Morderstwo w Miłowie

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Morderstwo w Miłowie
Morderstwo w Miłowie
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 51  40,80 
Morderstwo w Miłowie
Audio
Morderstwo w Miłowie
Audiobook
Czyta Agata Załęcka
26  18,20 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ 3

Jakiś czas po obiedzie Teresa oznajmiła, że Antoś musi odpocząć, i udała się z synkiem na górę. Sam spytała Andrzeja, czy może skorzystać z basenu. Spojrzał na nią zdziwiony i odparł:

— Oczywiście, Samanto. Nie musisz o to pytać.

Okazało się, że Górski musi jechać do Poznania, a Janusz miał spotkanie z jednym ze swoich klientów w kancelarii. Obiecał, że przywiezie dwie sztalugi i przybory malarskie dla siostrzenicy.

Pod nieobecność Sam w pokoju jej rzeczy zostały odświeżone, wyprasowane i powieszone do szafy. Szybko przebrała się w kostium i narzuciwszy szlafrok, zbiegła do holu. Była zadowolona, że jest sama. W towarzystwie Teresy czuła się nieco spięta. Paradoksalnie łagodność i spokój pani domu powodowały, że Sam cały czas miała się na baczności, z obawy, by tego spokoju nie zburzyć jakąś niestosowną uwagą czy gestem. Wyobrażała sobie, ile jego zachowanie musi Teresę kosztować. I ciągle miała poczucie winy z powodu fotografii na kominku.

Wchodząc do basenu, przypomniała sobie, że nie wzięła ani czepka, ani ręcznika. Wzruszyła ramionami i zanurkowała. Przepłynęła basen kilka razy i położywszy się na plecach, odpoczywała chwilę, poruszając jednie lekko dłońmi i stopami. Nagle poczuła, że padł na nią cień. Otworzyła oczy. Na brzegu basenu stał wysoki, szczupły brunet w jasnym sportowym ubraniu i z ręcznikiem w dłoni.

— Przepraszam, nie chciałem pani przeszkadzać. Nazywam się Jerzy Górski. Pani jest chyba siostrzenicą Janusza?

Sam wyszła z basenu i z rozpaczą pomyślała, że z kompletnie zmoczonymi włosami na pewno okropnie wygląda. Wyciągnęła rękę.

— Samanta Greenwood. — Wzięła od Jerzego ręcznik i energicznie wytarła włosy. Po czym szybko założyła szlafrok. — Dziękuję — poczuła, że się rumieni.

Jerzy uśmiechnął się. Posturą i szarymi inteligentnymi oczyma bardzo przypominał ojca.

— Wspaniale pani pływa — stwierdził ze szczerym podziwem. Spoważniał. — Jako przyszły lekarz, zalecam teraz wysuszenie i przebranie. Czy pozwoli pani później zaprosić się na spacer?

— Tak, chętnie. Jeszcze nie widziałam Miłowa — odzyskała nieco rezonu. — Ile czasu mi pan daje, panie doktorze?

Westchnął ciężko.

— Jest pani kobietą, czyli muszę uzbroić się w cierpliwość.

Uśmiechnęła się i ruszyła w stronę domu.

— Czekam na werandzie — powiedział jeszcze, zanim dotarła do przeszkolonych drzwi.

Postanowiła, że wbrew jego słowom uwinie się szybko. Włosy zawinęła w ręcznik i gdy wytarła się po wyjściu z wanny, były już prawie suche. Przeciągnęła po nich kilka razy szczotką i narzuciła lekką, jedwabną sukienkę w lawendowym kolorze. Z wdzięcznością pomyślała o pokojówce, która uporządkowała jej rzeczy. Mały kapelusik z wywiniętym rondem starannie nałożyła przed lustrem wiszącym nad komodą i sprawdziła zapięcie przy bucikach. Przyjrzała się sobie krytycznie. „Chyba nie jest najgorzej” — mruknęła do siebie i wybiegła z pokoju.

Jerzy stał na werandzie, oparty o kolumnę. Na widok Sam wyłaniającej się z holu wyprostował się i wyjął ręce z kieszeni. Przez chwilę bez słowa przyglądał się jej tak, jakby ją zobaczył po raz pierwszy.

— Możemy iść — rzekła wesoło. Wyraz nieukrywanego podziwu w jego oczach nastroił ją jeszcze bardziej przychylnie.

— Samanto, czy możemy sobie mówić po imieniu?

— Tylko nie mów do mnie Samanto — powiedziała. — Po prostu Sam.

Ruszyli w stronę brukowanej ulicy. Przez dłuższą chwilę słychać było jedynie chrzęst żwiru pod ich stopami. Obydwoje milczeli. Jerzy odezwał się pierwszy.

— Janusz mówił, że studiujesz malarstwo. Będziesz u nas malowała?

— Chciałabym, o ile Janusz kupi mi sztalugę.

— Mówisz mu po imieniu? — zdziwił się. — Przecież to twój wuj.

— Jest ode mnie starszy o dziesięć lat — oznajmiła dziewczyna, najwidoczniej uznając to za wystarczające wyjaśnienie.

Minęli pierwsze domy, w większości murowane z jasnymi tynkami i ciemnymi dachówkami.

— Nie ma za wiele do oglądania. Tutaj mieszka doktor Rogowski — Jerzy wskazał na dom z czerwonej cegły w zaniedbanym ogrodzie. — To ojciec Teresy. Przyjeżdżał do Krzysia…

— Na co chorował Krzyś? — spytała Sam i natychmiast zmieszana dodała: — Przepraszam, nie powinnam pytać.

— To było zapalenie płuc. Krzyś miał wtedy dwa lata — powiedział młody Górski cicho. — Rogowski sam go leczył. Stary osioł!

Sam, zaskoczona ostatnią uwagą, miała już na końcu języka następne pytanie, ale spojrzawszy na zasępioną twarz Jerzego pominęła ją milczeniem.

Doszli do kościoła ze strzelistą wieżą z krzyżem, który Sam widziała, dojeżdżając do Miłowa. Za kościołem był cmentarz. Z miejsca, w którym się znajdowali, można było zobaczyć topole rosnące wzdłuż alei wiodącej od cmentarnej bramy.

Jerzy spojrzał na zegarek.

— Chyba musimy wracać. Teresa nie lubi, gdy ktoś spóźnia się na podwieczorek.

— Coś mi się wydaje, że za nią nie przepadasz.

Roześmiał się.

— Nie jest tak źle między mną a Teresą.

Chwilę szli w milczeniu. Zbliżali się do żwirowanej ścieżki prowadzącej do bramy.

— Teresie na początku nie było łatwo — rzekł Jerzy nagle. — Gdy została moją macochą, miałem czternaście lat. Długo nie mogłem się pogodzić z tym, że ojciec się ożenił. Towarzystwo z miasta też nie chciało Teresy przyjąć. Krążyły plotki, że wyszła za mojego ojca dla pieniędzy. Dopiero gdy Krzyś ciężko zachorował… — Umilkł i po chwili dodał: — Jakiś czas po pogrzebie panie z towarzystwa dobroczynnego poprosiły Teresę, by została przewodniczącą. Zgodziła się, bo ojciec bardzo ją do tego namawiał. Nie chciał, by siedziała w domu i myślała o Krzysiu.

— Dziękuję, że mi to opowiedziałeś, Jerzy, chociaż dopiero co się poznaliśmy.

— Tylko nie pomyśl, że jestem plotkarzem — spojrzał na nią i uśmiechnął się. Po chwili dodał ciszej: — Jest w tobie coś takiego… Po prostu mam wrażenie, że znamy się od dawna. — Spojrzał na zegarek. — Chyba udało nam się nie spóźnić.

Gdy weszli do holu, zobaczyli Teresę z Antosiem. Trzymając malca za rączkę, schodziła wolno ze schodów. Antoś na widok Jerzego wydał radosny pisk i puściwszy rękę matki, pędem zbiegł do niego. Jerzy schylił się i chwycił nadbiegającego chłopczyka w ramiona. Przytulił go mocno do siebie. Małe łapeczki z ufnością objęły szyję mężczyzny.

— Aleś ty, piracie, urósł! — rzekł z niekłamanym podziwem. Zwrócił się do Sam: — Ostatnio widziałem go w Wielkanoc.

Teresa podchodziła z uśmiechem. Jerzy, nie wypuszczając z objęć Antosia, pocałował ją w policzek.

— Jak się miewasz?

— Dziękuję, dobrze — odparła, dotykając pleców synka.

Mimo iż obydwoje zachowywali się uprzejmie, można było między nimi wyczuć napięcie. Podwieczorek upłynął niemal w milczeniu. Antoś nie schodził z kolan Jerzego. Sam parę razy zauważyła szybkie, niespokojne spojrzenie rzucane przez Teresę w kierunku dziecka.

Atmosfera nieco zelżała, gdy Andrzej i Janusz wrócili z miasta. Obydwaj wylewnie przywitali się z Jerzym. Podczas kolacji było już całkiem miło. Jerzy i Janusz dogadywali sobie żartobliwie, a Górscy wypytywali Sam o jej malarskie studia. W pewnym momencie padło słowo „przyjęcie” .

— Jakie przyjęcie? — spytała spłoszona Sam.

— Zapomniałem ci wcześniej powiedzieć — rzekł Janusz. — Jutro o szóstej po południu. Będzie miejscowe towarzystwo.

ROZDZIAŁ 4

Po kolacji od razu poszła za nim do jego pokoju.

— I co teraz będzie? Ja nie mam co na siebie włożyć. To miały być wakacje na wsi, pamiętasz? — przypomniała mu oskarżycielskim tonem.

Roześmiał się.

— Jak u Zuli Pogorzelskiej! Kobieta, która ma co na siebie włożyć, bardzo by mnie zaniepokoiła. – Widząc jej gniewne spojrzenie, dodał pojednawczo: — Nic się nie martw. Wiem, jak temu zaradzić.

— Uszyjesz mi do jutra suknię? — spytała z przekąsem.

— W Poznaniu mieszka moja dobra znajoma — oznajmił. — Ma butik dla pań i salon kosmetyczny. Pojedziemy tam jutro.

Gdy nazajutrz dojeżdżali na miejsce, Sam dostrzegła z daleka ogromne okno wystawowe z damskimi manekinami w sukniach i kapeluszach, a nad nim wielki napis „Gloria” . Zasłona w wiśniowym kolorze upięta była dużymi kokardami. Weszli do środka.

Właścicielka, trzydziestoletnia szczupła brunetka o orzechowych oczach, ubrana w elegancką ciemnozieloną suknię i toczek, siedziała przy empirowym mahoniowym biurku.

Duże pomieszczenie było dość skąpo umeblowane. Prostokątne lustra z konsolkami o wygiętych smukłych nóżkach i rzeźbionych blatach dopełniały wystroju. Nieco surową elegancję wnętrza łagodziły kwiaty w kryształowych wazonach. Dwa wejścia do innych pomieszczeń przesłonięto udrapowanymi kotarami. Wiszące między nimi olbrzymie lustro zajmowało całą ścianę od podłogi do sufitu.

Kobieta wstała na widok wchodzących. Janusz szarmancko pocałował ją w rękę.

— Dziękuję, że znalazłaś dla nas czas. Ta młoda dama to moja siostrzenica Samanta Greenwood. Została zaproszona na przyjęcie do pani Górskiej i nie ma co na siebie włożyć — wyjaśnił z szerokim uśmiechem.

— Przyjedź po Samantę za dwie godziny — powiedziała z żartobliwą surowością Gloria. — Z przyjemnością zobaczę, jak gaśnie ten uśmieszek.

Po jego wyjściu cofnęła się nieco i przyjrzała Sam krytycznym okiem, przechylając na bok głowę. Oględziny trwały jakąś minutę.

— Masz świetną figurę — zawyrokowała. Podeszła bliżej. — Wspaniałe włosy, dobra cera. Piękne oczy.

Dziewczyna pokraśniała.

 

— Dziękuję. — Energiczna i bezpośrednia Gloria budziła sympatię, ale i trochę onieśmielała.

— Jakie kolory lubisz?

— Różne — mówiąc to, Sam wzruszyła nieznacznie ramionami.

— Kolor jest najważniejszy — rzekła Gloria z naciskiem. —Wiem, że mieszkasz u pani Górskiej. To jedna z moich najbardziej eleganckich klientek. Doskonale wie, w jakich odcieniach jej do twarzy.

— Zna pani Teresę?

— Mów mi po imieniu — Gloria machnęła niedbale ręką. — Jesteś przecież krewną Janusza. A pani Górska zawsze u mnie zamawia suknie na swoje przyjęcia. Pamiętam strój… — Urwała i pokręciła głową. — Za dużo gadam, a czas leci. Zaczniemy od włosów.

Oddała Sam w ręce swojej asystentki, równie jak ona energicznej. Z umytymi i nakręconymi na wałki włosami dziewczyna została posadzona w fotelu.

Po trwających blisko godzinę zabiegach suszenia i układania włosów oraz robienia makijażu Gloria wniosła jedwabną suknię w kremowym kolorze, a jej asystentka parę eleganckich jasnobrązowych pantofelków.

— Podoba ci się?

— Śliczna! — Sam z zachwytem dotknęła lekko delikatnego materiału.

Właścicielka butiku pomogła jej się ubrać,

— Gotowe. Możesz zobaczyć — mówiąc to, wskazała duże lustro.

Suknia, o zadziwiająco prostym kroju, nie miała rękawów. Ukośnie ścięty dół sięgał z jednej strony do połowy łydki, z drugiej do kolana. Jedyną ozdobę stanowiły koronkowe wstawki w górnej części. Kolor idealnie kontrastował z barwą błyszczących jak świeżo obrane kasztany włosów. Przyciemnione powieki przydały promieniejącym z radości oczom większej wyrazistości. Delikatny róż w brzoskwiniowym odcieniu i stonowana czerwień szminki subtelnie ożywiały twarz.

— Pamiętaj, że prawdziwa elegancja to prostota. — Gloria podeszła bliżej. — Pastelowe kolory są dla ciebie idealne. Będziesz królową tego party.

Radosny uśmiech na twarzy Sam nieco przygasł. Przez ułamek sekundy z mglistym poczuciem winy ujrzała obraz siebie samej, przyćmiewającej na przyjęciu Teresę…

— Suknia jest jak uszyta dla mnie i jeszcze te pantofle… — Ich spojrzenia skrzyżowały się w lustrze.

Gloria roześmiała się.

— Janusz chciał ci zrobić niespodziankę. Wczoraj po południu przywiózł mi jedną z twoich sukien i pantofle, żebym wiedziała, jaki masz rozmiar. Tylko mnie przed nim nie zdradź, że ci powiedziałam — dodała konfidencjonalnie.

Dzwonki przy drzwiach oznajmiły przybycie Janusza. Obie odwróciły się w jego stronę.

— No niech mnie… — Kręcąc głową, patrzył na siostrzenicę z nieukrywanym podziwem. — Wiedziałem, że zostawiam cię w dobrych rękach. — Spojrzał na zegarek. — Ale musimy się pospieszyć.

Gloria stała w drzwiach i uniosła dłoń, gdy odjeżdżali spod jej salonu.

— Dawno ją znasz?

— Jakieś dwa lata — potwierdził Janusz. — Kiedyś jej pomogłem w… kłopotliwej sytuacji. Tak naprawdę ma na imię Anna.

Spojrzał na Sam z ukosa.

— Wyglądasz jakbyś się czymś martwiła — zauważył, marszcząc brwi. — Nie jesteś zadowolona?

— Bardzo — rzekła pospiesznie, przywołując uśmiech. — Gloria jest cudowna.

Chwilę milczała.

— Rozmawiałyśmy o Teresie — powiedziała w końcu z wahaniem. — Jest jej klientką.

— A cóż w tym dziwnego? — rzekł Janusz, wzruszając ramionami. — Wiele pań z towarzystwa to klientki Glorii. Rozchmurz się, Sam. Na pewno zrobisz furorę — dokończył z uśmiechem.

ROZDZIAŁ 5

Najpierw usłyszeli muzykę.

— Fokstrot! — od razu poprawił się jej humor.

Przy bramie zauważyli jakiegoś mężczyznę w jasnym smokingu. To był Jerzy. Pomachał do nich z daleka.

— Mnie to on raczej nie wypatrywał — mruknął Janusz.

Dziewczyna spojrzała na niego ze zmarszczonymi brwiami, ale nic nie powiedziała. Tylko lekki rumieniec jeszcze bardziej ożywił jej uróżowane policzki.

— Nareszcie jesteście. — Jerzy podszedł do nich, gdy zaparkowali obok dwóch innych samochodów na podjeździe. Spojrzał na Sam i aż przystanął. — Pięknie wyglądasz — rzekł po chwili cicho.

— Trzeba przedstawić naszą piękność miłowskiemu towarzystwu — oznajmił z dumą Janusz i podał siostrzenicy ramię. — Pani pozwoli.

Muzyków ulokowano parę metrów od tanecznego koła. Nikt jeszcze nie tańczył. Goście siedzieli czwórkami przy kilku okrągłych stolikach, ustawionych na starannie przystrzyżonym trawniku. Pod namiotem przy czarach z ponczem i półmiskach czuwali kelnerzy z białymi serwetami przewieszonymi na przedramionach.

Prezentacja wydała się Sam bardzo męcząca. Panowie wstawali i całowali jej dłoń, panie podawały rękę, lustrując uważnie całą sylwetkę. Na końcu podeszli do nieco większego stolika, przy którym oprócz Teresy i Andrzeja siedział chudy i żylasty, blisko sześćdziesięcioletni mężczyzna, ubrany w szary prążkowany garnitur. Głęboka bruzda wokół ust nadawała jego twarzy nieco surowy wyraz. Wstał i uścisnąwszy dłoń dziewczyny, przedstawił się:

— Maurycy Rogowski. Miło mi panią poznać, panno Greenwood.

Przypomniała sobie, że doktor Rogowski to ojciec Teresy.

Sam i Janusz przysiedli się do gospodarzy. Błyskawicznie pojawił się kelner, by podać przybyłym kawę i z wyjętej ze srebrnego wiaderka z lodem butelki nalać szampana do wysmukłych kieliszków. Kuszące kompozycje pater z owocami i słodyczami na tle śnieżnobiałych obrusów nieodparcie przyciągały wzrok.

— Masz cudowną suknię, Sam — rzekła Teresa. Sama wyglądała olśniewająco w czarnej, przetykanej srebrną nitką toalecie. Barwa stroju czyniła jej twarz jeszcze delikatniejszą i bardziej uduchowioną.

— Dziękuję — Sam spojrzała z wdzięcznością w jej kierunku. Teresa z subtelnie zaróżowionymi policzkami i błyszczącymi oczyma wydawała się bardziej ożywiona niż zazwyczaj.

Janusz wstał i zaproponował toast na cześć pań, co zostało przyjęte z aplauzem. Po paru chwilach, jak to zwykle bywa, każdy zajął się pogawędką z najbliższym sąsiadem. Andrzej, pochylony w kierunku żony, o coś półgłosem spytał. Siedzący z jej drugiej strony doktor Rogowski z uwagą słuchał odpowiedzi córki.

— Widzę, że byłaś u Glorii — powiedział Jerzy, nie odrywając oczu od twarzy Sam.

— Skąd wiesz?

Uśmiechnął się.

— Wszystkie panie ubierają się u niej.

— Wszystkie syreny i syreniska — wtrącił półgłosem Janusz. Był w świetnym humorze.

Jerzy parsknął śmiechem, a Janusz pochylił się ku dziewczynie.

— Dobrze, że siedzisz tyłem do reszty towarzystwa. Panowie pożerają cię wzrokiem, a panie dziwnie zesztywniały.

— Janusz, nie wygłupiaj się — zgromiła go, z trudem powstrzymując śmiech.

Poklepał jej rękę.

— Wiesz, że lubię pożartować. Ale mówiłem przecież, że zrobisz furorę.

Rozmowy i wybuchy śmiechu, które Sam słyszała za sobą, stawały się coraz głośniejsze. Odnosiło się wrażenie, że goście próbują zagłuszyć grającą cały czas orkiestrę. Szampan i komplementy Jerzego i Janusza sprawiły, że poczuła się radośnie rozluźniona. W końcu goście ruszyli do tańca. Grano właśnie bostona.

— Jeżeli teraz zatańczysz z kimś innym, zastrzelę się — rzekł z powagą Jerzy, całując jej dłoń. Wstali, a on nie wypuszczał jej ręki ze swojej. Ruszyli do tanecznego kręgu.

— Fokstrot dla mnie! — krzyknął za nimi Janusz i podszedł do korpulentnej pani rejentowej Skalskiej, ubranej w czerwoną suknię z frędzlami. W opaskę na głowie wetknięte miała efektowne strusie pióro. Pan rejent nawet nie spojrzał w stronę tańczących par. Całą uwagę skupił na leżącym przed nim wielkim kawałku tortu.

Doktor Rogowski tańczył z córką. Coś po cichu do niej mówił. Andrzej zaś podszedł do czterdziestoletniej damy siedzącej przy sąsiednim stoliku. Miała na sobie dziwną zwiewną szatę w brunatnym kolorze, turban na głowie i mocno uczernione oczy.

Uszczęśliwiona Sam, upojona szampanem i muzyką, tak mocno odchylała się do tyłu, że tylko podtrzymująca ją w talii dłoń Jerzego chroniła ją od upadku.

— Świetnie tańczysz — rzekł z uznaniem. — Chyba to lubisz.

— Uwielbiam — odparła dziewczyna, uśmiechając się do niego radośnie jak dziecko.

Gdy orkiestra na chwilę umilkła, tancerze nagrodzili muzyków brawami. Panowie odprowadzili panie do stolików. Tylko Jerzy nie puszczał ręki Sam i czekał, aż orkiestra zacznie ponownie grać. Rozległy się dźwięki fokstrota. Janusz podszedł do nich szybkim krokiem.

— Młodzieńcze — rzekł srogo, mrugając porozumiewawczo do siostrzenicy. — Zamówiłem sobie ten taniec, a ty patrz i ucz się.

Jerzy z uśmiechem i przesadnym ukłonem przekazał mu rękę dziewczyny i wycofał się na skraj tanecznego kręgu. Gdy Sam miała piętnaście lat, Janusz nauczył ją fokstrota i później, przy każdej okazji, ćwiczyli ten taniec z zapałem. Od razu przykuli uwagę wszystkich gości, którzy zgromadzili się dookoła i z zainteresowaniem patrzyli na tańczących. Nawet rejent Skalski oderwał się od talerza.

Orkiestra umilkła. Rozległy się rzęsiste oklaski i okrzyki. Zaskoczona Sam rozejrzała się i dopiero teraz spłoszona uświadomiła sobie, że mieli widownię. Nawet muzycy bili brawo. Janusz bez cienia skrepowania kłaniał się dumny jak paw. Nadspodziewanie zażywny pan rejent podbiegł i w uniesieniu ucałował rękę spłonionej dziewczyny.

— Pani jest boska!

Ktoś dotknął jej ramienia. Jerzy z roziskrzonym wzrokiem oznajmił:

— Chyba wszystkich oczarowałaś. Czy mogę prosić o następny taniec? Na szczęście to tylko tango.

Razem z nimi tańczyło kilka innych par. Wzrok Sam prześlizgiwał się po rozluźnionych i uśmiechniętych twarzach siedzących przy stolikach gości.

— Myślałem, że będziesz podziwiała moją odwagę. — Widząc jej zdziwiony wzrok, Jerzy wyjaśnił: — Po waszym występie potrzeba odwagi, by poprosić cię do tańca.

Uśmiech dziewczyny przygasł, gdy dojrzała w przelocie siedzącego samotnie przy stoliku doktora Rogowskiego. Uderzył ją widok jego znieruchomiałej, jakby wykutej z kamienia twarzy. Usta zacisnął z wyrazem goryczy, a w utkwionych w Sam oczach malował się dziwny niepokój. Jerzy chyba wyczuł zmianę jej nastroju, bo się zatrzymał.

— Może usiądziemy na chwilę?

Skinęła głową. Poprowadził ją w kierunku stawku. Muzyka i gwar cichły w miarę, jak się oddalali. Sam usiadła na huśtawce. Oparła głowę o lewą ręką, którą trzymała się łańcucha. W zamyśleniu patrzyła w kierunku bawiących się gości. Jerzy stanął naprzeciw niej i zapalił.

— Poproszę o papierosa.

— Ty palisz?

— Tak — rzekła z niezrozumiałym dla niej samej rozdrażnieniem. — Palę i prowadzę samochód. Mamy rok tysiąc dziewięćset dwudziesty ósmy.

Jerzy bez słowa podał jej papierosa i przypalił.

— Co się stało? — spytał z niepokojem. — Czy czymś cię uraziłem?

— Nie. Przepraszam, to nie twoja wina — powiedziała zmęczonym głosem. — Chyba miałam za dużo wrażeń.

Chwilę milczeli. Sam lekko kołysała huśtawkę ze wzrokiem wbitym w ziemię.

— Dlaczego nazwałeś doktora Rogowskiego osłem? — Uniosła głowę i spojrzała na Górskiego z uwagą.

Jerzy rzucił papierosa na ziemię i przydeptał go. Była pewna, że nie chce odpowiedzieć. Ale, patrząc na stawek za jej plecami, zaczął wolno mówić.

— Kiedy Krzyś zachorował pierwszy raz, Teresa wezwała Rogowskiego. Wtedy nie było to nic poważnego. I Krzyś wyzdrowiał. Później gdy zaczęły się jego kłopoty z oddychaniem, ojciec chciał zawieźć Krzysia do szpitala do Poznania. Ale Rogowski nie widział potrzeby. Ojciec pokłócił się z nim wtedy.

— A Teresa?

Jerzy wzruszył ramionami.

— Chyba nie była w stanie trzeźwo myśleć. Wierzyła tylko Rogowskiemu. Nie dziwię się. W końcu to jej ojciec.

— Myślisz, że w szpitalu mogli pomóc?

— Nie wiem — odparł, kręcąc powoli głową. — Ale jestem pewien, że ojciec do dzisiaj się tym zadręcza. Po śmierci Krzysia jakiś czas nie chciał widzieć Rogowskiego na oczy.

Umilkł i po chwili powiedział ciszej:

— Pokłóciłem się dzisiaj z ojcem.

Sam, widząc jego przygnębienie, poczuła wyrzuty sumienia.

— Chcę się specjalizować w patologii, a ojciec jest temu przeciwny — ciągnął dalej Jerzy. — Myślałem, że już się pogodził z moją decyzją… Zaskoczył mnie, pytając się o to, a ja się zdenerwowałem.

Sam wstała z huśtawki. Wsunęła mu rękę pod ramię i rzekła miękko:

— Na pewno się pogodzicie. Nie martw się.

Uśmiechnął się smętnie:

 

— Dziękuję, Sam. Dobrze, że mogłem ci o tym powiedzieć. — Spojrzał w kierunku drugiej strony ogrodu. — Chyba powinniśmy wrócić.

Orkiestra nie grała. Goście powoli zasiadali do kolacji. Kelnerzy uwijali się, roznosząc półmiski z homarami. Przy stoliku nie zastali ani Teresy, ani doktora Rogowskiego. Andrzej wyjaśnił, że Teresa ma migrenę i jego teść odprowadził ją do jej pokoju.

— Jest zmęczona — powiedział zasępiony.

Jego nastrój udzielił się obecnym. Jedli w milczeniu i bez apetytu. Zupełnie jakby czuli, że zabawa pod nieobecność Teresy jest nie na miejscu. Po niespełna godzinie goście zaczęli się żegnać. Żwir na podjeździe zachrzęścił pod kołami odjeżdżających samochodów.

Inne książki tego autora