Nadzy mężczyźniTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Nie powiem, żeby po rozstaniu zachowywał się źle, nic z tych rzeczy, ale skoro wypłaca mi alimenty, to pewnie mu to odpowiada, bo ja go o to nie prosiłam. Gdy byliśmy małżeństwem, nigdy nie brałam od niego pieniędzy. Po śmierci rodziców brat i ja odziedziczyliśmy niezły majątek w nieruchomościach i ziemi. Pewnie, że wszystko sprzedaliśmy, ale zostało mnóstwo forsy. Alimenty bardzo mi się przydają, nie przeczę, bo oszczędności zostaną na stare lata. A co do potrzeb, do tego, co nazywa się potrzebami, nigdy nie musiałam nikogo o nic prosić. Nie urodziłam się pod mostem. Tata Irene zostawił jej w spadku firmę, no i dobrze, ona jest ekonomistką, no i super. Nie chciało mi się studiować, to takie nudne i w sumie niepotrzebne, skoro mój ojciec był właścicielem największej w Hiszpanii firmy zajmującej się złomowaniem. Może nie brzmi to najlepiej dla wrażliwych uszu, bo kojarzy się ze złomem. Cóż, jestem przekonana, że cała ta zgraja przyjaciół z klubu po prostu mi zazdrości i dlatego patrzą na mnie spode łba. Słyszałam, że firma Irene fatalnie sobie radzi w czasach kryzysu. Unikaj wilków, Czerwony Kapturku.

– Pewnie, że tak, kochana! Pójdziemy na drinka do Manhattanu. Kiedy kończysz pracę w firmie? Świetnie, będę punktualnie.

Genoveva już jest. Gdybym się z nią nie umówiła, w ogóle bym jej nie poznała. Widziałyśmy się dawno temu. Zmieniła się. Wygląda szałowo! Czarna bluzka z dekoltem, lekki biały żakiet, eleganckie buty w czarno-biały deseń, na ręku dwie bransoletki, jedna z hebanu, druga z kości słoniowej. Bardzo szykowna. Uśmiecham się. Dwa buziaczki. Piskliwy głos:

– Wyglądasz prześlicznie! Chyba zeszczuplałaś. Siadaj. Ja gin Sapphire z tonikiem Nordic, a pani...

Ależ fatalnie wygląda. Mizerna, z podkrążonymi oczyma. Widać, że po przejściach. Paskudna sprawa, kiedy mąż cię opuszcza dla młodszej, ale to było do przewidzenia. David zawsze wydawał mi się całkiem atrakcyjny. Błyskotliwy prawnik, bardzo błyskotliwy, i raptem zatrudnia się w firmie teścia. Słyszałam, że go zwolniła. Jak on sobie teraz radzi? Cieszy się renomą i bez trudu znajdzie nową pracę. Faceci zawsze wychodzą na swoje. Teraz, kiedy siedzi naprzeciwko, nawet mi jej żal. Nie jest bez wad, ale nie zasługiwała na takiego kopniaka.

– Co u ciebie, kochana?

– Nic nowego, Genovevo, wiesz, jak to jest.

Wiesz, jak to jest, to na pewno. Nie wie tylko, że mam dosyć bycia biedną porzuconą, i jeśli zacznie użalać się nade mną jak inni, to spotkanie szybko dobiegnie końca. Teraz, kiedy widzę z bliska jej twarz, mam wrażenie, że znowu zrobiła sobie operację plastyczną. Przedtem mimo liftingu miała zmarszczki wokół oczu. Teraz zniknęły. Pamiętam dobrze, że miała też obwisły podbródek. Nie wygląda na pięćdziesiąt lat, ale na młodą też nie. Sprawia wrażenie czegoś niepokojąco kruchego, jak kryształowa lalka, która może stłuc się w każdej chwili. To nie tylko drobne korekty; musiała przejść kompleksową operację. Po co? Żeby uchodzić za uwodzicielkę? Skóra na policzkach przesadnie napięta, brwi zbyt podniesione. Szuka nowego faceta? Już znalazła. Chce być dla niego ciągle piękna? To musi być stresujące! Dzień w dzień walczyć z wiekiem. Ja bym nie potrafiła. Chodzę na siłownię, staram się trzymać linię, używam dobrych kremów, kupuję drogie ciuchy, ale wieczna młodość...? Po co?

– Często widujesz przyjaciół, Irene?

– No wiesz, jacy są przyjaciele.

Świetnie wie, że umówiłam się z nią, bo stare przyjaźnie zostawiam za sobą. Jeśli o to pyta, to dlatego, że oczekuje z mojej strony gestu wdzięczności. Chce, żebym ich krytykowała, żebym powiedziała jej, że skoro szukam towarzystwa wspaniałej Genovevy, to dlatego, że ona jest ponad to i góruje nad tamtymi. Jeżeli takie są koszty, trudno, zapłacę. Chcę, żeby zrozumiała, że nie obawiam się towarzyskiego ostracyzmu ani plotek za plecami, jedynie statusu singielki w świecie poprawnych i pozornie szczęśliwych par małżeńskich. Mówię jej o tym, mówię, że mam dosyć fałszywych deklaracji bezinteresownej pomocy moralnej. Mówię, że nikogo nie potrzebuję, żeby stanąć na nogi: nie szlocham, nie nęka mnie samotność, nie mam skłonności do depresji. Nie szukam pociechy. Dobrze mi samej. David to już przeszłość. Nie zdradzam jej, że mam poczucie zmarnowanego czasu, niewykorzystanych okazji w życiu. Zamiast tego mówię:

– Mam ochotę się zabawić, Genovevo. Za dużo pracowałam, byłam zbyt poważna i zorganizowana. Teraz chciałabym odwiedzać modne bary, opowiadać głupstwa, śmiać się, chodzić na frywolne przedstawienia, nawet na tańce. Rozumiesz, o co mi chodzi?

– Pewnie, że cię rozumiem, dziewczyno! Jakżeby inaczej. Rozumiem cię lepiej, niż myślisz, uwierz mi.

Nie musi się martwić, jeśli chodzi o rozrywki. Będziemy bawić się wprost fenomenalnie. Uspokoiłam się, gdy powiedziała, że nie płacze. Łzy porzuconej żony doprowadzają mnie do białej gorączki. Umawiają się z tobą tylko po to, żeby lamentować, jaki to drań z mojego męża, nigdy bym się nie spodziewała... dyrdymały nie do wytrzymania. Życie jest krótkie i szkoda czasu na wysłuchiwanie listy skarg.

– Zauważyłaś, że zrobiłam sobie nową operację, Irene? Doktor Martínez Santos jest nie tylko cudowna, ale też znakomita w swoim fachu, po prostu niezrównana. Zastosowała najnowszą, rewelacyjną technikę. Nie tylko naciągają ci skórę, ale też mięśnie twarzy, i wyobraź sobie, że igłą wprowadzają pod skórę złote nici; z czasem wokół nici wytwarza się otoczka i bach! Zmarszczki znikają, jak ręką odjął. Po prostu rewelacja, mówię ci, chociaż kosztowało to majątek. Przez kilka dni czułam się fatalnie, ale warto było. Ubyło mi dziesięć lat. Jeśli chcesz, umówię cię na wizytę i pójdę z tobą do pani doktor. No tak, jesteś młodsza ode mnie i masz jeszcze na to czas.

– Po pierwszej operacji znajomi bardzo cię krytykowali.

– A tak! Teraz spotykam się z innymi przyjaciółmi i jest zupełnie inaczej. Kiedyś zawsze ta sama grupa, zawsze do klubu, do tych samych restauracji. Teraz jestem swobodniejsza: przyjaciół widuję tu i tam, jednego dnia tak, następnego nie, spotykam ich w różnych miejscach... My, dorośli, nie musimy zawsze trzymać się w kupie. Jestem w ciągłym ruchu, prowadzę frenetyczny tryb życia: siłownia, masaże, kosmetyczka, kino... Ale nie sądź, że jestem egoistką i myślę tylko o sobie. Raz na dwa tygodnie pomagam w stołówce w prowadzonym przez zakonnice ośrodku dobroczynnym na peryferiach. Zdziwiona? Trzeba coś robić dla innych. W Boże Narodzenie biorę udział w akcji „Każde dziecko z zabawką”, a na Wielkanoc roznoszę różne przysmaki po ubogich rodzinach, mona de Pascua i czekoladowe jajka. Daje mi to satysfakcję i radość; to bardzo osobiste wyznanie. Mówię ci o tym wszystkim, bo może też się przyłączysz.

– Zastanowię się.

– Świetnie.

Słucha mnie uważnie, ale nie mam pojęcia, co myśli. Irene zawsze była zamknięta w sobie, z dystansem do wszystkiego. Trudno się domyślić, co jej chodzi po głowie, ale lubię ją, zawsze lubiłam. W każdym razie mam nadzieję, że nie widzi we mnie swojego mistrza ceremonii. Mogę się z nią spotykać, ale nie będę jej niańką. Nie ma mowy, żeby trzymała się mojej spódnicy; jestem wolna jak ptak i chadzam własnymi ścieżkami.

– Powinnyśmy się spotykać. Będzie fenomenalnie, zobaczysz.

– Nie wątpię.

Mój Boże, jeżeli adres chirurga plastycznego i dobroczynność dla ubogich to jedyne, co Genoveva ma mi do zaofiarowania, to umawiając się z nią, tylko straciłam czas.


Sandra twierdzi, że mogę udzielać korepetycji. Nie ma o tym pojęcia. Zapewne kilka lat temu magister po studiach humanistycznych mógł dawać lekcje łaciny. Wielu uczniów nie radziło sobie z jej zaliczeniem. Wtedy rodzice opłacali im korepetycje. Ale to już dawne czasy. Teraz łacina to sen przeszłości, o którym młodzi nawet nie słyszeli. Tłumaczę jej, że nikt nie potrzebuje korepetytora z literatury, absolutnie nikt. To jest coś, co zgłębia się samemu. Podsuwa inne możliwości: mogę być koordynatorem jakiegoś klubu książki, które teraz powstają w bibliotekach publicznych. To oczywiste, że dostrzegła moją narastającą frustrację i zebrała informacje o zajęciach, których mógłbym się podjąć. Tłumaczę jej, że z powodu kryzysu fundusze na kluby książki także zostały obcięte. Wiele klubów zlikwidowano, a te nieliczne, które nadal działają, mają już swoich koordynatorów. Ripostuje, że mógłbym założyć w sieci własny taki klub i brać za to pieniądze. Odpowiadam, że to idiotyzm. Jest obrażona. Dąsa się, bo według niej odrzucam bez zastanowienia wszystkie jej pomysły. Trochę w tym racji, ale jej pomysły są tak absurdalne, tak niemożliwe do zrealizowania, że przedtem sama powinna je przemyśleć. Wiem, że czasem jestem dla niej szorstki, wiem, że chce mi pomóc, ale powinna zrozumieć, że podsuwanie nierealnych rozwiązań nie pomaga, tylko wywołuje irytację. Ona obrażona, ja rozgniewany. Jeśli tak dalej pójdzie, w kilka dni wdepniemy w niezłe bagno. Czyżby nasze stosunki przypominały kiepski szew, który pruje się już przy pierwszych trudnościach? Co mam zrobić, żeby tego uniknąć: łagodnie się uśmiechać? Nie mam ochoty się uśmiechać. Nie mam ochoty na nic. Tkwię w bezczynności akurat wtedy, gdy mam kupę wolnego czasu. Kiedy uczyłem w szkole, marzyłem, żeby siedzieć w domu i czytać. Teraz nie mogę nawet skupić się na lekturze. Obawiam się, że jestem wzorcowym przypadkiem kogoś, kto musi pracować, bo tylko to trzyma go przy życiu. Wszystkie te opowiastki wysłuchiwane setki razy i wyszydzane setki razy okazały się prawdziwe. Praca uszlachetnia, integruje cię ze społeczeństwem, nadaje sens twojemu życiu. Przypuszczam, że gdybym był bardziej inteligentny, myślący, poukładany w sobie, nie musiałbym figurować na liście płac, żeby zachować spokój ducha; nawet czytanie prowadzi mnie, krok po kroku, w ślepą uliczkę: jestem zbędny dla społeczeństwa, lektura nie przynosi żadnego pożytku.

 

Spotkałem się kilka razy z Ivanem na pogawędce przy piwie. Wyznałem mu, że bez pracy czuję się przymulony, a wtedy on wygłosił wspaniałe przemówienie w tym swoim prostackim, knajackim, zabawnym stylu:

– Praca jest tylko sposobem na to, żeby hajs trafiał do twojej kieszeni, stary, niczym więcej. Co ci da wciskanie kitu o godności i człowieczeństwie? Jedyne, co daje ci godność, to szmal w kieszeni. Twój problem polega na tym, chłopie, że niczego się nie nauczyłeś i nic a nic nie umiesz główkować. Mieć pracę, za którą dostajesz gównianą stawkę – to jest złe i wkurzające. Wtedy tak, tracisz godność i wszystko do dupy! Większość ludzi w tym siedzi po uszy. Tyrają całe życie, ale wychodzi, że odwalają tylko pańszczyznę, bo na koniec miesiąca dostają gówniane grosze, za które nawet nie kupią sobie gaci. Godność, stary, to nie brak forsy w kieszeni, bo wtedy całujesz klamkę, frajerzysz się i jesteś przydupas. Wszyscy patrzą na ciebie z góry. I to jest problem, stary, a nie zafajdana godność. Więc skończ z tym belfrowaniem, że jesteś bezużyteczny dla społeczeństwa. Jakiego znowu społeczeństwa? Tego, co wywala ludzi na bruk? Pieprzenie w bambus, stary. Ja nawet przez chwilę bym sobie tym dupy nie zawracał.

Praktyczny, eklektyczny i trafny jak równanie matematyczne. Nadarzyła się okazja, żeby go zapytać, czym się zajmuje, ale milczałem, bo jestem z natury nieśmiały, a poza tym bałem się, że go urażę albo wydam mu się niedyskretny. Powinien sam na to wpaść, ale on też zachowuje milczenie. Niewykluczone, że robi jakieś nielegalne interesy, a może za tą deklaracją anarchiczno-materialistyczną ukrywa posadę sprzedawcy w supermarkecie i wstydzi się, że nie stosuje w praktyce teorii, które wygłasza z takim przekonaniem. Wiem w każdym razie, że dobrze się czuję w jego towarzystwie. Jest tak nieokrzesany i jednocześnie tak nieskrępowany, że z przyjemnością go słucham.

Podczas trzeciego spotkania w barze zaskoczył mnie prośbą o adres. Przez chwilę się zawahałem, a on to spostrzegł i niemal się obraził.

– Masz opory, nie ufasz mi czy co?

Gubiłem się w wyjaśnieniach i przeprosinach, aż się roześmiał.

– Chcę ci przesłać prezent. Taki, że się zdziwisz – powiedział.

I faktycznie się zdziwiłem.


Pierwsze rozrywkowe wyjście z Genovevą. Zaplanowała coś, co rzadko kiedy mnie pociągało: shopping. Zwykle kupuję ubrania w sklepach, w których zaopatruję się od lat. Ich właściciele i ekspedientki znają mnie, wiedzą, co mi się podoba i w czym dobrze wyglądam: Max Mara, Armani, Calvin Klein. Nigdy bym nie zajrzała do Versace, Dolce & Gabbana czy innego projektanta mody zbyt wyszukanej lub ekstrawaganckiej. Zawsze ceniłam sobie dyskrecję. Tata często mi powtarzał: „Człowiek interesu jest jak bankier albo polityk: reprezentuje przed społeczeństwem swoją firmę. Unika krzykliwych kolorów, nosi marynarki i garnitury, męski styl pasuje najlepiej. A przede wszystkim żadnych kwiecistych wzorów ani falbanek; twoja matka nigdy czegoś takiego nie nosiła”. Tata był wcieleniem zdrowego rozsądku. Nie ożenił się powtórnie, chociaż każdy mężczyzna na jego miejscu by to zrobił. Nie było to łatwe dla wdowca: musiał zatrudniać niańki, troszczyć się o moją edukację, wybrać odpowiednią szkołę, uniwersytet... od szczegółów po całość. Był zawsze skrupulatny i opiekuńczy, niewielu ojców mogłoby się z nim równać. Głównym powodem rezygnacji z ponownego ożenku była trauma po śmierci mojej matki. Gdy tylko się pozbierał, ja stałam się sensem jego życia. Nie chciał, abym miała matkę zastępczą, nie chciał mieć więcej dzieci, zrezygnował z miłości. Aby poczuł się spełniony, wystarczyły mu dwie rzeczy: firma i ja. Dopiero gdy podrosłam, zrozumiałam, jak bardzo się dla mnie poświęcił. Był osobą opanowaną, ale z pewnością nieraz tęsknił za kobiecym towarzystwem, za dużą i szczęśliwą rodziną. Kiedy byłam na tyle dorosła, by zrozumieć te sprawy, zaczęłam bardziej się o niego troszczyć i starałam się mu wynagrodzić jego poświęcenie. Oddałam się pracy dla firmy, sądząc, że to będzie najlepsza rekompensata i wyraz wdzięczności z mojej strony. Wszystko szło po mojej myśli, dopóki nie nastał kryzys i nie zagroził temu, co z takim oddaniem budowałam. Na szczęście tata nie doczekał ostatnich efektów tego upadku. Co teraz powinnam zrobić? Nadal walczyć, chociaż już go nie ma: zreformować firmę, zmienić asortyment i nastawić się na eksport naszych produktów? Ale jestem już zmęczona, bardzo zmęczona. Zdrada i odejście Davida wprowadziło mętlik w mojej głowie. Mało mnie obchodzi, że zakochał się w młodej kobiecie; najgorsze jest to, że zdezorganizował mi pracę. Jego stanowisko w firmie może nie było kluczowe, ale zapewniał mi jakąś stabilizację i bezpieczeństwo. Teraz jestem sama. Pytam w duchu, jakie decyzje podjąłby tata dla ratowania firmy, i nie znajduję odpowiedzi. Znużenie nie pozwala mi trzeźwo myśleć.

Genoveva postanowiła mnie zaskoczyć. Zabrała mnie do sieci z tanią modą młodzieżową: Zara, Stradivarius, Blanco. Nigdy nie byłam w takich magazynach, ale poczułam się fenomenalnie: głośna muzyka, szokujący wystrój... No i ubrania! Porażające, krzykliwe, kiepskiej jakości, typu użyj i wyrzuć. Ekspedientki miotają się jak szalone, mają niewiarygodny makijaż, oczy tak wymalowane, że chyba nie są w stanie mrugać powiekami. Klientki nie lepsze, nie mogłam uwierzyć: niestosownie ubrane młode dziewczyny – obcisłe dżinsy, wysokie obcasy, włosy we wszystkich kolorach tęczy. Totalne zamieszanie: dziewczyny macają ubrania, zrywają z wieszaków, potem ciskają na ziemię. Przymierzalnia pozbawiona jest drzwi, wisi tylko zasłona, którą każdy może uchylić i zobaczyć cię w bieliźnie. Genoveva zgrywa się na całego, piszczy wniebogłosy i naśladuje gesty ekspedientek. Ale najbardziej zadziwiający jest fakt, że kupiłyśmy tam mnóstwo rzeczy. Geno była w swoim żywiole; wyjaśniła mi, że lubi od czasu do czasu odwiedzać takie miejsca. Większość ubrań, które kupuje, oddaje córce swojej asystentki, ale twierdzi, że niejeden taki łach w połączeniu z markowym ubraniem prezentuje się fenomenalnie. Wybrała na przykład wojskową kurtkę ze złotymi guzikami, w której wyglądała jak huzar, aż pękałam ze śmiechu. Tymczasem okazało się, że z jej czarną spódnicą ta kurtka wydaje się niemal elegancka. Ja kupiłam kilka par spodni z talią tak obniżoną, że sprawiały wrażenie bikini. Zupełny absurd. Wyszłyśmy stamtąd z dwiema pękatymi torbami wypełnionymi ubraniami, które trudno uznać za szykowne, ale najważniejsze, że już od dawna tak dobrze się nie bawiłam. Potem Genoveva zaproponowała gin z tonikiem.

– Gin z tonikiem o tej porze? Dostanę bólu głowy.

– Coś ty! Poczujesz się fenomenalnie.

Ból głowy? No nie! Ta Irene jest niesamowita. Zawsze wydawała mi się nieco staroświecka, taka w stylu mniszki, ale chyba jest gorzej, niż przypuszczałam. Nigdy nie była w żadnym magazynie typu low cost, nawet dla frajdy? Czy to możliwe, że bez przerwy pracuje, zamknięta w swojej fabryce jak w więzieniu? Widać tak jest. Ojciec nieźle ją wytresował. Firma była niczym sanktuarium! A pan Sancho – wyzyskiwaczem. Kiedyś w sobotę widziałam go w klubie, przyszedł z córką i z zięciem. Zięć! Ten musiał mieć teścia po dziurki w nosie. Pewnie po jego śmierci upił się ze szczęścia. Sprytny facet: ożenił się z dziedziczką, ale ciekawe, czy wiedział, że małżeństwo z Irene oznacza ślub z firmą, nazwiskiem rodowym, papciem i całym zastępem anielskim. Wcześniej pewnie zadbał o swoje interesy finansowe i teraz może szybować wolny jak ptak. Ciekawa jestem dziewczyny, do której odszedł, ale nie sądzę, żeby zapraszał ją tam, gdzie mógłby spotkać dawnych przyjaciół. Dziunia, jak się domyślam, jest bez grosza przy duszy i szaleje za swoim misiaczkiem. Głowę bym dała, że David sprzedałby ostatnią koszulę, żeby przeżywać z nią wieczną miłość. To małżeństwo i tak było od początku podgryzane przez korniki. No, ale ona jakoś sobie daje radę. Patrzę na jej roześmianą twarz. Taka szczęśliwa z zakupu kolorowych ciuchów. Trochę nie rozumiem tego jej rozbawienia. Nie widziała na ulicy tak ubranych lasek? Ale co tam, mogę ją zabierać w różne miejsca, w końcu niewiele mam przyjaciółek.

– Kiedy pokażesz się w tych nowych spodniach w paski? Wyglądają super!

– No wiesz! Będę w nich chodzić tylko po domu. Gdzie miałabym się wybrać w czymś takim? No powiedz...


To Sandra przyniosła ten list. Wracając z pracy, wyjęła go ze skrzynki. Ja nie mogłem go odebrać, bo od tygodnia nie wychodzę z domu. Nie mam ochoty, bo wiem, co mnie czeka. I tak nie poczuję się lepiej. Sandra jest bardzo zaniepokojona; wydaje się jej, że moje uporczywe pozostawanie w domu to niemal początek końca. Żeby ją uspokoić, mówię, że to chwilowe, nic na stałe. Nie wydaje się przekonana. Trudniej mi walczyć z jej zaniepokojeniem niż z własnym stanem ducha.

Jej uwagę zwróciły toporne i koślawe litery na kopercie i dlatego jak tylko weszła, to oddała mi list. Był od Ivana i zawierał zaledwie dwa zdania: „Oto mój prezent. Czekam na ciebie i na twoją dziewczynę”. W środku dwa zaproszenia na spektakl: „Sala Diamentowa. Sobota 12, godz. 22. Samotnym mężczyznom wstęp wzbroniony”. Sandra mówi, że już kiedyś słyszała tę nazwę, ale nie pamięta dokładnie gdzie. Szukamy w Google i to, co widzimy, wywołuje we mnie frenetyczny chichot. Sala Diamentowa to lokal na peryferiach, który specjalizuje się w męskim striptizie. „Gwarantujemy znakomitą zabawę. Piękni i męscy chłopcy. Rabaty już dla grup dziesięcioosobowych”. Sandra w końcu sobie przypomniała i też się śmieje.

– A tak, to striptiz przeznaczony dla kobiet, które zwykle przychodzą w grupie. Koleżanka z pracy opowiadała mi, że trudno to brać na poważnie. Tak się świętuje wieczory panieńskie, urodziny, rozwody... Myślałam, że to była przejściowa moda, i dziwię się, że takie lokale nadal istnieją. À propos, kim jest Iván?

Przypominam jej, kim jest Iván; telefonował do mnie kilka razy i zapraszał na piwo.

– A po co do ciebie dzwonił?

– Przypuszczam, że jest wdzięczny za to, że poszedłem na pogrzeb jego babci. To bardzo osobliwy facet. Nie wiem, dlaczego wysłał mi te zaproszenia. Może tam pracuje jako kelner.

– Albo jako jeden z tancerzy – mówi rozbawiona Sandra.

O tym nie pomyślałem. Ale to raczej mało prawdopodobne. Trzeba mieć określone predyspozycje, żeby występować w jakimkolwiek przedstawieniu: poczucie rytmu, umiejętność tańca, koordynację ruchów, warunki fizyczne, a ten facet wydaje się raczej niezdarny, pozbawiony wdzięku czy atrakcyjności. Tak czy owak moje przeczucia się sprawdziły; Iván nie pracuje w pospolitym miejscu. Ani w warsztacie, ani w supermarkecie, ale w sali striptizu. Męscy chłopcy. Mam nadzieję, że jego babcia nigdy się o tym nie dowiedziała. Świat jest wielki i ludzie zajmują się różnymi rzeczami; problem w tym, że tego nie widzisz, bo poruszasz się tylko na terytorium swojego plemienia, swojej klasy społecznej.

– Pójdziemy na to przedstawienie?

Zaskoczyło mnie to oczywiste pytanie. Nawet o tym nie pomyślałem. Pójść na striptiz do Sali Diamentowej? Patrzę nieufnie na Sandrę.

– Uważasz, że powinniśmy? Chyba nie pasujemy do takiego miejsca. Sama mówiłaś, że bywają tam jedynie grupy kobiet żądnych rozrywki. Para taka jak my będzie dysonansem.

– Warto to zobaczyć. Potraktujmy to jako doświadczenie socjologiczne.

A przy okazji wreszcie wyciągnę go z domu. Od dawna nie chce wychodzić. Kiedy otworzył list, zobaczyłam, jak zabłysły mu oczy, jak się uśmiechał. Jego piękny uśmiech, którego od wieków nie widziałam. Brat mojej przyjaciółki Marii jest psychologiem. Muszę przekonać Javiera, żeby poszedł na wizytę. Jestem przekonana, że to depresja, chociaż on stanowczo zaprzecza. Wielu jest bezrobotnych i jakoś nie przeżywają tego tak dramatycznie, ale on jest wyjątkowo wrażliwy: wcześnie stracił rodziców, lubi samotność... Gdybym tylko potrafiła mu pomóc! Ale jak? Koniecznie musimy tam pójść, przynajmniej trochę się pośmiejemy. Mnie też się to przyda, tak bardzo mnie trapi jego przygnębienie.

– Nie wiedziałem, że interesujesz się socjologią.

– Koniecznie muszę zobaczyć, jak kilku gołych mężczyzn kołysze się w takt muzyki, pręży muskuły i podryguje pośladkami. Nie jesteś przypadkiem zazdrosny? Powinniśmy pójść, bo twój przyjaciel gotów pomyśleć, że go lekceważysz, skoro pracuje w takim miejscu.

Dałem się łatwo przekonać, bo sam byłem ciekaw.

 

Tak jak mówiła Sandra, sala wypełniona jest grupkami kobiet. Oprócz nich tylko jeden albo dwóch mężczyzn. Niewiele par takich jak my. Dość mała scena i długi pomost ciągnący się przez całą salę między stolikami. Skąpe oświetlenie. Wszystko sprawia dość pretensjonalne i brzydkie wrażenie. Z sufitu zwiesza się ogromna błyszcząca kryształowa kula. Wygląda to trochę jak boîte z lat sześćdziesiątych po niewielkich przeróbkach. Publiczność bardzo zróżnicowana: młode dziewczyny, panie w średnim wieku, trzydziestolatki. Głośne rozmowy. Nikt nie zachowuje ciszy w oczekiwaniu na spektakl. Atmosfera knajpiana, wrzaskliwa, rodem z Oktoberfest: hałaśliwe chichoty, wulgarne okrzyki. Kelnerzy krzątają się przy stolikach, serwując drinki wliczone w cenę biletu; cała reszta na koszt zamawiającego. Przypatruję się kelnerom, szukając Ivana, ale on nie roznosi napojów. Nie ma go też wśród kontrolerów ani barmanów.

Sandra jest skupiona, milcząca; widać podjęła już swoje badania socjologiczne. Pięknie wygląda w niebieskiej sukni, której wcześniej nie widziałem, ma starannie wymalowane oczy i subtelny makijaż. Głos dobiegający z głośnika zapowiada rozpoczęcie spektaklu. Gasną światła, palą się tylko reflektory skierowane na scenę. Zjawia się mistrz ceremonii w stroju cyrkowego wodzireja: smoking obszyty cekinami w kolorze fuksji i czarne aksamitne spodnie. Nieco podstarzały, głos ma chrapliwy, zdradzający nałogowego palacza.

– Panie i panowie też, ale przede wszystkim panie. Witajcie w świecie radości i nieskrępowanej swobody. Spektakl, który państwo zobaczycie tego wieczoru, nie jest zwykłym spektaklem, ale najlepszym przedstawieniem tego typu w całej Europie. Weźmie w nim udział starannie wyselekcjonowana grupa najprzystojniejszych mężczyzn tego miasta. Życzę miłej zabawy.

Osobliwą reakcją na tak powściągliwe i krótkie powitanie są okrzyki, wycie, buczenie. Widać, że publiczność nie bierze na poważnie mistrza ceremonii. Sypią się przekleństwa i żądania, by natychmiast zszedł ze sceny: „won!”, „wal się!”, „ściągaj gacie!”, „chcemy męskiego ciałka!”. W sali zapanował zgiełk, ogłuszający rechot, istne pandemonium. Sandra patrzy na mnie z niedowierzaniem, uśmiecha się niepewnie. Jestem tak zaskoczony, że nie wiem, jak się zachować. Byłem dotąd na paru striptizach żeńskich albo męskich, ale to, co widzę, w niczym nie przypomina spektaklu, raczej chuligańskie wybryki pijanej tłuszczy. Niewzruszony prezenter zapowiada pierwszy numer. Tytuł brzmi chyba „Szkoła”, ale wrzask jest tak donośny, że mogłem źle zrozumieć.

Gasną wszystkie światła i milkną okrzyki. Zapalają się reflektory i na scenie jakimś magicznym sposobem pojawia się szkolna klasa: tablica i sześć pomalowanych na czerwono ławek. W każdej siedzi jakiś młody człowiek. Wszyscy ubrani w zabawne fartuszki szkolne, na szyi jedwabne szale. Krótkie spodenki odsłaniają gołe łydki. Przed tablicą staje nauczyciel o wyglądzie nie tak młodzieńczym jak uczniowie. Jest wysoki, mocno zbudowany, barczysty, ubrany na czarno. Rozlega się bardzo głośna muzyka: rytmiczna, porywcza, wpadająca w ucho. Nauczyciel zaczyna tańczyć. Kołysze się w takt muzyki. Najpierw głowa, potem tors, ramiona, biodra, uda, nogi. Przypomina wijącą się po ziemi dżdżownicę, wyciąga się i kuli w sobie. Nagle nieruchomieje, podchodzi do ławek i wyciąga za rękę jednego z uczniów. Każe mu stanąć na środku i gestem zachęca, by ten naśladował jego taniec. Uczeń nieudolnie powtarza gesty nauczyciela. Ten koryguje jego ruchy, a potem zniecierpliwiony odsyła na miejsce i zaprasza drugiego ucznia, ale i on jest nieporadny. Powtarza się to trzykrotnie, podczas gdy publiczność zarykuje się ze śmiechu, obserwując gesty młodych i ich niezdarne próby tańca erotycznego. Kiedy zawodzi czwarty uczeń, nauczyciel jest zdesperowany. Muzyka dudni coraz głośniej, klasa niknie w ciemności, a światło reflektora skupia się na nauczycielu. Zaczyna się taniec. Coraz bardziej gwałtowny, impulsywny, wyuzdany. Porusza się jakby ogarnięty dziką żądzą, niczym samiec gotujący się do kopulacji. Ściąga z siebie ubranie, jedną sztukę po drugiej, i z furią ciska na podłogę. Zostaje tylko w wąziutkiej przepasce biodrowej, ledwo przykrywającej genitalia. Odwraca się tyłem do sali, pokazując drobne, muskularne, pulsujące pośladki. Publiczność ogarnia euforia. Wtedy sześciu uczniów, jakby porażonych prądem, zrywa się z ławek i przyłącza do tańca nauczyciela, ale tym razem ich ruchy są bezbłędne. Połączeni rytmem, perfekcyjnie zgrani, zaczynają ściągać spodenki, które fruwają w powietrzu. Potem uczniowie jednym, idealnie zgranym gestem zrywają z siebie szkolny fartuszek i zostają w przepasce, takiej samej, jaką ma nauczyciel. Są od niego szczuplejsi, o wiele młodsi. Wszyscy podobnego wzrostu i budowy ciała. Sala grzmi od oklasków, ale oni, nie kłaniając się ani nie dziękując za aplauz, szybko zbiegają ze sceny. Zapalają się górne światła, które wydobywają z półmroku nasze twarze. Kelnerzy krążą po sali, goście składają zamówienia na drinki, niektórzy wstają i odwiedzają sąsiednie stoliki. Sandra patrzy na mnie szeroko otwartymi oczyma, jest zszokowana, ale się uśmiecha.

– Widziałeś? Niewiarygodne! Taniec nauczyciela był po prostu niesamowity! Nigdy bym nie przypuszczała, że takie rzeczy można zobaczyć w naszym mieście.

Ale tak jest, Sandro. Ludzie uwielbiają oryginalną rozrywkę. Faktem jest, że w tym show nie ma nic plugawego, nie czuje się typowej aury żeńskiego striptizu, z facetami, którzy popijając whisky, wpatrują się lubieżnie w tancerki.

Zaczyna się kolejny spektakl, zapowiedziany przez dźwięki gitary w meksykańskim stylu. Reflektory skierowane na scenę. Wchodzi Zorro, wypisz, wymaluj jak z legendy, cały odziany w czerń: sombrero z szerokim rondem, czarna peleryna do ziemi i buty z ostrogami. Maska na twarzy nie przeszkadza mi w jego identyfikacji. To Iván. Nawet w tłumie rozpoznałbym te z lekka wykrzywione pogardliwie usta bez cienia uśmiechu. Nachylam się do Sandry i szepczę jej do ucha:

– To chyba on.

Kiwa głową, a w jej wzroku widać zdwojoną ciekawość.

Zorro zaczyna taniec, z nieodzownym folklorystycznym przytupywaniem, smaganiem biczem i gestem galopującego rumaka. Całość sprawia nieco komiczne wrażenie, słychać chichoty publiczności. Nagle zza kurtyny wybiega osobnik przebrany za hiszpańskiego gwardzistę i usiłuje pochwycić Zorro. Obydwaj sięgają po szpady i zaczyna się choreograficzny pojedynek w szermierczym stylu. Atak i riposta, obaj stopniowo przesuwają się po wybiegu, w stronę widzów. Kiedy widzę go z bliska, nie mam już żadnych wątpliwości, że to Iván. Tumany kurzu wirują w świetle reflektorów. Walka staje się coraz bardziej zażarta, aż wreszcie Zorro-Iván czubkiem szpady zrywa, sztuka po sztuce, mundur nieszczęsnego gwardzisty. Publiczność, w miarę jak odsłania się kolejny kawałek ciała, podnosi wrzask niepozbawiony akcentów humorystycznych. Kiedy mundur napastnika całkiem opada, widzimy ciało odziane w przepaskę, wprawdzie gładkie, z mocno umięśnionymi nogami, ale i z zarysem wyraźnego brzuszka. Nagi i upokorzony rzuca się do ucieczki. Teraz Zorro go ściga z przerażającym wyciem, które z wolna milknie za kulisami. Muzyka stopniowo cichnie i etniczne rytmy przechodzą w typowo striptizowy akompaniament. Wówczas Zorro, wdzięcznie kołysząc biodrami, zrzuca pelerynę, koronkową koszulę, sombrero z szerokim rondem, rajtuzy. Zostaje w czarnych stringach i w butach.

– Twój przyjaciel jest super – chichocze Sandra.

To prawda. Iván ma ciało atlety, a raczej kogoś między atletą a tancerzem baletowym: długie, wyćwiczone ramiona, umięśniony brzuch, pokaźne przyrodzenie i zgrabne pośladki. Z maską na twarzy przechadza się po wybiegu. Kobiety piszczą i usiłują go dotykać. On krąży niewzruszony, podchodzi do rozentuzjazmowanych dziewcząt, robi unik, kiedy któraś wyciąga rękę w jego stronę, kieruje do nich prowokacyjne gesty, wystawia język w stylu Micka Jaggera. Podchodzi do naszego stolika, zaciska pięść i unosi kciuk. „Widzimy się po spektaklu” – pośród wrzawy dobiegają mnie jego słowa. Uśmiecham się do niego, klaszcząc. Nie przestaje promenować z triumfalną miną. Jakaś kobieta w średnim wieku wsuwa za jego przepaskę dwudziestoeurowy banknot. Inne idą w jej ślady i wkrótce jego przyrodzenie pęcznieje zwitkami banknotów. Dziewczyny, jakby czekając na bis, krzyczą: „Zdejmij wszystko!”, po czym podnosi się chór głosów: „Wszystko, wszystko, wszystko!”. Człowiek w masce imperialnym gestem nakazuje przerwać muzykę. Słychać warkot bębnów. Zorro prostuje się, nabiera oddechu i ściąga maskę. Widzę teraz jego odsłoniętą twarz ze znanym mi wyrazem dumy i rezerwy. Wszyscy oczekujemy w napięciu, że opadnie też jego przepaska, ale tak się nie dzieje. Iván ucieka z wybiegu, a w sali rozbłyskują światła.