Nadzy mężczyźni

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

NADZY MĘŻCZYŹNI

Przypisy

Inne książki Alicii Giménez-Bartlet

Tytuł oryginału: HOMBRES DESNUDOS

Opracowanie redakcyjne: MIROSŁAW GRABOWSKI

Korekta: JAN JAROSZUK, JANINA ZGRZEMBSKA

Projekt okładki: TOMASZ LEC

Copyright © Alicia Giménez Bartlett, 2015

For the Polish edition

Copyright © 2019, Noir sur Blanc, Warszawa

ISBN 978-83-7392-672-1

Oficyna Literacka Noir sur Blanc Sp. z o.o.

ul. Frascati 18, 00-483 Warszawa

e-mail: nsb@wl.net.pl księgarnia internetowa: www.noirsurblanc.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Nic mnie to nie obchodzi, bo już go nie kocham. Teraz nawet mam wątpliwości, czy kiedykolwiek byłam w nim zakochana. Piętnaście lat małżeństwa, a co najgorsze, poczucie straconego czasu, chociaż zastanawiam się, jak potoczyłoby się moje życie przez te piętnaście lat, gdybym nie była jego żoną. Nie wiem; nikt nie potrafi tego wywróżyć, a tym bardziej odgadnąć, jak wyglądałaby przeszłość, gdyby uległy zmianie niektóre współrzędne naszego życia. Chyba jestem dziwaczką, bo zamiast płakać rzewnymi łzami, tonę w domysłach. Zapewne chcę tylko wyróżnić się spośród innych kobiet, żeby nie znaleźć się na wspólnej liście porzuconych żon. Sprawa jest prosta: zostałam porzucona. Mąż zostawił mnie dla młodszej, ładniejszej, zgrabniejszej i weselszej ode mnie. Pewnie to dziewczyna bez problemów, świeża i kwitnąca niczym polny kwiat. Tłumaczka symultaniczna na kongresach. Blondynka bez grosza przy duszy. Zapewne, skoro jest tak młoda, bez doświadczenia w sprawach miłosnych.

Scena finałowa była bardzo dramatyczna, jakby żywcem wzięta z kiepskiej telenoweli. Byłam niemal pewna, że on ma romans, i kiedy z poważną miną oświadczył, że musimy porozmawiać, już wiedziałam o czym. A jednak nie spodziewałam się tak typowego wyznania, ze sztampowym scenariuszem charakterystycznym dla mężczyzny, który przeżywa kryzys wieku średniego. Pewnie gruntownie przestudiował podręcznik Jak rozstać się z żoną. Trochę poniosły mnie nerwy, ale nie obwiniam się o to. Przez wszystkie lata życia kontrolowałam swoje emocje. Chyba nawet nie zapłakałam, kiedy pojawiłam się na tym świecie. Cały oddział położniczy był mną zachwycony: „Jakie dobre dziecko, będzie taka grzeczna!”. Cóż, nie miałam powodu do płaczu: byłam pierworodną córką zamożnych rodziców, a oni sami stanowili wzorową parę. On błyskotliwy; ona piękna. Nie mogłam wówczas wiedzieć, że moja piękna matka wkrótce umrze na raka. Ale został mi tata. Ciężko pracował w swojej firmie, mimo to zawsze troskliwie się mną opiekował: czuły, wyrozumiały, wydawał ścisłe polecenia moim opiekunkom i po powrocie z pracy ze wszystkiego je rozliczał. Nie wpadałam nigdy w histerię, nie okazywałam złego humoru. Tata wracał z pracy zmęczony, a ja starałam się być grzeczna i robiłam wszystko, by nie żałował powrotów do domu, gdzie szczęśliwie żyliśmy we dwoje. Nie chciałam, aby wracał zbyt późno, bo wtedy już spałam i nie mogłam się do niego przytulić na dobranoc. Tata zawsze przyjemnie pachniał wodą kolońską o aromacie drzewa sandałowego. David nigdy tak nie pachniał. Czasem czuć było od niego zapach potu przyniesiony z biura, jak u wszystkich pod koniec dnia pracy. Umarłby z głodu, gdyby nie tata, gdyby nie firma, gdyby nie ja.

– Dużo o tym myślałem, Irene. Już od dawna nie układa się między nami. Mieszkamy razem, jesteśmy cywilizowanymi ludźmi, pomagamy sobie, gdy zajdzie potrzeba; wszystko to prawda, ale to za mało. Małżeństwo to coś więcej. Już nie czujemy tej wzajemnej czułości, która nadaje smak życiu. Nie śpimy ze sobą. Mam czterdzieści sześć lat, ciągle czuję się młodo i potrzebuję innego życia. Nie okazujemy tego na zewnątrz, ale między nami wszystko się skończyło. Jaka czeka mnie przyszłość, gdy wciąż będziemy razem? Praca to dla mnie nie wszystko. Odczuwam ból i nostalgię, gdy widzę pary całujące się na ulicy, kiedy ktoś mi opowiada, że jest zakochany, kiedy widzę, jak inni namiętnie się kochają. Nie będę cię okłamywał; możliwe, że gdybym nie spotkał tej kobiety, prowadzilibyśmy nadal to samo życie, i tak do końca. Ale stało się, takie są fakty: poznałem ją.

Takie są fakty! Skurwysyn! Poznał kobietę. Jak śmie przy mnie o niej mówić! Najchętniej dałabym mu w pysk, jak robiło się w dawnych czasach ze służącym, który zachował się bezczelnie, który cię obraził albo ukradł ci biżuterię. Ciągle czuje się młodo, kretyn, pewnie uważa się za przystojniaka!

– Ma na imię Marta. Jest tłumaczką symultaniczną z angielskiego. Pracuje w firmie. Nie jest zamężna. Nie chcę mieć z nią romansu, dopóki jestem z tobą. Zakochałem się, Irene; brzmi to brutalnie, ale taka jest prawda. Bądźmy dorośli i nie udawajmy, że nic się nie stało. Nasze małżeństwo od lat jest nieudane. Ogromnie mi przykro, że o tym mówię, ale muszę być z tobą szczery. Może gdybyśmy mieli dzieci, byłoby inaczej, ale nic na to nie poradzimy. Kiedyś byliśmy szczęśliwi i to się naprawdę liczy. Ty też jesteś młoda, masz firmę i jeśli zechcesz, możesz na nowo ułożyć sobie życie uczuciowe. Jestem przekonany, że jako osoba zrównoważona i rozsądna dokonasz, jak zawsze, słusznego wyboru.

Najchętniej obrzuciłabym go najgorszymi, najbardziej plugawymi obelgami, ale byłam tak zaskoczona, że milczałam. Gdybyśmy mieli dzieci! Dotąd nigdy mi tego nie wypominał. Dzieci, jakie znowu dzieci? Co za ulga, że nigdy ich nie było! Moja intuicja zawsze mi mówiła, żeby nie mieć dzieci, ani z nim, ani z żadnym innym mężczyzną. Liczył się tylko tata. Kiedy umarł, uświadomiłam sobie, że był ostatnim prawdziwym mężczyzną w moim życiu. Twierdzi, że nadal mam firmę; tak, to prawda, firmę, której poświęciłam całe życie, a teraz odnoszę wrażenie, że David porzuca mnie z powodu kryzysu gospodarczego. Jestem kolejną ofiarą recesji. David sądzi, że pójdę na dno. Woli uciec ze statku, dopóki jeszcze nie zatonął. No i dobrze, żadna dla mnie nowość. Nigdy nie wierzyłam, że ożenił się ze mną z miłości. Kiedy go poznałam, był zerem, adwokaciną bez przyszłości, kombinatorem, który dzięki mnie znalazł się w raju. Zrobił karierę w mojej firmie, dzięki tacie, dzięki mnie. Był nawet niezły, ale w sumie każdy na jego miejscu odniósłby sukces, może nawet większy. Ciekawe, jak się sprawdzi w swoim nowym życiu nadal młodego człowieka. „Jesteś osobą zrównoważoną i rozsądną” – powiedział. Jakim prawem rzuca mi w twarz takie banały? Liczy się miłość! „Możesz na nowo ułożyć sobie życie uczuciowe”. Co za brednie! Od kiedy to przemawia jak bohater filmu klasy B albo romansidła z ubiegłego wieku? Nic mu do tego, co robię albo czego nie zrobię ze swoim życiem uczuciowym. Ale tego mu nie powiedziałam. Wówczas nie byłam w stanie z nim rozmawiać; był dla mnie kimś obcym. Piętnaście lat? To oczywiste, że przez piętnaście lat nie można poznać człowieka. Tak jakby nas sobie przedstawiono przedwczoraj. Kiedy skończył mówić, zdobyłam się na ironiczny uśmieszek i spokojnym tonem oświadczyłam:

– Oczywiście jesteś zwolniony. Z łatwością znajdziemy nowego prawnika. Co do twoich udziałów w firmie: jeśli chcesz pozbyć się akcji, zaproponuję ci przyzwoitą cenę.

Milczałam dłuższą chwilę, a on wymamrotał coś na temat mojej chłodnej reakcji, skądinąd tak dla mnie typowej.

– A co do domu: masz tydzień na zabranie swoich rzeczy. Możesz przyjść po nie któregokolwiek dnia rano, kiedy mnie tam nie będzie.

Nadal cedził swoje komentarze. Wiedział, co powiem, wiedział, że tak się zachowam. Byłam wszak bryłą lodu, kobietą bez serca. Poprosiłam, żeby się wyniósł. Cały tydzień na spakowanie rzeczy to z mojej strony gest łaskawości.

– Wiem, że połowa domu należy do ciebie – dodałam. – Kiedy interesy pójdą lepiej niż dotychczas, podpiszemy umowę sprzedaży domu. Na razie ja tu zostanę.

Tym razem się nie odezwał. Godnym krokiem dotarł do drzwi i wyszedł. W istocie można było załatwić to inaczej, ale co miałam mu powiedzieć? Wykorzystał wszystkie melodramatyczne pozy, a ja nie miałam ochoty pławić się w tym szambie. Straciłabym szacunek do siebie, gdybym poszła w jego ślady. Muszę teraz radzić sobie sama. Nie chcę go widzieć nigdy więcej. Wrzuciłam do kosza podarty na kawałki list, który przysłał mi parę dni później. Nic nowego:

Proszę, zrozum mnie, Irene. Nie mógłbym spojrzeć w lustro, gdybym nie podjął tej decyzji.

No i dobrze, David, spoglądaj w to czarodziejskie lustro do końca życia. Mam nadzieję, że spodoba ci się własne odbicie. Sprawa zamknięta. Nawet przez myśl mi nie przeszło, żeby odpowiedzieć na ten list.


Przysypiają. To, o czym im opowiadam, tak je nudzi, że przysypiają. Widzę, jak przymykają powieki, jak myślami odlatują w nieznane mi krainy. Święty Jan od Krzyża, święta Teresa od Dzieciątka Jezus, mistyka hiszpańska. Nie dziwi mnie ich znudzenie. Co ma wspólnego ich życie z wizjami świętej Teresy, z fundowaniem klasztorów? Nic. Internet. Twitter. Facebook. Jakie mam dać przykłady, żeby miały przynajmniej mgliste pojęcie o tym, co im wykładam? Nie wiem, zapewne nie ma takich przykładów. Zadowalają się tylko anegdotami: święta Teresa lewituje zatopiona w modlitwie, unosi się pośród woni kadzidła, wokół anioły z płomienistymi mieczami, które przebijają jej serce. Nawet te obrazy nie przybliżają moich uczennic do mistycznego przeżycia. One przekładają wszelką mistykę na żargon swoich własnych fantazji: wyobrażają sobie świętą Teresę jako supermena obdarzonego nadnaturalnymi przymiotami. Widzą anioły jako piękne młodociane wampiry, niczym w kasowych filmach. Jeśli próbuję im wyjaśnić, że mistyczne zawładnięcie jest krańcową koncentracją umysłu, która doprowadza do porywu zmysłów, dla nich brzmi to jak bajka o żelaznym wilku. Nie sadzę, żeby którakolwiek chociaż raz w życiu, przez chwilę, próbowała skoncentrować się na jakiejś myśli. Trudno im skupić na czymś uwagę. Są rozkojarzone, potrafią komunikować się z dziesięcioma osobami jednocześnie, chociaż nie mają nic do powiedzenia. Mistyczna ekstaza? Żadna nie wie, żadna nie rozumie. Słowo „ekstaza” kojarzy im się z narkotykami, których powinny się wystrzegać, o czym dobrze wiedzą, skoro jesteśmy w szkole katolickiej. Wyjaśnianie im słowa „mistyczny” to daremny trud.

 

Literatura klasyczna jako przedmiot nauczania przestała je interesować. Dla nich przeszłość nie istnieje, tylko jako jej dalekie echo przemawia do nich obraz filmowy albo telewizyjny, ale sądzą, że nijak się to nie ma do ich prawdziwego życia. Nie przemawiają do nich komedie Lopego de Vega, Żywot młodzika niepoczciwego nie jest zabawny, a Jorge Manrique jest nudny. Nie widzą żadnego poczucia tragiczności życia u Unamuna, są głuche na walory brzmieniowe wierszy Machada. „Po tysiąckroć sto, sto tysięcy. Po tysiąckroć tysiąc, milion”[1]. W ogóle nie dociera do nich ich melancholijne piękno.

Czasem mówię o tym w pokoju nauczycielskim, ale opinie kolegów niewiele mi pomagają. Ta sama co zawsze litania. Najbardziej radykalni wyklinają na całe młode pokolenie: „Interesuje ich tylko zabawa. Mają wszystko. Rodzice nie nauczyli ich skali ważności”. Konformiści szukają pociechy: „Trzeba cierpliwości. Nieświadomie przekazujemy im upodobanie do wiedzy, które z czasem przeniknie ich umysły”. Ja z kolei proponuję drastyczniejsze rozwiązanie: zmienić programy nauczania, a najlepiej w ogóle je usunąć. Szukać dzieł, które odpowiadają wrażliwości tych dziewczyn; nieważne, czy dany pisarz należy do tej czy innej epoki, prądu, kraju. Wywołuję tym powszechne oburzenie i w oczach kolegów jawię się jako radykał i rewolucjonista, który chce unicestwić ustalony i święty porządek nauczania. W gruncie rzeczy pragną tylko zachować swoją posadę, miesięczną pensję i poczucie bezpieczeństwa.

Powinienem był pójść w ich ślady, o czym przekonałem się pod koniec roku szkolnego, kiedy dyrektorka wezwała mnie do swojego gabinetu.

– Wiesz, czemu cię wezwałam, Javier?

– Nie wiem, matko. Pewnie z powodu moich zajęć.

– Tak, chodzi o zajęcia, i nie mam dobrych wieści. Cóż, jesteśmy z ciebie zadowoleni, uczennice cię lubią, dobrze prowadzisz lekcje i nikt nie wątpi w twoje umiejętności. Ale sam wiesz, jak wyglądają sprawy w tym kraju. Nasza szkoła jest subwencjonowana i w dużym stopniu zależni jesteśmy od ministerstwa. Tak jak innych dotykają nas cięcia budżetowe. Musimy jednak sobie radzić i realizować nasz program edukacyjny. Jesteśmy zmuszeni do skreślenia przedmiotów fakultatywnych, z wyjątkiem matematyki. Kiedy tytułem eksperymentu wprowadziliśmy dodatkowe zajęcia z literatury, sytuacja była zupełnie inna. Zrozum, proszę. Teraz to luksus, na który nas nie stać. Masz przecież całe lato na znalezienie nowej pracy. Oczywiście damy ci odprawę, zgodnie z przepisami. Nie będzie to dużo, miałeś tylko pół etatu... Rodzina może ci pomóc?

– Moi rodzice zginęli w wypadku wiele lat temu.

– Mój Boże, to straszne! Zostawili ci jakieś oszczędności?

– Byli robotnikami. Te grosze, które zaoszczędzili, już dawno wydałem.

– Masz rodzeństwo?

– Starszą siostrę. Ma własną rodzinę, swoje życie i praktycznie się nie widujemy. Ale mieszkam z narzeczoną, która ma pracę.

– Radzę ci, żebyś jak najszybciej złożył papiery w jakiejś szkole publicznej. To dla ciebie najlepsze rozwiązanie.

– Ale przecież wstrzymane są niemal wszystkie konkursy.

– Pan Bóg będzie nad tobą czuwał, Javier, jesteś dobrym człowiekiem. W każdym razie porozumiem się z administracją i poproszę, żeby wypłacili ci pensję za całe lato. Nic więcej nie możemy zrobić.

– Dziękuję, matko.

Chyba jestem idiotą, że na koniec jej podziękowałem. Ale i tak nie było sensu robić afery. Radzi mi przystąpić do konkursu, jakbym sam na to nie wpadł, tyle że nigdy nie potrafiłem rywalizować z innymi i udowadniać, że jestem dobry. Poza tym, żeby dobrze się przygotować, musiałbym poświęcić na to cały czas, no i ponieść wszystkie koszty. Mój ojciec chciał, żebym został prawnikiem. Sam był murarzem i zawód prawnika wydawał mu się szczytem kariery zawodowej. Dziwna obsesja, bo przecież mógł wymarzyć dla mnie studia medyczne albo architekturę, jednak prawo było dla niego największym z osiągnięć. Z kolei mama, o naturze bardziej romantycznej, chciała tylko, żebym był szczęśliwy, dokonując własnego wyboru. Samochód, którym podróżowali, wypadł z autostrady na prostym odcinku; nie było ani mgły, ani deszczu. Zapewne ojciec zasnął za kierownicą. Jechali do wynajętego apartamentu nad morzem, żeby spędzić tam kilka dni. Smutny i pospolity przypadek jakich wiele. Siostra była zrozpaczona, ale kiedy tylko wyszła z kostnicy, wróciła do swojego życia i szczerze mówiąc, od tamtego czasu niemal się nie widywaliśmy. Z rodziny pozostała mi tylko babcia i zawsze odwiedzałem ją raz w tygodniu, aż do chwili, gdy zmarła rażona niespodziewanym zawałem. To właśnie w jej domu zaczął się cały ten koszmar. Życie jest nieprzewidywalne, życie jest gówniane.

Dla dyrektorki szkoły liczą się tylko własne plany edukacyjne. Zależy jej jedynie na tym, żeby uczennice pochodziły z bogatych rodzin. Powinienem był jej to wypomnieć przy pożegnaniu, ale jakoś nie przyszło mi do głowy. Ani to, ani nic innego, co świadczyłoby o wyrządzonej mi krzywdzie. Ojciec chciał, żebym został prawnikiem, ale ja nie nadawałem się do tego zawodu. Nie potrafię perorować ani zdobyć się na błyskotliwą replikę i żaden ze mnie wojownik. Zawód prawnika w dzisiejszych czasach i tak nie gwarantowałby mi przyzwoitych zarobków. Sandra jest ekonomistką, ale pracuje w administracji.

Tego wieczoru, jak co dzień, czekałem na nią w domu. Wróciła wykończona, zresztą jak zawsze. Pocałowała mnie w usta. Zdziwiła się, że o tej porze, choć jeszcze trwa rok szkolny, nie siedzę nad wypracowaniami swoich uczennic. Poprosiłem, żeby usiadła, i opowiedziałem o rozmowie z dyrektorką szkoły. Od razu wybuchnęła płaczem.

– Za dobrze nam się układało! – powiedziała. – Ja mam pracę, ty też zarabiałeś chociaż na pół etatu. I co teraz zrobimy?

Otarła łzy i wpadła w furię.

– Przeklęte zakonnice! Ot tak, wyrzucają ludzi na bruk. Nie przyszło im do głowy, żeby nieco obniżyć wszystkim pensje i w ten sposób nie usuwać z programu żadnego przedmiotu? Ciągle gadają o wychowaniu przyszłych pokoleń, a same zachowują się jak sępy.

W końcu uspokoiła się, a nawet ożywiła:

– Nie przejmuj się, Javier, jakoś sobie poradzimy. Zdenerwowałam się, bo do szału doprowadza mnie myśl, że niesprawiedliwość uchodzi bezkarnie. Mam wrażenie, że wszystko jest dozwolone. Tak nie powinno być. Zawsze bardzo poważnie traktowałeś te dziewczyny, chciałeś je czegoś nauczyć, zachęcić do czytania. Damy sobie radę. Na razie ci płacą. Potem przez dwa lata będziesz brał zasiłek dla bezrobotnych. Nie będzie tego dużo, ale zawsze coś. Chwilowo moja pensja nam wystarczy. Na pewno przez te dwa lata znajdziesz jakąś pracę. Nie mówię o posadzie profesora literatury... spójrz, gdzie ja pracuję... ale coś znajdziesz. Nie panikujmy. Będzie dobrze.

I tak zakończył się ten nieszczęsny dzień. Istotnie, wszystko się zmieniło. Zaczęło się dla mnie nowe życie.


Nie wiem, co ja tu robię. Jestem widać sentymentalnym idiotą, czy też, jak mawiała moja babcia, która tak mnie kochała, „chłopcem o wrażliwym sercu”. Sąsiadki tej staruszki powiedziały mi, że umarła. Znalazły numer mojej komórki w wymiętym kalendarzyku, który trzymała przy telefonie. Przyjechałem bez wahania, chociaż wiedziałem, że to absurdalny gest. Żal mi tej biedaczki. Babcia i ona bardzo się przyjaźniły, pomagały sobie, codziennie ze sobą rozmawiały. Los ich nie oszczędzał. Moja babcia straciła w wypadku samochodowym córkę i zięcia. Nieszczęścia, które spadły na panią Juanę, były bardziej zagmatwane, nie tak namacalne, ale za to dość wstydliwe: syn zmarł z przedawkowania, jego żona siedzi w więzieniu, sam nie wiem z jakiego powodu. W każdym razie nieszczęścia jednej i drugiej były tak dotkliwe, że stały się dla nich przekleństwem, co obie ostentacyjnie okazywały wszystkim dookoła, uważając się za ofiary losu o szczególnym statusie. Inne staruszki żyjące samotnie w tej dzielnicy mogły skarżyć się tylko na pospolite bolączki: brak bliskich, choroby, biedę, pamięć lepszych czasów. Ale nie moja babcia i pani Juana; one dźwigały brzemię nieszczęść jak żołnierski ekwipunek. Pomijając starcze dolegliwości, z którymi musiały zmagać się jak wszyscy inni, obydwie przeżyły śmierć synów w kwiecie wieku, a żaden z nich nie zmarł z przyczyn naturalnych. To dlatego mogły uchodzić za wcielenie bólu i cierpienia. Za sprawą tego godnego statusu wszyscy sąsiedzi świadczyli im usługi: kupowali chleb i owoce, chodzili do ubezpieczalni, żeby przedłużyć ich książeczki zdrowia, a nadto uroczyście zobowiązali się do powiadomienia wnuków, jeśli wydarzy się jakieś nieszczęście. To znaczy mnie, w przypadku mojej babci, i Ivana, co dotyczyło pani Juany.

Z nas dwóch to ja byłem tym dobrym wnukiem. Odwiedzałem ją niezmiennie w każdą niedzielę. Przychodziłem o piątej i zostawałem do siódmej. Babcia serwowała mi podwieczorek, jak dziecku. Zawsze to samo: herbatniki czekoladowe z supermarketu i colę w otwartej litrowej butelce, nieco już zwietrzałą. Często nie miałem ochoty na te wizyty, ale przychodziłem. Sandra patrzyła na mnie zdumiona: „Javier, ty masz niezłomne zasady moralne!”. Zapewne tak było, bo wolałbym zostać w niedzielę w domu i w spokoju oddać się lekturze, a nie ulegać nakazom moralnym. Przypuszczam, że utrata obojga rodziców rozbudziła we mnie uczucia rodzinne, a ta stara kobieta była moją jedyną krewną, rzecz jasna pomijając siostrę, ale ona żyje własnym życiem i nigdy jej nie widuję.

Czasem pani Juana przyłączała się do tych niedzielnych bankietów z herbatnikami i colą. Stąd wiedziałem, że jej wnuk nazywa się Iván i jest tym niedobrym wnukiem. Nigdy go nie spotkałem. Co najwyżej zjawiał się u babki w wieczór wigilijny, o niestosownej porze, gdy biedna pani Juana dawno była po wieczerzy, i tylko pytał, czy zaprosi go na okazyjnego drinka. „Przychodzi tylko po to, żeby mącić” – skarżyła się. Widziałem go zaledwie raz, ale niewiele zapamiętałem z tej wizyty: facet w moim wieku, o wyglądzie typowego cwaniaka, szczupły, dobrze umięśniony, kolczyk w uchu, wygolony niemal na łyso.

I tak znalazłem się w tej opustoszałej kostnicy jako uczestnik ceremonii pogrzebowej pani Juany: niewielkie pomieszczenie, pośrodku zamknięta trumna, wokół liczne wieńce. Jej sąsiadki powiedziały mi, że płaciła co miesiąc ubezpieczenie, aby mieć godny pogrzeb i pochówek na cmentarzu, a nie kremację. Przypuszczam, że to za sprawą tych sąsiadek przyszedłem na pogrzeb. Skoro byłem tym „dobrym wnukiem”, musiałem dbać do końca o swoją reputację. Po śmierci przyjaciółki moją babcię czekał ten sam los. Miałem ochotę ulotnić się dyskretnie, żeby ominął mnie rytuał śmierci: banalne słowa księdza i nieodzowne wzmianki o padole łez i szczęściu wiekuistym. Kwiaty opłacone przez zmarłą, udawany smutek uczestników pogrzebu... W pierwszym rzędzie dostrzegłem plecy kogoś, kto zapewne był Ivanem. To on uniemożliwił moją ucieczkę po zakończeniu ceremonii. Podszedł do mnie i uścisnął mi dłoń.

– Jak się masz, Javier? Super, że przyszedłeś! Jestem ci szczerze wdzięczny, stary. Babka ciągle o tobie gadała. Mawiała, że jesteś wnukiem jak Bóg przykazał. Ponoć jesteś profesorem? Słuchaj, stary. Jest tego rodzaju sprawa, że po tej gadaninie klechy wypada iść na cmentarz, bo babka chciała mieć pogrzeb z prawdziwego zdarzenia, a nie jakieś tam kremacje. Te stare jędze, sąsiadki, nie pójdą na cmentarz, to jasne, a ja zostanę sam na sam z tym klechą. Mógłbyś się poświęcić i bujnąć się tam ze mną? Wiesz, jak będę tylko ja, to czarny pewnie da mi wpierdol.

 

Powinienem był odmówić, ale taką mam naturę, że nie potrafię powiedzieć „nie”. A kiedy już to robię, czuję się paskudnie. Tym razem jednak sytuacja mnie bawiła i wyobraziłem sobie tego całego Ivana, jak wysłuchuje zarzutów księdza, że jest złym człowiekiem. Sam pomysł był tak absurdalny i bezsensowny, że aż komiczny, więc się zgodziłem. Kiedy wyszliśmy z cmentarza, był mi tak wdzięczny i szczęśliwy, że uniknął wymówek ze strony księdza, że zaprosił mnie do pobliskiego baru. Nie odmówiłem i tym razem; w końcu jestem bezrobotny i mam dużo wolnego czasu.

– Twoja matka nie mogła przyjść na cmentarz, Iván? – zapytałem go podstępnie.

– Matka jest chora.

On wie, sukinsyn, że matka jest w ciupie. Stara mu pewnie o wszystkim przekablowała. Ale nie wie, że kończy odsiadkę. Jest teraz w więziennym psychiatryku i czasem dają jej wychodne. Po cholerę miałem jej gadać, żeby przyszła na pogrzeb teściowej? Po kiego grzyba? Musiałbym tam pójść. Kiedyś już tam byłem. Wezwali mnie któregoś dnia, cobym przyszedł do pierdla. Pomoc społeczna albo coś w tym rodzaju. Czekałem na nią przy bramie i było całkiem jak na filmach: ona podała mi swoje bambetle, a ja otworzyłem jej drzwiczki swojej bryki. Wyglądała jak kupa nieszczęścia: blada, zapadnięte policzki, worki pod oczami. Miała na sobie koszulę z krótkimi rękawami, chuda jak szczapa, jakby ktoś aż do kości wygotował w balii te jej patykowate ramionka. No więc już potem nie przychodziłem. Odkąd skończyłem piętnaście lat, rzadko ją widywałem. Miałem własne życie, w mordę jeża! I już nie ogarniałem jej problemów z dragami. A ojca widywałem jeszcze rzadziej. Popieprzona rodzinka! Święta Rodzina! Powinno się im ufundować równie zajebisty kościół jak ten od Gaudiego. A cały ten Javier pewnie myśli, że też ćpam. Po prawdzie, zawsze kiedy słyszałem, jaki z niego dobry wnusio, sądziłem, że to niezdatny dupek, ale w sumie wygląda na przyzwoitego gościa. To, że dobrze traktuje swoją babcię, nie znaczy, że jest ciołkiem. Mnie też czasem przychodziło do głowy, coby odwiedzić moją babuleńkę, no ale potem takie lenistwo mnie nachodziło, żem se odpuścił. Wiedziałem, co mnie czeka i co usłyszę: „Dobrze się odżywiasz? Nie kładziesz się zbyt późno? Nie pakujesz się w kłopoty?”. I ciągle dawała do zrozumienia, że przyczyną całego zła jest moja matka. Jej synalek? Rozdupi mi ryj! Przedawkował niechcący, biedactwo. Na pewno aniołki wzięły go do siebie, bo był taki dobry. Zakałą jest moja matka, ćpunka, co to usidliła ojca i sprowadziła na złą drogę. Bez jaj, babcia! Jak do śmierci wierzyłaś, że tak jest, to odeszłaś z tego świata w błogiej nieświadomości. Nie zamulaj i pędź bizony!

– To prawda, że jesteś profesorem? Profesorem w szkole u zakonnic?

– Tak.

Zadziwiający typ z tego Ivana! Ciekawe, co mu chodzi po głowie, kiedy mówi „profesor”. Pewnie uwielbia amerykańskie seriale. Sądząc z jego poważnej miny, widzi mnie w todze i z biretem na głowie, na uroczystości wręczenia dyplomów. Chyba chodził do jakiejś szkoły? Nie zdziwiłbym się, gdyby był jednym z tych młodocianych chuliganów, którzy grożą matematykowi i dziurawią opony w samochodzie dyrektora. Patrzy na mnie z podziwem. Ma żywe i bystre oczy. W sumie chyba jest niegłupi. Czym się zajmuje? Kto wie? Jest nauczycielem wuefu albo mechanikiem samochodowym. Nie wygląda na sprzedawcę. Ma hardą minę, z tych, co swoje wiedzą i nie dają się omamić. Kimkolwiek jest, niezły z niego pozer: ojciec zmarł z przedawkowania, matka w więzieniu. Nie widać tego po nim; czy dusi to w sobie? Pewnie nigdy nie patrzy wstecz. Teraz będę musiał mu powiedzieć, że straciłem pracę. To druga osoba, której to powiem. Pierwszą była Sandra. Krępuje mnie to wyznanie? Chyba tak. Dawniej, kiedy nie było kryzysu i wszyscy mieli pracę, bezrobocie traktowano jak niewiele znaczący incydent. Wystarczyło zrobić plany na przyszłość: znalezienie nowej posady, kolejne studia, zmiana zawodu. Teraz jest inaczej. Teraz już wiadomo, że jeśli straciłeś pracę, to zostałeś członkiem klubu, z którego niełatwo wystąpić. To tak, jakbyś oświadczył, że cierpisz na nieuleczalną chorobę. To tak, jakbyś potwierdził, że należysz do grona głupców, którzy nie potrafili odnaleźć się w złych czasach, kiedy na swoje wychodzą jedynie najsilniejsi, najbardziej inteligentni, najlepsi. Nie powiem tego Ivanowi, bo przestanie widzieć we mnie szacownego profesora i zrozumie, że należę do tego samego świata co on. W sumie Iván mi się spodobał. Mówi tak zabawnie.

– Wywaliły cię pingwiny? Ja chromolę, stary, rozkurwi mi czerep!

Profesor i go wypieprzają! Na zafajdany bruk! Jak małolaty mają szanować swoich psorów, skoro widzą, że można ich wyjebać, ot tak? Takie czasy, że zwalniają wszystkich jak leci: lekarzy, prawników... studia niczego już nie dają. Tego siostrzyczki wzięły za mordę i won na ulicę. Naprawdę facet mi się podoba! A poza tym nie trawię pingwinów i czarnych. Za młodu nie znałem nikogo takiego, bo w domu nikt nie chodził do kościoła. Ale potem, kiedy matka wdepnęła w prochy, doradzono jej, żeby poszła do parafii, bo tam jest młody i obrotny klecha, który może jej pomóc. Byłem wtedy mały, ale czasami z nią szedłem, a niekiedy też trepał mój stary. Obecność rodziny miała jej ułatwić powrót do normalnego życia. O ile pamiętam, ojciec szybko sobie odpuścił, ale ja chodziłem z nią nadal do parafii i czułem niemożebny wstyd, kiedy spotykałem tam gimbusów jak ja i gadaliśmy o bzdetach, chociaż wszyscy wiedzieliśmy, czemu tam jesteśmy. Księżulo patrzył na mnie zatroskany, jakbym był owieczką prowadzoną na rzeź: biedny malec; jego matka jest ćpunką! Bogu dzięki, że Boga wezwała na pomoc i do Domu Bożego przyszła, i dalejże olaboga nawijać. Na szczęście matka miała na tyle rozumu, żeby wyciągnąć od niego trochę hajsu. No i starczyło na dwa miesiące koksu. Potem już tam nie chodziła. Ja zawsze miałem klechów w dużym poważaniu i teraz ten Javier mówi to samo o pingwinach, a u bab to musi być podobnie, o ile nie gorzej. Chłopak jest w porząsiu. Zobaczymy, może uda mi się mu pomóc, nawet jeśli miałbym pitolić i nawijać te same głodne kawałki, których nasłuchałem się od babci: „Dobrze się odżywiasz? Nie kładziesz się zbyt późno? Nie pakujesz się w kłopoty?”. Tak, pomogę facetowi. Lubię go.

– Wiesz co, Javier, daj mi numer swojej komóry. Masz WhatsApp, jesteś na Facebooku? Od czasu do czasu możemy wyskoczyć na jednego, co ty na to? Chyba cię pogięło! Schowaj tę forsę, stary. Ja zapraszam. Jeszcze by tego brakowało, w mordę jeża!


Wszyscy już wiedzą, że mąż mnie zostawił, i wszyscy już wiedzą z jakiego powodu. Nikomu o tym nie mówiłam, tylko najbliższym przyjaciołom, ale i tak wiadomość się rozeszła. Kiedy przychodzę do firmy, patrzą na mnie dziwnym wzrokiem. Wcale się z tym nie kryją. Niektórzy nawet mnie zagadują. Gdyby David nie był prawnikiem w firmie, udawaliby, że o niczym nie słyszeli. A tak trudno to ukryć i moi najbliżsi współpracownicy uważają, że powinni okazywać mi współczucie. To nawet zabawne, bo nie wiedzą, jak to zrobić i co powiedzieć. Myślałam nawet, żeby wywiesić ogłoszenie, jak to robią sławni blogerzy: „Po wielu latach owocnego i szczęśliwego pożycia muszę zakomunikować, że z powodu różnicy zdań i charakterów nasze małżeństwo się rozpadło. Nadal jednak pozostaniemy przyjaciółmi”. Zrezygnowałam jednak z tego pomysłu, bo nie jestem celebrytką, zatem nikomu nie muszę niczego wyjaśniać. Nie obchodzi mnie, co inni sobie pomyślą. Wezwałam do gabinetu swojego personalnego i poinformowałam go, że David zrezygnował z pracy. Wyraz twarzy personalnego oscylował między dyskrecją a zaintrygowaniem. „Na własne życzenie” – dodałam. Ten sukinsyn David postawił mnie w niezręcznej sytuacji. Powinnam poinformować wszystkich, że zostawił mnie dla innej, ale jak to powiedzieć? Tonem zbolałej ofiary, gniewnie, ironicznie, żartobliwie: „Wiadomo, że mężczyźni w pewnym wieku lubią, kiedy młoda dziewczyna im mówi, jacy są wspaniali”? Żadna z tych formuł mi nie odpowiada, ale milczenie jest chyba jeszcze gorsze. Nie życzę sobie, żeby myślano, że cierpienie skłania mnie do ukrywania prawdy.

Najbardziej zaprzyjaźnione z nami pary zareagowały z ostrożną rozwagą. A w ciągu ostatnich kilku lat obserwowaliśmy rozpad wielu związków. Jakie było wtedy nasze zachowanie, tych małżeństw, które przetrwały? Sięgam wstecz pamięcią i przypominam sobie jedno i to samo powtarzające się przedstawienie. Nieistotne były okoliczności, w jakich rozpadł się ten czy inny związek, inscenizacja pozostawała bez zmian. Najpierw wyrazy solidarności wobec pokrzywdzonej lub słabszej strony, jeśli takowa była. Potem demonstracja bezstronności: „Nie opowiem się po żadnej ze stron”. Na koniec frywolność i niekończące się plotki na temat rozwodników. Fakt, że inni się rozwodzą, w istocie napawał zadowoleniem. My, którzy trwaliśmy w naszych związkach, zacieśnialiśmy więzi z gronem szczęśliwych ludzi. Żarciki bez końca: „Zobaczycie, że kiedyś podłożę mu/jej świnię! Już mam ich dość!”. Poklepywanie się po ramieniu, całuski, słowa krytyki, uśmieszki. Byliśmy dumni, że nasze małżeństwo przetrwało, kiedy inne się rozpadały, co nie tylko dowodziło nieprzemijającej miłości małżeńskiej, ale nadto stabilności emocjonalnej, dojrzałości, rozwagi i odpowiedzialności.