Klucze i Kasa. O mieniu żydowskim w Polsce pod okupacją niemiecką i we wczesnych latach powojennych, 1939-1950

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

10 lipca 1943 r. Schubert, urzędnik w Wydziale Nauki i Nauczania (Abteilung Wissenschaft und Unterricht) w Urzędzie Szefa Dystryktu Krakowskiego zwrócił się do burmistrza Krakowa z prośbą o wywłaszczenie Żydówki Heleny Benis, właścicielki majątku w Bronowicach Wielkich72. W majątku tym, od dłuższego już czasu zarządzanym komisarycznie, znajdowała się niemiecka szkoła rolnicza dla dziewcząt. Ostateczne wywłaszczenie żydowskiej właścicielki – argumentował Schubert – powinno się dokonać na podstawie paragrafu 4 wspominanego kilkakrotnie rozporządzenia z 24 stycznia 1940 r. Władze miejskie skierowały prośbę do Unterabteilung Treuhandverwaltung, wchodzącego w skład Wydziału Gospodarczego Urzędu Szefa Dystryktu Krakowskiego. Pewien czas później Podwydział Powierniczy poinformował kancelarię burmistrza, że sprzedaż nie wchodzi w grę, gdyż: „była żydowska właścicielka Helena Benis dopełniła [w 1940 r.] obowiązku urzędowego powiadomienia o swojej własności”73. Tego rodzaju legalizm może dziwić, szczególnie w wypadku korespondencji toczonej przez dwie pokrewne sobie instytucje niemieckie w sprawie dotyczącej wywłaszczenia Żyda. Przypadek ten jednak dobrze ilustruje niechęć władz niemieckich do ostatecznego uchylania nadzoru komisarycznego na terenie GG, szczególnie jeśli wcześniej dopełniono „obowiązku rejestracji mienia żydowskiego” – zgodnie z wymogami rozporządzenia z 24 stycznia 1940 r.74 Z podobnie zdecydowaną postawą spotykały się próby rozbiórki domów znajdujących się pod zarządem powierniczym. Również w takich wypadkach władze niemieckie zakazywały „uszczuplenia niemieckiego stanu posiadania”75.

Objęcie nieruchomości zarządem powierniczym pozbawiało dotychczasowych właścicieli praw własności, lecz stanowiło zarazem przeszkodę przy próbach dalszych „przewłaszczeń”. Dla zilustrowania tego rodzaju prób posłużę się sprawą budynku mykwy w Pruszkowie.

Mykwa wraz z przylegającymi do niej budynkami została wzięta w powiernictwo w 1940 r., a następnie wynajęta od Komisarycznego Zarządu Zabezpieczonych Nieruchomości przez Zarząd Miejski w Pruszkowie76. Na wiosnę 1942 r. władze miasta zdecydowały się wystąpić do KZZN z ofertą kupna dzierżawionych budynków. W tym celu skorzystano z usług warszawskiego adwokata Stanisława Koziołkiewicza, który zgodził się poprowadzić sprawę i reprezentować Zarząd Miasta w negocjacjach w KZZN i ze zwierzchnimi władzami niemieckimi77. 12 listopada 1942 r. Julian Winer, komisaryczny burmistrz Pruszkowa, wystosował pismo do starosty powiatowego Warszawy z prośbą o wydanie zgody na zakup obiektu. Prośbę swą burmistrz motywował poważnymi inwestycjami, których dokonało miasto w dotychczas dzierżawionym obiekcie, a także interesem publicznym, gdyż z przebudowanej łaźni korzystać teraz mogli wszyscy mieszkańcy miasta „oraz żołnierze Wehrmachtu”. Dalsze negocjacje między KZZN, władzami miasta a władzami niemieckimi, reprezentowanymi przez Wydział Spraw Gminnych Starostwa (Verwaltung des Gemeindeverbandes), toczyły się od stycznia do marca 1943 r. Ostateczną decyzję podjął kreishauptmann 26 marca i – wbrew pewnym zastrzeżeniom wysuniętym przez KZZN – scedował prawo własności na władze miasta Pruszkowa. W ten sposób dotychczasowa własność żydowska przeistoczyła się w „byłą własność żydowską”, a władze miejskie, zgodnie z decyzją władz okupacyjnych, weszły w posiadanie mykwy78.

Jak wynika z omówionych wcześniej przypadków, KZZN rzadko i niechętnie godził się na sprzedaż zarządzanych nieruchomości – nie tylko w polskie, ale nawet w niemieckie ręce. Wyjątkiem były domy drewniane, położone na obszarach wiejskich, kosztowne w utrzymaniu, łatwe do zniszczenia (lub rozbiórki na opał) i trudne do opłacalnego wynajęcia. Latem i jesienią 1942 r., po wymordowaniu ludności mniejszych gett, liczba takich ryzykownych nieruchomości musiała przyrastać lawinowo. W małych gettach po wywózce ludności żydowskiej mnożyły się kradzieże, a miejscowa ludność aryjska na wyścigi (i pomimo srogich kar) rozbierała opuszczone domy na opał lub na budulec. 8 października 1942 r., najpewniej w związku z taką właśnie sytuacją, naczelny treuhänder Eitner zdecydował się na utworzenie specjalnego Biura Sprzedaży, którego zadaniem było przyspieszenie obrotu niechcianymi domami79. Na czele Verkaufbüro stanął niejaki Jan Stachowicz, piastujący równocześnie stanowisko kierownika biura sprzedaży Niemieckiej Spółki Przesiedleńczo-Powierniczej (Deutsche Umsiedlungstreuhandgesellschaft), podległej szefowi policji. W piśmie rozesłanym do terenowych oddziałów KZZN Eitner podkreślał, że Stachowicz „zdobył już na tym polu poważne doświadczenie”80. Misja Stachowicza była o tyle istotna, że każdy tydzień przynosił kolejne doniesienia o rozbiórce, zniszczeniu lub rabunku żydowskich domów. W teczkach KZZN z Międzylesia, Pruszkowa, Falenicy i Otwocka zachowało się wiele raportów dotyczących skali tego zjawiska. Niekiedy administratorzy KZZN, aby położyć kres kradzieżom, które im samym groziły konsekwencjami służbowymi, oddawali sprawy w ręce policji. 19 stycznia 1942 r. plutonowy Kazimierz Filimowski z posterunku policji granatowej w Falenicy zaaresztował grupę złodziei „pożydowskiego” mienia, działających na niekorzyść miejscowego treuhändera. W raporcie z dochodzenia plutonowy opisał technikę rozbiórki żydowskich domów: „[złodzieje] wyrywają tyle drzewa, ile go mogą unieść, następnie wynoszą w krzaki pod stację w Michalinie i tam, w ostatniej chwili, gdy nadchodzi pociąg, wyciągają go i ładują do wagonów. Jest to intratne zajęcie, gdyż żandarmeria i policja niemiecka nie ściga ich zupełnie, jak handlarzy artykułów żywnościowych. Z jednej paki drzewa wywiezionej do Warszawy mają około 60 zł, więc wytrzymać jakoś mogą [. ..]”81. Na podobny pomysł wpadli złodzieje w Miedzeszynie, którzy z dachów żydowskich domów znajdujących się pod zarządem powierniczym ściągali blachę, którą następnie sprzedawali w Warszawie82.

Zjawisko rabunków w opuszczonych gettach nie ograniczało się, oczywiście, do dystryktu warszawskiego – był to fenomen ogólnopolski. Lokalni przedstawiciele Treuhandstelle, próbując ratować choć część zagrożonego w ten sposób majątku powierniczego, upoważnili polskich burmistrzów, wójtów i sołtysów do sprzedaży „pożydowskiego mienia” na publicznych aukcjach. W podtarnowskim Żabnie rola ta przypadła burmistrzowi Uramkowi83. W Radomyślu, na wschód od Żabna, 150 „pożydowskich” domów drewnianych po prostu rozebrano, a drzewo sprzedano polskim mieszkańcom na aukcji. W gestii Urzędu Powierniczego pozostały tylko murowane domy położone przy rynku miasteczka84. Podobnie działo się w Szczucinie, gdzie grupę miejscowych chłopów oskarżono o działania na szkodę tamtejszej placówki Zentralverwaltung der Herrenlosen u. jüdischen Hauser u. Grundstücke des Kreis Tarnow. Chłopi, którzy stanęli przed Sądem Grodzkim w Dąbrowie Tarnowskiej, dokonali kradzieży „desek i drzewa z pożydowskich szop”85. W położonych na wschód od Warszawy Łosicach po likwidacji głównego getta Niemcy z początku zaczęli sprzedawać żydowskie ubrania: „ludzie z Biernat, Skolimowa, Chotycz, Świniarowa i pobliskich wiosek przybywali do Łosic wczesnym rankiem i ustawiali się w kolejce ciągnącej się setkami metrów [...] wyprzedaż miała miejsce co kilka dni [...] jako pierwsze sprzedano nakrycia głowy. Kilka dni później odbyła się wyprzedaż koszul, spodni, bielizny, pościeli i innych przedmiotów”86. Gdy żydowskie ubrania i drobniejsze przedmioty zostały już rozprzedane na aukcjach, Niemcy wystawili do rozbiórki, na przetargach, co starsze żydowskie domy – głównie domy drewniane. Dla kupujących dodatkową motywacją było powszechnie panujące przekonanie, że w rozbieranych domach będą mogli znaleźć ukryte wcześniej przez Żydów kosztowności...

KZZN w getcie warszawskim

KZZN przejął kontrolę nie tylko nad nieruchomościami żydowskimi po aryjskiej stronie, lecz także w powstającym getcie warszawskim. Proces przejmowania własności w zarząd powierniczy postępował szybko i w większości wypadków zakończył się jeszcze przed nadejściem jesieni 1940 r. „Pozbawiono przez to pracy setki administratorów i rządców meldunkowych. Oczywiście komisaryczni zarządcy nie zatrudniali już tysiącznej rzeszy żydowskich rzemieślników – ślusarzy, blacharzy, elektrotechników, stolarzy, cieśli, murarzy i malarzy, którzy tym samym utracili jedyne źródło utrzymania”87. Ustanowienie zarządu powierniczego szło w parze z powołaniem do życia Urzędu Transferu (Transferstelle), czego skutkiem było dalsze zdławienie wymiany towarowej z aryjską Warszawą.

W pierwszych miesiącach okupacji Żydzi właściciele kamienic, spodziewając się represji niemieckich, często przekazywali administrowanie swoich nieruchomości zaufanym Polakom: „powszechnie przypuszczano, że tego rodzaju narybek administratorski uchroni przed ustanowieniem nieznanych, obcych, komisarycznych administratorów, którzy działali wyłącznie w interesie władz mianujących bez uwzględnienia potrzeb właścicieli”88. Według Henryka Bryskiera (inżyniera, działacza społecznego w getcie) były to jednak mrzonki, gdyż w końcu 1940 r. KZZN ustanowił własnych komisarzy i administratorów, dokonując czystki wśród zarządców domów pracujących dotąd w getcie. „Z tą chwilą między gospodarzami a administratorami stosunki się oziębiły i w końcu ustały”. Początkowo administratorzy mieli prawo wypłacać właścicielom budynków do 500 zł miesięcznie. Później wszystkie nadwyżki z czynszów przelewano na konto KZZN. Informacje o „rugach” żydowskich administratorów znajdują częściowe potwierdzenie w raportach wysyłanych przez władze dystryktu warszawskiego do Krakowa. Według danych niemieckich, po zamknięciu getta warszawski Urząd Powierniczy zwolnił wielu Polaków – zarządców domów w dzielnicy żydowskiej i – na pewien czas – przekazał administrację w ręce Judenratu, który ze swej strony wyznaczył administratorów Żydów89. Zmiana ta miała zapobiec dalszej erozji wpływów z nieruchomości położonych na terenie getta. Według szacunków niemieckich, 30-40 tys. lokatorów (zdecydowana większość z nich właśnie w getcie) albo „w ogóle nie płaciło komornego, albo zalegało z zapłatą znacznych sum”. Kontrola Judenratu nad administratorami była jednak dość iluzoryczna, gdyż nad zatrudnionymi w administracji Żydami kontrolę sprawowało 25 niemieckich „nadpełnomocników” (Oberbeaufragte), którzy mieli „przede wszystkim dbać jak najenergiczniej o ściąganie czynszów oraz odprowadzanie podatków”90. Sytuację pogarszał fakt, że o ile po aryjskiej stronie, w końcu 1940 r. regularnie rozliczało się z KZZN ponad 80% lokatorów, o tyle w getcie – niespełna 50%91. Administracja niemiecka zdawała sobie zresztą sprawę z nieściągalności większej części zadłużenia żydowskich lokatorów: „zaległości tych, wynoszących blisko 40 milionów złotych, chyba nigdy nie uda się ściągnąć. Jeśli utrzyma się obecna sytuacja gospodarcza w dzielnicy żydowskiej, a ceny środków żywnościowych pozostaną na tak wysokim poziomie, jaki ostatnio osiągnęły, to zaległości te będą prawdopodobnie rosły”92.

 

W gestii naczelnika KZZN, naczelnego treuhändera Eitnera, znalazły się setki kamienic w getcie, którymi zarządzano za pośrednictwem żydowskich administratorów. Każdy z nich miał w swojej pieczy 20-25 domów, a zarządzali nimi przy pomocy zarządców niższego szczebla, odpowiedzialnych za 1-2 domy93. Dzięki temu stosunki między lokatorami i zarządcami (niższego szczebla) były mniej formalne i osobiste. W zimie 1941/1942 r. system uległ zmianie. Odwołano miejscowych zarządców i całość operacji przekazano w ręce trzech administratorów, z których każdy miał pod sobą ponad 100 domów94. Jednym z nich został Abraham Gancwajch, kolejnymi jego współpracownicy Tauber i Ludtke: „Hitlerowcy i ich trzej żydowscy doradcy zyskują; jeżeli chodzi o Żydów – ciemność i rozpacz” – podsumował Chaim Kapłan95. Istotnie, wspomniane przez Kapłana zmiany zaowocowały powstaniem specjalnego Wydziału ds. Żydowskiej Dzielnicy Mieszkaniowej przy warszawskiej centrali KZZN. Na czele gettowego wydziału, z tytułem „specjalnego pełnomocnika żydowskiego” (der jüdische Sonderbeaufragte) stanął wzmiankowany Abraham Gancwajch – prowokator i gestapowski agent96. Siedziba gettowego KZZN mieściła się w osławionej „Trzynastce” – w domu Gancwajcha przy ul. Leszno 13. Z lektury „Gazety Żydowskiej” wynika, że pod zarządem Gancwajcha znalazły się dziesiątki kamienic przy ul. Elektoralnej, Solnej, Orlej, na Lesznie, Nowolipiu, Nowolipkach, Karmelickiej, Przejazd, Mylnej i Zamenhofa97. Przypuszczać należy, że ten układ trwał aż do rozgromienia „Trzynastki” przez Gestapo w końcu maja 1942 r.

Szczególnym wyzwaniem okazało się ściąganie należności z rozpaczliwie biednej ludności getta, na co niejednokrotnie skarżyli się powiernicy. Trzeba zauważyć, że działania prowadzone przez Niemców przeciwko Żydom godziły również w interesy KZZN. Już masowa wędrówka ludności spowodowana przesiedleniem Żydów do getta w październiku-listopadzie 1940 r. odbiła się negatywnie na wynikach finansowych administracji powierniczej, a późniejsza nędza panująca w getcie spowodowała, jak donosili urzędnicy KZZN, „kłopoty w terminowej egzekucji czynszów”.

Dużo większe kłopoty dla powierników z KZZN przyniosła likwidacja getta: „wspomniane już wysiedlanie Żydów z warszawskiej dzielnicy żydowskiej sprawia Zarządowi Powierniczemu znaczne trudności gospodarcze” – można wyczytać w raporcie Podwydziału Powierniczego za lipiec 1942 r.98 W raporcie pisanym w październiku 1942 r. temat ten został rozwinięty szerzej: „Trudno w tej chwili powiedzieć, jakie będą skutki gospodarcze zmniejszenia liczby mieszkańców Warszawy o ok. 400 000 ludzi. Bez wątpienia nastąpi złagodzenie trudnej sytuacji żywnościowej w dystrykcie, tak samo jak przesiedlenie Żydów spowodowało duży spadek cen w większości powiatów [...]. Z drugiej strony trzeba pamiętać, że [...] straty w dzielnicy żydowskiej obliczono na sumę 155,9 miliona złotych. Składają się na nią opłaty za czynsze, dekapitalizacja źle utrzymanych i zniszczonych budynków, kradzieże oraz nieściąganie należności. Należy jednak pogodzić się z tymi stratami gospodarczymi, ponieważ usunięcie żydostwa jest konieczne ze względów politycznych”99. Pomijając nieludzką wymowę przytoczonego dokumentu, warto odnotować, że po opuszczonym getcie chodziły w końcu września lub w październiku 1942 r. komisje eksperckie, których zadaniem było skalkulowanie bilansu strat poniesionych przez skarb Rzeszy (reprezentowany przez Treuhandstelle i KZZN) w wyniku wymordowania Żydów Warszawy. Bilans ten przedstawiał się następująco100:


Jedną z ostatnich informacji dotyczących działalności KZZN w getcie warszawskim było krótkie oświadczenie szefa tej instytucji, dr. Eitnera. W nocie zamieszczonej w „Gazecie Żydowskiej” 24 lipca 1942 r. (w drugim dniu trwania akcji wysiedleńczej), naczelny treuhänder wzywał mieszkańców likwidowanego getta do uiszczania zobowiązań wobec KZZN pod groźbą kar prawnych i administracyjnych.

Straty KZZN rosły też na skutek szabru, rabunków i wandalizmu, które stały się udziałem opuszczonej byłej „dzielnicy żydowskiej”. Grabieżą własności żydowskiej zainteresowani byli jednak nie tylko przedstawiciele warszawskiego marginesu, lecz także – w majestacie okupacyjnego prawa – funkcjonariusze policji. Z meldunków wywiadu AK wynika, że późną jesienią 1942 i zimą 1942/1943 r. w getcie pojawili się przedstawiciele specjalnej komisji warszawskiej Policji Kryminalnej, których zadaniem było przydzielanie opróżnionych mieszkań funkcjonariuszom Kripo. W skład komisji weszli policjanci Mikołaj Gruca, Tadeusz Wojtulski oraz Edward Siepradzki, a na jej czele stanął były legionista, kawaler Krzyża Niepodległości, podporucznik Michał Olczyk101: „Olczyk – czytamy w raporcie AK – korzystając z urzędowej przepustki, penetrował wszystkie mieszkania w domach przydzielonych pracownikom Kripo i zabierał nie tylko rzeczy cenniejsze, jak biblioteki, obrazy, antyki, albumy filatelistyczne, ale niemal wszystkie meble, kuchnie gazowe itp. Część z tych rzeczy już sprzedał, resztę powoli wyprzedaje. W poszukiwaniu złota i waluty zagranicznej rozbijał ściany, rozbierał piece, wskutek czego prawie wszystkie mieszkania zdemolował [...]”. Przedsiębiorczy policjant rozwinął swoją działalność na szeroką skalę: do rozbiórki mieszkań zatrudnił specjalne ekipy, sprzedał znajdujące się na „jego” terenie pożydowskie fabryczki wraz z zapasami surowców, a na koniec wszedł z konflikt z pracownikami KZZN. Zarządcy komisaryczni musieli się jednak wycofać, gdyż porucznik Olczyk zagroził im Policją Bezpieczeństwa. Wedle informacji zebranych przez „Plebana” (pseudonim szefa kontrwywiadu Wydziału II Komendy Okręgu Warszawskiego AK Bolesława Kozubowskiego102), Olczyk mógł szantażować nie tylko interwencją Sipo, lecz równie dobrze mógł się odwoływać do swoich stosunków w podziemiu, gdyż – zgodnie z informacjami podziemia – był członkiem organizacji

„Odwet”103.

Sytuacja finansowa KZZN uległa dalszemu pogorszeniu w kwietniu i w maju 1943 r. w wyniku powstania w getcie: „Akcja przeprowadzona w dzielnicy żydowskiej dotknęła 694 byłych żydowskich nieruchomości. W normalnych warunkach wymienione nieruchomości dawały rocznie tytułem czynszu 26 500 000 zł.; przedstawiały one wartość ok. 220 milionów złotych”104.

KZZN w mniejszych gettach dystryktu warszawskiego

W odróżnieniu od getta warszawskiego w mniejszych gettach dystryktu KZZN nie miał własnych oddziałów, lecz dysponował siecią przedstawicieli powiatowych, do których obowiązków należała obrona interesów powierniczych w gettach znajdujących się na podległym im terenie. Za przykład niech posłuży getto w Falenicy-Miedzeszynie, które powstało w końcu października 1940 r. W getcie (zamkniętym od stycznia 1941 r.) znalazło się około 7 tys. Żydów, stłoczonych na obszarze kilku ulic i żyjących w dramatycznych i stale pogarszających się warunkach.

Przejęcie żydowskich „zabezpieczonych” nieruchomości z rąk Rady Żydowskiej w Falenicy odbyło się 14 maja 1941 r. Na mocy decyzji i z upoważnienia KZZN mecenas Jan Grzesiński zażądał wówczas wydania ksiąg opłat, czynszów, listy administratorów oraz wykazu wszystkich nieruchomości „bezpańskich względnie tych, których właściciele, mieszkając poza terenem Dzielnicy Żyd[owskiej], nie zostawili uprawnionych pełnomocników”. Gdy mecenas Grzesiński przejmował pod swój zarząd domy w getcie, zastrzegł jednocześnie, aby wszyscy żydowscy administratorzy nadal wypełniali swoje obowiązki, tym razem przesyłając sprawozdania na jego ręce105. W getcie w Falenicy pod zarządem komisarycznym znalazło się ostatecznie ponad 200 domów, a do administrowania nimi pełnomocnicy KZZN zatrudnili dwóch miejscowych Żydów. Jak wynika z korespondencji treuhändera Teodora Junga, w gestii przedstawicieli KZZN leżało również załatwianie dla zatrudnionych Żydów przepustek z getta na stronę aryjską106. Z zachowanej korespondencji można wnosić, że niektórzy pełnomocnicy KZZN woleli jednak zastępować żydowskich administratorów personelem aryjskim. Sprawę tę wyjaśniła odpowiednia decyzja kreishauptmanna powiatu warszawskiego z lata 1941 r., na mocy której Aryjczycy zostali upoważnieni do wykonywania swoich funkcji także na terenie gett powiatu – a już szczególnie wtedy, kiedy mogło to się łączyć z oszczędnościami dla kasy dystryktu107.

Z biegiem czasu kontakty między różnymi instytucjami getta a treuhänderami z KZZN bardziej się zacieśniły. Na jesieni i zimą 1941 r. na plan pierwszy wysunęło się zagadnienie rozbiórki drewnianych żydowskich domów na opał. Jako że KZZN stał się jedynym dysponentem nieruchomości, od decyzji powierników zależał los drewna pozostałego z rozbiórek. W październiku tego roku Rada Żydowska falenickiego getta zwróciła się z rozpaczliwym apelem do treuhändera Junga: „Wobec bardzo małego przydziału drzewa z Nadleśnictwa na potrzeby Gminy i instytucji żydowskich sprawa opału na okres zimowy jest dla nas nader paląca. Dlatego jesteśmy żywo zainteresowani, komu i na jaki cel przypada drzewo opałowe, pochodzące z rozbiórki domów położonych na terenie tutejszej dzielnicy żydowskiej”. Falenicki Judenrat prośbę o drzewo motywował na kilka sposobów: po pierwsze, rozbierane domy były własnością żydowską, po drugie, znajdowały się na terenie getta, a po trzecie (i to było najważniejsze) – wwóz drewna ze strony aryjskiej do getta został praktycznie zakazany. „Mamy zaszczyt prosić Pana Komisarza o zarządzenie – pisał prezes Judenratu – aby drzewo pochodzące z rozbiórki domów żydowskich było przeznaczone na potrzeby tut[ejszej] ludności żydowskiej, 2) aby przy przetargach w I-szym rzędzie uwzględniane były instytucje gminne i użyteczności publicznej, jak: kuchnia ludowa, szpital, łaźnia, sanatoria, domy starców itp.”108.

 

Na tle rozbiórek domów i kradzieży popełnianych w gettach (których celem był majątek powierniczy zarządzany przez KZZN) niejednokrotnie dochodziło do sporów. Widać to wyraźnie w liście, który komendant policji żydowskiej w getcie w Miedzeszynie wystosował do miejscowego biura KZZN: „w odpowiedzi na pismo W[ielmożnych] Panów z dnia 29 bm. L 294/41 uprzejmie komunikujemy, że w każdym przypadku ujawnionej kradzieży na terenie naszej dzielnicy przekazujemy sprawę według właściwości do dalszego załatwienia Posterunkowi Policji Polskiej, od którego też wyłącznie zależy odpowiednia reakcja wobec sprawców. Co się tyczy podkreślonego przez Wielmożnych] Panów «biernego zachowania się poszczególnych funkcjonariuszy Policji» wobec zachodzących kradzieży, to prosimy o wskazanie nam, na podstawie jakich konkretnych faktów W[ielmożni] P[anowie] zarzut taki sprecyzowali. Jednocześnie stwierdzamy, że Komendzie Policji Ghetta nie jest znany ani jeden wypadek tego rodzaju”109. Echa sprawy rozbiórki domów pobrzmiewają też w pisanym nieco wcześniej liście powiatowego pełnomocnika KZZN w Falenicy mecenasa Grzesińskiego do komendanta policji żydowskiej w getcie w Miedzeszynie: „Niniejszym podaję do wiadomości, że w ciągu ostatnich kilku dni zorganizowana banda jakaś dokonywuje rozbiórki domów oraz wyrębu drzewa. Jeden z domów przy ulicy Elektrycznej n. 13, należący do Goldwassera, jest przez nieznaną bandę rozkradany. Uprzejmie proszę o wydanie polecenia dzielnicowym zwracania baczniejszej uwagi na okolice Elektrycznej, Cichej, Królewskiej i Rejtana. Mam nadzieję, że Komenda P[olicji] nie odmówi prośbie mojej i w tym oczekiwaniu nin[iejsze] kreślę, z poważaniem naczelnik powiatowy KZZN, Falenica, 8 IX 1941 r.”110. W aktach mecenasa Grzesińskiego nie zachowała się co prawda odpowiedź komendanta żydowskiej policji na ten list, ale opisywana w nim sytuacja nie należała najwyraźniej do wyjątków, skoro w piśmie wystosowanym trzy tygodnie wcześniej szef „Ghetto-Polizei” z Miedzeszyna informował: „W odpowiedzi na pismo W[ielmożnego] Pana z dnia 11 VIII [19]41 za nr. 638/41 komunikuję, że informacje przez Pana otrzymane są ścisłe. Zaszedł wypadek, iż w godzinach wieczornych zgłosił się dozorca pewnej posesji, który zameldował mi, że przed chwilą przyszli aryjczycy na jego posesję i rozebrali werandę, część której zabrali ze sobą. Dozorcy, który interweniował, grozili pobiciem. Wobec tego, że aryjczycy zapowiedzieli swoje powtórne przyjście, zezwoliłem na piśmie zabrać resztę werandy do dyspozycji Kom[endy] Ghetto-Polizei, wzgl[ędnie] Adm[inistracji] Zabezp[ieczenia] Nieruchomości. Pismo jest w posiadaniu adm[inistratora] Rubina, a tym samym i drzewo z werandy do jego dyspozycji. Niezależnie od tego pozwolę sobie przedłożyć W[ielmożnemu] Panu w najbliższych dniach materiał sprawozdawczy z działalności adm[inistratora] Rubina na terenie dzielnicy żydowskiej. Odnośnie [do] pisma za nr. 639 przekazuję do załatwienia Radzie Żydowskiej w Falenicy, (-) Komendant Ghetto Polizei”111.

Lektura tych listów zezwala nam nie tylko dowiedzieć się czegoś o „powtórnym przyjściu Aryjczyków”, lecz odsłania dość pogmatwany ciąg zależności między powiatową administracją KZZN, gettową policją, Judenratem a działającymi w gettach żydowskimi administratorami pracującymi na zlecenie lokalnych zarządców komisarycznych. Sprawy komplikowały się jeszcze bardziej, gdy władze niemieckie (z reguły policja) decydowały się na niezapowiedziane zmiany granic gett. Przesunięcia drutów, płotów i murów granicznych zmieniały stan prawny znajdujących się na danym terenie budynków, stwarzając tym samym nieoczekiwane wyzwania dla urzędników KZZN. Rady żydowskie, jak się wydaje, usiłowały niekiedy użyć wpływów treuhänderów celem przeciwdziałania dalszej redukcji powierzchni dzielnicy żydowskiej112.

Zakończenie


Polityka wywłaszczania Żydów w Generalnym Gubernatorstwie jest tematem trudnym do ujęcia w prosty schemat instytucjonalny i organizacyjny. W odróżnieniu od polityki wywłaszczeniowej stosowanej przez HTO na ziemiach wcielonych do Rzeszy, praktyka krakowskiego Treuhandstelle i jego lokalnych filii cechowała się brakiem spójności. Rozproszenie i kiepski stan zachowania materiałów archiwalnych nie pozwala na udzielenie ostatecznej odpowiedzi, ale wydaje się, że politykę wywłaszczenia Żydów realizowano z reguły na poziomie lokalnym, w ramach dość ogólnych wytycznych płynących z Krakowa. Jak odnotowano w raporcie polskiego podziemia: „czynności techniczne związane z wywłaszczaniem i osadzaniem Niemców wykonywane są przez komórki powiernicze w zarządach dystryktów i powiatów, które kierują się głównie względami lokalnymi i w ograniczonym zakresie koordynują swą pracę z akcją wywłaszczeniową innych organów administracji”113.

Interpretacje polityki wywłaszczania różniły się w zależności od dystryktu i między poszczególnymi miastami. W Krakowie i w Warszawie gros nieruchomości żydowskich przeszło pod zarząd powierniczy już w końcu 1940 r., a w niektórych miejscowościach Kreishauptmannschaft Tarnów dopiero późną wiosną 1942 r.114 W Krakowie sekwestrem nieruchomości żydowskich zajął się starosta miejski w porozumieniu z Treuhandstelle. W Warszawie – i nieco później na terenie powiatu Warschau-Land – rola ta przypadła KZZN, specjalnie utworzonej instytucji, której na próżno byśmy szukali w innych dystryktach GG. W małych miasteczkach oraz na wsiach rola likwidatorów własności żydowskiej przypadła wójtom oraz sołtysom. Działali oni w myśl wskazówek spływających z urzędów kreishauptmannów, ale interpretacja tych poleceń zależała w dużym stopniu od miejscowych warunków. Wszystko to razem wskazuje na rozczłonkowanie procesu wywłaszczania, którego wspólnym mianownikiem był jednak wszędzie równie silny pęd do grabieży żydowskiej własności. Forma instytucjonalna tej grabieży miała wyraźnie znaczenie drugorzędne.

1 National Archives, Alexandria Archive, T 175, roll 575, podaję za: Archiwum Yad Vashem (AYV) mf JM 5891, klatka 1094 i kolejne. Cytat z ponadstustronicowego raportu autorstwa anonimowego Sturmbannführera SS z lwowskiego Gestapo (z datą 14 V 1943 r.).

2 Jan Grabowski, Polscy zarządcy powierniczy majątku żydowskiego – zarys problematyki, „Zagłada Żydów. Studia i Materiały” 2005, nr 1, s. 253-260.

3 Na temat HTO ukazały się następujące prace: Jeanne Dingell, Zur Tätigkeit der Haupttreuhandstelle Ost, Treuhandstelle Posen 1939 bis 1945, Frankfurt am Main 2003; Ingo Loose, Kredite für NS-Verbrechen. Die deutschen Kreditinstitute in Polen und die Ausraubung der polnischen und jüdischen Bevölkerung 1939-1945, München 2007; Bernhard Rosenkötter, Treuhandpolitik. Die „Haupttreuhandstelle Ost” und der Raub polnischer Vermögen 1939-1945, Essen 2003 oraz najstarsza: Zdzisław Piaszyk, Działalność Głównego Urzędu Powierniczego Wschodu w Kraju Warty w latach 1939-1945 [w:] Przyczynki do gospodarki niemieckiej w latach 1939-1945, red. Czesław Łuczak, Zdzisław Piaszyk, Czesław Wasiek, Poznań 1949, s. 67-113.

4 Jeanne Dingell, The Haupttreuhandstelle Ost, The Treuhandstelle Posen and the expropriation of property during World War II, „Studia Historiae Oeconomicae” 2001, t. 24, s. 114.

5 Na problem ten zwrócił uwagę pewien czasu temu Ingo Loose, zob. idem, Kredite für NS-Verbrechen..., s. 323 i n.

6 Kilka stron poświęcił temu zagadnieniu Bogdan Musiał, zob. idem, Deutsche Zivilverwaltung und Judenverfolgung im Generalgouvernement, eine Fallstudie zum District Lublin 1939-1944, Wiesbaden 1999, s. 178-183.

7 „W dziedzinie gospodarki w połowie listopada 1939 r. Frankowi udało się udaremnić podjętą przez HTO próbę przejęcia kompetencji w sprawach konfiskowania nieruchomości [Im Bereich der Wirtschaft gelang es Frank schon Mitte November 1939, den Versuch der Haupttreuhandstelle Ost (HTO) zurückzuweisen, sich die Beschlagnahmekompetenz zu sichern]” (Das Diensttagebuch des deutschen Generalgouverneurs in Polen, 1939-1945, red. Werner Präg, Wolfgang Jacobmeyer, Stuttgart 1975, s. 25; zob. też Loose, Kredite für NS-Verbrechen..., s. 323.

8 „Verordnungsblatt des Generalgouverneurs für die besetzten polnischen Gebiete” („Dziennik Rozporządzeń Generalnego Gubernatora dla okupowanych polskich obszarów”, dalej VOBlGG), 15 XI 1939.

9 Das Generalgouvernement, red. i oprac. Max Freiherr du Prel, Würzburg 1942, s. 378.

10 Das Generalgouvernement, s. 110-114.

11 VOBlGG, 29 I 1940.

12 Raporty Ludwiga Fischera, gubernatora dystryktu warszawskiego 1939-1944, oprac. Krzysztof Dunin-Wąsowicz i in., Warszawa 1987, s. 106-108, 497-498.

13 Raporty Ludwiga Fischera..., Raport nr 1, s. 106.

14 Ibidem, s. 108.

15 Archiwum Narodowe w Krakowie (dalej ANKr), Starosta Miasta Krakowa (dalej SMKr), t. 133, Pismo z 26 IX 1939 r., k. 219-220.

16 Ibidem, List Komisarza Miasta z 4 X 1939 r., b.d., k. 227.

17 Ibidem, Lista powierników, b.d., k. 393-403.

18 ANKr, SMKr, t. 133, Sprawozdanie powiernika ds. handlu i działalności gospodarczej, 14 X 1939 r., k. 239-240. Biuro naczelnika treuhänderow do końca 1939 r. mieściło się przy ul. Sarego 24.

19 Ibidem, k. 241.

20 27 I 1940 r. Ludwik Landau zanotował: „Na kolejach personel polski zatrudniony jest pod kierownictwem niemieckim, przy czym «es ist im übrigen selbstverständlich, dass die wichtigsten Züge von deutschem Personel gefahren werden» [poza tym jest sprawą oczywistą, że najważniejsze pociągi prowadzić będzie personel niemiecki]” (Ludwik Landau, Kronika wojny i okupacji, Warszawa 1960, t. 1, s. 225).