Leniwe wieczory, burzliwe porankiTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Leniwe wieczory, burzliwe poranki
Leniwe wieczory, burzliwe poranki
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 65,90  52,72 
Leniwe wieczory, burzliwe poranki
Audio
Leniwe wieczory, burzliwe poranki
Audiobook
Czyta Ewa Kasprzyk
36 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spojrzałam na własne stłuczone kolano i bardzo się zdziwiłam: opuchlizna prawie zeszła. W samą porę, bo w akcie desperacji doczołgałabym się do kuchni, żeby zapalić. Mój Radek nie potrafi zrozumieć, że to papieros rządzi palaczem, a nie odwrotnie. Pół roku temu (pamiętam, bo Igor jeszcze z nami mieszkał) Radek wykrzyczał podczas naszej kłótni, że gdybym nie paliła, byłabym idealną żoną. Oczywiście od razu ode mnie usłyszał, że on nie pali, a jakoś idealnym mężem nie jest. Byłam pewna, że się obrazi, ale ryknął śmiechem. Może już wtedy kombinował, że wyjedzie, dlatego mnie wyśmiał. A teraz, tam w Japonii, to dopiero się ze mnie śmieje. Szlag.

– On ma spokój, a ja nie umiem sobie poradzić z tą nagłą wolnością – mamrotałam, wychodząc powoli z sypialni, bo kolano jednak jeszcze bolało, i balansując rękami zgiętymi w łokciach, jak robi to dziecko, kiedy stawia pierwsze kroki. I jak dziecko na widok zabawki – ucieszyłam się na widok paczki papierosów na kuchennym stole. Ale przewrócone krzesło odebrało mi radość, odpadła mu noga, a drugiego w kuchni nie było, bo kilka dni temu sama je wyniosłam na balkon, żeby odlepić od ściany tuż przy suficie jaskółcze puste gniazdo. Pan magister agrotechniki i inżynier leśnictwa Radosław Klofta nie przeszkodził ptakom, kiedy zaczęły je lepić. Ale brudnych ścian nigdy nie umył, a mnie tłumaczył, gdy zeskrobywałam z nich nożem gówienka: „Jaskółki przynoszą szczęście”. No i przyniosły, tyle że gówniane; on wyfrunął z Polski, a ja mam dwa puste gniazda. Najpierw wyfrunął Igor, a kiedy już się pogodziłam, że moja rola matki Polki zakończona i teraz mogę być matką tylko w roli kibica, zostałam słomianą wdową.

Owszem, pamiętam, że chciałam się pozbyć Radka bez rozwodu i morderstwa. Ale chciałam to zaplanować, powyobrażać sobie, jakie piękne byłoby moje życie kobiety samotnej, nie osamotnionej, a nie odkryć z dnia na dzień, a raczej z nocy na dzień, że moje plany szlag trafił, bo mój mąż sam się pozbył siebie z naszego mieszkania i możliwe, że z mojego życia. I to właśnie teraz, kiedy nabieram pewności, że jednak go kocham. Co nie znaczy, że czasem nie wrzasnę, że go nienawidzę. Menopauza potrafi tak mocno rozhuśtać moje emocje, że czasem już sama nie wiem: kocham go, nienawidzę, czy nienawidzę, że go kocham. Pamiętam, co mama wykrzykiwała do ojca, gdy była w okresie menopauzy, aż pewnego dnia tata zrobił tak, jak sobie życzyła: „Odpieprz się ode mnie razem z tymi swoimi słodkimi słówkami, bo rzygać mi się od nich chce!”.

Całe szczęście, że ja nie wykrzyczałam Radkowi, żeby się ode mnie odpieprzył. I dlatego mam nadzieję, że mimo odległości, jaka nas teraz dzieli, nadal jesteśmy razem. Ale nadzieja to tak naprawdę wielka niewiadoma. W dodatku, biorąc pod uwagę, że pewne wydarzenia w rodzinach czasem się powtarzają, kto wie, czy mój Radek nie zainteresuje się kobietą o pięć lat starszą od niego. Wiem z książek na temat życia w Japonii, które od miesiąca czytam sobie do snu, że Japonki z reguły wyglądają na dużo młodsze.

Jak one to robią? – zastanawiałam się, wracając do sypialni. Radek zabronił mi palenia papierosów w łóżku dla własnego bezpieczeństwa, ale teraz mogę, trawestując słowa Broni, robić wszystko, na co tylko mam ochotę i nikt mi nie będzie truć za uszami. Przez trzydzieści lat małżeństwa chodziłam jak w kieracie, więc może jednak powinnam się cieszyć z tej nagłej wolności, a nie martwić, że nie dam sobie z nią rady? Przecież ta moja wolność potrwa tylko do czasu, dopóki nie podejmę decyzji, że lecę do męża.

Rozmyślałam tak, paląc papierosa, wsparta plecami wygodnie na poduszkach, z nogami ułożonymi na zrolowanej kołdrze. Zmieniłam płaszcz kąpielowy na dres, żeby nie wyglądać jak czteroosobowy namiot. Teraz żałuję, że wkładałam po kąpieli ten wielki szlafrok (już nie będę go nazywać płaszczem kąpielowym, wcale nie brzmi elegancko, poza tym to frotté a nie jedwab) i wchodziłam w nim do sypialni. Radek wtedy zawsze jęczał na mój widok, tyle że ja byłam pewna, że jęczy z zachwytu, bo kąpiel brałam w płynie o zapachu sosnowym. Do głowy mi nie przyszło, że mój mąż – leśnik z zawodu, może nie lubić zapachu sosen. A on chyba przez tę swoją wrodzoną nieśmiałość nie powiedział mi, że cuchnę. Teraz już wiem, że przesadzałam, wlewając do wanny coraz więcej płynu.

Och! Jak pomyślę, że przez ten głupi płyn Radek postanowił mnie ukarać i kładł się wieczorem do łóżka bez kąpieli, a potem zataił przede mną i awans w pracy, i wyjazd na dwa lata do Japonii, to odechciewa mi się do niego lecieć. Przecież komu, jak nie własnej żonie, powinien był zakomunikować, nawet oficjalnym tonem, że podpisał kontrakt i dlatego wyjeżdża? I dodać, że jeśli chcę, mogę lecieć razem z nim. Taki był pewny, że się zgodzę? Jasny szlag! Nie spytał, bo wolał lecieć sam. A ja, naiwna, wpędziłam się w poczucie winy, że to wszystko przez mój charakter.

– Ooo… nie, na pewno do niego nie polecę – mamrotałam. A niech siedzi w tej swojej Japonii nawet do końca życia. Ja sobie tutaj stworzę własną Japonię. Jeszcze będziesz żałować, że mnie ze sobą nie zabrałeś.

– Dusigroszu jeden! – wykrzyknęłam w stronę pustej szafy, którą Radek wyczyścił ze swoich ubrań. No i dobrze, będę mieć więcej miejsca na moje rzeczy. A Igora pokój przerobię na garderobę. Żadnego gabinetu pan Radosław Klofta mieć nie będzie.

Planowałam, rozglądając się po sypialni: tu też przemebluję. Kto to widział, żeby łóżko stało tak blisko kaloryfera? Zdaniem mojego męża to było najlepsze rozwiązanie, bo w zimie mógł opierać stopy o grzejnik. Pamiętam, że w złości powiedziałam, żeby sobie piec wybudował z półką do spania. I nakrywał się starym kożuchem po swoim dziadku, który zajmuje połowę naszego pawlacza. Zajmował, bo go wywalę na śmietnik razem z innymi klamotami Radka, postanowiłam, zadowolona z pomysłu, że będę mieć więcej miejsca na własne klamoty. Zyskam przez to dodatkową szufladę w kuchni. Po co mu jakieś kawałki drutu albo śrubki, każda innej wielkości? Głupiego okapu nad kuchenką nie zamontował, tylko obiecywał: „W trymiga to zawieszę”. I tak przez pięć lat. Szlag.

Jaka ja byłam cierpliwa, nim dopadła mnie menopauza, westchnęłam w duchu, sięgając po papierosa. Ale zaraz cofnęłam rękę. Tym razem to ja nim zarządzę, a nie on mną. Najpierw zjem śniadanioobiadokolację. Ale nie żadne zielsko: zamówię pizzę albo nawet dwie. Koniec z odmawianiem sobie przyjemności. Zaczynam nowe życie. Nowa ja. Ze stłuczonym kolanem, pomyślałam ironicznie. Kolano chyba wyczuło, że o nim mowa, bo gdy wstałam z łóżka, zabolało mnie tak mocno, że szybko usiadłam. Ale mój upór, odziedziczony w genach po prababce Ricie, zmusił mnie, żeby ponownie się podnieść.

To, że ktoś jest uparty, nie oznacza, że ma silną wolę, usprawiedliwiałam się, wyjmując z kieszeni paczkę papierosów. Weszłam do łazienki i na sedesie spokojnie wypaliłam jednego, bez wysłuchiwania okrzyków Radka: „Kiedy ty wreszcie stamtąd wyjdziesz?!”. Ha! Życie kobiety samotnej, lecz nie osamotnionej, zaczynało mi się podobać.

Kiedy gasiłam niedopałek, nagle rozległo się „brimbolenie” (mówiąc językiem sąsiadki zazdrośnicy). Spojrzałam na ekran telefonu i się zdziwiłam. Julia.

– Przepraszam, że tak nagle zakończyłam naszą poprzednią rozmowę, ale przypomniałam sobie, że o dwunastej przychodzi masażysta – tłumaczyła się.

Na słowa „przypomniałam sobie” – parsknęłam cicho śmiechem, jednak w myślach przyznałam jej rację; w jej wieku to brzmi lepiej niż, „zapomniałam”.

– Masażysta? – Udałam zdziwienie, bo wcale mnie nie obchodziło, jak spędza czas wolny moja kierowniczka.

– Tak. Robi mnie i Sabinie japoński masaż twarzy. Gdy będziesz już w Japonii, zdecyduj się…

– Już zdecydowałam…

– Świetnie. Na pewno będziesz zachwycona.

– …że nie lecę do Tokio.

Po chwili milczenia Julia westchnęła.

– Nie znam nikogo oprócz ciebie, kto tak szybko zmienia decyzje. Ale biorę poprawkę, że kierują tobą emocje, a nie rozsądek. Ciągle jeszcze masz żal do Radka, że zataił podpisanie kontraktu, bo wolał wyjechać sam? Przecież czytałaś, co napisał na tych kartkach, które wypadły z książek; że ten jego wyjazd jest szansą na uratowanie waszego małżeństwa. Bo wbrew pozorom rozstanie czasem ratuje rozpadający się związek. Nie tylko małżeński. Ale pod warunkiem, że jeszcze jest co ratować.

– No właśnie – mruknęłam.

– Ewelina, może jednak skorzystaj z mojej podpowiedzi i napisz do niego, a potem spokojnie czekaj na jego reakcję.

– A potem spokojnie przyjmij jego odpowiedź, że już cię nie kocha.

– Po co ta ironia? Przecież czytałaś…

– Nie przyszło ci do głowy, że mogłam ich nie znaleźć? Że musiałabym powiadomić policję o zaginięciu męża? A te kartki napisał na wypadek, gdyby moja mama albo syn obarczyli go winą, że resztę życia spędzę w wiadomo jakim szpitalu. I wcale nie dlatego, że oszalałam z miłości do mojego męża, tylko dlatego, że straciłam panowanie nad nerwami od tłumaczenia na komisariacie, że nie wiem, dlaczego wyszedł i nie wrócił. Halo? Julia? Halo?!

– Jestem. Czy ty sugerujesz, że Radek to wszystko zaplanował?

– Nie sugeruję. Jestem tego pewna.

Julia głęboko westchnęła. Nade mną, czy nad Radkiem? – zastanawiałam się, czekając na odpowiedź.

– Powiedz mi – zaczęła z troską w głosie – jak spędzasz czas po pracy?

Jeszcze czego! Znalazła się terapeutka od siedmiu boleści.

– Wychodzisz z domu? Spotykasz się ze znajomymi?

– Jakimi znajomymi? – spytałam odruchowo.

Julia znowu westchnęła.

– No tak, przecież ty nie masz ani bliskich znajomych, ani przyjaciół. Ewelina, ja rozumiem, że czasem potrzebne jest świadome odizolowanie się, spokój, by pomyśleć nad własnym życiem. Ale od kiedy Radek wyjechał, masz za dużo tego spokoju i zaczynasz – umilkła, bo chyba szukała odpowiedniego słowa – fantazjować – dokończyła, a mnie ogarnęła złość.

– Nie wierzysz mi, że Radek to wszystko zaplanował?

– Zwróć uwagę, że kartki mają różne daty. Niektóre są sprzed trzech lat. A to oznacza…

 

– Że już od trzech lat kombinował, jak się mnie pozbyć!

– Jeśli dobrze pamiętam, miałaś w planach to samo.

– Ale ja dopiero od trzech miesięcy.

Julia parsknęła śmiechem.

– Co cię tak bawi?! – wykrzyknęłam.

– Twoja szczerość. Jest rozbrajająca. Ale wróćmy do ukrytych kartek. Trzy lata temu Radek nie wiedział, że podpisze kontrakt na pracę w Japonii, ale wiedział, że wasze małżeństwo zaczyna się, mówiąc nieelegancko, sypać. I wierz mi, że gdyby mu na tobie nie zależało, od trzech lat byłabyś rozwódką. Mężczyźni nie są aż tak miłosierni, żeby nadal tkwić w związku z kobietą, którą już przestali kochać.

– A co ty możesz wiedzieć na temat związku kobiety z mężczyzną?! Nic, bo nie masz doświadczenia!

– Ewelina – głos Julii był chłodny i oficjalny – wiesz o mnie tylko tyle, ile ci powiedziałam. A teraz pozwól, że zakończę naszą rozmowę. Nie odpowiada mi twój krzykliwy ton. I – zawahała się – twoja kłótliwość. Popracuj nad charakterem, bo ja nie toleruję kłótliwych osób. Szczególnie w pracy. Miłego wieczoru. Pa.

Rozłączyła się, a ja krzyknęłam: „Wydra!”. Bronia miała rację, Julia to wydra.

„Popracuj nad swoim charakterem” – przedrzeźniałam jej słowa, wychodząc z łazienki. Tyłek mnie rozbolał od siedzenia na sedesie, dlatego ruszyłam w stronę sypialni, ale nim do niej weszłam, zamówiłam dwie pizze-niespodzianki.

„Średnia pizza ma trzydzieści centymetrów, duża trzydzieści osiem i pół” – poinformował męski głos. „Dwie duże” – zdecydowałam. Najpierw zjem, a potem popracuję nad zmianą charakteru.

Tyle że nie wiem, od czego zacząć, myślałam, gramoląc się na łóżko i czekając, aż odezwie się domofon. Jednocześnie wyobrażałam sobie ze smakiem zamówione pizze. Oczywiście znów zapaliłam. Nie będę leżeć jak kłoda, poza tym lepiej mi się myśli przy papierosie. A mam nad czym – zmienić charakter odziedziczony po prababce Ricie to dopiero będzie harówka.

Na przekór zaczęłam sobie przypominać jej zalety. W tym momencie znów zadzwonił telefon. Mama! Szlag! Akurat teraz! Przecież w czasie rozmowy zdążę zapomnieć te, które właśnie sobie przypomniałam.

– Halo! – prawie wykrzyknęłam.

– Sprawdzam, czy nie śpisz, bo…

– Mamo, ja mam pięćdziesiąt pięć lat, a nie pięć. Nie musisz mnie kontrolować.

– Nie kontroluję, tylko dzwonię, żeby…

– Żeby sprawdzić, czy nie śpię. Już to mówiłaś. Zapomniałaś?

– Nie. Nie mam sklerozy, choć ty mi ją wmawiasz, a sama coraz częściej zapominasz…

– O czym zapominam?! No, słucham. Halo?!

– Jak kolano? – spytała, nagle zmieniając temat. – Przyłożyłaś kompres? Zapomniałaś?

– Przyłożyłam – skłamałam. – Bardzo mi pomógł. Mogę już chodzić.

– Nie boli?

– Nie boli – przytaknęłam, ale to już nie było kłamstwo, bo kolano naprawdę przestało mnie boleć.

– To dobrze. Gwidon jest…

– Wiem! Ratownikiem medycznym. Mówiłaś mi to rano. Zapomniałaś?

Mama westchnęła, a po chwili usłyszałam:

– Kończę. Z tobą nie da się rozmawiać. Może faktycznie leć do tej Japonii i pogódź się z Radkiem, bo nie jesteś typem kobiety, która potrafi żyć bez mężczyzny.

– Ja?!

– A kto? Ja?

– Żadnego godzenia z mojej strony nie będzie… – oznajmiłam.

Ale mama już się rozłączyła i nie usłyszała, że dodałam: „…wyjazdu też nie”.

Kiedy gasiłam papierosa, w przedpokoju zabrzmiał domofon.

– Żarełko – usłyszałam, gdy wdusiłam przycisk.

Nazwisko dostawcy czy żartowniś? – zastanawiałam się, przygładzając włosy, nim otworzyłam drzwi.

– Yyh…! – stłumiłam krzyk, zasłaniając dłonią usta.

Przede mną stał Gwidon: bandana, czarna skórzana kurtka, czarne spodnie, czarne wysokie buty.

– Wzbudziłem zachwyt czy przerażenie?

Zamiast odpowiedzieć, gapiłam się na skórzany plecak, który trzymał w ręce.

– Dzień dobry, a właściwie dobry wieczór – powiedział. – Przywiozłem obiad na prośbę pani mamy.

Uśmiechnął się, ale ja nadal milczałam, patrząc teraz na jego szerokie ramiona. I nagle ogarnęła mnie złość na mamę za to, że stoję przed nim w rozciągniętym dresie, nieumalowana, z byle jak przygładzonymi włosami, i z tej złości, zamiast się przywitać albo tylko odwzajemnić uśmiech, zamknęłam mu drzwi przed nosem.

Jak można coś takiego zrobić własnej córce, mamrotałam w myślach, wyszarpując z kieszeni komórkę.

– Pani Ewelino? – rozległ się przytłumiony głos Gwidona. – Proszę otworzyć. Pani Ewelino?

– Mamo! – wykrzyknęłam, gdy tylko odebrała. – Co ty wyprawiasz?! Nie mogłaś mnie uprzedzić?

– Próbowałam, ale nie dałaś mi dojść do słowa.

– Nieprawda! Nie mówiłaś, że wyślesz Gwidona z obiadem.

– Chciałam powiedzieć, że właśnie jest w drodze do ciebie, ale mi przerwałaś. Bądź miła dla niego, on…

– Stoi za drzwiami. Nie wpuściłam go do mieszkania.

Mama jęknęła.

– Kogo ja wychowałam. Jak można coś takiego zrobić własnej matce?

– On stoi za drzwiami, nie ty.

– Człowiek się nagotował, nawet ciasto upiekł, a moja córka…

– Gwidon upiekł ciasto?

– Karpatkę.

Szlag. Jakie to niesprawiedliwe. Nie dość, że przystojny i dużo młodszy od mojej mamy, to jeszcze potrafi obiad ugotować i ciasto zrobić.

– Ja nie lubię karpatki, specjalnie dla ciebie ją zrobił.

– Dobrze, dobrze! Zaraz otworzę te cholerne drzwi!

– Ewelina, zacznij pić herbatę z melisy.

Czy ona się zmówiła z moją sąsiadką zazdrośnicą? Tamta też polecała mi melisę. Znachorki od siedmiu boleści!

– Melisa działa uspokajająco…

– Pa, mamo.

Rozłączyłam się. Jednak zamiast otworzyć drzwi, najpierw spojrzałam w lustro. Niczego nie będę poprawiać, mruknęłam. Gwidon już widział to, czego widzieć nie powinien: bladą twarz, sińce pod oczami i fryzurę – mimo przygładzenia – „każdy włos w inną stronę”.

Otworzyłam drzwi.

– Yhh… – znowu stłumiłam krzyk.

Przede mną stał pracownik pizzerii. W jednej ręce trzymał dwa płaskie kartony, drugą sięgał do przycisku dzwonka. Po Gwidonie ani śladu.

Mógł się obrazić, ale obiad i ciasto powinien zostawić na wycieraczce, bo dla kogo jak nie dla mnie to wszystko przywiózł? – rozmawiałam ze sobą w myślach, niosąc kartony z pizzą do kuchni. Pokroiłam ją, zaparzyłam kawę, a potem poszłam zjeść do sypialni. Radek, oprócz palenia, zabronił mi także jedzenia i picia w łóżku, twierdząc, że mogę się zakrztusić. No to teraz sobie wynagrodzę te jego zakazy.


„Nie chcę masażu! Nie, nie, nie” – powtarzałam, kręcąc głową, ale skośnooki mężczyzna w białym kimonie dotknął dłońmi mojej twarzy. „Nie!”– krzyknęłam. I się obudziłam. Z głową w kartonie z resztkami pizzy. W pokoju panował półmrok. Usiadłam na łóżku i znowu krzyknęłam. Z lustra toaletki oświetlonej światłem ulicznej latarni patrzyło na mnie czupiradło z umazaną twarzą, kawałkami pizzy na obydwu policzkach, w poplamionej bluzie od dresu. Odlepiłam ciasto z policzków, wstałam i wtedy dopiero poczułam, że mam spodnie mokre na tyłku. Zsikałam się na widok skośnookiego mężczyzny w moim śnie?

– Aż strach pomyśleć, co bym zrobiła na jego widok na żywo – mamrotałam, obmacując nogawki. Szlag. Przecież to kawa. Oto skutki picia i jedzenia w łóżku. Całe szczęście, że po tej uczcie nie zapaliłam papierosa. Skremowałabym się, a Radek zostałby wdowcem. Nieutulonym w żalu?

– Na pewno – mruknęłam ironicznie, wychodząc z sypialni, ale szybko zawróciłam po papierosy. Zapalę, żeby uspokoić nerwy; nie dość, że sama wymagałam gruntownego wyszorowania, to czekało mnie jeszcze wysprzątanie sypialni i szarpanina z pościelą. Kto wymyślił, żeby kupić kołdrę szeroką na dwa metry? Oczywiście, pan magister inżynier Klofta: „Wyjdzie taniej niż za dwie i będzie cieplej”. Tyle że w nocy, odwracając się na bok, ściągał ze mnie ten mój metr. Dusigrosz jeden, nawet na głupiej kołdrze oszczędzał.

Postanowiłam, że zapalę sobie w salonie. Jestem sama, mogę palić wszędzie. I nareszcie nie będę słuchać gderania, że dym z papierosów może zabić. Odkrycie, że mąż od trzech lat kombinował, jak się pozbyć żony, też może zabić. Ale nie mnie.

– Zacznę życie na światowym poziomie! – krzyknęłam, zapominając, że ściana oddzielająca mój salon od mieszkania sąsiadki zazdrośnicy jest tak samo cienka jak ta w kuchni. Jeśli zazdrośnica jest teraz u siebie, usłyszała mój krzyk.

– Skończę w wariatkowie! – rozległ się jej uradowany głos.

Już miałam odkrzyknąć: „Marzenia się spełniają!”, ale zrezygnowałam. Życie na światowym poziomie zobowiązuje do eleganckiego zachowania. Tym bardziej że po prababce pochodzącej z ziemiaństwa płynie we mnie błękitna krew. Wiem, że nie cała, ale przysłowiowa kropla też się liczy.

Ostatecznie jednak doszłam do wniosku, że nie mogę zapalić w salonie, bo jestem cała umazana ketchupem, a to w połączeniu z mokrym od kawy dresem odbiega od wizerunku światowej kobiety. Kąpiel w wannie pełnej wody o zapachu sosny to jest to, czego teraz potrzebuję. I nareszcie Radek nie będzie jęczał w sypialni, gdy wejdę do niej pachnąca jak sosenka. Jak sosenka? Ale wymyśliłam. Jak dojrzała sosna.


Moje zaróżowione po kąpieli pulchne ciało wygląda ponętnie, stwierdziłam, stojąc naga przed lustrem w łazience. Nawet fałdy tłuszczu na brzuchu też wyglądają ponętnie. A piersi? Dwie rozkwitłe różowe piwonie. Piwonie, bo twarde jak dynie to one już nie są. Ale Radek nie narzeka i nie wspomina tamtych czasów, kiedy całując moje piersi, mruczał; „Mmm, jakie jędrne”. Gdyby tylko zaczął narzekać, od razu przypomniałabym mu jego „pewną twardość”, po której zostało już tylko wspomnienie. Szlag, jaki ten upływający czas jest wredny dla kobiet; mężczyzna o twarzy pomarszczonej jak bibuła na choinkowy łańcuch będzie atrakcyjniejszy od tak samo pomarszczonej kobiety. Wiem, co mówię, siostra mojej mamy – Eleonora – poślubiła taką „pomarszczoną bibułę” i jeszcze się zachwycała jego wyglądem, choć twarz własnej matki, będącej w wieku jej świeżo poślubionego męża, była dla niej przykładem „brzydkiego starzenia się”. Na moje szczęście odziedziczyłam po prababce Ricie również urodę, a babcia do późnej starości zachowała gładką skórę.

Tym bardziej nie zamierzam się więcej zamartwiać, czy Radek do mnie wróci albo czy w tej Japonii mnie nie zdradzi. Od zamartwiania się tylko zmarszczek dostanę. Nie wróci, to nie wróci. Zdradzi, to zdradzi. I w jednym i w drugim przypadku będzie to zaplanowany koniec naszego małżeństwa. Tym bardziej że wie, że nigdy nie wybaczyłabym mu zdrady. To właśnie „na wyjeździe” mój tata zdradził mamę. Mama do dzisiaj żałuje, że się rozwiodła, bo mimo zdrady, wciąż go kochała. Podejrzewam, że nadal kocha i dlatego nie potrafię zrozumieć, że zadaje się z Gwidonem, który jest młodszy nie tylko od niej – ale i ode mnie. Opiekuńcza córka jej nie wystarczy? Musi mieć jeszcze synka?

Na słowo „synek” aż mną zatelepało, bo przypomniałam sobie, jak niegrzecznie zachował się wobec mnie Igor w trakcie naszej rozmowy; rozłączył się bez słowa pożegnania. Smarkacz jeden! Myśli, że jak ma tę swoją Yvonne, to matkę może lekceważyć?

– Matka jest tylko jedna! – wykrzyknęłam i od razu złość mi przeszła.

Zamiast mamrotać, powinnam częściej się wydzierać, może wtedy w rozmowach z matką byłabym spokojną, opanowaną kobietą, a matka nie musiałaby zadawać się z Gwidonem, rozmyślałam, ciągle stojąc nago przed lustrem. Tyle że moje pulchne ciało nie było już zaróżowione i nie wyglądało ponętnie. Patrzyła na mnie roztyta kobieta z zachmurzoną twarzą, obwisłymi cyckami i pofałdowanym brzuchem. Szlag, westchnęłam z jękiem. Nagle spojrzałam na uda, które kilka godzin temu porównałam do apetycznych serdelków, uśmiechnęłam się i kilka razy powtórzyłam: „Jestem seksowna”. Czasem trzeba coś sobie powtarzać, szczególnie na temat własnego wyglądu, tak długo, aż się samemu w to uwierzy.

Wyszłam nago z łazienki. Przecież gdybym włożyła ten wielki żółty szlafrok, nie dałabym rady sobie wmówić, nawet wykrzykując co pięć minut, że jestem seksowna.


Kuchnia, zaraz po sypialni, to moje ulubione miejsce, ale dziś poczułam się w niej niezbyt komfortowo: jedno krzesło ma ułamaną nogę, drugie jest na balkonie, a ja jestem po kąpieli i nie zamierzam wychodzić, więc musiałam przytargać z salonu krzesło „od kompletu”.

Komplet, czyli stół i sześć krzeseł, kupił Radek, gdy tylko się tu wprowadziliśmy. Właściwie odkupił go od swojego kolegi, którego porzuciła żona i postanowił się pozbyć wszystkiego, co mu ją przypominało. Do dziś nie wiem, po co nam sześć krzeseł, skoro nigdy nie zapraszaliśmy tylu osób, poza moimi rodzicami. Oczywiście przychodziło każde z osobna, bo tata miał już inną kobietę, a mama była samotna. Teraz nie jest samotna, ale gdy ją zapraszam, nie zapraszam taty, ponieważ przyprowadziłby tę swoją kobietę. Mama przezwała ją Mumią, dlatego że jest o pięć lat starsza. Poza tym Mumia, gdy już zacznie mówić, nie dopuszcza do głosu nikogo więcej. Czasem, gdy się zastanawiam, jak mój tata z nią wytrzymuje, dochodzę do wniosku, że on sobie sam zadał pokutę za to, że zdradził żonę. A później dochodzę do jeszcze jednego wniosku, że zdradził mamę, bo zawsze musiała mieć ostatnie słowo i nigdy nie przyznała mu racji. Sama to powiedziała, gdy mi tłumaczyła, że nie powinnam pozbywać się Radka, bo on mnie kocha i jest bardzo cierpliwym mężczyzną. To dlaczego nie zabrał mnie ze sobą do Japonii? Dusigrosz jeden! Och! Nie będę nad tym rozmyślać, bo wpadnę w złość i zmarszczek mi przybędzie.

 

Nagle rozdzwoniła się komórka. No nie! Właśnie teraz, kiedy chcę zapalić!

– Szlag – mruknęłam, patrząc na wyświetlacz. Znowu mama. A ja jeszcze nie zdążyłam się uzbroić w cierpliwość po naszej ostatniej rozmowie.

– Ewelina? – spytała zdziwiona.

– Nie. Księżniczka perska.

– Oceniając po głosie, to raczej księżniczka parska.

– Mamo…

– Zacznij pić herbatę z melisy, uspokaja. Gwidon wypił aż dwie po tym, jak go nie wpuściłaś…

– Mamo…

– To delikatny mężczyzna i bardzo opiekuńczy.

Przymknęłam powieki. Nie wrzasnę. Nie wrzasnę. Nie wrzasnę.

– Zadzwoniłam, bo uznałam, że powinnaś go przeprosić.

Jednak wrzasnę.

– Mamo! Ja własnego męża nigdy za nic nie przepraszałam, a ty mi każesz jakiegoś… jakiegoś…

– Mówisz o moim partnerze.

– Partnerze?! Chyba do brydża!

Najpierw rozległo się głębokie westchnienie, później na chwilę zapadła cisza, a jeszcze później usłyszałam głos Gwidona:

– Przeprosiny przyjęte.

– Yyyh…

Mama okłamała Gwidona, mówiąc, że ja go przepraszam? O, nie! To już szczyt bezczelności!

– Pani Ewelino?

Rozłączyłam się bez jednego słowa.

Szlag. Nie mam rodziny. Mąż uciekł do Japonii, syn do Francji, mama ma partnera, i – kto wie – czy go nie poślubi. A ja? Co będzie ze mną? Och, muszę zapalić. Papieros mnie uspokoi, a właściwie – patrzenie na leniwie snujący się dym.


Sypialnia wywietrzona, okno uchylone, pościel zmieniona na moją ulubioną, białą z mereżką i falbankami, a w pościeli ja, pachnąca sosną, w eleganckiej koszuli z jedwabiu w kolorze malachitowym, oszczędzaną na „jakbyco”. Mam ją na sobie, bo przecież zaczynam światowe życie, a od jutra wszystkie moje ubrania czekające na specjalne okazje znajdą się w codziennym użytkowaniu. Poza tym jestem kobietą pięćdziesięciopięcio- a nie studziesięcioletnią, która, gdy o siebie zadba, może jeszcze zakasować czterdziestolatkę. O, nawet jest przysłowie: „Jak cię widzą, tak cię piszą”. Dlatego tym bardziej już od jutra każdy dzień będzie „specjalną okazją”.

Zadowolona z pomysłu sięgnęłam po jedną z książek na temat Japonii, leżących przy łóżku, by w spokoju poczytać do snu. Ale już po kilku stronach mój spokój szlag trafił, gdy dowiedziałam się, że tam mąż oddaje żonie całą wypłatę, a żona przydziela mu kieszonkowe. Radek nigdy nie oddał mi całej wypłaty, tylko wydzielał, jak kostki czekolady Igorowi, gdy słodycze były na kartki. Dusigrosz jeden! O wspólnym koncie nawet słuchać nie chciał. Dlatego nie mam żadnych oszczędności. Jutro w pracy spytam Bronię, czy ci trzej mężowie, z którymi już się rozwiodła, i ten czwarty, z którym teraz się rozwodzi, oddawali jej swoje wypłaty. Tata oddawał wypłatę mojej mamie, ale ona trzymała ją w niezamykanej na klucz szufladzie i bez pytania mógł korzystać z pieniędzy, choć zawsze mówił na co i ile bierze. A mój Radek? Wypłata na koncie, a on nawet pusty portfel musiał mieć przy sobie, gdy szedł do łazienki „za potrzebą”. No i kogo ja poślubiłam? Skąpiec ze sztuki Moliera był przy nim rozrzutny. Ale oczywiście Radek mawiał o sobie, że jest gospodarny. A mnie wytykał rozrzutność, szczególnie wtedy, gdy się pochwaliłam, że kupiłam nowy ciuszek, ba, nawet włożyłam go na siebie, z nadzieją, że powie mi komplement. I co usłyszałam? „Kiedy ty wreszcie zmądrzejesz i przestaniesz wydawać pieniądze na te głupoty?”. No, od razu zmądrzałam; nie przestałam kupować ciuszków, tylko zaczęłam je przed nim chować.

Och, niepotrzebnie zaczęłam czytać tę książkę o Japonii, i to przed snem. Przecież już zdecydowałam, że nie lecę do Radka. Tylko nerwy sobie zszargałam wspominaniem, jaki to gospodarny był mój mąż. Szlag. Muszę zapalić, bo nie usnę.


Rano po przebudzeniu przypomniałam sobie, co jeszcze przeczytałam o Japonii: że trzeba zaczynać dzień od ikigai – znalezienia w życiu celu, dla którego chcesz wstać z łóżka. Długo się nad tym nie zastanawiałam, bo cel znalazłam, nim jeszcze zaczęłam czytać. A powód, żeby zwlec się z łóżka? Przecież muszę na siebie zarabiać.

Wstałam i dostrzegłam dziurkę wypaloną papierosem w mojej eleganckiej koszuli z jedwabiu. Od razu wpadłam w złość; prawdziwy jedwab nie jest łatwopalny, a na metce widnieje napis: 100% Silk. Dla pewności jeszcze sprawdziłam, pocierając materiałem o materiał, prawdziwy jedwab ponoć wydaje dźwięk przypominający skrzypiący śnieg. Ale oprócz skrzypienia moich kości nic nie usłyszałam. Szlag. I za co ja dałam dwie stówy? Jedwab w stu procentach, jak ze mnie w stu procentach arystokratka.

Rzuciłam koszulę byle jak na krzesło przy toaletce i mamrocząc przekleństwa, wyszłam z sypialni. Żeby rozładować złość, trzasnęłam za sobą drzwiami do łazienki. Pomogło. Jadąc do pracy, nie przeklinałam kierowców, wymuszających pierwszeństwo, ba, nawet środkowego palca im nie pokazałam. A jednak nowy tydzień dobrze mi się zaczął, stwierdziłam, parkując równo, jak nigdy przedtem.

Dziś zaczynałam „pierwszą zmianę”, więc do mnie należało otwarcie apteki, Bronia nie musiała już przychodzić wcześnie rano. Tak zdecydowała Julia, nowa kierowniczka, a moja „stara” znajoma, która, gdy się poznałyśmy czterdzieści lat temu w pociągu, powiedziała: „Wiem, że się nie znamy, ale nigdy nie wiadomo, czy kiedyś się nie spotkamy albo nie zaprzyjaźnimy”. No i się spotkałyśmy. Ale pewności, że się zaprzyjaźnimy – nie mam. Julia za bardzo działa mi na nerwy z tymi swoimi „życiowymi radami”. Jest starsza tylko o pięć lat, a zachowuje się, jakby miała już za sobą ze sto albo i więcej. Czy ja jej powiedziałam, że potrzebna mi mistrzyni mądrości i duchowa przewodniczka?

– Nie! – krzyknęłam, wsuwając klucz w zamek.

– Nie? – rozległ się za moimi plecami zdziwiony męski głos. – Mam przyjechać później? – usłyszałam jeszcze, nim się odwróciłam.

Ale przystojny! Już nie pamiętam, kiedy ostatni raz widziałam takiego przystojniaka. Chyba w kinie, zaraz… co to był za film? O! Już sobie przypomniałam: „Brzydka prawda”. Grał w nim Gerard Butler.

– Mam przyjechać później? – powtórzył mężczyzna i się uśmiechnął.

Jęknęłam, teraz tym bardziej wyglądał jak Gerard Butler. Pamiętam, co powiedziała mama – to z nią poszłam do kina – kiedy już byłyśmy w drodze do domu: „Ech, spotkać takiego Gerarda i się zatracić choć na tych kilka lat, które mi jeszcze zostały”. No, mówisz – masz. Spotkała. Nie Gerarda tylko Gwidona i „się zatraca”.

– Proszę pani? Czy pani mnie słyszy?

– Ee… tak, tak. Słyszę. Tylko się zastanawiam… – umilkłam, bo zabrakło mi pomysłu na kłamstwo.

– Kim jestem? – domyślił się mężczyzna i sam odpowiedział: – Nowym kierowcą z waszej hurtowni. Przywiozłem zamówione leki. Za wcześnie?

Kierowca z naszej hurtowni? Czyli będzie przyjeżdżał każdego dnia? Poczułam, że się rumienię.

– Nie, nie, już otwieram.

Przekręciłam szybko klucz i weszłam do środka, by zdążyć ochlapać zaczerwienioną twarz zimną wodą, nim mężczyzna wniesie zamówione leki. Poprawiłam jeszcze włosy, przeciągnęłam szminką po ustach i wygładziłam spódniczkę na biodrach, sama się dziwiąc, dlaczego robię to wszystko. Przecież mam męża, co prawda uciekł ode mnie aż do Japonii, ale nadal nim jest. Przynajmniej dopóty, dopóki się nie dowiem, że mnie zdradził.

– Będziemy się prawie codziennie widywać – zaczął mężczyzna, gdy już odstawił kartony. – Dlatego pozwoli pani, że się przedstawię: Gerard Wart.

Gerard? Czy los sobie ze mnie zakpił?

– Eee…welina Ostojska – wydukałam, podając mu dłoń.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?

Inne książki tego autora