Tajne życieTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

O Autorce

Przypisy końcowe

Tytuł oryginału: Life Undercover: Coming of Age in the CIA

Redakcja: Jolanta Świetlikowska

Projekt okładki: Peter Adlington © Adlington.co

Zdjęcia na okładce pochodzą z prywatnego archiwum autorki

Adaptacja okładki: Magdalena Zawadzka

Korekta: Adam Osiński, Beata Wójcik

Copyright © 2019 Amaryllis Fox. All rights reserved.

Copyright for the Polish translation © by Grzegorz Kulesza, 2020

Copyright for the Polish edition © by Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2020

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku.

Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Wydanie I

ISBN 9788381431675


Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Mojej mamie,

która nauczyła mnie

żyć bez przykrycia

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

1

W szybie widzę swój ogon. Zauważyłam go kilka zakrętów temu. Jego ścieżka pokrywała się z moją w chaotycznych zaułkach Karaczi. W witrynie zakładu krawieckiego nasze odbicia nakładają się na siebie; mężczyzna ma pociągłą, końską twarz, jest wysoki. Rozkłada i zaciska pięści, gdy mnie mija. „Bezpieczeństwo za zasłoną” – czytam na plakacie wiszącym nad burkami i hidżabami.

Pokryty barwnymi wzorami autobus, do którego zamierzałam wsiąść, zatrzymuje się i po chwili odjeżdża. Każdy jego cal pomalowany jest w jasne kształty, kunsztowne i niekończące się spirale. Wygląda, jakby brał udział w karnawałowej paradzie. To dieslowskie cudo, stworzone, by dawać rozkosz oczom. Wygląda jak bestia, której narzucono juki, jak powoli gramolący się smok, przygniatany ciężarem własnego piękna oraz pasażerów zwisających mu z brzucha i pleców. W Pakistanie najbardziej lubię właśnie takie autobusy. Gdy wpadnie się na nie wśród pyłu, smogu i trąbiących klaksonów, są zdumiewające, człowiek ma wtedy wrażenie, że odnalazł bratnią duszę w nieciekawym obliczu nieznajomego.

To, że pozwoliłam mu odjechać, nie opóźni mnie za bardzo. Za kilka minut zjawi się następny, jadący w kierunku M. A. Jinnah Road. Lepiej nie sugerować panu Edowi, że próbuję go zgubić. Nic tak nie wzbudza podejrzeń jak pozbycie się ogona. Zawsze śmieszyło mnie to u filmowych agentów CIA: cała ta gimnastyka na dachach i żonglowanie glockami. W rzeczywistości jeden pościg przez centrum miasta spaliłby moje przykrycie na zawsze. Lepiej wzbudzać w nich fałszywe poczucie bezpieczeństwa. Iść na tyle powoli, żeby byli w stanie nadążyć. Zatrzymywać samochód, kiedy zapala się pomarańczowe światło. Pozwolić im dobrze mi się przyjrzeć za każdym razem, gdy wychodzę i gdy wracam. Innymi słowy – zanudzić ich na śmierć. A potem wymknąć się i zostawić zabawę w Bonda na czas, gdy już spokojnie zasną.

Kiedy czekamy, widzę, jak pan Ed bawi się sztućcami na straganie. Nie do końca wiem, kto kazał mu mnie obserwować. W takich sytuacjach z reguły zakłada się najpierw, że miejscowe służby – kontrwywiad państwa, do którego akurat przyjechałam. Ale tym razem nie jestem tego taka pewna. Pakistańscy wywiadowcy są dobrzy w tym, co robią, do obserwacji na ogół przydzielają ekipę sześciu lub siedmiu osób, żeby móc wymienić ogon co kilka ulic i w ten sposób zminimalizować szansę, że się zorientuję. A ten chyba jest sam, poza tym ma na twarzy jakąś zagraniczną nutę. Pomimo tradycyjnego ubioru – długiego kamizu wiszącego luźno nad spodniami – jest w nim coś z Azji Środkowej. Może to Kazach albo Uzbek. Najprawdopodobniej sprawdza mnie przed jutrzejszym spotkaniem. Al-Kaida znalazła ostatnio wielu środkowoazjatyckich rekrutów. Przydzielanie nowym roli ogona to dość typowa praktyka. W ten sposób mogą poznać miasto, a jednocześnie werbownicy organizacji przyglądają się im i oceniają zdolności.

Patrzę, jak przeciska się między straganami rozstawionymi na krawędzi bazaru Dżodia. Bierze do ręki część od karburatora i przygląda się jej z różnych stron. Zaczynam podejrzewać, że nasłał go ktoś inny – może drobny handlarz bronią o sporych ambicjach, który wie, że pracuję z Jakabem, węgierskim hurtownikiem radzieckiego demobilu. Oczywiście zawsze jest też nieciekawa czwarta możliwość – że to po prostu zwykły zboczeniec, któremu wpadła w oko dwudziestoośmioletnia Amerykanka spacerująca samotnie po ulicach obcego miasta. Brzytwa Ockhama: najprostsze wyjaśnienie z reguły jest słuszne.

Bez względu na to, czy jest agentem czy zbirem, ogon to powód do odwołania operacji. Nie ma sensu spotykać się ze źródłem albo odbierać dokumentów ze skrzynki kontaktowej, gdy ma się publiczność. Nawet nieszkodliwy dewiant może stać się znacznie mniej nieszkodliwy, jeśli dojdzie do wniosku, że zobaczył coś, o czym warto komuś donieść. Na szczęście nie mam dzisiaj w planach niczego o znaczeniu operacyjnym. To dopiero jutro. Teraz robię zwyczajny rekonesans.

Jakab powiedział: skrzyżowanie Abdullah Haroon i Sarwar Shaheed. Wiedział tylko tyle, choć w zasadzie nie powinien wiedzieć nawet tego. Wydobył te informacje od swoich kupców, udając, że chce im sprzedać bombę spersonalizowaną, odpowiednią do ich potrzeb. Wyjaśnił im, że musi zrozumieć, jaki jest ich cel, bo materiału rozszczepialnego musi być tyle, by na pewno został wykryty przez licznik Geigera i skupił uwagę świata, której tak pożądali.

Gdy przyjeżdża następny autobus, wsiadam powoli, spokojnie, jakbym nie jechała przyjrzeć się celowi potencjalnego terrorystycznego ataku nuklearnego. Pan Ed wchodzi na górę i siada na dachu, ja znajduję miejsce w przedziale dla kobiet. Na zewnątrz popołudnie przechodzi w zmierzch, motocykle uruchamiają reflektory. W wieczornych korkach mam czas, żeby podziwiać budynki. Większość jest starsza od państwa, w którym się znajdują. Są jak nieme pomniki epoki, gdy Indie i Pakistan były jednym krajem, zabawką kolonistów i królów. Jako Jankeska dobrze rozumiem zrzucanie angielskiego jarzma. Wyobrażam sobie, jak mężczyźni i kobiety wokół mnie wrzucają skrzynki pełne herbaty do oceanu, ubrani w swoje kamizy i chusty. I my, i oni pochodzimy z krain buntowników. Gdyby tylko wszystkie rebelie nie kosztowały tyle krwi…

Widzę, jak zza samochodów i zaprzężonych w osły wózków wyłania się skrzyżowanie, skryte za spłowiałymi brezentowymi płachtami, które rozciągnięto między budynkami dla ochrony przed niewidocznym już słońcem. Po jednej stronie stoi Narodowy Bank Pakistanu – według mnie całkiem sensowny jako cel terrorystów. Mułłowie zatwierdzili przecież bliźniacze wieże World Trade Center jako obiekt militarny, twierdząc, że Ameryka zabija muzułmanów w równym stopniu przez wpędzanie niewinnych w nędzę, co za pomocą gąsienic czołgów. Ale coś się nie zgadza. Budynek jest betonowy, nieciekawy, to doskonały przykład surowego powojennego brutalizmu. Nie widać w nim najmniejszych oznak zachodniego przepychu.

 

Czekam, aż kierowca zwolni, po czym zeskakuję z powrotem w miejski pył. Pan Ed delikatnie ląduje po drugiej stronie autobusu. Przechodzę przez Abdullah Haroon Road na tyle powoli, by mógł mnie śledzić. Gdy tylko docieram na drugą stronę, nagle wszystko staje się jasne. Przede mną, za zamkniętą łańcuchem bramą, stoi coś, co wygląda jak miniaturowy zameczek, malutka kamienna twierdza wśród riksz i gołębi. To Karachi Press Club, bastion wolności słowa i niezależnego dziennikarstwa, słynący jako miejsce protestów i debat oraz jedyny w tym kraju bar, w którym można kupić alkohol. Założę się o każde pieniądze, że to ich cel. W tym mieście nie ma bardziej wybuchowego sposobu, by stracić głowę, niż dać sobie w szyję.

Z tego, co mówił Jakab, atak ma być ostrzeżeniem – czytelnym sygnałem dla każdego kraju, w którym tusz drukarski płynie równie swobodnie co gorzałka. Najpierw wyczyścić Pakistan, potem zająć się niewiernymi. Eleganckie stanowisko – ale prawda jest taka, że tu po prostu znacznie łatwiej zaplanować i wykonać atak niż na nowojorskim Times Square. Al-Kaida chce mieć możliwość przeprowadzenia ataku jądrowego przynajmniej od 1992 roku, kiedy to Osama bin Laden wysłał kilku podwładnych do Czeczenii w poszukiwaniu materiałów rozszczepialnych zapodzianych podczas rozpadu radzieckiego imperium. Ale bomby atomowe nie leżą na ulicy, są kosztowne i bardzo kapryśne. Próba generalna na własnym podwórku miałaby sens.

Oznacza to, że muszę myśleć jednocześnie o dwóch sytuacjach: po pierwsze o potencjalnym ataku, który wydarzyłby się w miejscu, przed którym stoję, a po drugie o możliwości jego powtórzenia w Stanach Zjednoczonych. W Karachi Press Clubie wygłaszają przemówienia literaci i myśliciele z całego świata, w tym Amerykanie. Dziesięciokilotonowa bomba atomowa unicestwiłaby każdy budynek i każdą osobę, które widzę, w promieniu kilometra. Ta sama bomba w redakcji „New York Timesa” w centrum Manhattanu spopieliłaby Times Square, Penn Station, Bryant Park i New York Public Library, a także niezliczone mieszkania, sklepy, przedszkola i taksówki. Eksplozja byłaby gorętsza od słońca. Ponieważ światło podróżuje szybciej od dźwięku, około pół miliona ludzi w jej zasięgu obróciłoby się w parę, zanim nawet usłyszeliby wybuch. Na obszarze kolejnego kilometra w ciągu kilku dni wszyscy zostaliby zabici przez promieniowanie. Ich dalszych sąsiadów przez lata prześladowałyby nowotwory.

Terroryzm to psychologiczna gra, której sednem jest eskalacja. Ludzi przeraża nie ostatni atak, tylko następny.

Wydaje wam się, że ataki na amerykańskie ambasady w Kenii i Tanzanii w 1998 roku są straszne? To spróbujcie patrzeć, jak eksploduje opancerzony okręt wojenny w czynnej służbie, co dwa lata później stało się z USS Cole w Zatoce Adeńskiej. Przeraża was atak na marynarzy? To wyobraźcie sobie zamach przeprowadzony w naszym kraju, w którym giną tysiące, taki jak ten, który ze zgrozą oglądaliśmy rok później, w bezchmurny wtorkowy poranek we wrześniu.

Od 11 września Al-Kaida zadawała sobie pytanie: co teraz? Jaki obraz może być bardziej niesamowity niż pasażerskie odrzutowce uderzające w drapacze chmur? Co może być bardziej niszczycielskie niż zamordowanie trzech tysięcy ludzi w zupełnie zwyczajny wtorkowy poranek? W pewnym momencie zostaje już tylko atomowy grzyb. W pewnym momencie jedynym możliwym kierunkiem eskalacji jest wybuch o takiej jasności, że wypali się garstce ocalałych świadków na siatkówkach na resztę ich życia.

Pan Ed patrzy, jak przez bramę Karachi Press Clubu przechodzi kobieta. Na głowie ma chustę w stylu Pucciego z lat 70. Dół jej kamizu jest obszyty kwiaciastymi wzorami. Jest to skromny, islamski strój z odrobiną hipisowskiej wesołości. Mężczyzna przy bramie sprzedaje kwiaty – przycięte, na bukiety. Wykrzykuje obniżone ceny w okna przejeżdżających samochodów. Na chodniku za nim widnieje znak reklamujący dziecięcego dentystę.

Czuję, jak narasta we mnie groza sytuacji. To okrucieństwo. Paskudnie, bezużytecznie zmarnowane ludzkie życie. Chcę pobiec do mężczyzny z pociągłą twarzą, złapać go, potrząsnąć nim i zapytać, jak może chcieć zabić kobietę, która ozdabia sobie ubrania kwiatami, jak może myśleć o zabiciu pół miliona ludzi takich jak ona. Ale równie dobrze może być przecież zwyczajnym zboczeńcem. Jutro będę miała szansę. Jedyną szansę, żeby wyjaśnić Al-Kaidzie, dlaczego nie powinna detonować bomby jądrowej w centrum dużego miasta. Jedyną okazję, by spotkać się twarzą w twarz z członkami grupy, która chce rzucić ten kraj na kolana.

Daj mu spokój – myślę.

W tym samym momencie mężczyzna wyjmuje komórkę i, patrząc mi w oczy, wybiera numer.

2

Mój tata działa jak arkusz kalkulacyjny: jest logiczny, polega na danych, przetwarza wszystko, co mu się poda. Wychował się we Franklinville w stanie Nowy Jork, miasteczku tak małym i zamkniętym na świat, że z jego rocznika tylko on i kilku jego kolegów poszli na studia. Jego Alma Mater był Uniwersytet w Chicago, gdzie został jednym z najmłodszych profesorów ekonomii w historii. Gdy urodził się mój starszy brat Ben, a potem ja, doradzał w zakresie polityki energetycznej rządom państw ze wszystkich zakątków świata, więc widywałam go przeważnie wtedy, kiedy wracał z lotniska albo jechał na samolot.

W tamtym czasie moja mama przypominała impresjonistyczny obraz: była piękna i dobrze wychowana. Któregoś dnia – choć jeszcze nie wtedy – miała zostawić za sobą reguły formy i dojrzeć do własnej, abstrakcyjnej prawdy. Jest prawdziwą Angielką – przypisze cię do odpowiedniej klasy społecznej, nim skończysz pierwsze zdanie. Choć wcale nie chce tego robić, czasem udaje jej się to, zanim w ogóle otworzysz usta. W moich najwcześniejszych wspomnieniach jest jeszcze bardzo młoda, dość młoda, by podzielać odziedziczoną po matce wizję rodzicielstwa jako zachęcania dzieci do konformizmu, ubierania ich tak, żeby się dobrze prezentowały, i wysyłania do prestiżowych szkół. W tamtym czasie moje rodzeństwo i ja byliśmy dla niej niedokończonymi obrazami. Nie nauczyła się jeszcze pozwalać barwom wychodzić poza linie.

Mój brat ma trudności w uczeniu się. Z tego powodu czasem w ogóle nie potrafi dostrzec linii. Jest genialny, ale ma problemy ze zdolnościami motorycznymi i mową. Łobuzy z naszej szkoły w Waszyngtonie bezlitośnie go za to prześladują. Mama za wszelką cenę chce ukryć jego trudności przed światem. Boi się, że inni mogą być wobec niego okrutni, że może nie przyjmą go do Eton, najlepszej brytyjskiej szkoły, że uznają go za gorszy sort, że będzie dla nich odmieńcem. Nie mamy pojęcia, co takiego czai się w mrokach niewłaściwego sposobu życia, jednak cokolwiek by to było, rozumiemy z jej tonu, że jest to coś strasznego.

Niczym szerpa, który za wszelką cenę chce poprowadzić powierzonego sobie podróżnika na szczyt Everestu, mama siada z Benem przy naszym kuchennym stoliku, rozkładając przed nim podręcznik do matematyki. Strony książki pokrywa morze liczb. Mój brat skarży się, że cyfry nie mogą spokojnie wysiedzieć w linijkach.

– Latają wszędzie jak wróżki – mówi.

Ja przyglądam się z szafki pod zlewem, czy któraś nie wyskoczy w powietrze, żebym mogła ją zobaczyć. Przerobiłam szafkę na miejsce zabaw, klejem namalowałam na jej ścianach chmury. Od czasu do czasu Ben przestaje udawać, że rozumie coś, co nie ma dla niego sensu, i z rozpaczą patrzy w stronę mojej kryjówki. Podnoszę łapkę naszego starego teriera Snowy’ego w geście solidarności albo udaję, że kraby pustelniki z terrarium skandują jego imię, aż wreszcie uśmiecha się szeroko, błyskając zębami. Mama wybucha swoim pięknym śmiechem, po czym odkładają naukę, by zrobić prażoną kukurydzę z paczki z wbudowaną patelnią, która na gazie rozdyma się jak balon.

W weekendy chodzimy z Benem po muzeach Smithsonian, sami, bez opieki. Mama wysadza nas naprzeciwko Wujka Beazleya, pustego w środku triceratopsa z włókna szklanego. Jego rogi straciły kolor, starte przez tysiąc dłoni wdrapujących się na plecy dinozaura. Mama synchronizuje nasze zegarki, udziela nam poważnych pouczeń o samochodach i nieznajomych (nawet tych, którzy mówią, że mają szczeniaczki). Gdy wbiegamy po schodach, woła, że bardzo nas kocha.

W sali mezopotamskiej muzeum historii naturalnej oglądamy film o Gilgameszu. To lalkowa animacja, w której gliniane figury bohaterów podskakują przy każdym kroku. W sali lotnictwa i kosmosu jemy lody z mrożonych owoców oraz oglądamy, jak człowiek na Księżycu opowiada o historii, wojnie i zmianach, które widział z nieba. Mój brat zauważa, że przy tym wszystkim cała historia o Gilgameszu jest jak jeden pasek w lodowej kanapce.

Gdy jest ładna pogoda, spacerujemy przy pomniku Lincolna i na zmianę recytujemy przemowę gettysburską, wkładając na głowę drogowy pachołek, który robi za cylinder. Pięć minut przed tym, jak wskazówki naszych zegarków dotrą do piątej po południu, biegniemy z powrotem do rzeźby przedstawiającej nieskończoność, gdzie czeka samochód mamy.

– Podziemny parking został zamknięty, żeby trudniej było podłożyć bombę – tłumaczy mama.

Zaczynam chodzić do przedszkola, gdzie dowiaduję się, że Ben różni się od innych dzieci w sposób, który mi wydaje się fajny, ale ich zdaniem robi z niego ofiarę. Chodzi sztywno, w zrywach – „jak pomyleniec”, nabijają się dzieciaki. „Jak Gilgamesz” – mówię mu. Podczas przerwy siedzi na placu zabaw w cieniu drzewa, nucąc dziwne melodie z długimi pauzami. Inne dzieci myślą, że brak mu piątej klepki, ale ja wiem, że po prostu powtarza symfonię, którą tata włączył na naszym magnetofonie poprzedniej nocy. Nuci partię każdego instrumentu, od początku do końca. Skrzypce, potem klarnet, potem kotły. Rozkłada muzykę na kawałki, tak jak majsterkowicze rozkręcają radio. W głowie słyszy dokładnie, jak układa się ona w całość. Ale łobuzy się śmieją: „W każdej wsi musi być wioskowy głupek”.

Nikt nie rozumie geniuszy.

Wieczorem mama czyta nam książki. Misia Paddingtona, Lwa, czarownicę i starą szafę, Wilki z Willoughby Chase. Czyta je wyraźnie, różnymi głosami, przestaje tylko wtedy, gdy śmiejemy się albo płaczemy tak mocno, że nie może wytrzymać i do nas dołącza. Uspokajamy się po chwili i znowu zagłębiamy w opowieści, które tańczą nam przed oczami, dopóki nie mamy siły prosić o jeszcze jeden rozdział. Odpływamy wtedy do miejsc, w których nie ma podręczników matematyki ani szkolnych łobuzów.

– Nie zapominajcie – mówi mama łagodnym głosem – że możecie wybrać się w podróż, gdzie chcecie, wystarczy tylko zamknąć oczy.

Gdy ja mam siedem lat, a Ben dziesięć, zbieramy wieczka od pudełek płatków śniadaniowych, żeby odesłać je do producenta i w zamian dostać kartonowy dom strachów. Przyjeżdża w płaskim pudełku. Rozkładamy go w piwnicy, przyczepiając jeden element do drugiego, aż stawiamy własny nawiedzony zamek między pralką a schodami.

Wpadające przez zakurzone piwniczne okienka światło jest dosyć słabe. Naszą lampą jest mój plastikowy świetlik. Musimy co drugi dzień zostawiać go w ogródku, żeby naładował się od słońca. Czasem mama robi tu pranie, ale poza tym nasze królestwo jest zamknięte dla świata.

Noszę wrotki, a mój brat buduje domki z kawałków drewna, które wydają się malutkie w porównaniu z kartonowym nawiedzonym domem.

– Musimy bronić mieszkańców wioski – mówi Ben.

Wokół chat ustawiamy figurki, a w zamku – plastikowego nietoperza wampira Bena, który mógłby je przestraszyć.

– Snowy je obroni – nucę po dziecinnemu, rozczesując szczotką długie futro starego psa, śpiącego na podłodze. Czasami obok Bena siada jego stary miś Chester, którego plusz pozbijał się już dawno w grudy.

Któregoś dnia, gdy odpieramy w piwnicy ataki statków kosmicznych, mama zbiega po schodach, by powiedzieć nam, że przyszedł list do Bena. Został przyjęty do Wicken Park, angielskiej szkoły z internatem, w której będzie się uczył, zanim pójdzie do Eton.

– A co, jeśli mu się tam nie spodoba? – pytam. – Jeśli będą tam dla niego niemili? – Mama siada na najniższym stopniu.

– Cóż, wtedy może do nas o tym napisać – powiedziała – a my go zabierzemy. – Zwraca się do Bena: – Ale nauczyciele pewnie będą czytać twoje listy, a nie chcemy ich obrazić. Będzie nam potrzebne hasło.

– Czy nie obrażą się i tak, gdy go zabierzemy? – pytam.

– Wymyślimy jakąś wymówkę – odpowiada mama. – Potrzebujemy tylko słowa, którego nie wykorzystałbyś przy pisaniu normalnego listu, żebyś nie użył go przypadkiem.

 

Nie rozumiem, dlaczego wysyłamy Bena gdzieś, gdzie będzie potrzebował tajnego hasła, żeby uciec. Nie wiem nawet, jak wygląda Wicken Park, nie potrafię sobie wyobrazić miejsca, które odbiera mi mojego brata. Spoglądam na potwory narysowane na bocznej ściance domu strachów. Jeden z nich ma obdartą, pustą twarz, bo taśma zdarła tam farbę. Jest najbardziej przerażający ze wszystkich.

– Może „nawiedzony dom”? – pytam.

– Doskonałe – mówi mama i mocno nas przytula.

* * *

Każdy dzień upalnego, wilgotnego lata po tej rozmowie jest jak odliczony drogocenny kamień. Nieustannie towarzyszy nam myśl, że wszystko, co robimy, możemy robić po raz ostatni – ostatni raz, gdy zbieramy liście morwy dla jedwabników Bena, żeby któregoś dnia uszyć spadochron; ostatni raz, gdy spacerujemy po drewnianych śluzach na kanałach Georgetown, gdzie bawimy się w dzielnych marynarzy prowadzonych po desce przez nikczemnych piratów; ostatni raz siedzimy w bagażniku kombi naszych rodziców w drodze do Muzeum Figur Woskowych Johna Browna, gdzie będziemy oglądać muszkiety, rewolucjonistów i szubieniczny sznur w ręku zakapturzonego kata.

W trakcie tych ostatnich miesięcy brzuch mojej mamy zaczyna się rozdymać jak torba prażonej kukurydzy na patelni. Rodzice oznajmiają nam, że będziemy mieli siostrzyczkę.

Wiadomość ta dociera do nas dopiero wtedy, gdy chorujemy na ospę wietrzną i mama wyprowadza się do hotelu, by nic nie stało się dziecku. Tęsknimy za nią, prosimy, żeby czytała nam bajki przez telefon, a potem z niezadowoleniem oznajmiamy, że to nie to samo. Tata robi wszystko, co może, żeby odwrócić naszą uwagę. Odtwarza na magnetofonie wykłady Carla Sagana. Powtarzamy za fizykiem, gdy mówi „miliardy” swoim magicznym, wzmocnionym echem głosem. Ale za trzecim czy czwartym razem już nas to nie bawi, więc zamiast tego tata włącza Billy’ego Crystala. Wszyscy razem krzyczymy „Wyglądasz cudownie!”, chociaż ja i brat na całym ciele mamy krosty.

Gdy tacie kończą się kasety, sięga po ciężką artylerię. Pokazuje nam, jak zrobić wstęgę Möbiusa. Zwijamy pasek papieru w kółko, skręcamy go w środku i sklejamy oba końce taśmą.

– Ta-dam! – mówi tata. – Zrobiliście nieskończoność.

Patrzę na niego jak na wariata. Ale potem każe mi poprowadzić kreskę wzdłuż paska, nie odrywając od niego długopisu. Po obu stronach robi się z niej długa, ciągła linia, która wygląda jak zaklęta.

– Chyba warto złapać ospę, żeby nauczyć się robić nieskończoność – mówi mi Ben. – Nie sądzisz?

Potem tacie z odsieczą przyjeżdża babcia, a nasz drogocenny, cudem wydarty kawałeczek ojcowskiej uwagi znika jak światło słońca pod zaciąganymi żaluzjami.

Tamtego roku w Dzień Niepodległości stoimy z Benem na rozsypującym się ceglanym murze nad dokami na Potomacu, a na niebie z hukiem wybuchają fajerwerki.

– Wyobraź sobie, że to dźwięk nadchodzących Brytyjczyków – mówi Ben.

Zamykam oczy i koncentruję się z całych sił. Wojsko idzie zabić naszą rodzinę. Z każdym hukiem są coraz bliżej. Zaczynam płakać i po raz pierwszy w życiu zdaję sobie sprawę, że fajerwerki nie zawsze są dla zabawy.

Tydzień później rodzi się Antonia. Ale to dopiero niemowlę, nie naprawi straty Bena. Mama zaczyna spać pod jej kojcem, bo mała ciągle płacze w nocy. Pod koniec lata jedzie z nami, w swoim miękkim, różowym ubranku, odwieźć Bena do szkoły po drugiej stronie oceanu.

Jedziemy w głąb angielskiej prowincji, do Wicken Park, olbrzymiej kamiennej posiadłości, która wygląda jak plan filmowej ekranizacji Dickensa. Ben i ja stoimy obok siebie na okrągłym podjeździe, przyglądając się, jak przyjeżdżają inni chłopcy, z wielkimi walizami i dandysowatymi fryzurami. Dłoń brata zaciska się na mojej, czuję, jak drży. Szkoła wygląda jak nasz kartonowy dom strachów. Cóż, przynajmniej wybraliśmy właściwe hasło – pomyślałam. Ale nie mówię tego głośno. Zamiast tego rzucam:

– Całkiem niezłe królestwo, żeby je bronić przed piratami! – A on kiwa głową z tak wielką odwagą, że ciężko mi to przełknąć. Wreszcie zaczynają się z niego wylewać łzy.

– Płacze jak dziewczynka! – nabija się jeden z gogusiów. – Buu! Lepiej zostań w domu i baw się z siostrą.

Puszczam dłoń Bena, żeby ochronić go przed docinkami. Nagle znika, zgarnięty przez nieprzyjemną przełożoną internatu, która szybko wciąga go za drzwi. Wciąż czuję na dłoni ciepło jego ręki.

Stoimy tam z rodzicami przez chwilę, patrząc w okna, na wypadek gdyby miał z któregoś wyjrzeć i nam pomachać, ale w szybach odbija się jedynie chłód wieczornego nieba.

* * *

Niemal natychmiast po naszym powrocie do domu zaczyna się pakowanie. Tata mówi, że my też przeprowadzamy się do Anglii, ale nie na wieś jak Ben, tylko do Londynu, bo będzie tam doradzał rządowi Margaret Thatcher przy rozwiązywaniu problemu branży węglowej. Patrzę przez okna, jak mama oddaje Snowy’ego jakiejś parze, która podjeżdża furgonetką Volkswagena. Idę na dół i siadam sama w domu strachów.

Po przyjeździe do Londynu zajmuję sypialnię na najwyższym piętrze. Ma ona pochyły sufit, wciśnięty pod okapy dachu, na który można wspiąć się przez okno. Często to robię, gdy mama skończy mi czytać i wyłączy światło. Spędzam tam większość nocy, balansując na dachówkach, chowając stopy pod nocną koszulę i patrząc, jak Big Ben wybija dziesiątą. Zegar jest kilka przecznic od nas, a jego wielka tarcza unosi się pomiędzy kominami jak zagubiony księżyc. Kiedy jestem zawieszona na takiej wysokości, czuję się jednocześnie mała i olbrzymia.

Ben co miesiąc przyjeżdża do Londynu na weekend, żeby się z nami spotkać. Ganiamy wtedy po opactwie westminsterskim i Parlamencie, odrysowujemy płaskorzeźby, przykładając do nich kartki papieru, i wymyślamy opowiadania o poetach i królach, których groby znajdują się w ścianach budynku. Gdy wracamy do domu, mała Antonia na ogół już śpi, a mama zostawia na drzwiach kartkę z prośbą, żebyśmy byli cicho jak myszki. Z hukiem wpadamy do środka, piszcząc jak gryzonie (a przynajmniej tak nam się wydaje), a potem wybuchamy szaleńczym śmiechem.

Na koniec każdej wizyty Ben przytula mnie i pozwala myśleć, że wcale mu nie przeszkadza powrót do szkoły. Czasem dostrzegam ślady smutku, który starannie ukrywa. To krótkie wymiany zdań, zakończone spojrzeniem mówiącym „nie naciskaj”.

– Jak ma się Chester?

– Już go u nas nie ma.

– Co ci się stało w głowę?

– Przewróciłem się, walnąłem o kaloryfer.

– Z kim się najbardziej przyjaźnisz?

– Chyba z przełożoną.

Chciałabym, żeby użył hasła. Wtedy mama wypisałaby go ze szkoły, wróciłby do domu i wszystko byłoby tak jak dawniej. Ale tego nie robi. Po prostu robi się coraz wyższy i coraz bardziej milczący, a wkrótce nawet gdy jest w domu, sprawia wrażenie, jakby był daleko.

Zaczynam uczęszczać do Szkoły Amerykańskiej w St. John’s Wood. Chodzi tam trochę fajnych dzieciaków. Ja się do nich nie zaliczam. Moim oparciem jest dwójka innych wyrzutków, Lisa i Laura. Gdy fajne dziewczyny zakładają klub Różowych Dam i nie pozwalają nam dołączyć, tworzymy własny: Fajne Ogórki. Na przerwach zamiatamy plac zabaw, żeby pomóc woźnemu. Gdy pada, budujemy roboty z kartonowych pudeł. Naszym majstersztykiem jest Posłaniec Peter. To robot listonosz, równie wysoki jak my; w brzuchu ma zamykane na kluczyk pudełko, w którym można zostawiać tajne liściki.

Lisa i ja dostajemy zaproszenie na imprezę z nocowaniem urządzoną przez Różowe Damy z okazji urodzin dziewczyny imieniem Cassie. Nie mamy siły na całą noc. Próbujemy zachowywać się jak dorosłe, a potem szybko zasypiamy. W środku nocy zostajemy obudzone i postawione przed sądem za to, że przeszkadzałyśmy mamie Cassie. Cassie siada na stosie poduszek jako sędzia. Po pokazowym procesie skazuje nas na noc w szafie. Zostajemy tam zamknięte, wśród butów i wysadzanych błyszczącymi cekinami sukienek Cassie; wychodzimy dopiero, gdy rano przyjeżdżają uwolnić nas nasze mamy.

Jakimś cudem w całej sytuacji odnajdujemy więcej poczucia wspólnoty niż bólu i stajemy się sobie bliższe. Piszę z Laurą słownik naszego języka i nabijamy się z innych dzieciaków w sposób, którego nie mogą zrozumieć. Lisa pokazuje mi, jak zrobić ze sznurka pajęczynę na całą sypialnię i powiesić na niej dzwonki, żeby ostrzegały przed duchami. Przez trzy miesiące jesteśmy szczęśliwe. A potem, dzień po Bożym Narodzeniu, mama sadza mnie i mówi, że Laura nie żyje. Zginęła, gdy wracała do domu z całą rodziną – od babci po nowo narodzonego braciszka – samolotem linii Pan Am wysadzonym przez libijskich terrorystów nad Lockerbie w Szkocji. Mam osiem lat.

Zaczynam godzinami milczeć. Czuję się, jakbym miała w głowie watę. Jestem senna, cicha, otępiała. Tata wreszcie uczy mnie czytać londyńskiego „Timesa”.

– Musisz zrozumieć siły, które ją pochłonęły. Wtedy nie będzie ci się to wydawać takie straszne.

Myślę o pozbawionym twarzy potworze z kartonowego domu strachów i wiem, że ma rację. Mój świat powoli zapełniają nowi bohaterowie. Al-Kaddafi, Thatcher, Reagan, Gorbaczow. Sprawiają wrażenie egzotycznych postaci z bajek, czarodziejów, wiedźm, myśliwych z odległych, magicznych lasów. Ale ich baśniowe konflikty potrafią rozlać się na świat rzeczywisty, na mój świat, i strącić moich przyjaciół z nieba. A więc muszę brać ich pod uwagę.

W czerwcu siedzę wpatrzona w zdjęcia samotnego studenta, który stoi przed kolumną chińskich czołgów na placu zwanym Tian’anmen. Artykuły podają, że Tian’anmen znaczy Brama Niebiańskiego Spokoju. Bardzo długo przyglądam się fotografiom. Student wydaje się spokojny. Spokojny i potężny, bo zmusza tych wszystkich żołnierzy, by się cofnęli.

Inni też widzą jego siłę. W listopadzie to samo robią w Berlinie, tylko że tam obalają mur. Gazeta podaje, że ponad sto osób zostało zabitych, gdy przechodziły na jego drugą stronę. Pierwszą była kobieta imieniem Ida, która próbowała wyskoczyć z okna swojego mieszkania, żeby dostać się do domu siostry. Zawsze dzieliła je tylko ulica, a wtem jednej nocy na jej środku pojawił się mur, którego nie wolno im było przekraczać. Przypomina mi to mur, który powstał między mną i Laurą. Kibicuję protestującym, którzy rozbierają barierę, stojąc na dachach samochodów.