiada babcia. – Ale przydałoby się jej trochę dżinu z tonikiem.

Moi dziadkowie adoptowali na Filipinach syna, Christiana, żeby dotrzymywał im towarzystwa, gdy pozostałe dzieci już dorosły. Christian i ja jesteśmy w tym samym wieku, a babcia czerpie charakterystyczną dla sportowców radość z przeciwstawiania nas sobie w różnych konkurencjach. Zamiast zwyczajnie iść po pocztę, ścigamy się po podjeździe otoczonym szpalerami drzew. Gry karciane zmieniają się w próby pamięci, w których musimy wyrecytować ostatnie dwadzieścia zagranych kart, czasem od końca, czasem według koloru, albo ułożone od najsłabszej. Prezenty świąteczne czekają, aż oboje przepłyniemy pod lodem całą długość odkrytego basenu. Nurkujemy w jednym przeręblu, wynurzamy się z drugiego, spanikowani i bez tchu. Babcia zatrzymuje stoper, gdy tylko wydostajemy się na zimny beton, sapiąc mroźnym, zimowym powietrzem. Rytm letnich wakacji wyznaczają całodniowe wycieczki, na których dorośli jadą samochodem, a ja z Christianem biegniemy za napędzanym dieslem kombi, gdy zjeżdża krętą drogą do miasta.

Wymykamy się tak często, jak tylko możemy; uciekamy w najdalsze zakątki posiadłości, w których ogrodnicy nie wykosili jeszcze krzaków. Tu możemy się bawić bez ciągłego nadzoru dorosłych. Budujemy z gałęzi całe światy, pełne bohaterstwa i książkowych przygód. Gdy pada, musimy chować się w domu, głównie na strychu. Myszkujemy w skarbach przywiezionych przez dziadka z podróży. Uwielbiamy jego zestaw do gry w madżonga, z tabliczkami z kości słoniowej przyozdobionymi chińskimi symbolami i smokami. W kącie stoi biurko, a na nim – maszyna do pisania i krótkofalowe radio. To nasze ulubione miejsce. Nasze najświętsze miejsce. Właśnie tam spędzamy deszczowe letnie dni, słuchając szumu, tak jak wróżka wpatruje się w herbaciane fusy, z całych sił próbując odszyfrować w nim jakąś wiadomość. Potem staramy się na nią odpowiedzieć, marząc o tym, żeby podać rękę komuś z drugiego końca kontynentu.

– Tu Anglia! Odbiór!

Szum.

– Słyszycie nas? Odbiór!

Potem z reguły więcej szumu. Ale od czasu do czasu odzywa się głos z odległego zakątka świata.

– Anglia? Halo, Anglia! Tu Pretoria. – Albo São Paulo. Albo Mumbaj.

Zmieniamy się: jedno siedzi przy radiu, drugie robi notatki, które na koniec każdej sesji wyciągamy z maszyny do pisania i ceremonialnie odkładamy na stos zapisków z poprzednich dni. Wycinamy z prasy artykuły o każdym miejscu, z którym nawiązaliśmy kontakt, i przyklejamy je taśmą do odpowiednich kartek. Po raz pierwszy uświadamiam sobie, że mogę komunikować się z miejscami, o których czytałam w gazetach ojca. Po raz pierwszy postacie z książek są na wyciągnięcie ręki. Ekscytuje mnie świadomość, że to nie tylko szeroki świat może potrząsnąć nami, ale też my nim. Uspokaja zaś myśl, iż nie jesteśmy sami. Potem dorośli wołają nas na dół i rozpoczynają się kolejne zawody.

– Kto się najwięcej razy podciągnie? – rzuca babcia. – Kto zje najwięcej kiełbasek?

Christian nie cierpi kiełbasek. Udajemy, że je pochłaniamy, a on jedną po drugiej wyrzuca do kominka za naszymi plecami. Babcia przyłapuje go na tym dzięki swojemu orlemu wzrokowi i każe mu zjeść wyrzucone kawałki, chociaż są pokryte drzazgami i popiołem.

Babcia odpuszcza tylko podczas popołudniowych spacerów, kiedy przesiada się z normalnego wózka na elektryczny – wielki, pomarańczowy, z czułością nazywany „bryczką”. Wygląda jak krzesło z silnikami odrzutowymi, na którym astronauci z filmu wyświetlanego w muzeum kosmosu manewrowali w przestrzeni kosmicznej. Jest wyposażony w dżojstik, taki jak w automacie do gry w Pac-Mana, który kontroluje małe gumowe opony z głębokim bieżnikiem, takie jakie miał łazik księżycowy. Każdego dnia – po poobiednich drinkach i przed wieczornymi koktajlami – dorośli zbierają się przed wejściem do sieni na popołudniową przechadzkę. Babcia prowadzi, osadzona na swojej pomarańczowej platformie jako mistrzyni ceremonii naszego pochodu, a obok niej idzie mama, rzucająca chleb kaczkom albo zrywająca kwiaty z gałęzi mijanych drzew. Jeśli są z nami moje ciotki lub wujkowie, to idą koło nich, a za nimi my, dzieci – Ben, Christian, inni przypadkowi kuzyni, otoczeni stadkiem golden retrieverów. Udaję, że psy są lwami.

Wędrujemy przez pola i wzdłuż rzeki, zbierając kijanki do słoików i dając babci, żeby postawiła je na wózku do końca spaceru. Po grzbiecie odległego wzgórza jedzie pociąg. Zatrzymujemy się i machamy do niego, kiedy mija nas w drodze do Londynu. Czasem napotykamy ogrodnika Trevora, gdy grabi liście do spalenia. Christian i ja stajemy tak blisko ogniska, że czujemy ciepło na policzkach, a zapach palonego drewna zostaje nam we włosach, dopóki nie wrócimy do domu. Podczas spaceru babcia nigdy nie zmusza nas do wyścigów, recytacji ani w ogóle zawodów. Na świeżym wiejskim powietrzu jest szczęśliwa i nam też na to pozwala.

* * *

Któregoś dnia bawimy się z Christianem na strychu. Grzebiemy przy radiu, gdy nagle uświadamiamy sobie, że na dole panuje cisza. Nikt nas nie woła już od paru godzin. Kusi nas, żeby po prostu zostać na górze, ale milczenie może oznaczać dostęp do lodów w zakazanej zamrażarce. Schodzimy po tylnych schodach i patrzymy, jak oniemiali dorośli siedzą przed telewizorem i oglądają wiadomości sprzed Białego Domu. Tylko że nie chodzi o Biały Dom w Waszyngtonie, ale w Moskwie – otaczają go czołgi.

Uświadamiam sobie, co się dzieje. Mój tata jest w Moskwie. To dlatego wszyscy są cicho. Wpatrują się w ekran, jakby mogli go wypatrzyć w tłumie. Pracował tam przez ostatnie parę miesięcy, próbował zmienić przepisy, żeby ludzie mogli prowadzić własne sklepy.

– Czy władze chcą sklepy z powrotem? – pytam dorosłych. Przeganiają nas, ale my siadamy w kącie i oglądamy z podłogi.

Każda dobra opowieść ma bohaterów i czarne charaktery. Tutaj bohaterem jest Michaił Gorbaczow, zamknięty w swoim domu, podczas gdy czarny charakter Giennadij Janajew chce ukraść kraj. Gorbaczow dawał ludziom prawa, a tata mu pomagał. Janajew chce te prawa odebrać. Razem ze sklepami, pieniędzmi i krajem.

Mama próbuje dodzwonić się do hotelu ojca, ale nie może się połączyć.

Przyglądamy się ze swojego kąta, jak czołgi Janajewa zbliżają się do stolicy. Świat z wiadomości znowu rozlewa się na mój, prawdziwy świat. Poprzednim razem, gdy to się stało, zginęła Laura. Chcę krzyczeć na telewizor, pobiec na górę, żeby przesłać ostrzeżenie przez radio. Cokolwiek, byle tylko zmienić to, co się dzieje.

Nagle – na żywo, w telewizji – ulice zapełniły się ludźmi, wytaczającymi wózki z owocami i spychającymi puste tramwaje, żeby stworzyć wielkie metalowe zygzaki, blokujące trasę czołgów Janajewa. Zupełnie jak człowiek z placu Tian’anmen. Stoją, podawszy sobie ręce, za Gorbaczowa, za swoje sklepy, za swoje prawa, za mojego tatę. Nie dają się. A czołgi się cofają.

Gdy tata wraca do domu, nie mogę się doczekać, żeby usłyszeć o jego bohaterskiej walce o wolność. On się tylko śmieje.

– Bohaterami są tamci ludzie, kochanie. Ja tylko siedziałem w pokoju w moskiewskim hotelu. Największym zagrożeniem był dla mnie radziecki papier toaletowy. Lepiej otwórzmy ten rynek, żeby mógł tam wejść Johnson & Johnson – uśmiecha się. – Ale skoro tak cię to ciekawi, może kiedyś pojedziesz ze mną?

To zaproszenie do świata z pierwszych stron gazet. Oczy robią mi się okrągłe z wrażenia.

– A mogę?

– A czemu nie? – mówi.

Rok później, gdy mam dwanaście lat, wsiadamy z Benem – sami, bez rodziców – do samolotu Aerofłotu, dawnych radzieckich linii lotniczych, których logo – sierp i młot ze skrzydłami – widnieje na wykładzinie zdobiącej ścianę między wejściem a przedziałem pasażerskim. Minęło już dużo czasu, odkąd ostatnio mogliśmy we dwójkę przeżyć przygodę.

Gdy lądujemy w Moskwie, pada i jest szaro. Tata odbiera nas przy bramce i prowadzi nas przez kontrolę paszportową dla VIP-ów.

– Co trzeba zrobić, żeby być VIP-em? – pytam.

Tata pociera palce, wykonując międzynarodowy gest oznaczający pieniądze. Ben wytłumaczył mi podczas lotu podstawy radzieckiej gospodarki. Łapówka nie wydaje mi się szczególnie w stylu sierpa i młota, ale kolejka do normalnej odprawy stoi godzinami, a ja muszę iść od łazienki, więc nie zadaję pytań.

Okazuje się, że większość rzeczy w Rosji funkcjonuje zgodnie z tą zasadą. Jeśli chcemy kupić coś, czego nie ma na półkach supermarketu, idziemy do drogiej hotelowej restauracji. Jeśli chcemy iść do kościoła, najpierw składamy dotację na potrzeby partii komunistycznej. A gdy nie chcemy stać w kolejce do ciała Lenina, płacimy za prywatnego przewodnika. Lenin jest mniejszy, niż się spodziewałam, wydaje się drobny i kruchy. Stanowi przeciwieństwo olbrzymich budynków i ciężkich radzieckich pomników. Sprawia wrażenie słabego, ludzkiego, pięknego.

– Myślisz, że byłby zaskoczony, jak to się wszystko potoczyło? – pytam Bena. Gdy wychodzimy na plac Czerwony, mży. Skulone kobiety idą na ulice, gdzie odbywa się targ. Wyglądają na starsze, niż są.

 

– Może to jeszcze nie koniec – podsuwa Ben.

Myślę o tym przez chwilę, potem kiwam głową. Mama zawsze mówi, że nie można oceniać książki, gdy jest się dopiero w połowie lektury.

Zaczynamy poznawać zasady rządzące tym światem. Wkrótce biegamy jak dzicy po Moskwie i Petersburgu, tak samo jak wcześniej po Waszyngtonie i Londynie. Gramy w berka przy GUM-ie, dawnym radzieckim centrum handlowym, które teraz wygląda jak olbrzymi szkielet zamkniętych drzwi i kryształowych korytarzy, pusty, ze strasznym echem, niczym truchło dinozaura na wietrze. Robimy łódki z patyków oraz materiału na parasolki i wodujemy je w fontannach Pałacu Letniego. Ganiamy bezdomne koty po ogrodach Ermitażu i dowiadujemy się, którzy cinkciarze dają najlepsze kursy.

Tata czasem dołącza do naszych wycieczek, ale na ogół widzimy go w mieszkaniu, gdy wraca wieczorem. Wynajął je, kiedy zmęczył go pobyt w hotelu, ale nie zrobił z nim wiele, poza tym, że pod każdą ścianą postawił regały z książkami. Siedząc przy małym składanym stoliku, pijemy herbatę i opowiadamy mu o naszych przygodach, a on dzieli się z nami historiami na temat tego, co widzieliśmy, albo miejsc, w których byliśmy. Tu brzmią one jednak inaczej niż w domu. Jego słowa nie mają tej samej siły. Gdy mówię coś o tym, że trzeba pomagać ludziom się wyzwolić, sprowadza rozmowę na inne tory. Kiedy wspominam, że chcę zobaczyć Biały Dom, przed którym ludzie zatrzymali czołgi wózkami na owoce, w ogóle mi przerywa. Rozgląda się.

– Narnia – mówi.

Wiem, że chodzi mu o tę część, w której Tumnus martwi się, że podsłuchają go szpiedzy Białej Czarownicy. „Nawet niektóre drzewa są na jej usługach”1 – słyszę przestrogę Tumnusa wygłaszaną głosem mojej matki. Patrzę na liście, które pocierają o okno taty, i nic więcej nie mówię.

– Kto chce lody? – pyta radośnie tata. Idziemy szukać słodyczy.

4

Tamtej jesieni przeprowadzamy się z powrotem do Waszyngtonu, a tata jeździ do Rosji w delegacje. Mieszkamy w ceglanym domu na wzgórzu niedaleko Katedry Narodowej. Zajmuję sypialnię w piwnicy, która ma wbudowane biurko na mój nowy komputer z modemem i dostępem do America Online.

Zakochuję się w futurystycznej pieśni modemu telefonicznego, brzmiącej jak duet C-3PO z szumem radia mojego dziadka. Zaczyna on u mnie wywoływać odruchy Pawłowa, ten dźwięk i ta sekwencja, preludium do czatów i forów z każdego zakątka świata. Czuję się jak wtedy, gdy wychodziłam przez okno sypialni w Westminsterze, tylko że zamiast Big Bena widzę cały świat.

Są tam informacje z Londynu, Moskwy, Rzymu, Agadiru. Miejsca, w których kiedyś byłam, nie wydają się już zamrożone w czasie, ale dalej żyją i oddychają w rzeczywistościach równoległych do mojej. Czuwam jeszcze długo po tym, jak cały dom pogrążył się w ciemności, oszołomiona ogromem ludzkich przeżyć, które dzieją się właśnie wtedy, kiedy siedzę wpatrzona w zielonkawy blask ekranu monitora.

To, co robię w dzień, jest mniej interesujące. Zaczęłam ósmą klasę w szkole dla dziewcząt przy Katedrze Narodowej, bastionie społecznych wdzięków kompletnie nie do zniesienia po szalonych wędrówkach z dzieciństwa. Czuję się jak Mowgli wciśnięty w gorset z fiszbinami. Podczas przerwy obiadowej chowam się w bibliotece albo w dzikich krzewach na tyłach katedry.

Mimo całej tej klaustrofobii są tam jednak dwa jasne punkty: moja nauczycielka angielskiego, pani Buchanan, która przedstawia mi Anne Frank, Harriet Tubman oraz rolę, jaką kobiety odgrywają w walce z tyranią, i nauczycielka informatyki, pani Schopenhuer, ucząca mnie, jak porozumiewać się z maszynami. W moim umyśle splatają się one ze sobą. Kobieta zdolna opanować komputer może być zdolna stawić opór tyranowi, który opanował karabin – myślę. Zaczynam pisać książkę. Opowiada o piratkach, które za pomocą kodu komputerowego koordynują swoje ataki na złych wojowników, by uwolnić przetrzymywane przez nich dzieci.

Któregoś razu, gdy jemy razem obiad, mówię o tym arcydziele mojej mamie. Słucha, kiwa głową. Nagle jej spojrzenie odlatuje gdzieś daleko. Wstaje, wchodzi do kuchni i sięga po telefon.

Nasza rozmowa przypomniała jej o tym, co usłyszała wcześniej, gdy zadzwonił do niej dostawca mediów w sprawie rachunku. Ojciec jest w Londynie, więc zajrzała do jego książeczki czekowej, gdzie znalazła powtarzającą się wielokrotnie opłatę za skrytkę w banku. Nie wiedziała, że mamy coś takiego, więc zadzwoniła do taty, żeby go zapytać, co tam jest. Powiedział jej, że to na paszporty dzieci. Nie chce, by dokumentom się coś stało w przypadku pożaru. Ale nasze paszporty leżą spokojnie na półce.

– Jest środa – powiedział tata. – Przyjadę do domu w piątek. Jeśli tak się tym martwisz, możesz mnie odebrać z lotniska i razem pojedziemy do banku. Otworzysz skrytkę, zobaczysz, że nic tam nie ma, i poczujesz się głupio, że narobiłaś tyle hałasu. – Odpuściła i zrobiła obiad.

I nagle, gdy trajkoczę do niej o piratach i watażkach, i zaprogramowanych akcjach ratunkowych, wstaje i dzwoni do British Airways. Słucham tylko, jak pozbawionym emocji głosem podaje swoje nazwisko, jakby tylko potwierdzała podróż męża. A podczas pauzy, która po tym nastąpiła, widzę, jak wali się jej świat.

Tata kupił bilety na nowe przeloty – z Londynu do Paryża, concorde’em do Nowego Jorku, stamtąd rejsowym samolotem do Waszyngtonu – żeby opróżnić skrytkę i wrócić do Londynu na tyle wcześnie, by zdążyć na zaplanowany wcześniej lot do domu.

Przy obiedzie w mamie obudził się jakiś szósty zmysł. Jest jednocześnie zdruzgotana i utwierdzona w słuszności swoich podejrzeń, wojownicza i nagle dojrzała. Zabiera nas do sąsiada, a potem jedzie na lotnisko Dullesa, żeby przyłapać męża na gorącym uczynku.

Żadne z nas nie dowiedziało się nigdy, co było w skrytce, nie wie tego też moja mama. Tata nie zaprzecza, że leciał przez pół świata, żeby ją opróżnić. Odmawia po prostu wyjawienia jej zawartości. Prosi mamę, żeby mu wybaczyła. A ponieważ mama właśnie dowiedziała się, że jest w ciąży, zgadza się.

* * *

Choć ich związek jest już skazany na niepowodzenie, rodzice wciąż się starają i zabierają nas trzy – Antonię, małą Catherine i mnie – do Anglii. Londyn jest nadal daleko od miejsca pracy ojca w Moskwie. Mama spędza większość nocy na podłodze mojej sypialni, słuchając w kółko Everybody Hurts zespołu R.E.M. i płacząc, podczas gdy ja odrabiam pracę domową. Znajduję w szufladzie taty sznur pereł. Ponieważ wiem, że nie są mamy, spuszczam je w ubikacji. Sama jestem zaskoczona tym, jak bardzo chcę, żeby ze sobą pozostali. W końcu tata podróżował przez większość mojego dzieciństwa. Ale mama nocami na ogół płacze albo, jeśli ojciec jest w domu, obrzuca go przekleństwami w kuchni. Pewnego dnia tata rzuca cały garnek makaronu o ścianę. Czerwony ślad zostaje na niej niczym wielka plama Rorschacha na resztę roku. Tak bardzo chcę naprawić mamę, że to aż boli. Nie mogę chronić jej przed tatą przez usuwanie dowodów, tak jak ona nie mogła chronić Bena przed łobuzami, udając, że jest zupełnie zwyczajny. Ale po raz pierwszy rozumiem, co ją do tego skłoniło.

Skupiam się na dziesiątej klasie w Szkole Amerykańskiej i szukam ukojenia pośród koleżanek. Łączy nas cygańskie dzieciństwo, jesteśmy córkami dyplomatów i międzynarodowych biznesmenów, przenoszonymi z jednego kraju do drugiego, tak przyzwyczajonymi do przyjazdów i odjazdów, że trudno nam wysiedzieć w miejscu.

Zaczynam chodzić na więcej zajęć dodatkowych – z sanskrytu i fizyki teoretycznej. Palę pierwszego papierosa i obmacuję się z Vandadem Kashefim. Vandad nosi na szyi strunę od gitary i mówi mi, że stopiła się, gdy grał Stairway to Heaven. Wiem, że kłamie, ale w porównaniu z kłamstwami o wyciskaniu na klatę, które opowiadają mi inni chłopcy, jego bajka jest przynajmniej kreatywna.

Któregoś dnia budzi mnie wycie. Tym razem to nie mama. Brzmi głębiej, bardziej desperacko. Siedzę na schodach i po raz pierwszy w życiu słucham, jak płacze mój ojciec. Mama go pociesza.

Rano dowiaduję się, że jego młodsza siostra pojechała do parku stanowego, a po drodze zatrzymała się w Wal-Marcie, żeby kupić jabłka, butelkę wina i wąż ogrodowy. Potem poszła na przechadzkę po miejscu pamięci. O zmierzchu pojechała na szczyt wzgórza, rozłożyła sobie piknik, zjadła jabłko, popiła winem, po czym podłączyła wąż do rury wydechowej, wsiadła do samochodu i zagazowała się spalinami. Była jedynym rodzeństwem mojego ojca, jego kochaną siostrzyczką.

– Tak bardzo zająłem się udawaniem, że wszystko ze mną w porządku – mówi tata do nikogo konkretnego – że zapomniałem sprawdzić, czy z innymi też.

* * *

Zaraz po moich piętnastych urodzinach wyjeżdżamy z Londynu do Maroka, a potem do Waszyngtonu. Tata nie jedzie z nami. Przeszłość jakby zniknęła za kurtyną, rzadko wspomina się jego imię. Zostawia wiadomość na automatycznej sekretarce – żeni się ze swoją tłumaczką. Mama liże rany i zaczyna spotykać się z innymi mężczyznami.

Na ostatnie dwa lata liceum wracam do Katedry Narodowej. W sali do nauki angielskiego jest kominek, nad którym wygrawerowano: „Noblesse Oblige” – szlachectwo zobowiązuje. Pamiętam, jak tata pokazywał nam farmę bydła, na której pracował jako dziecko. „Dobrzy, ciężko pracujący Amerykanie” – mówił z rozrzewnieniem, patrząc na rolników. „Nie ma szlachetniejszych ludzi”. Dostałam wtedy gęsiej skórki. Ale ta nowa koncepcja szlachetności jest inna, mroczniejsza. Jakby nie można było na nią zasłużyć, a jedynie kupić.

Popularne dzieciaki dbają o swój status tak, jak robią to ich rodzice politycy: wydając pieniądze i podążając za modą. W jednym tygodniu ubierają się na różowo i myślą to. Za tydzień noszą i myślą tamto. To produkt ciągłych, nieformalnych sondaży. Nie da się odkryć, kim są w głębi duszy, pod powierzchnią ruchomych piasków, ani wyczuć, jaka jest pod nimi skała.

Mój nauczyciel historii, pan Woods, kiwa głową z powagą, gdy subtelnie sugeruję mu, jak się czuję.

– Spróbuj tego – mówi i wręcza mi Walden, czyli życie w lesie Henry’ego Davida Thoreau.

Zanim zacznę przeglądać pierwsze strony, chowam się w odległym zakątku. To książka o godności pochodzącej z ciężkiej pracy i słuchaniu własnego sumienia, nawet jeśli społeczeństwo jest temu przeciwne. Pochłaniam ją jednym haustem, jak nurek, który po długiej walce wreszcie może zaczerpnąć powietrza. W świecie stołówkowych sitw i markowych torebek samo trzymanie tych kartek w ręku wydaje się aktem buntu.

Gdy docieram wreszcie do końca, zamykam książkę i na chwilę ściskam ją w dłoniach. Próbuję ją wyczuć, wchłonąć, niczym jakąś świętość. Idę do biblioteki, poszukać innych rzeczy, które autor zostawił na papierze. Znajduję Obywatelskie nieposłuszeństwo i je też pochłaniam. Na ścianach sypialni wypisuję cytaty. Myśl, że naszą najwyższą powinnością nie jest przestrzeganie prawa, ale robienie tego, co jest słuszne, napełnia mnie spokojem, nadzieją, czcią. To ludzie, którzy rzucali się na mur berliński, to anioł z placu Tian’anmen. To rosyjska sprzedawczyni owoców, wypychająca wózek pod gąsienice nadjeżdżających czołgów.

W odpowiedzialności za robienie tego, co słuszne, jest coś, co przydaje powagi cichym chwilom, które spędzam wśród barwnych plam światła wpadającego przez witraże katedry. Zaczynam interesować się zajęciami z religioznawstwa, które muszę obowiązkowo zaliczyć. Czytam w książce Hustona Smitha opisy każdej z wielkich tradycji świata, jakbym próbowała przetłumaczyć kamień z Rosetty: zestawiam ze sobą podobne koncepcje w różnych językach, żeby odszukać jakiś uniwersalny klucz.

Któregoś dnia słyszę, że Huston Smith ma wygłosić wykład w muzeum Smithsonian. Wiem, że ma raka, to może być jego ostatnie publiczne wystąpienie w Waszyngtonie. Zrywam się z lekcji i jadę metrem do parku National Mall. Stoję z tyłu audytorium w tenisówkach. Wszyscy jesteśmy jednością, mówi Smith. To jest ten wspólny wątek. Po całym życiu spędzonym na badaniu ludzkich religii w każdym zakątku świata, w przeddzień własnej śmierci, taką lekcję wyciągnął ze swojej pracy. Od chrześcijaństwa przez buddyzm po szamańskie tradycje Aborygenów – każda religia naucza w zasadzie tej samej prawdy. Jego słowa trafiają do mnie, jakbym od zawsze nosiła je w sobie.

Gdy wracam do szkoły, widzę swoje nazwisko na liście nagan. Człapię do biura dziekana, gdzie słyszę, że mam w piątek zostać po lekcjach. Ale mądrość Smitha była warta setki pobytów w kozie.

Następnego dnia nauczycielka geografii mówi, że nie było mnie podczas wybierania tematów na projekt, który mamy przygotować na koniec roku. Przydzieliła mi zatem ten, którego nie wziął nikt inny: Aung San Suu Kyi i sytuację polityczną w Birmie.

 

Mija trochę czasu, zanim w ogóle nauczę się wymawiać jej nazwisko. Ale tata często napominał nas, żebyśmy nie ignorowali ludzi tylko dlatego, że mają trudne imiona albo nietypowe ubranie. To jak filtr nałożony na zdjęcie, mówił, nie zmienia kształtu tego, co pod spodem.

Powtarzam zatem jej nazwisko tak długo, aż zaczyna brzmieć znajomo w moich ustach: „Aun-Sen-Su-Czi”. Jej rodacy nazywają ją Daw Suu, Pani Suu. Jej ojciec, Aung San, jest uważany za ojca założyciela Birmy, który zjednoczył zamieszkujące kraj mniejszości etniczne i wynegocjował niepodległość od Wielkiej Brytanii. Niestety, zginął w zamachu w 1947 roku, sześć miesięcy przed oficjalnym odejściem władz kolonialnych. Suu Kyi miała wtedy dwa lata. Piętnaście lat później wojskowi dokonali zamachu stanu i objęli władzę żelazną ręką. Generałowie nie pozwolili, żeby rodzina Suu wróciła z Indii, gdzie jej matka była ambasadorką. Wygnana z pogrążonego w kryzysie kraju Suu Kyi ślubowała, że któregoś dnia dokończy dzieło ojca i uwolni ludzi od czołgów na ulicach. Studiowała na Oksfordzie, pracowała w ONZ, wyszła za mąż, przestrzegając męża, że zostanie z nim tylko do dnia, w którym przeznaczenie wezwie ją z powrotem do Rangunu. Do tego czasu urodziło im się dwóch synów, Alexander i Kim. Zgodnie z obietnicą wróciła do Birmy podczas protestów studenckich w 1988 roku. Przemawiała do milionowego tłumu przed pagodą Szwe Dagon, rozsyłając ludzi po kraju z żądaniem zaprowadzenia demokracji. Tysiące z nich zginęły w ciągu zaledwie kilku dni, wojsko otworzyło ogień do pokojowych protestów w każdym większym mieście kraju. Studzienki burzowe zapchały się zwłokami, a ulice zalała deszczówka zmieszana z krwią.

Wojskowi aresztowali Daw Suu. Dali jej wybór: wrócić do Anglii, do rodziny, albo spędzić resztę życia w więzieniu. Otoczona przez pogrzebowe stosy pomordowanych studentów, postanowiła zostać.

W 1991 roku otrzymała Pokojową Nagrodę Nobla. Ale wiosną 1998 roku, gdy szykuję się do ukończenia liceum, wciąż siedzi w Rangunie, zatrzymana przez wojsko w areszcie domowym, trwającym już dziewięć lat.

Przyklejam jej zdjęcie do ściany i przyglądam mu się. Kobieta w oczach ma stal, ale we włosach kwiat. To wojowniczka o pokój. Nigdy nie widziałam nikogo podobnego. Miękkość i siła. Jedno sumienie, które rzuciło na kolana całą armię. Chciałabym poczuć swoje powołanie tak wyraźnie jak ona swoje. Zaczynam szukać w sobie głosu. W przyrodzie, przy kanale, na Roosevelt Island. Oraz w kościele, wielkim, żółtym sanktuarium na rogu ulic Potomac i O.

Niedzielna msza, będąca w mojej rodzinie tradycją, przestaje być rutynowym społecznym rytuałem, zmienia się raczej w poszukiwanie skarbów – gąszcz poplątanych wskazówek, które mogą otworzyć jakiś wewnętrzny skarbiec wiedzy, jeśli tylko je właściwie odczytać. Czuję, że któregoś dnia mogą mnie uzbroić w zdolność do działania w zgodzie z własnym sumieniem albo przynajmniej słuchania, co chce mi ono powiedzieć.

W bezpośredniej przyszłości najbardziej interesuje mnie rozszyfrowanie tajemnicy tego, gdzie powinnam iść na studia. To pierwsze wielkie rozwidlenie na drodze mojego życia i sprawia raczej wrażenie niemożliwego skoku na oślep, gdyż muszę wybrać drogę w lewo lub prawo, nie widząc wcale, dokąd one prowadzą. Zostałam przyjęta do Akademii Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych na studia w dziedzinie inżynierii lotniczej oraz na teologię i prawo w Oksfordzie. Ta pierwsza droga obiecuje życie pełne służby i przygody, może nawet miejsce w programie kosmicznym. Druga – nieskończone źródło książek, pytań, myśli.

Naukę w liceum uroczyście kończę w śnieżnobiałej sukience na trawniku katedry, słuchając flagi łopoczącej na wietrze, pod bezchmurnym, błękitnym niebem. Wybieram Oksford, ale odkładam studia o rok. Zamiast tego decyduję się pojechać jako wolontariuszka na granicę Birmy, by pracować z uchodźcami uciekającymi przed wojenną machiną Rangunu. Pieniądze, które mama dała mi na sukienkę na studniówkę, wymieniam w biurze podróży na bilet do Tajlandii.