Inne KiotoTekst

Autor:Alex Kerr
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Alex Kerr

In­ne Kio­to

we współ­pra­cy z Ka­thy Ar­lyn So­kol

prze­ło­ży­ła Al­do­na Pi­kul

Ka­rak­ter, Kra­ków 2021


Spis tre­ści

Przed­mo­wa

Bra­my

Mu­ry

Shin-gyō-sō

Pod­ło­gi

Ta­ta­mi

Ta­bli­ce

Fu­su­ma

Pa­ra­wa­ny

En­ma-dō

Po­dzię­ko­wa­nia

Wy­bra­ne na­zwy er i okre­sów hi­sto­rycz­nych Ja­po­nii

Przy­pi­sy

Przed­mo­wa

Kie­dy stu­dio­wa­łem w Oks­for­dzie chiń­ską li­te­ra­tu­rę kla­sycz­ną, pod ko­niec każ­de­go try­me­stru od­by­wa­ło się prze­ra­ża­ją­ce wy­da­rze­nie na­zy­wa­ne uści­skiem dło­ni. Ubra­nych w śre­dnio­wiecz­ne czar­ne ha­bi­ty stu­den­tów po­je­dyn­czo wpro­wa­dza­no do ob­wie­szo­ne­go ob­ra­za­mi olej­ny­mi po­miesz­cze­nia, w któ­rym przy dłu­gim dę­bo­wym sto­le za­sia­da­li ich opie­ku­no­wie, Mistrz Ko­le­gium oraz in­ni pro­fe­so­ro­wie. Sia­da­łeś przy jed­nym koń­cu sto­łu, pro­fe­so­ro­wie za­sia­da­li przy dru­gim i roz­ma­wia­li o to­bie. Nie za­wsze po­chleb­nie.

Do­pie­ro co przy­by­łem z wy­zwo­lo­nej Ame­ry­ki lat sześć­dzie­sią­tych, by­łem więc kiep­sko przy­go­to­wa­ny na su­che, bry­tyj­skie po­dej­ście do stu­dio­wa­nia. W Ja­po­nii prze­sią­kłem zen i za­czą­łem in­te­re­so­wać się sta­ry­mi, po­kry­ty­mi strze­chą wiej­ski­mi do­ma­mi, co sła­bo przy­sta­wa­ło do wy­ra­fi­no­wa­nych aka­de­mic­kich tez, któ­re mia­łem chło­nąć. Moi na­uczy­cie­le wi­dzie­li we mnie znaj­du­ją­ce­go się pod wpły­wem Ja­po­nii hi­pi­sa. Naj­gor­szy był ten mo­ment, kie­dy mia­łem na­pi­sać esej na te­mat sta­ro­żyt­nej chiń­skiej księ­gi wróżb Yijing. Omó­wi­łem tło hi­sto­rycz­ne i ję­zy­ko­we aspek­ty nie­ty­po­wych zna­ków, któ­re znaj­du­ją się w tym tek­ście, oraz zre­fe­ro­wa­łem uwa­gi póź­niej­szych ko­men­ta­to­rów te­go dzie­ła – zgod­nie z tym, cze­go wy­ma­ga­no ode mnie w ra­mach se­mi­na­rium. Na koń­cu ese­ju na­pi­sa­łem jed­nak: „Ale to wszyst­ko jest dru­go­rzęd­ne. Naj­waż­niej­sze w Yijing jest to, że ta księ­ga działa”.

To by­ła kro­pla, któ­ra prze­la­ła cza­rę go­ry­czy. Kie­dy z koń­cem te­go try­me­stru po­ja­wi­łem się na „uści­sku dło­ni”, przy­wi­ta­ły mnie po­nu­re mi­ny pro­fe­so­rów sie­dzą­cych przy koń­cu sto­łu. Je­den z mo­ich wy­kła­dow­ców na­pi­sał do nich list, któ­ry od­czy­ta­no. Tro­chę to za­ję­ło. Je­go za­koń­cze­nie brzmia­ło: „Pan Kerr jest ty­po­wym Ame­ry­ka­ni­nem. Brak mu aka­de­mic­kie­go ry­go­ru. Zaj­mu­je się tyl­ko rze­cza­mi ulot­ny­mi, któ­re aku­rat przy­ku­ją je­go uwa­gę – ucze­pia się prze­są­dów, mi­tów i cie­ka­wo­stek. Wy­ma­chu­je ty­mi oso­bli­wy­mi in­ter­pre­ta­cja­mi jak zim­ny­mi ognia­mi. Snu­te przez nie­go opo­wie­ści nie ma­ją wie­le wspól­ne­go z na­uką i nie na­le­ży ich tak trak­to­wać, jak­kol­wiek by nie pro­te­sto­wał”.

Wspo­mi­nam o tym z uczci­wo­ści, po­nie­waż ni­niej­sza książ­ka po­dą­ża tro­pem owe­go nie­szczę­sne­go ese­ju na te­mat księ­gi Yijing. Do jej na­pi­sa­nia za­in­spi­ro­wa­ła mnie pi­sar­ka i wie­lo­let­nia miesz­kan­ka Kio­to Ka­thy Ar­lyn So­kol, z któ­rą urzą­dza­łem so­bie nie­raz wy­ciecz­ki po świą­ty­niach. Któ­re­goś dnia Ka­thy rzu­ci­ła: „By­ło­by wspa­nia­le spi­sać to, co opo­wia­dasz, kie­dy cho­dzi­my po tych świą­ty­niach. My­ślę, że po­win­ni­śmy się po­dzie­lić na­szy­mi roz­mo­wa­mi z in­ny­mi”. Po­sta­no­wi­li­śmy więc stwo­rzyć książ­kę, któ­ra by­ła­by nie ty­le na­pi­sa­na, co opo­wie­dzia­na. Spo­ty­ka­li­śmy się raz na ja­kiś czas, ja mó­wi­łem, a Ka­thy na­gry­wa­ła to na dyk­ta­fon i prze­pi­sy­wa­ła. Wy­sy­ła­ła mi zre­da­go­wa­ną trans­kryp­cję, a ja na jej pod­sta­wie przy­go­to­wy­wa­łem po­sze­rzo­ną wer­sję tek­stu, póź­niej znów re­da­go­wa­ną przez Ka­thy. I tak to szło, w tę i we w tę, aż wresz­cie ukoń­czy­li­śmy tych dzie­więć ese­jów. Choć by­ły wie­lo­krot­nie prze­re­da­go­wy­wa­ne i po­pra­wia­ne, sta­ra­li­śmy się za­cho­wać w nich ra­czej ton opo­wie­ści niż tek­stu pi­sa­ne­go.

Miesz­kam w Kio­to już od dzie­się­cio­le­ci, spro­wa­dził mnie tu jed­nak przy­pa­dek. Nie pla­no­wa­łem, że wła­śnie tu­taj bę­dę miesz­kał. W 1964 ro­ku, kie­dy by­łem dziec­kiem, mo­ja ro­dzi­na prze­pro­wa­dzi­ła się do Jo­ko­ha­my. Cho­dzi­łem tam do szko­ły, a póź­niej wstą­pi­łem na Uni­wer­sy­tet To­kij­ski, znaj­do­wa­łem się więc bar­dzo da­le­ko od Kio­to i re­gio­nu Kan­sai. W cza­sie stu­diów od­kry­łem do­li­nę Iya na wy­spie Si­ko­ku, a póź­niej ku­pi­łem w gó­rach Iya sta­ry, po­kry­ty strze­chą wiej­ski dom, któ­ry stał się mo­ją pa­sją. Przez ja­kiś czas do­jeż­dża­łem do To­kio z Iya, a Kio­to by­ło tyl­ko miej­scem, któ­re mi­ja­łem na tej tra­sie.

Nie są­dzę, bym kie­dy­kol­wiek zna­lazł się w Kio­to, gdy­bym nie spo­tkał ko­lek­cjo­ne­ra sztu­ki Da­vi­da Kid­da, któ­ry zo­stał mo­im men­to­rem. Przed przy­by­ciem do Ja­po­nii, we wcze­snych la­tach pięć­dzie­sią­tych Da­vid miesz­kał w pa­ła­cu z epo­ki Ming w Pe­ki­nie. Był ko­ne­se­rem sztu­ki i oso­bą wy­jąt­ko­wo bły­sko­tli­wą. Czę­sto go w tej książ­ce cy­tu­ję. W 1976 ro­ku Da­vid za­ini­cjo­wał cykl za­jęć na te­mat sztuk tra­dy­cyj­nych w Fun­da­cji Ōmoto z sie­dzi­bą w Ka­me­oce, mie­ście przy za­chod­niej gra­ni­cy Kio­to, i po­pro­sił mnie, że­bym przy­je­chał mu po­móc. Nie zda­wa­łem so­bie spra­wy, w co się pa­ku­ję, ale po­stą­pi­łem zgod­nie z ży­cze­niem Da­vi­da: przy­je­cha­łem pra­co­wać w Ōmoto i – co na za­wsze zmie­ni­ło mo­je ży­cie – od­kry­łem ce­re­mo­nię her­ba­ty, te­atr nō, sztu­ki wal­ki i tak da­lej. Rok póź­niej, kie­dy skoń­czy­łem stu­dia, za­trud­ni­łem się w Dzia­le Mię­dzy­na­ro­do­wym Ōmoto. W 1977 ro­ku wpro­wa­dzi­łem się do sta­re­go do­mu w Ka­me­oce i zo­sta­łem tam do dziś.

Miesz­ka­jąc tuż przy Kio­to, czę­sto od­wie­dza­łem to mia­sto. Wte­dy by­ło to in­ne miej­sce niż dzi­siaj. Sta­ło tu wie­le pięk­nych, sta­rych do­mów. Świą­ty­nie nie by­ły jesz­cze aż tak wy­mu­ska­ne jak obec­nie. By­ły brud­niej­sze, ciem­ne, ale też pa­no­wa­ło w nich mniej za­sad na te­mat te­go, do któ­rych po­miesz­czeń wol­no wcho­dzić i gdzie moż­na zro­bić zdję­cie, a gdzie nie. Moż­na by­ło po­dejść bar­dzo bli­sko do wi­szą­ce­go w mrocz­nej wnę­ce to­ko­no­ma sta­re­go ob­ra­zu wy­ko­na­ne­go tu­szem i od­kryć w nim ar­cy­dzie­ło. Al­bo pchnąć drzwi w ko­ry­ta­rzu i zna­leźć za ni­mi ta­jem­ni­czy ogród.

Kio­to jest po­pu­lar­nym miej­scem na ma­pie świa­to­wej tu­ry­sty­ki, więc za­wsze mia­łem wie­lu go­ści. Każ­dy kio­tyj­czyk nie­ustan­nie opro­wa­dza go­ści po świą­ty­niach. Po­nie­waż bar­dzo czę­sto przy­cho­dzi­ło mi or­ga­ni­zo­wać po­dob­ne wy­ciecz­ki, wy­my­śli­łem po­li­ty­kę „trzech do jed­ne­go”: za każ­dym ra­zem, kie­dy wraz z od­wie­dza­ją­cy­mi mnie zna­jo­my­mi wy­bie­ra­li­śmy się na wy­ciecz­kę, uda­wa­li­śmy się do trzech słyn­nych miejsc, któ­re oni chcie­li zo­ba­czyć, a po­tem do jed­ne­go miej­sca, któ­re chcia­łem zo­ba­czyć ja. Mo­gła to być po­mniej­sza świą­ty­nia, o któ­rej gdzieś prze­czy­ta­łem, al­bo nie­zbyt czę­sto od­wie­dza­ny ogród na ty­łach ja­kie­goś sław­ne­go miej­sca. Od­kry­cia cze­ka­ły le­d­wie pa­rę kro­ków od za­tło­czo­nych tu­ry­stycz­nych trak­tów.

Za­sa­da „trzech do jed­ne­go” by­ła dla mnie spo­so­bem na zła­ma­nie mo­no­to­nii cią­głe­go włó­cze­nia się po tych sa­mych okle­pa­nych miej­scach. Wie­lo­krot­nie po­wra­ca­jąc do nich na proś­bę mo­ich go­ści, na­uczy­łem się jed­nak, że na­wet na naj­słyn­niej­sze za­byt­ki moż­na spoj­rzeć w no­wy spo­sób. Sta­jąc po­now­nie przy wy­peł­nio­nych tu­ry­sta­mi świą­ty­niach Kiy­omi­zu czy Kin­ka­ku-ji (Zło­tym Pa­wi­lo­nie), pa­trzy­łem znu­dzo­ny w in­ny punkt niż za­zwy­czaj i uda­wa­ło mi się za­uwa­żyć coś no­we­go: na przy­kład ma­łe dasz­ki osła­nia­ją­ce koń­ce wszyst­kich drew­nia­nych be­lek wy­sta­ją­cych z kon­struk­cji pod­trzy­mu­ją­cej we­ran­dę w świą­ty­ni Kiy­omi­zu. To za­in­spi­ro­wa­ło mnie do my­śle­nia o da­chach. I na­gle zna­jo­me miej­sce wy­glą­da­ło ja­koś ina­czej.

Kon­fu­cjusz rzekł: „Kie­dy mia­łem lat sześć­dzie­siąt, umia­łem już słu­chać wła­ści­wie” (). To stwier­dze­nie za­wsze wy­da­wa­ło mi się dzi­wacz­ne. Ale w mia­rę upły­wu cza­su zda­łem so­bie spra­wę, że tym miej­scom trze­ba się przyj­rzeć wie­le ra­zy, za­nim od­sło­nią swo­je ta­jem­ni­ce. Moż­na to na­zwać „na­uką wła­ści­we­go pa­trze­nia”. W jed­nej świą­ty­ni se­kre­ty od­sło­nią się stop­nio­wo, ni­czym ob­raz wy­ła­nia­ją­cy się w ciem­ni z che­micz­nej ką­pie­li. W in­nej znów no­wy spo­sób pa­trze­nia mo­że przyjść ja­ko na­gły mo­ment olśnie­nia.

 

Pew­ne­go ra­zu zo­ba­czy­łem za­wie­szo­ną w her­ba­ciar­ni ka­li­gra­fię z my­ślą mi­strza Dōgena: „Na ca­łym świe­cie nic nie jest tak na­praw­dę ukry­te” (). Ca­ła po­trzeb­na nam wie­dza jest tuż przed na­szy­mi ocza­mi, trze­ba ją tyl­ko zo­ba­czyć. Po­dob­nie by­ło z więk­szo­ścią prze­my­śleń mo­ich i Ka­thy. Nie by­ło w nich nic prze­sad­nie ta­jem­ni­cze­go. Na­le­ża­ło po pro­stu raz jesz­cze za­sta­no­wić się nad tym, co oczy­wi­ste.

Przy­kła­do­wo, za­nim po­wie­my coś o Kio­to, mu­si­my po­wie­dzieć coś o Ja­po­nii. Chy­ba nie ma w tym nic za­ska­ku­ją­ce­go. Czym jed­nak by­ła Ja­po­nia? Otóż by­ła ona koń­co­wym punk­tem Je­dwab­ne­go Szla­ku. Przez ca­łe ty­siąc­le­cia lu­dzie i przed­mio­ty, wie­dza i tra­dy­cje kul­tu­ral­ne, re­li­gia i fi­lo­zo­fia pły­nę­ły tu z Per­sji, In­dii, Ty­be­tu, Ko­rei, Chin, Ja­wy, Sy­ja­mu i Po­łud­nio­we­go Pa­cy­fi­ku.

Ja­po­nia, gru­pa wysp od­dzie­lo­nych od cha­osu kon­ty­nen­tu, przej­mo­wa­ła to wszyst­ko i po­wo­li nada­wa­ła te­mu do­sko­na­łą for­mę. W mia­rę upły­wu wie­ków bud­dyzm znik­nął z In­dii, chiń­skie dy­na­stie przy­cho­dzi­ły i od­cho­dzi­ły, ale ich kul­tu­ro­wych skar­bów nie do­się­gło, jak w ich oj­czy­znach, znisz­cze­nie i – ni­czym kap­su­ły cza­su wy­sła­ne na in­ną pla­ne­tę – bez­piecz­nie prze­trwa­ły w Ja­po­nii. Kraj ten stał się wiel­kim ma­ga­zy­nem sta­ro­żyt­nej azja­tyc­kiej mą­dro­ści. W Ja­po­nii, któ­rej sto­li­cą przez ty­siąc lat by­ło Kio­to, to, co naj­lep­sze i naj­cen­niej­sze, zo­sta­ło ści­śnię­te na tej nie­wiel­kiej prze­strze­ni i wciąż by­ło udo­sko­na­la­ne.

Wraz z na­dej­ściem re­stau­ra­cji Me­iji w 1868 ro­ku Ja­po­nia roz­po­czę­ła pro­ces mo­der­ni­za­cji. Stop­nio­wo zry­wa­ła wię­zi z tra­dy­cją, jed­nak by­ło jed­no mia­sto, gdzie wciąż dzia­ła­ło wie­le warsz­ta­tów tkac­kich i far­biar­skich, szkół ce­re­mo­nii her­ba­ty, dra­ma­tu nō, świą­tyń zen i chra­mów sin­to – wie­dza o daw­nej sztu­ce i daw­nych rze­mio­słach prze­trwa­ła w Kio­to ni­czym w ko­ko­nie. Skar­biec na koń­cu Je­dwab­ne­go Szla­ku, ja­kim by­ła Ja­po­nia, skur­czył się do peł­ne­go skar­bów ku­fra Kio­to, czy­niąc to mia­sto nie­zwy­kle waż­nym dla każ­de­go, kto in­te­re­su­je się kul­tu­rą Azji. Tu­taj jest wszyst­ko.

W trak­cie pra­cy nad tą książ­ką uświa­do­mi­łem so­bie, że li­sta te­ma­tów zwią­za­nych z Kio­to jest nie­skoń­czo­na. Z ła­two­ścią mo­gli­by­śmy na­pi­sać z Ka­thy na­stęp­nych dzie­więć ese­jów. Praw­dę mó­wiąc, na­pi­sa­li­śmy jesz­cze je­den ta­ki ze­staw, ale z wa­ha­niem odło­ży­li­śmy go, by książ­ka nad­mier­nie się nie roz­ro­sła. Być mo­że któ­re­goś dnia do­pra­cu­je­my po­zo­sta­łe tek­sty i przy­go­tu­je­my ko­lej­ne wy­da­nie.

Książ­ka ta nie jest ani spój­ną hi­sto­rią, ani wy­czer­pu­ją­cym stu­dium na te­mat Kio­to, ani na­wet na te­mat jed­nej świą­ty­ni. Nie sku­piam się na szcze­gó­łach, je­śli idzie o fak­ty, choć to nie do koń­ca praw­da – ta książ­ka ki­pi od fak­tów, ale tyl­ko tych przy­dat­nych dla mnie i dla Ka­thy w od­kry­wa­niu szla­ków, któ­re nas za­in­te­re­so­wa­ły. Po­szu­ku­ją­cym wy­czer­pu­ją­ce­go wpro­wa­dze­nia do te­ma­tu Kio­to po­le­cam książ­kę Joh­na Do­ugil­la Ky­oto: A Cul­tu­ral Hi­sto­ry, w któ­rej znaj­du­je się szcze­gó­ło­wy opis dzie­jów mia­sta. Cza­ru­ją­ca opo­wieść Ky­oto: A Con­tem­pla­ti­ve Gu­ide Gou­ver­neu­ra Mo­she­ra przed­sta­wia zaś hi­sto­rię dwu­na­stu słyn­nych miejsc w Kio­to.

Z okre­su spę­dzo­ne­go w Oks­for­dzie pa­mię­tam też se­mi­na­rium na te­mat tao­istycz­ne­go fi­lo­zo­fa Zhu­ang­zie­go, któ­ry miał w zwy­cza­ju mó­wić na te­mat „wę­dro­wa­nia po­szu­ki­wa­cza praw­dy” (). Ta książ­ka ma po­zwo­lić umy­sło­wi wę­dro­wać wśród wie­lu py­tań o przy­czy­nę rze­czy. Na przy­kład: dla­cze­go bra­my świą­tyn­ne nie mu­szą mieć wrót, ale ogro­dy za­wsze są ogro­dzo­ne? W tych ga­wę­dach Ka­thy i ja od­kry­wa­li­śmy, że punkt wyj­ścia na­szych roz­wa­żań mo­że się kryć w rze­czach tak try­wial­nych jak szpa­ry mię­dzy ma­ta­mi ta­ta­mi. Wę­dru­jąc od te­go miej­sca, choć oczy­wi­ście w żad­nym ra­zie na nie nie na­stę­pu­jąc, do­cie­ra­li­śmy do nie­ocze­ki­wa­nych wnio­sków na te­mat ja­poń­skie­go spo­łe­czeń­stwa.

To, co znaj­du­je się w tej książ­ce, nie pa­su­je do kon­wen­cjo­nal­nie na­ucza­nej hi­sto­rii Ja­po­nii czy Kio­to. Za­war­li­śmy w niej wie­le lu­do­wych mą­dro­ści. To hi­sto­ria prze­ka­zy­wa­na ust­nie, i to dość nie­sza­blo­no­wa, po­nie­waż po­ja­wia­ją się tu­taj in­for­ma­cje roz­pro­szo­ne, po­cho­dzą­ce od wie­lu osób i za­czerp­nię­te z wie­lu źró­deł; raz jest to aneg­do­ta, ja­ką kie­dyś opo­wie­dział mi sin­to­istycz­ny ka­płan z Ōmoto, raz dow­cip rzu­co­ny mi­mo­cho­dem przez Da­vi­da Kid­da.

Wie­le z te­go, o czym wspo­mi­nam, mo­że się na­wet oka­zać nie­praw­dą. Choć ra­czej wszyst­ko po­win­no się zga­dzać. Mó­wiąc krót­ko: to, co tu znaj­dzie­cie, nie ma wie­le wspól­ne­go z na­uką i nie na­le­ży te­go tak trak­to­wać, jak­kol­wiek bym nie pro­te­sto­wał.

Bra­my


Wi­zy­ta w świą­ty­ni za­wsze za­czy­na się od prze­kro­cze­nia bra­my. Ale dla­cze­go nie­któ­re bra­my nie ma­ją wrót?


Bra­ma świą­ty­ni Chion-in

Gdy wy­bie­ra­my się z wi­zy­tą do jed­nej ze świą­tyń, o któ­rych ty­le czy­ta­li­śmy w prze­wod­ni­kach, wy­obra­ża­my so­bie oto­czo­ny ogro­da­mi wspa­nia­ły bu­dy­nek. Tym­cza­sem co wi­dzi­my, gdy do­cie­ra­my na miej­sce? Bra­mę. W za­się­gu wzro­ku nie ma żad­nej świą­ty­ni.

Po ca­łym mie­ście roz­rzu­co­ne są ty­sią­ce czy na­wet dzie­siąt­ki ty­się­cy róż­nych bram. Są bra­my ogrom­ne, wy­so­kie ni­czym trzy- lub czte­ro­pię­tro­we bu­dyn­ki, jak choć­by te wzno­szą­ce się przed świą­ty­nia­mi Chion-in i Nan­zen-ji; są bra­my bar­dziej skrom­ne, jak kry­ta strze­chą ru­sty­kal­na bra­ma przed Hōnen-in; są też bra­my cał­kiem nie­po­zor­ne, sto­ją­ce przed sta­ro­mod­ny­mi do­ma­mi. Pa­trząc z per­spek­ty­wy prze­chod­nia, moż­na za­uwa­żyć, że to wła­śnie bra­my na­da­ją te­mu mia­stu wy­jąt­ko­wy cha­rak­ter. W in­nych ja­poń­skich mia­stach mnó­stwo jest współ­cze­snych bu­dyn­ków o stan­dar­do­wej bry­le. W Kio­to zaś są bra­my. To wła­śnie dzię­ki nim wie­my, że nie je­ste­śmy w To­kio.

W dzi­siej­szych cza­sach bra­ma wej­ścio­wa jest miej­scem, przy któ­rym tu­ry­ści sta­ją w ko­lej­ce po bi­le­ty wstę­pu. Fa­la od­wie­dza­ją­cych roz­le­wa się przy niej, nim prze­drze się da­lej i spię­trzy przed za­byt­kiem, któ­ry jest głów­ną atrak­cją. Bra­ma od­gry­wa ro­lę bram­ki na au­to­stra­dzie.

Daw­niej bra­ma peł­ni­ła waż­niej­sze funk­cje. Kie­dy lu­dzie prze­cho­dzi­li przez bra­mę, wie­rzy­li, że jest to osta­tecz­na gra­ni­ca mię­dzy tym, co znaj­du­je się na ze­wnątrz, a tym, co jest w środ­ku. Bra­ma ozna­cza­ła kres po­dró­ży, któ­ra cię tu przy­wio­dła, a za­ra­zem sta­no­wi­ła po­czą­tek no­wej, we­wnętrz­nej po­dró­ży.

Ta sym­bo­li­ka jest obec­na na te­re­nach roz­cią­ga­ją­cych się przez Azję Wschod­nią aż po Ba­li. Na tej in­do­ne­zyj­skiej wy­spie moż­na na­tra­fić na bra­my, któ­re wy­glą­da­ją, jak­by ktoś prze­ciął ko­lum­nę wzdłuż, po czym roz­su­nął jej bo­ki tak, by sta­ły się ra­mą dla wi­do­ku znaj­du­ją­ce­go się po dru­giej stro­nie. Na­zy­wa się je „bra­ma­mi nie­skoń­czo­no­ści”, po­nie­waż nie ma­ją ani da­chu, ani ni­cze­go, co ogra­ni­cza­ło­by po­le wi­dze­nia. W na­tu­ral­ny spo­sób za­kła­da­my, że jest to wej­ście do świą­ty­ni, ale Ba­lij­czy­cy wi­dzą w bra­mie wyj­ście wy­pro­wa­dza­ją­ce z co­dzien­ne­go ży­cia.

W Azji Pół­noc­no-Wschod­niej – Chi­nach, Ko­rei i Ja­po­nii – bra­my są cięż­ki­mi, za­da­szo­ny­mi kon­struk­cja­mi sta­no­wią­cy­mi prze­ci­wień­stwo ba­lij­skiej pust­ki. Chiń­czy­cy bu­do­wa­li bra­my po­dob­ne do pa­wi­lo­nów, z ko­lum­na­mi i da­cha­mi, a dla uzy­ska­nia lep­sze­go efek­tu osa­dza­li je na ce­gla­nych i mar­mu­ro­wych po­stu­men­tach. Bu­dow­ni­czo­wie nie mo­gli się oprzeć tym oka­za­łym, po­kry­tym da­chów­ka­mi da­chom i ich za­ma­szy­stym li­niom. Bra­my ro­sły więc co­raz wyż­sze i wspa­nial­sze, sta­wa­ły się co­raz so­lid­niej­sze, aż wresz­cie prze­kształ­ca­ły się w sa­mo­dziel­ne bu­dyn­ki. Ja­poń­czy­cy kul­ty­wo­wa­li tę tra­dy­cję. Zda­rza się na­wet, że więk­sze bra­my ma­ją na wyż­szych pię­trach izby mo­dli­tew­ne i sa­le au­dien­cyj­ne.

Cza­sa­mi bra­my moż­na po­my­lić ze świą­ty­nia­mi czy pa­ła­ca­mi, do któ­rych pro­wa­dzą. Je­den z mo­ich ame­ry­kań­skich przy­ja­ciół, któ­ry zwie­dził za­rów­no bra­mę Tia­nan­men w Pe­ki­nie, jak i bra­mę Chion-in w Kio­to, ob­ru­szył się, kie­dy usły­szał, że na­zy­wam je bra­ma­mi. Być mo­że ich na­zwy za­wie­ra­ją w so­bie sło­wo „bra­ma”, ale dla nie­go bra­ma Tia­nan­men by­ła pa­ła­cem, a bra­ma Chion-in – świą­ty­nią.

Przej­ście przez mon („bra­mę”) za­czę­ło ozna­czać do­pusz­cze­nie do re­li­gij­nej lub ar­ty­stycz­nej ta­jem­ni­cy. Wstę­pu­jąc do środ­ka, sta­wa­łeś się uczniem tych, któ­rzy miesz­ka­ją za bra­mą. Do dziś mon­ka („w bra­mie”) lub mon­tei („młod­si bra­cia bra­my”) to sło­wa ozna­cza­ją­ce uczniów; ichi­mon („w jed­nej bra­mie”) to okre­śle­nie człon­ka szko­ły lub ro­dzi­ny. Ha­mon („znisz­czo­na bra­ma”) ozna­cza oso­bę eks­ko­mu­ni­ko­wa­ną lub wy­klu­czo­ną z gru­py. Są dzie­siąt­ki in­nych słów za­wie­ra­ją­cych w so­bie cząst­kę mon, od­wo­łu­ją­cych się do wspól­no­ty lu­dzi, któ­rzy prze­kro­czy­li ja­kąś bra­mę.

W zen – na przy­kład w Da­ito­ku-ji – wciąż ży­wa jest tra­dy­cja, zgod­nie z któ­rą ten, kto chce wstą­pić do świą­ty­ni ja­ko uczeń, stoi przed bra­mą przez trzy dni, cze­ka­jąc, aż wyj­dzie do nie­go mnich, by go przy­jąć. Mój przy­ja­ciel, nie­od­ża­ło­wa­ny John To­ler, stu­dio­wał zen w Da­ito­ku-ji i w koń­cu zo­stał wy­świę­co­ny na opa­ta w Na­rze. John czę­sto opo­wia­dał o tru­dach te­go pierw­sze­go do­świad­cze­nia. Ze­mdlał wte­dy z pra­gnie­nia i wy­czer­pa­nia. Oczy­wi­ście uzgod­nio­no wcze­śniej, że po trzech dniach ktoś po nie­go wyj­dzie, więc tak na­praw­dę nie mu­siał się o nic mar­twić. Wie­le lat póź­niej, za­py­ta­ny o wspo­mnie­nia z cza­sów stu­dio­wa­nia zen w Da­ito­ku-ji, John za­wsze za­czy­nał od opo­wie­ści o cze­ka­niu przy bra­mie.

Przej­ścia przez bra­mę nie na­le­ży trak­to­wać lek­ce­wa­żą­co. Dla­te­go za­nim po­dą­ży­my da­lej, za­trzy­maj­my się, by do­kład­nie się jej przyj­rzeć.

Re­gu­ła Trzech

Je­śli bra­ma pro­wa­dzi do świą­ty­ni bud­dyj­skiej, naj­pew­niej skła­da się ona z trzech czę­ści. Miesz­ka­łem w Kio­to wie­le lat, za­nim zda­łem so­bie spra­wę z tej pro­stej Re­gu­ły Trzech. Cza­sem dach nad środ­ko­wą czę­ścią bra­my jest wyż­szy, a da­chy nad skrzy­dła­mi le­wym i pra­wym są niż­sze.

Ale za­zwy­czaj wszyst­kie czę­ści miesz­czą się pod jed­nym da­chem. Tak czy ina­czej, w bra­mie bę­dą trzy przej­ścia.

Po­dział na trzy jest dla czło­wie­ka głę­bo­ko sa­tys­fak­cjo­nu­ją­cym do­świad­cze­niem. I to w za­sa­dzie mo­gło­by wy­star­czyć za wy­ja­śnie­nie. Trój­dziel­ne bra­my nie wy­stę­pu­ją wy­łącz­nie w Ja­po­nii. Rzy­mia­nie wy­ko­rzy­sty­wa­li struk­tu­rę skła­da­ją­cą się z trzech czę­ści w wie­lu łu­kach trium­fal­nych i bra­mach miej­skich; w ka­te­drach go­tyc­kich znaj­dzie­my trój­dziel­ne por­ty­ki, a od cza­sów Pal­la­dia są one ty­po­wą for­mą, ja­ką przyj­mu­je fa­sa­da re­ne­san­so­we­go ko­ścio­ła. W każ­dym z tych przy­pad­ków psy­cho­lo­gicz­ne źró­dła są praw­do­po­dob­nie ta­kie sa­me.

Kie­dy uświa­do­mi­łem so­bie, że bra­my świą­tyń po­win­ny mieć trzy czę­ści, ich ty­po­we mia­no, san­mon („trzy bra­my”), za­czę­ło od­sła­niać swój sens. Zda­rza­ło mi się ze­tknąć rów­nież z je­go ho­mo­ni­mem san­mon („gór­ska bra­ma”) i za­kła­da­łem, że to ta dru­ga wer­sja jest wła­ści­wa, ja­ko że świą­ty­nia by­wa rów­nież na­zy­wa­na „gó­rą”. Ale oka­za­ło się, że pier­wot­nie cho­dzi­ło wła­śnie o „trzy bra­my”.

W pry­wat­nych re­zy­den­cjach i pa­ła­cach spo­ty­ka­my wie­le bram z jed­nym tyl­ko wej­ściem, wy­da­je się więc, że Re­gu­ła Trzech ma coś wspól­ne­go z bud­dy­zmem. Mni­si, któ­rzy mie­li mnó­stwo cza­su na ukła­da­nie teo­rii, wy­my­śli­li uza­sad­nie­nie Re­gu­ły Trzech. Czę­sto po­wta­rza się w nim kon­cep­cja Trzech Wy­zwo­leń. Sło­wo „wy­zwo­le­nie” pod­po­wia­da, że cho­dzi o to, co zo­sta­wia się za so­bą pod­czas prze­kra­cza­nia bra­my, jest to więc kon­cep­cja bli­ska ba­lij­skiej bra­mie po­strze­ga­nej ja­ko wyj­ście z nor­mal­ne­go ży­cia. A sko­ro już przy tym je­ste­śmy – te trzy rze­czy, od któ­rych ma­my się wy­zwo­lić, to Chci­wość, Nie­na­wiść i Głu­po­ta.

 

Bra­ma Tia­nan­men, Pe­kin


Bra­ma w sty­lu ba­lij­skim


Rzym­ski po­trój­ny łuk trium­fal­ny


Trój­dziel­ny por­tyk go­tyc­kiej ka­te­dry

Bra­ma bez drzwi

War­to zwró­cić uwa­gę na ko­lej­ną kwe­stię: czy w bra­mie są wro­ta? Wi­du­je­my bra­my z bar­dzo so­lid­ny­mi wro­ta­mi, wy­ko­na­ny­mi z gru­bych be­lek, wy­po­sa­żo­ny­mi w me­ta­lo­we ni­ty i po­tęż­ne drew­nia­ne ry­gle. Naj­więk­sze wra­że­nie ro­bią wro­ta wiel­kiej bra­my zam­ku Nijō, któ­ry był w za­sa­dzie for­te­cą. Moż­na też jed­nak spo­tkać bra­my bez żad­nych wrót. Ot, otwar­te prze­strze­nie mię­dzy fi­la­ra­mi.

Nie­któ­re spo­śród naj­więk­szych bram, jak te w Chion-in i Tōfuku-ji, nie ma­ją żad­nych drzwi. To prze­ci­wień­stwo więk­szo­ści wiel­kich bram na ca­łym świe­cie, zwłasz­cza wszyst­kich bram Za­ka­za­ne­go Mia­sta w Pe­ki­nie. Wsta­wio­no w nich wzmoc­nio­ne mo­sięż­ny­mi ćwie­ka­mi bar­dzo so­lid­ne wro­ta, wpra­wio­ne po to, by nie wpusz­czać lu­dzi z ze­wnątrz i nie wy­pusz­czać lu­dzi z we­wnątrz. Ni­g­dy nie spo­tka­łem się z dys­ku­sją na te­mat te­go, dla­cze­go w Ja­po­nii na­ro­dzi­ła się idea bra­my bez wrót. Ale wy­obra­żam so­bie, że – po­dob­nie jak w wie­lu in­nych przy­pad­kach – Ja­poń­czy­cy po­strze­ga­li bra­my ja­ko sym­bo­le, a nie ja­ko praw­dzi­we prze­szko­dy.

I dla te­go mni­si zna­leź­li uza­sad­nie­nie. Prze­czy­ta­łem, że bra­ma bez drzwi ozna­cza, iż dhar­ma Bud­dy jest otwar­ta dla wszyst­kich, że każ­dy mo­że tu wejść. A jed­nak bra­my wie­lu świą­tyń by­wa­ją za­mknię­te na klucz. Nie ufał­bym więc tej lo­gi­ce.

A un

Czę­sto tyl­ko cen­tral­na część bra­my jest otwie­ra­na i je­dy­nie przez te drzwi moż­na wejść do środ­ka. Je­śli się przyj­rzeć bli­żej, moż­na zo­ba­czyć, że choć bra­ma jest po­dzie­lo­na na trzy czę­ści, pra­we i le­we skrzy­dła są za­mknię­te i sta­no­wią wy­od­ręb­nio­ne prze­strze­nie, w któ­rych znaj­du­ją się rzeź­by bóstw straż­ni­ków. W świą­ty­niach są to Niō (obroń­cy) im­po­nu­ją­co umię­śnie­ni si­ła­cze sto­ją­cy z pod­nie­sio­ny­mi rę­ka­mi, rzu­ca­ją­cy gniew­ne spoj­rze­nia, z usta­mi wy­krzy­wio­ny­mi w krzy­ku lub gry­ma­sie zło­ści.

Rzecz ja­sna w ich mi­nach nie ma nic przy­pad­ko­we­go – rzą­dzi tu pew­na za­sa­da. Otóż re­pre­zen­tu­ją one ko­smicz­ne dźwię­ki a i un. A to usta otwar­te, un to usta za­mknię­te. To sym­bo­le wej­ścia i wyj­ścia, al­fy i ome­gi, dźwię­ku i ci­szy, po­cząt­ku i koń­ca wszyst­kie­go.

A un – jed­na stro­na z usta­mi otwar­ty­mi, dru­ga z za­mknię­ty­mi – do­ty­czy nie tyl­ko straż­ni­ków Niō; za­sa­da ta roz­prze­strze­ni­ła się na wszel­kie po­sta­ci chro­nią­ce bram. Shi­shi („lwy”) i ko­ma-inu („lwop­sy”) sto­ją­ce pa­ra­mi po obu stro­nach bra­my też się do niej sto­su­ją. Po­dob­nie po­są­gi dwo­rzan z epo­ki He­ian – nio­są­cych łu­ki i koł­cza­ny peł­ne strzał, przy­stro­jo­nych w na­pu­szo­ne fry­zu­ry – któ­re w chra­mach sin­to za­stę­pu­ją bud­dyj­skich Niō.

Choć a un jest ideą po­cho­dze­nia hin­du­istycz­no-bud­dyj­skie­go, prze­nik­nę­ła tak­że do sin­to­izmu. Li­sy sto­ją­ce przy głów­nej bra­mie Fu­shi­mi In­a­ri – je­den z klu­czem w py­sku, dru­gi z pło­ną­cym klej­no­tem – tak­że sto­su­ją się do za­sa­dy a un, tak jak i in­ne rzeź­by zwie­rząt na te­re­nie tej świą­ty­ni.

Gra­nicz­ność

Za­zwy­czaj zbli­ża­jąc się do świą­ty­ni, prze­cho­dzi­my nie przez jed­ną bra­mę, a przez ca­łą ich se­rię. Wią­że się to z ideą po­su­wa­nia się na­przód eta­pa­mi, krok za kro­kiem, prze­cho­dze­nia z te­go, co zwy­czaj­ne, do te­go, co świę­te. W waż­niej­szych kom­plek­sach świą­tyn­nych spo­ty­ka­my nan­dai-mon („wiel­ką po­łu­dnio­wą bra­mę”) na­zwa­ną tak, po­nie­waż znaj­do­wa­ła się na dol­nym krań­cu osi pół­noc–po­łu­dnie, na któ­rej bu­do­wa­ne by­ły te wiel­kie świą­ty­nie. Nan­dai-mon to wła­ści­wie śre­dnio­wiecz­ny re­likt, nie tak czę­sto spo­ty­ka­ny w Kio­to, ale je­śli chce­my ta­ką bra­mę zo­ba­czyć, po­win­ni­śmy się udać do świą­ty­ni Tō-ji, bę­dą­cej jed­nym z nie­wie­lu za­cho­wa­nych w Kio­to obiek­tów, któ­rych po­cho­dze­nie da­tu­je się na po­czą­tek IX wie­ku, gdy mia­sto do­pie­ro po­wsta­wa­ło.

W przy­pad­ku świą­tyń mniej waż­nych czy póź­niej bu­do­wa­nych se­rię bram zwy­kle roz­po­czy­na san­mon, czy­li „bra­ma głów­na”. Je­śli świą­ty­nia jest wy­star­cza­ją­co du­ża, przed lub za głów­ną bra­mą mo­gą znaj­do­wać się ko­lej­ne. Wszyst­ko to ma pod­kre­ślać, że po­dró­żu­je­my z co­dzien­no­ści do miej­sca wy­jąt­ko­we­go i od­osob­nio­ne­go, od mniej­szych do więk­szych ta­jem­nic. Ta kon­cep­cja po­cho­dzi z bud­dy­zmu ezo­te­rycz­ne­go, gdzie oświe­ce­nie zdo­by­wa się stop­nio­wo, wraz z ko­lej­ny­mi ini­cja­cja­mi.

Na brak wrót i usta­wia­nie bram se­ria­mi moż­na też spoj­rzeć ina­czej. Cho­dzi o coś, co jest rdzen­nie ja­poń­skie – na­zy­wam to gra­nicz­no­ścią. Nie szu­kaj­cie te­go sło­wa w słow­ni­ku, sam je wy­my­śli­łem.

Po­ję­cie to wią­że się z kon­cep­cją li­mi­nal­no­ści, ter­mi­nem uży­wa­nym przez an­tro­po­lo­gów do opi­sa­nia pro­gu ja­ko cze­goś nie­okre­ślo­ne­go, co nie jest ani tym, ani tam­tym. Li­mi­nal­ność to dla an­tro­po­lo­gów stan przej­ścio­wy mię­dzy dwo­ma róż­ny­mi sta­na­mi – to dwu­znacz­ność mo­men­tu prze­kra­cza­nia pro­gu. „Gra­nicz­ność” zaś jest dla mnie ter­mi­nem zna­czą­cym coś do­kład­nie od­wrot­ne­go. Gra­nicz­ność rów­nież opi­su­je próg, ale tym ra­zem cho­dzi o próg do­kład­nie okre­ślo­ny. Nie ma tu żad­nej dwu­znacz­no­ści. W gra­nicz­no­ści cho­dzi o wy­ry­so­wa­nie gra­nic, o usta­wie­nie wszyst­kie­go w ta­ki spo­sób, aby wy­dzie­lo­ne prze­strze­nie mia­ły okre­ślo­ne ce­le, aby by­ły fi­zycz­nie od­ręb­ne od in­nych prze­strze­ni.

Na­wia­sem mó­wiąc – jest to idea od­mien­na od wy­obra­żeń wie­lu Ja­poń­czy­ków na te­mat ich wła­sne­go kra­ju: to Za­chód ma być jed­no­znacz­ny i pre­cy­zyj­ny, Ja­po­nia zaś ma po­zo­stać nie­ja­sna i wie­lo­znacz­na. Po­wie­ścio­pi­sarz Ōe Kenzaburō za­ty­tu­ło­wał na­wet swój wy­kład no­blow­ski z 1994 ro­ku Ja­pan, the Am­bi­go­uos, and My­self („Ja­po­nia, nie­jed­no­znacz­ność i ja”). Moż­na by się jed­nak upie­rać, że w rze­czy­wi­sto­ści jest wręcz prze­ciw­nie: w Ja­po­nii nie ma nie­jed­no­znacz­nych prze­strze­ni, gra­ni­ca jest za­wsze ści­śle wy­ty­czo­na.

Ja­po­nia sto­su­je gra­nicz­ność nie­ustan­nie, od de­fi­nio­wa­nia pór ro­ku (i nie cho­dzi o zna­jo­me czte­ry po­ry ro­ku, ale o po­ry trwa­ją­ce ty­dzień – jak w przy­pad­ku kwia­tów to­wa­rzy­szą­cych ce­re­mo­nii her­ba­ty), przez pod­ło­gi i su­fi­ty w róż­nych czę­ściach do­mu, aż po brze­gi mat ta­ta­mi. Bra­ma nie mo­że więc być po pro­stu miej­scem, przez któ­re przy­pad­kiem prze­cho­dzi się w dro­dze z jed­nej stro­ny na dru­gą. Mu­si zaj­mo­wać wła­ści­we miej­sce w „se­kwen­cji gra­nicz­no­ści”. Bra­ma stoi na po­cząt­ku, po­środ­ku lub na koń­cu dro­gi.



Staż­ni­cy Niō, je­den z za­mknię­ty­mi usta­mi, un, a dru­gi z otwar­ty­mi, a


Li­sy w świą­ty­ni Fu­shi­mi In­a­ri


Straż­ni­cze lwop­sy w chra­mie sin­to­istycz­nym

Przej­ścia osio­we i okręż­ne

W wie­lu świą­ty­niach i chra­mach znaj­du­je się dro­ga, któ­ra roz­po­czy­na się, za­nim jesz­cze do­trze­my do głów­nej bra­my san­mon. Dro­ga ta na­zy­wa się sandō („dro­ga piel­grzy­ma”). Na jej po­cząt­ku mo­że stać bra­ma wej­ścio­wa, a da­lej jesz­cze kil­ka bram po­mniej­szych. Po przej­ściu przez głów­ną bra­mę sandō bie­gnie da­lej i po­ja­wia­ją się na niej ko­lej­ne bra­my.

Są dwa ro­dza­je dróg sandō: osio­we i okręż­ne. Dro­gi osio­we znaj­du­ją się nie tyl­ko w świą­ty­niach zen, lecz tak­że w du­żych chra­mach, ta­kich jak Ki­ta­no Tenmangū. Świą­ty­nia czy chram ulo­ko­wa­ne są na osi pół­noc–po­łu­dnie, a sandō po­dą­ża wzdłuż niej. Mo­że biec zyg­za­ko­wa­to, ale co do za­sa­dy uło­żo­na jest na li­nii pół­noc–po­łu­dnie.

Osio­we sandō są cha­rak­te­ry­stycz­ne dla kom­plek­sów świą­tyn­nych pla­no­wa­nych i bu­do­wa­nych od po­cząt­ku do koń­ca ja­ko ca­łość, dla­te­go są wier­ne za­sa­dom. Ty­siąc lat po zbu­do­wa­niu świą­ty­ni Tō-ji na­dal wy­raź­nie wi­dzi­my cen­tral­ną oś, na któ­rej ją ulo­ko­wa­no.

W prze­ci­wień­stwie do kla­sycz­ne­go ukła­du świą­ty­ni Tō-ji spo­ty­ka się rów­nież okręż­ny typ sandō, jak choć­by krę­te po­dej­ścia do świą­tyń Kin­ka­ku-ji czy Ryōan-ji. Te dro­gi wy­ty­czo­no póź­niej, bez ogól­ne­go pla­nu, za­ry­so­wu­jąc je w te­re­nie, na któ­rym wcze­śniej sta­ły wil­le ary­sto­kra­tów epo­ki He­ian. Dro­gi te po pro­stu wi­ją się wo­kół sa­dza­wek i na wzgó­rza. Stąd wie­my, że te miej­sca, choć ofi­cjal­nie uzna­je­my je za świą­ty­nie zen, nie cie­szą się ta­ką es­ty­mą jak po­zo­sta­łe. Co by­ło kie­dyś pa­ła­cem uciech, na za­wsze nim po­zo­sta­nie.

Inne książki tego autora