Nadzy mężczyźni

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Nie pamiętam dobrze, o czym była mowa w tych plotkach, w każdym razie były niezmienne, od rozwodu do rozwodu. Kiedy dochodziło do interwencji „osób trzecich”, jak w moim wypadku, komentarze stawały się jeszcze bardziej zabawne, niemniej istniały gotowe wzorce zależnie od okazji: zbyt długie związki wynikające z ożenku z pierwszym/ą narzeczonym/narzeczoną, kłopoty materialne, rutyna... trudno zdobyć się na oryginalność, związki małżeńskie nie dopuszczają bowiem zbyt wielu wariantów i wszystkie są podobne do siebie już od epoki paleolitu. Po prawdzie nie byliśmy zbyt obcesowi w naszych plotkach. Zgłębialiśmy psychologię rozwodników, rozprawialiśmy nad ujawnionymi przez osoby postronne znaczącymi epizodami, które zapowiadały rychły rozpad związku, wskazywaliśmy na błędne decyzje jednego z małżonków lub obojga. Nie chodziło tu o kawiarniane ploteczki; nic obscenicznego albo zjadliwie krytycznego. Dopiero gdy wątek się wyczerpywał, ktoś rzucał niewinny dowcip, bez złych intencji. Ale wątek nie wyczerpywał się tak łatwo. W każdy weekend ożywał na nowo. Czasem jeden rozwód przez kilka miesięcy, czy nawet przez rok, dostarczał pretekstu do rozmowy, jeśli tylko pojawiał się jakiś ekscytujący detal.

No a teraz wszystkie te niewinne opowiastki będą dotyczyć mnie, Davida, długich lat naszego małżeństwa. Zapewne zostaną ujawnione wszystkie popełnione przez nas błędy. Zapewne diagnoza okaże się słuszna, nie wyłączając sugestii decyzji, które powinniśmy byli podjąć, żeby utrzymać nasz związek. Za późno. Od czasu rozstania z Davidem kilkakrotnie poszłam z przyjaciółmi na kolację do restauracji w naszym klubie. Więcej już nie pójdę. Nudzi mnie ta ich gra pozorów, fałszywie brzmiące dyskusje na neutralne tematy, okazywanie uprzejmości i zrozumienia. Wyobrażam sobie, co mówią za moimi plecami. Ze wstydem uświadamiam sobie własną pospolitość. Nigdy nie daruję Davidowi tego, że zrobił ze mnie kolejną porzuconą kobietę, jakich wokół tysiące.

Potem umawiałam się tylko z przyjaciółkami. Wydawały mi się znośniejsze, bo mniej w nich jest hipokryzji. Te zamężne, jakby w ramach rekompensaty, opowiadają o ciemnych stronach swojego życia: kłopotach z mężem lub dziećmi, zapewne wyolbrzymionych, po to, by dodać mi otuchy. Z kolei kobiety rozwiedzione udzielają mi rad: jak zwalczyć pierwsze objawy stresu, jak uporać się z samotnością. Wszystkie twierdzą, że są szczęśliwe, odkąd uwolniły się od męża. Wszystkie jak szalone korzystają z odzyskanej wolności i nie muszą już przed nikim się tłumaczyć. Nigdy ich nie pytam, jak udaje im się prowadzić tak wspaniałe życie, bo domyślam się ich reakcji. Prawdopodobnie żyją jak inni, próbując radzić sobie w nowej sytuacji. Jeśli szczęście kobiet polega na wyjściu za mąż, a potem na rozwodzie, który pozwala im osiągnąć i docenić wolność, to robiłyby tak wszystkie kobiety, a to nieprawda. Rozwódki tak czy inaczej muszą zmierzyć się z problemami materialnymi. Te, które mają dzieci, teraz obarczone są podwójnymi obowiązkami. Nawet te winne rozpadu związku stanęły wobec dylematów, o których wcześniej nie miały pojęcia. Toteż zachowajmy spokój, drogie panie, nie opowiadajcie mi, że jesteście najszczęśliwszymi kobietami na świecie; jestem po czterdziestce, moja kochana, i nie wierzę w żadne twoje słowo.

Jak się czuję, jak sobie radzę, jak ułożyłam sobie życie po rozwodzie? Nie wiem. Lubię sama kłaść się do łóżka. Mam tylko dla siebie małżeńskie łoże, które dzieliliśmy przez tyle lat. Układam się w poprzek, rozkładam szeroko ramiona. Jest mi wygodnie. Mogę zapalić lampkę nocną, nastawić głośno radio. Uspokaja mnie samotne spanie. Samotne wstawanie rankiem jest gorsze. Otwieram oczy i czuję skurcz w żołądku. Zastanawiam się nad czynnościami, które mnie czekają: wstaniem z łóżka, prysznicem, kawą, ubieraniem się, wyjściem z domu. Czuję niezrozumiałą inercję, monstrualne lenistwo. Najchętniej zostałabym w łóżku. Już trzykrotnie spóźniłam się do firmy.

Czy tęsknię za Davidem, za jego osobą, za nim, z jego charakterem, sposobem mówienia, chodzenia, patrzenia? Chyba nie. Odczuwam coś na kształt nostalgii, tęsknoty za kimś obok siebie, i to wszystko. Mam świadomość pustego miejsca; to pewnie samotność. David mi nie przeszkadzał, mogłabym trwać przy nim jako jego żona do końca życia. Chociaż pracowaliśmy w tej samej firmie, rzadko się widywaliśmy. Mieliśmy odmienny porządek dnia. Ja jadłam kolację, on nie. Ja oglądałam telewizję, on siedział przed komputerem. Ja kładłam się wcześnie, on czytał do późna. W weekendy chodziliśmy do klubu, ale on grał w golfa, a ja w tenisa. Jadaliśmy w restauracji kolacje z przyjaciółmi, ale nigdy tylko we dwoje. Latem parę dni spędzaliśmy gdzieś za granicą, a potem domek letniskowy: on golf, ja tenis, wspólne pływanie. Nie chadzaliśmy na romantyczne spacery, nie było intymnych kolacji przy świecach. Żadne z nas chyba nie tęskniło za tym wszystkim. Na początku małżeństwa często się kochaliśmy. Później on nadal miał ochotę, ja nie; z czasem sypialiśmy ze sobą coraz rzadziej, a wreszcie w ogóle przestaliśmy. Nie widziałam w tym nic osobliwego. Nigdy nie byłam kobietą namiętną. Przed Davidem nie miałam żadnego mężczyzny. Nawet w czasach uniwersyteckich, kiedy studiowałam ekonomię, seks mnie nie interesował. Nigdy nie pociągał mnie żaden mężczyzna. Tak, jestem oziębła, wiem o tym. Psychoanalityk wyjaśniłby, że to z powodu nieobecności matki. Bzdura. Mogłabym być żoną Davida przez całą wieczność.

Tata zawsze powtarzał: „Ważne, żeby mieć konkretny plan na przyszłość. Jesteśmy w uprzywilejowanej sytuacji, bo mamy własną firmę, dla której warto żyć”. Biedny tata! W dzisiejszych czasach dożyć tylko sześćdziesiątki to absurd. Niektórzy spokojnie dożywają setki. Dlaczego jemu się nie udało? W firmie dzieje się coraz gorzej, coraz mniej zamówień, rosną zaległe płatności... Gdyby on był przy mnie, doradziłby, co robić. Moje plany na przyszłość pokrywa rdza, czuję się samotna i opuszczona. Jak wiele innych kobiet. Chyba zaczynam nienawidzić Davida. Chyba nigdy mu nie wybaczę. Odchodząc, zostawił mnie w okopach, bez broni i amunicji, bez jakiejkolwiek ochoty, by strzelać. Porzucając mnie dla młodej tłumaczki symultanicznej, postawił mnie w niezręcznej sytuacji, a jest to coś, czego żywiołowo nie znoszę. Nigdy nie próbuję stawać w kolejce. Żeby nie szukać miejsca do parkowania, łapię taksówkę, zamiast jechać własnym samochodem. Od lat mam tę samą gosposię tylko dlatego, żeby nie tłumaczyć od początku, jak ma wyglądać prowadzenie mojego domu. Niezręczna sytuacja jest ponadto stratą czasu, a ja straciłam przy Davidzie zbyt wiele lat.


Któż mógłby przypuszczać, że zasilę szeregi oficjalnie zarejestrowanych bezrobotnych? Ale tak się stało. Od czterech miesięcy jestem bez pracy i nadal nie mogę się z tym pogodzić. Początkowy zapał, aby zorganizować sobie życie na nowo, dawno już wygasł. Gdy straciłem posadę, uważałem, że to tylko etap przejściowy, że szybko powinienem znaleźć nową szkołę. Odwiedzałem centra edukacyjne, wysyłałem CV, umieściłem na LinkedIn swój profil zawodowy, rozpytywałem znajomych. Tymczasem, mimo tej frenetycznej aktywności, stopniowo uświadamiałem sobie, że niczego nie znajdę. W każdym razie nie w najbliższym czasie. Nastawiłem się na dłuższe poszukiwania. Kupiłem materiały do konkursu na interesujące mnie stanowisko, ale nie chciało mi się ich czytać. Po co mam się przygotowywać? Jak długo? Po raz pierwszy zacząłem się zastanawiać nad swoim nauczycielskim powołaniem. Czy mam takie? Studiowałem literaturę, bo lubię czytać, analizować utwory, odkrywać nieznanych mi autorów, powracać do klasyków, krajowych i obcych. Nauczanie to chyba jedyne praktyczne zastosowanie mojej pasji. Myślałem też o pokrewnych dziedzinach: wydawnictwach, pismach literackich, kursach kreatywnego pisania. Ale trzeba mieć znajomości w tych kręgach, a ja ich nie mam. Należałem do tych niepoprawnych romantyków, którzy studiują dla przyjemności i rozwoju własnej osobowości, a nie dla kariery. Zaliczam się do wymierającej rasy idiotów.

Wkurzająca sytuacja! To normalne, że bezrobotny czuje się bezużyteczny; gorzej, że rozpada się obraz samego siebie. Uważałem się za nowoczesnego faceta, postępowego, solidarnego z innymi, ekologistę, zwolennika równouprawnienia płci. Daleki byłem od stereotypu Hiszpana. Teraz okazuje się, że wszystko legło w gruzach. Każdego ranka, kiedy Sandra wychodzi do pracy, siedzę w domu i czytam. Potem sprzątam, nastawiam pralkę, wywieszam pranie na podwórku. Wstydzę się, że sąsiadki widzą mnie w charakterze gosposi. Siedząc w kuchni, słyszę przez ścianę telewizor albo niekończącą się radiową paplaninę. Na piątym piętrze mieszka sąsiad, bezrobotny od lat, jeden z tych, którzy już nigdy nie podejmą żadnej pracy. Dziwak, którego jedynym zajęciem jest prowadzenie bloga muzycznego. Kiedy spotykam go w windzie, opowiada o zespołach koncertujących teraz w mieście i o piosenkach ściąganych z sieci. Kiedyś mnie bawił, teraz go unikam. Nie chcę myśleć, że mogę się do niego upodobnić. Wstydzę się, że siedzę w domu, czuję się jak podstarzała gospodyni sprawująca pieczę nad domowym ogniskiem. Wydawało mi się, że obce są mi tego typu przesądy; myliłem się.

Czasem, gdy ciąży mi przesiadywanie w domu, idę do parku, żeby poczytać. Miło jest wyciągnąć się na ławce. Kiedy podnoszę wzrok i rozglądam się dookoła, widzę bawiące się dzieci i staruszków płci obojga wygrzewających się na słońcu. Widzę też latynoskie niańki, kilku bezrobotnych nieudaczników, takich jak ja, i trzech bezdomnych, którzy zawsze siadają razem w tym samym miejscu: dwóch młodych i trzeci trochę starszy. Podają sobie z ręki do ręki tanie wino w kartonie, ale nigdy się nie upijają. Nawet w skwarne dni są opatuleni starymi łachami. Są brudni. Rozmawiają o czymś z ożywieniem, ale nie słyszę słów. Poklepują się przyjaźnie po ramieniu. Nagle jeden z nich się zrywa, jakby czymś poirytowany, odchodzi na bok, a potem uspokojony wraca. Czasem najstarszy zanosi się teatralnym kaszlem, jakby za chwilę miał wyzionąć ducha, później zaś chichocze. Nie rozumiem ich mentalności, są dla mnie dziwaczni. Po dłuższej chwili uświadamiam sobie, że jestem rozkojarzony, że obserwując ich, przestałem czytać. Wtedy wstaję z ławki i odchodzę, bo całe to otoczenie działa na mnie przygnębiająco.

 

Widuję oczywiście przyjaciół, ale każdy zajęty jest swoimi sprawami. Jeden też stracił pracę. Ten znalazł nową posadę, a tamten nie. Niektórzy oddają się lenistwu i twierdzą, że są szczęśliwi. Dwóch wyemigrowało do Chile. Raúl, kolega ze studiów, żyje z chałtur i prac dorywczych. Przekwalifikował się na hydraulika i jakoś sobie radzi. Poszliśmy kiedyś na pizzę i wyznał, że jest zadowolony z życia. „Nie wolno siedzieć z założonymi rękami, stary” – powtarzał mi. Widać, że wie, o czym mówi.

Popsuły się stosunki między mną a Sandrą. Od pięciu lat mieszkamy razem, ale nigdy nie było tak źle. Ona twierdzi, że to dlatego, że roztaczam wokół siebie złą aurę, i chyba ma rację. Mówi, że jestem spięty, rozdrażniony, irytują mnie drobiazgi, a na każdą uwagę reaguję agresją. Mówi, że nigdy taki nie byłem, że nie jestem sobą. Ona to wie, ale nie ja; już nie wiem, jaki byłem i jaki teraz jestem. Ona też zachowuje się inaczej; nie przesadzajmy z samokrytyką. Kiedyś opowiadała o swojej pracy, a teraz milczy. Możliwe, że nie chce przypominać, że ona ma pracę, a ja jestem bezrobotny. Traktuje mnie jak nieuleczalnie chorego, w którego obecności nie snuje się planów na przyszłość. Ale to nie wszystko. Robi mi awantury, kiedy o czymś zapomnę, źle wyprasuję koszulę albo zostawię plamy na podłodze w kuchni. Czuję się wtedy sprowokowany do riposty i zaczyna się kłótnia. Wyrzuca mi maczystowskie skłonności, ustawia się w roli ofiary i powtarza: „Zostaw, ja to zrobię, kiedy wrócę z pracy”. Absurdalne, ale i gorzkie dyskusje. Maczystowskie skłonności! Nawet nie ma sensu jej przekonywać, że obowiązki domowe to gówniane, powtarzające się do znudzenia zajęcia, uciążliwe i dla kobiety, i dla mężczyzny. Po kłótniach z reguły szybko się godzimy i idziemy do łóżka, ale niepokoi mnie, że te scysje stały się naszym przyzwyczajeniem.

Kilka razy telefonował do mnie Iván, ten pokręcony wnuk pani Juany. Chciał zaprosić mnie na piwo i pogadać. Zastanawiam się, czego ode mnie chce. Nie sądzę, żeby czuł się dłużnikiem z powodu mojej obecności na pogrzebie jego babci. Tak czy owak na razie go ignoruję, nie mam ochoty poszerzać kręgu swoich znajomych.


Musieliśmy zwolnić czterdziestu pracowników, głównie z fabryki i z działu promocji. Ubolewam nad tym i żal mi ich, ale firmy nie stać na gesty dobroczynności. Boję się, że nawet drastyczne środki nie zapewnią przyszłości firmie. Wszystko stanęło na głowie. Jeszcze parę lat temu nikt by nawet nie przypuszczał, że kraj pogrąży się w dotkliwym kryzysie. Mogę tylko pocieszać się myślą, że ojciec nie dożył tych czasów. Jeśli martwiłam się tym, że nie mam dzieci, to być może wynikało to jedynie z troski o utrzymanie firmy w rękach rodziny. Ależ byłam naiwna!

David od początku chciał mieć dzieci. Ja nie. Wydawało mi się, że tak jest dobrze: zatyrana samotność. Rodzicielstwo to komplikowanie sobie życia. W końcu, po kilku latach małżeństwa, ustąpiłam. Skoro wszyscy mają dzieci... Ale okazało się, że nie mogę zajść w ciążę. Poszliśmy do lekarza. To było z mojej winy. Szpikowali mnie pigułkami. Bez rezultatu. Nie zgodziłam się na intensywniejsze zabiegi. Nie życzyłam sobie gwałtu na własnym ciele. Postawiłam na swoim i teraz postąpiłabym tak samo. Ofiaruję swoje ciało nauce, ale dopóki żyję, odmawiam eksperymentowania na mnie, jakbym była myszą albo królikiem doświadczalnym.

David nie nalegał, ale miesiąc po przerwaniu terapii zapytał mnie z zagadkową miną: „Chcesz zaadoptować dziecko, Irene? Jeśli tak, nie będę się sprzeciwiał”. Zaniemówiłam. Jak, kiedy i dlaczego wszystko wywróciło się do góry nogami? To nie ja byłam rzeczniczką antykoncepcji, a teraz mąż przemawia do mnie, jakbym czuła się głęboko sfrustrowana, jakbym musiała zrezygnować z życiowych marzeń. „Adopcja? Mowy nie ma!” – odpowiedziałam. Nie miałam ochoty bawić się w zgadywanie, czy dziecko, które zaadoptuję, ma wadę serca, obciążone jest jakąś paskudną chorobą dziedziczną, jest synem alkoholika albo prostytutki; to tak, jakby kupowało się samochód z czwartej ręki. Można jeszcze pojechać do Chin i zabrać z sierocińca jakąś dziewuszkę. Obserwowałam u znajomych małżeństw takie adopcje. Czterdziestolatki, których ogarnia nagle instynkt rodzicielski, bo zegar biologiczny tyka. Mój Boże, już samo określenie „zegar biologiczny” jest śmieszne! Tacy decydują się na prawdziwą drogę krzyżową: wyjazd za granicę, wyczekiwanie, stosy formularzy, pieniądze, dużo pieniędzy. Nawet musisz poddać się badaniom i sprawdzianom, czy na pewno nadajesz się na rodzica! Sprawdzają każdy fakt z twojego życia, zadają intymne pytania, kontrolują konto bankowe... Horror! I to wszystko mimo twojej desperacji, by przygarnąć obce dziecko z jakiegoś dzikiego kraju.

„Jesteś pewna?” – upierał się David. Chyba mu nawet nie odpowiedziałam. Pewnie teraz będzie miał jednego lub dwa bobasy z tłumaczką symultaniczną. Dzieci wymarzone przez nią, która jest młoda, i zaakceptowane przez niego, który jest zakochany. A choćby nie wiem jak był zakochany, mina mu zrzednie, kiedy znajdzie się w świecie pieluch, smoczków i odżywek, a wtedy: żegnaj, golfie, żegnaj, whisky popołudniową porą. Dom wypełniony dziecięcym świergotem i zapaszkiem mleka. Wątpię, żeby czuł się wtedy szczęśliwy; jest takim samym egoistą i wygodnickim jak ja. Zawsze uważałam, że jeśli robisz coś dla innych, masz prawo oczekiwać rekompensaty. A jaka rekompensata czeka mojego kochanego eks w świecie nocników, śliniaków, wyrzynających się ząbków i płaczu w środku nocy? A może się mylę, może on chce napawać się owocami swojej nowej miłości, zrealizować męskie pragnienie posiadania potomka, przedłużenia swojego rodu i nazwiska. Albo marzy mu się, że siedzi przy stole na honorowym miejscu i błogosławi dary, które będzie spożywał z rodziną. Jest tak głupi, że wcale bym się nie zdziwiła.

Przyjaciele, ci od adopcji, czarująca para, po moim rozwodzie także przyłączyli się do klubu oferującego mi „wszelką pomoc”. I wygłaszali życzliwe i serdeczne proroctwa: „Sama zobaczysz, za jakiś czas wszystko się ułoży, poczujesz się lepiej, silniejsza, pewna siebie”. Już ich więcej nie widziałam; ani razu nie zadzwonili. Formuła „przyjaciele mnie zawiedli” znaczyłaby, że kiedyś miałam do nich zaufanie, ale to nie całkiem prawda. Przyjaciele zawsze byli dla mnie ważni, tyle że traktowałam ich jako element życia społecznego: wspólna kolacja, pogaduszki... może coś nadto. Dlatego też łączą ich pewne cechy, ale nie mam wcale na myśli osobowości czy przekonań, tylko raczej coś bardziej materialnego: kolegów w pracy, dzieci w tym samym wieku, sąsiedztwo. Wypełniają nieograniczoną przestrzeń życiową. Nigdy nie widziałam na własne oczy żadnej z tych epickich przyjaźni między mężczyznami ani owej, jak mówią, całkowitej intymności między kobietami. Wierność aż po grób? Nawet u psów jej nie uświadczysz.

Kilka razy telefonowała do mnie Genoveva Bernat. Nie mówiłam jej o rozwodzie, ale oczywiście dowiedziała się o tym od innych. Podczas pierwszej rozmowy trzymała mnie przy telefonie bite dwie godziny, aż musiałam odłożyć słuchawkę pod pretekstem, że jestem w firmie i mam pilną pracę. Jej paplaninę można streścić jednym zdaniem: „Musimy kiedyś wyskoczyć na drinka, żeby uczcić twoją wolność, bo przecież życie toczy się dalej; nie powinnaś zamykać się w domu jak pustelniczka”. Przynajmniej nie przybrała dramatycznego tonu. Drugi raz zadzwoniła, żeby zaprosić mnie na przyjęcie, które organizuje na tarasie swojego apartamentu. Powiedziałam, że nie mogę przyjść. Nalegała. Podejrzewam, że nalegałaby aż do skutku, tak bardzo chciała się ze mną spotkać. Żyje samotnie i szuka kontaktu z innymi kobietami, bez więzów rodzinnych i zobowiązań. I znów: oto do czego służy przyjaźń. Ludzie jakoś omijają Genovevę bokiem. Jest starsza ode mnie, ma około pięćdziesiątki. Kiedyś wywołała skandal, porzuciwszy męża dla swojego trenera personalnego z siłowni, przystojnego młodego byczka. Jakiś czas żyli razem, ale wkrótce prysły zmysły. Jak mi opowiedziała, miał on zwyczaj mawiać: „doszłem do wniosku”, „kalkomonia” i „tematyka” zamiast „temat”. To oczywiste, że dostawała szału. Jego rodzina mieszkała w sześćdziesięciometrowym mieszkanku w dzielnicy robotniczej. Pomysł z piekła rodem, związać się z takim typem! Dobrze, że Genoveva odziedziczyła pieniądze po rodzinie i jej eks, by uniknąć komplikacji i prawników, wypłaca jej co miesiąc niezłą sumkę, ona sama zaś chce pozostać w naszym kręgu towarzyskim. Kiedy romans z trenerem dobiegł końca, bynajmniej nie rozpaczała. Zawsze uważałam, że chciała uwolnić się od męża i znalazła rozwiązanie w postaci jurnego byczka. Dzięki temu nie musiała się przed nikim tłumaczyć ani niczego wyjaśniać: „Zwiałam z mięśniakiem”, to wszyscy zrozumieją, no nie? Po rozstaniu z nim zrobiła sobie totalny lifting i kupiła apartament w dobrej dzielnicy. Jest trochę latawicą, ale nie uważam, żeby przez to odsunęli się od niej przyjaciele. Prawdziwym powodem, jak przypuszczam, jest jej nieco wulgarny sposób bycia: nosi młodzieżowe ciuchy, a za sprawą makijażu przypomina mumię faraona. Robi za równą kumpelkę, która lubi się zabawić i leci na facetów. O wszystkim mówi, że jest „super”, „fenomenalne”, „wystrzałowe” albo „fatalne”, ale nie jest patetyczna, umie korzystać z życia, nie ma kompleksów i nie obchodzi jej, co myślą o niej inni.

Wcześniej jakoś nie zwracałam na nią uwagi, ale teraz widzę, że jest odważną kobietą, która wie, czego chce, i nie ogląda się na innych – to mi się podoba. Prawie ją podziwiam. Nie jest bez wad: potrafi gadać bez końca, bywa złośliwa. Prowadzi podejrzane interesy, z których często nic nie wynika. Pamiętam, jak opowiadała w kółko o szkole tańca, którą chciała założyć i nawet miała już gotowy projekt dekoracji sal. Trzeba jej pozwolić się wygadać. W sumie da się lubić.

Genoveva Bernat, interesująca osobowość. Kiedy znowu zadzwoni, pozwolę się zaprosić. Albo sama zatelefonuję i się z nią umówię. W jej obecności nie mam przynajmniej poczucia, że ktoś mnie ocenia, głęboko mi współczuje i zarazem próbuje wyciągnąć informacje o moim rozwodzie, żeby potem podzielić się nimi z innymi. A poza tym dobrze się bawię w jej towarzystwie.


Coś mi się widzi, że facet wcale nie miał ochoty pójść ze mną na kielonka. Pewnie myślał, że coś od niego chcę. Chyba patrzy na mnie krzywym okiem przez to, żem nie odwiedzał babci tak często jak on. Dopiero dzisiaj powiedział, że tak, pójdzie, ale to już trzeci raz do niego wydzwaniam, chociaż gdyby trzeba było, dzwoniłbym do skutku. Nie zna mnie, nie wie, że mnie się nie odmawia. Ciekawe, czy domyśla się, kim jestem. No normalnie, to duże miasto, a on nie bywa w moim rewirze. Gdyby tak było, dowiedziałby się, jaki ze mnie kogut, jebaka i panisko. Ubiorę się elegancko na spotkanie. W zeszłym tygodniu kupiłem w outlecie siedem T-shirtów Armaniego, na każdy dzień inny. Niewąsko w nich wyglądam: dopasowane, tak obcisłe w barach, że widać muskularną klatę. Mikrofibra, pełen szyk. Dzisiaj założę tę koloru khaki, dżinsy od Diesla i czarne adidasy Nike. Kilka dni temu gimbuski wychodzące z gimnazjum aż stanęły na mój widok. Wytrzeszczały na mnie gały i coś tam poszeptywały do siebie. Kiedy loszki się zorientowały, że je obserwuję, zaczęły chichotać. Mundurki, warkoczyki, podkolanówki, ale już je ciągnie do świeżego samczego mięsa. Zupełnie jak te zwierzaki w Afryce. Młode to jeszcze, ale już widać piersi pod bluzką.

Umówiłem się z nim na siódmą w Cocoa, żeby sobie nie myślał, że mnie nie stać. Głowę dam, że myśli sobie, że mam do niego jakiś biznes. Niewykluczone, że ma mnie za ćpuna i dilera, skoro takich miałem rodziców, i przypuszcza, że chcę mu sprzedać prochy. Wtedy, na cmentarzu, pewnie się myliłem, że taki z niego profesor, łebski facet, co dużo czyta, bo koniec końców to frajer na bezrobociu, dupek wywalony na pysk przez zakonnice. Więc niech nie udaje przede mną ważnego gościa, nie dam mu nawijać długo, jedno piwko i zmywam się. Spoko, Iván, weź na wstrzymanie! Facet jest w dołku i dlatego chce się wygadać.

Oho, idzie. Kiwam ręką, żeby mnie zobaczył. Uśmiecha się na mój widok. Przyzwoity gość. Podaje mi dłoń, siada koło mnie.

 

– Radość dla moich oczu! Co słychać, Javier?

– Cześć. Jakoś leci.

Chyba nie bardzo. Oczy podkrążone, jakiś wychudzony, zgaszony. Widać, że na bezrobociu mu nie idzie. Jeden mój kumpel przechodził to fatalnie. Przez pierwszy rok schudł siedem kilo. Wyglądał jak szkielet na szczudłach. Zapijał się na śmierć, skuty dzień w dzień, coby tylko nie myśleć. Mówił, że już mu wszystko wisi. Na drugi rok trochę się ogarnął, ale nadal chlał. Potem już go nie widywałem, głowę dam, że totalnie się zeszmacił. Bo ludzie idą od razu na dno, nie umieją się pozbierać, tylko stoją i czekają, aż łaska spłynie na nich z nieba. Ale z nieba nic nie spłynie, bo w tym kraju zwykle jest susza.

– A co u ciebie, Iwanie Groźny?

– Czemu groźny?

– Tak się nazywał pewien władca.

– Aha! No to wyszedł nam niezły wstęp, stary. Poszukam w internecie o tym groźnym facecie.

Uśmiecha się, ale coś z nim nietęgo. Widać to na pierwszy rzut oka, chociaż spotykam go dopiero drugi raz. Zobaczymy, czy uda mi się go rozruszać. Może i z niego łebski facet, bo skończył uniwersytet i taki oczytany, ale ja jestem psycholog i znam się na ludziach. Wystarczy, że raz obczaję i już wiem, kto zacz. Dla mnie łatwizna, bo poznam nawet, jakiego koloru on ma gacie, a ona figi.

– U mnie wszystko na wypasie, stary, zawsze na fali. Strzelimy sobie po browarze, jak nakazywał prorok.

– Zawsze na fali?

– Niezmiennie!

Niech słucha i zapisuje w zeszycie, belfer, bo udzielę mu lekcji. Co tam kurewski kryzys, mnie tam nic nie ruszy, mogą do mnie strzelać pieprzeni naziści, pojedynczo i zbiorowo, i gówno. Mam głowę na karku i potrafię kminić. Od góry mnie nie zawieje, od dołu nie wessie, bo mocno stąpam po ziemi. Od polityki i od banków zawsze trzymałem się z daleka, bo swój rozum mam, i kiedy wszyscy szastali forsą i czuli się królami mambo, ja, spokojny jak leniwiec podczas sjesty, czekałem, co z tego wyjdzie. Moi kumple, dupki żołędne, brali na potęgę kredyty, pożyczki, leasingi, no i bingo: wakacje w Cancún, superkomóra, a jeśli gablota, to tylko audi albo beemwica, a jak wino, to tylko markowe, wieloletnie, z najwyższej półki, a potem, w restauracji, po jednym łyku, wzywali kelnera i oddawali mu butelkę, bo uznali, że wino zwietrzałe. Widzieliście to?! I to ciołki, które dotąd żłopały tylko tani browar. Pomyślałem tylko sobie, jak to będzie, jak nagle jebut, spadną z chmury i grzmotną dupskiem o bruk. No i stało się. Teraz wszyscy na bruku. Gówniany zasiłek albo chałtura. Skończyła się balanga, zamiast Cancuna micha kołduna w podrzędnej knajpie.

– Nie zorientowałeś się, że idzie kryzys wielki jak Himalaje?

– Coś przeczuwałem, ale w szkole i tak płacili mi grosze.

Postrzelony ten Iván, ale jest zabawny i to niegłupie, co powiedział. Istotnie, w przeciwieństwie do niego nie spodziewałem się, czym to się skończy, może dlatego, że mój punkt siedzenia, jak on mówi, był zbyt odległy. A przecież widziałem, jak podniósł się poziom życia, ale nie kultury. Zajęcia, które prowadziłem, traktowane były jako zbędny luksus. Z początku szefowa studiów zorientowała się, że tego typu kursy z literatury prowadzone są we Francji i w Niemczech, więc postanowiła, że nie będziemy gorsi od elity europejskiej. Ale jak tylko ucięto fundusze, płynące dotąd radosnym strumieniem, kurs został skreślony, bo i tak niczemu nie służył.

– Zakonnice nie chciały opłacać godzin ekstra.

– Nie mów mi o pingwinach i o czarnych! Wszystko to banda szarlatanów i naciągaczy.

Musi zrozumieć psor, że jestem po tej samej stronie co on, że płyniemy w tej samej łajbie, chociaż żadnych studiów nie kończyłem. Jak to się dziwnie w życiu toczy; jego wysiudali, a ja trzymam się mocno w siodle. Chichocze, kiedy mu coś opowiadam. Widać jestem dla niego zabawny. No i w pytę.

– Wiesz, że przynoszę kwiaty na grób mojej babki, Javier? Tak, nie śmiej się, stary, mówię serio. Za jej życia widywałem ją tyle co nic, ale teraz składam jej, jak gadają w telewizji, wieńce i wiązanki kwiatów. Zniczy nie zapalam, bo nie wolno, a poza tym na cholerę umarlakom ogień. Wiem, że biednej babci teraz to wszystko wisi, ale lepiej późno niż wcale, no nie? Mało ją znałeś, więc powiem ci szczerze, że babcia Juana była upierdliwa. Opowiadała jakieś głodne kawałki, aż można było walnąć w kimono i obudzić się, jak skończyła ględzić. Wojna domowa, stary, tam i nazad. Że przez tego pieprzonego Franco szamali codziennie soczewicę i czarny chleb. I o tym, jak wyszła za mąż, chyba za dziadka, jak sądzę, ale i tak nie widziałem go na oczy. Że miała białą suknię i atłasowe pantofelki, a welon był taki i siaki. Ja pierdzielę, stary, detalicznie opisała, jak uszyta była suknia. To się w pale nie mieści, że wszystko pamiętała, a mnie łeb pękał od tych opisów. To jeszcze nic, gorzej jak prawiła kazania pod tytułem „bądź dobrym chłopcem”. A co to znaczy być dobrym, babciu? No bo tylu jest sukinsynów, że choćby nie wiem jak się starali, zawsze nimi będą. Wiesz w czym rzecz, Javier, babcia była namolna i zdania nie zmienię tylko dlatego, że już nie żyje. Ale ją kochałem. Nie zrozum mnie źle, ale nie jarzę, po cholerę mielibyśmy bez przerwy spotykać się z ludźmi, których kochamy. Moja babcia, żebym nie wiem jak często ją odwiedzał, nie przestawała być namolna, a ja nigdy nie zostałem dobrym chłopcem, no więc skoro nic się nie zmieniło, to po cholerę częste wizyty? Żeby w kółko rozprawiać o dupie Maryni? No wiesz, stary, z czego tu się śmiać, to są poważne sprawy.

– Wiem, wiem, wybacz, ale nie mogę się powstrzymać.

Zdumiewający jest ten Iván. Naprawdę niegłupi facet. Wszystko, co mówi, ma posmak ironii, zabawnej, oryginalnej i zarazem zjadliwej. Należy do gatunku wychowanych na ulicy kotów: inteligentny, zdecydowany, w każdej chwili gotowy uciec przed zagrożeniem albo stawić mu czoło, zależnie od sytuacji. Mało go znam, ale wygląda mi na osobę nieufną, podatną na depresje... nie, raczej nie, w końcu wyszedł obronną ręką z tylu traumatycznych sytuacji. Radzi sobie w życiu. Jestem ogromnie ciekaw, z czego się utrzymuje, ale nie wypada mi pytać, a on nic o tym nie mówi. Zapytam później, nie teraz, tak będzie lepiej.

– Muszę już iść, Iván. Może jeszcze kiedyś wybierzemy się na piwo?

– Oczywistość! Skontaktuję się z tobą. Nic z tych rzeczy, stary! Odwal się od tego rachunku, dzisiaj ja zapraszam.

Ależ zrobił minę. Biedaczek na pewno nie jest przy forsie.


– Genoveva? Mówi Irene Sancho. Jak się masz?

– Ależ niespodzianka, kochana. U mnie wszystko dobrze, a u ciebie?

Proszę, proszę, odezwała się. Po co pytać, co u niej; mogę to sobie wyobrazić. Sama jak palec. Dlatego telefonuje. Tyle razy do niej dzwoniłam, ale ona zawsze mnie olewała, nawet nie chciała przyjść do mnie na przyjęcie. Zapomniała już, że na swoje bankiety nigdy mnie nie zapraszała. Co mi tam, mało mnie to wzrusza. Dzwoniłam do niej, bo mam gdzieś, co inni o mnie myślą, no i po to, żeby się domyśliła, że już wiem o jej rozwodzie. Zwiał do innej, co? Witaj w klubie kobiet niezależnych. Irene, kobieta doskonała, chłodna i nieprzystępna, jakby sprawy tego świata jej nie dotyczyły. Modelowa bizneswoman, córeczka swojego tatusia, wierna żona... no i widzisz, kicia, też ci się dostało jak innym. Faktem jest, że kiedy zdarzyło mi się tamto, zachowała się przyzwoicie. Żadnych aluzji, okazywania lekceważenia, co wówczas było nagminne. Ale jej gesty, spojrzenia mówiły same za siebie. No tak, skarbie, mnie mąż nie porzucił dla innej, to ja od niego odeszłam. Domyślam się, że przyjaciele się od niej odwrócili i dlatego zgłasza się do mnie. A może po prostu ją nudzą? W jej sytuacji umawianie się z przyjaciółmi to horror. Traktują cię jak wdowę, osobę zadżumioną i patrzą na ciebie ze współczuciem. Od razu widać, że w ich zachowaniu jest coś sztucznego, i im bardziej usiłują to ukryć, tym jest gorzej. Ze mną było inaczej, bo ja byłam ta zła, rozpustna latawica, która porzuciła męża dla młodszego. Oczywiście są dobrze wychowani i postępowi, więc nie mówili tego głośno, ale czułam, jak mną pogardzają. Jakiś czas chodziłam na spotkania, ale potem dałam sobie spokój. Miałam dosyć tego udawania, sztucznych min, tych spojrzeń. A poza tym nudzili mnie i pewnie z nią jest podobnie. Od początku mnie nudzili, tacy uładzeni i banalni. Zresztą nic w tym dziwnego, bo wszystkich ich poznałam za sprawą męża, a mój mąż był bezdennie nudny. Biedny Adolfo! Użalali się nad nim, kiedy od niego odeszłam. Nie przeczę, zachował się jak dżentelmen, nie obmawiał mnie, nie szkodził i nadal wypłaca alimenty, no i teraz musi ułożyć sobie życie na nowo. Nikt nawet nie próbował mnie zrozumieć. Adolfo jest znacznie starszy ode mnie i zestarzał się mało efektownie. Brzuchaty, bez polotu, cichy jak myszka, domator, rutyniarz... do znudzenia ten sam schemat: praca, powrót do domu, wcześnie do łóżka. Do tego niepotrzebna jest baba taka jak ja. Wiem, że nie jestem już młoda, ale nadal mogę uchodzić za atrakcyjną, mam niezłą figurę i temperament, potrafię rozbawić towarzystwo. Przeciwieństwo mojego eks. Już nie wspomnę o seksie: raz w miesiącu i nie za długo, bo pan się zmęczy. Mój Boże, bardziej pasowałaby mu opiekunka, robotna zakonnica albo najlepiej, gdyby sam poszedł do klasztoru.