Mów mi CharlieTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Rozdział 1

Spojrzała na wiszący na ścianie zegar, który wskazywał punkt trzynastą. Wyczekiwała dziś dzwonka równie niecierpliwie, co jej uczniowie. Był piątek, kończyła pracę wyjątkowo wcześnie, a zaraz potem była umówiona z Moniką i Leokadią.

Z tą pierwszą znała się od wczesnego dzieciństwa. Razem rozpoczęły edukację szkolną, krocząc dumnie w wieku lat pięciu do miejskiego przedszkola w Kostrzynie nad Odrą. W mieście, w którym większość ludzi utrzymywała się z pracy za pobliską granicą niemiecką, atrakcją mogła być albo wycieczka szynobusem do Berlina, albo coroczny festiwal przyciągający rzesze turystów nie tylko z Polski, ale z całego świata. Położona około stu kilometrów na zachód stolica Niemiec wyznaczała mieszkańcom czas pracy i odpoczynku, a młodzieży dawała okazję do poznania choć skrawka tego wielkiego świata, który znajdował się tuż za miedzą. Impreza, inspirowana dawnym Woodstock, nieco zatrważała starszych obywateli, miastu dawała zarobić, a młodzież napawała dumą, że choć przez moment ich mała ojczyzna jest słynna na cały kraj.

Perspektywa pozostania w mieście po maturze nie przemawiała do żadnej z nich. Alternatywa w postaci wyjazdu do Berlina, by rozpocząć pracę w charakterze sprzątaczki lub pomocnika na linii produkcyjnej, również nie przedstawiała się różowo. Dlatego zdecydowały się podjąć studia w którymś z większych polskich ośrodków akademickich. Wybrały Wrocław – dostatecznie daleko, by wyrwać się z nadopiekuńczych ramion rodziców, a zarazem wystarczająco blisko, by nie czuć się pozostawionymi samym sobie.

Każda podeszła do tego po swojemu. Monika rzuciła się w wir szalonych imprez i przygód, w którym zresztą trwała do dziś – mimo pracy na dwóch etatach, jako trenerka personalna i nauczycielka wuefu, wciąż znajdowała czas na kolejne romanse, prywatki i podróże. Żyła intensywnie i korzystała z każdej okazji, która mogła przynieść coś niespodziewanego.

Gośka czasem jej towarzyszyła, ale wolała raczej domowe zacisze, pozbawione męczącej rodzicielskiej kontroli i wybujałych oczekiwań co do jej osoby. Kochała rodziców i wiedziała, że to odwzajemniona miłość, ale ich wyobrażenia na temat jej przyszłości rozbiegały się dość znacznie z tym, czego oczekiwała ona sama. Miała dwadzieścia siedem lat, a rodzice uważnie śledzili wskazówki jej biologicznego zegara, nie wspominając już o niezdrowym zainteresowaniu jej macicą. Co rusz przebąkiwali o wnukach i ślubie jedynej córki. Kamil, wymarzony zięć, pałał do jednego i drugiego pomysłu równie mocną chęcią.

Narzeczeństwem byli od czterech lat. Dokładnie wtedy Kamil wprawił Gośkę w osłupienie, klękając z pierścionkiem w dłoni na środku promenady w Międzyzdrojach. Do dziś czuła wlepione w nią oczy dziesiątków gapiów, którzy składali już dłonie do oklasków, gotowi podziwiać romantyczny pocałunek, jak przyzwyczaiły ich do tego hollywoodzkie filmy z gwiazdorską obsadą. Zdawali się nawet nie czekać na jej odpowiedź, przekonani, że takie historie zawsze kończą się dobrze. Ona nie zdążyła jeszcze powiedzieć słowa, a oni wszyscy – z Kamilem na czele – planowali już ich przyszłość, w której tych dwoje żyło z pewnością długo i szczęśliwie. Przyjęła pierścionek – choć nie do końca wiedziała, czy tego chce. Sugestywne spojrzenie zakochanego po uszy Kamila i okrzyki coraz liczniejszej gawiedzi sprawiły, że po prostu nie mogła postąpić inaczej. Kiedy jednak zimny pierścionek znalazł się tamtego wieczora na jej palcu, poczuła dziwny niepokój w sercu. I choć próbowała wszystkimi siłami go stamtąd wypędzić, tkwił tam uparcie aż po dziś dzień.

Czy kochała Kamila? Chyba tak – był czuły, troskliwy i fajnie spędzało im się razem czas. Ale czy to ta jedyna miłość? I skąd się wie, że to w ogóle jest miłość? Tego nie była pewna, nikt nigdy nie podał jej konkretnej definicji. Mówiło się, że człowiek po prostu to wie. Czy jednak był to tylko pusty slogan i wszyscy będący w związku mieli podobne wątpliwości? Na to i wiele podobnych pytań Gośka nie potrafiła odpowiedzieć. Odsuwała je zatem od siebie na odległość na tyle bezpieczną, by uniknąć konfrontacji z innym, tym najważniejszym w życiu: czego tak właściwie oczekuje i pragnie ona sama?

Na razie odwlekała, o ile mogła, decyzję o ślubie. Ku uciesze Kamila, rodziców i przyszłych teściów przeniosła się do mieszkania narzeczonego. Było ono wprawdzie bardziej sutereną w jego rodzinnym domu, ale oddzielne wejście dawało pozory intymności przynależnej – wkrótce już przecież – młodej parze.

Z żalem opuszczała dom, w którym mieszkała od czasów studiów wspólnie z Moniką i Leokadią. Ta druga odziedziczyła go – wraz ze swym imieniem, z którego zresztą była całkiem dumna – po babci. Leokadia była artystyczną duszą, za którą trudno było nadążyć. Jednocześnie sprawiała wrażenie niezwykle poważnej, może nawet trochę staroświeckiej. Nietypowe imię jak ulał pasowało do awangardowego stylu życia i oryginalnego sposobu ubierania się.

Młoda spadkobierczyni wynajmowała dwa pokoje z początku chyba bardziej ze względów oszczędnościowych niż towarzyskich. Skończyła ASP, pracowała przy jakichś artystycznych projektach i rzadko bywała w domu. Mało się odzywała, niewiele mówiła o sobie. I choć Gośce i Monice wydawało się to trochę dziwne, z biegiem czasu zaakceptowały Leokadię jako ekstrawagancką, acz nieszkodliwą współlokatorkę. Ta zaś nawet je polubiła, co przerodziło się w osobliwą przyjaźń trzech niezwykle różnych kobiet, które jednak doskonale się rozumiały.

Dziś miały się spotkać po dłuższej przerwie. Monika zakończyła właśnie rehabilitację w Warszawie. Leczyła u znajomego chirurga stopę, na którą podczas treningu spadł jej jakiś niedorzecznie duży ciężarek. Po operacji i kilku tygodniach intensywnej rehabilitacji mogła w końcu wrócić do domu.

Gośce brakowało przyjaciółki. Monika była dla niej odskocznią od codzienności, która kręciła się wokół szkoły, zakupów i zasypiania z Kamilem na sofie przy następnym nieobejrzanym do końca filmie. Kolejne dni pełne marazmu, zlewające się w jedność, przytłaczały ją coraz bardziej. Wszelkie próby wprowadzenia zmian w ich wspólnym życiu spełzały na niczym. Kamil nie chciał słuchać o wyprowadzce z rodzinnego domu – temat ten wracał co jakiś czas w sprzeczkach, a potem zamiatali go pod dywan aż do następnej kłótni. W łóżku też im się nie układało, choć Gośka nie miała pewności, czy Kamil jest tego świadomy. Próbowała mu to wprawdzie komunikować na różne subtelne sposoby, ale w obliczu braku reakcji ostatecznie zrezygnowała z kolejnych podejść. Od pewnego czasu żyli bardziej obok siebie niż ze sobą. Dni mijały im na codziennej bieganinie, przerywanej okazjonalnym, przerażająco nudnym seksem lub spotkaniami w gronie zawsze tych samych znajomych. A do tego prawie codzienne obiadki u przyszłych teściów, suto zakrapiane coraz mocniejszymi naciskami, by młodzi wreszcie ustalili datę ślubu, bo przecież ile można czekać…

Dlatego na to dzisiejsze babskie spotkanie Gośka cieszyła się prawie jak dziecko na Gwiazdkę. Spojrzała na zegar raz jeszcze – do dzwonka pozostało zaledwie kilka minut. Sięgnęła po plik kartek leżących na biurku i uniosła je nad głowę.

– Zadanie domowe. Każdy bierze po jednej kartce. Tematy referatów – próbowała przedrzeć się przez hałas panujący w klasie.

– Na ocenę? – z końca sali padło pytanie, którego przecież nie mogło zabraknąć.

– Tak, na ocenę. Za tydzień referuje pierwsza ławka. Potem kolejne.

Rozdała pospiesznie arkusze w asyście rozbrzmiewającego właśnie dzwonka.

Rozdział 2

– Jesteś wreszcie! – Monika przywitała ją w progu z dwoma kieliszkami wina, od razu wręczając jej jeden.

– Zwariowałaś? Jest czternasta! – Gośka uniosła ramiona w powitalnym geście.

– Break the rules, my girl, and live your life – odpowiedziała z uśmiechem Monika, stukając swoim kieliszkiem w jej. – Jak dobrze cię widzieć, słońce ty moje! Chodź na zewnątrz, Leokadia grilluje jakieś wegańskie specjały, a ja, jak widzisz, zajmuję się winem.

Ruszyły ciemnym korytarzem prowadzącym na pokaźnych rozmiarów taras. Cały dom był bardzo duży i wymagał nie mniejszego remontu. Na ten jednak brakowało zawsze zarówno czasu, jak i pieniędzy. Chęci wprawdzie były, jednak ograniczały się do gdybania i snucia projektów podczas niejednego wspólnego wieczoru na wspomnianym tarasie. Raz nawet kupiły farby, ale potem się okazało, że trzeba by wymienić też tynk, co skutecznie ostudziło ich zapał. Farby ostatecznie wykorzystała Leokadia do jednego ze swoich projektów w galerii sztuki. Zamiast tynku kupiły zaś grilla, co okazało się zakupem praktycznym i o wiele bardziej sensownym. Na ścianach zawisły obrazy Leokadii oraz jej znajomych. Całość prezentowała się nie tylko nieźle, ale i artystycznie.

Ten dom zdawał się wprost zapraszać do środka – tam po prostu chciało się przebywać. Mieszkając w sterylnym lokum Kamila, które wydawało się być salonem pokazowym mebli ze sklepu jego ojca, Gośka tęskniła za tym nieładem i niepowtarzalnym klimatem.

– Opowiadaj – rzuciła Monika, rozkładając się w bujanym fotelu.

Leokadia jedynie krótko pomachała Gośce na powitanie zza kłębów dymu unoszącego się nad grillem.

– Ja? To ty opowiadaj! – odparła Gośka. – Jak noga? Jak rehabilitacja?

– Oj, przestań przynudzać. Noga jak noga. Najadłam się strachu, ale mnie doktorek poskładał do kupy. Mogę powoli wracać do treningów. Bo do szkoły wracam w przyszłym tygodniu.

 

– Nie za wcześnie?

– Wiem, co robię. Zresztą lekarz mi pozwolił.

– Nie rozumiem, po co ty w ogóle siedzisz jeszcze w tej szkole. Zarabiasz tyle na treningach, że mogłabyś sobie z tym dać już spokój.

– Lubię te dzieciaki – odparła szczerze Monika.

Zaśmiały się. Dobrze wiedziały, że każda narzeka po swojemu na uczniów, ale chętnie chodziły do pracy. I Gośka wcale nie chciała, żeby Monika z niej rezygnowała. Wówczas widywałyby się jeszcze rzadziej. A cholernie lubiła jej towarzystwo – zarówno prywatnie, jak i zawodowo.

Żadna z nich nie planowała kariery nauczycielskiej. Gośka poszła na polonistykę z miłości do literatury i bez wyraźnego planu, co z tym dalej począć. Monika skończyła AWF, a potem los jakoś tak samoistnie zaprowadził je w szkolne progi – znów wspólnie, ale tym razem w charakterze ciała pedagogicznego. Każda na swój sposób doceniała tę pracę – z tą różnicą, że Monika traktowała ją jak pasję, zarabiając jednocześnie godziwe pieniądze dzięki prywatnym treningom, Gośce natomiast pozostawały śmieszna pensja, praca ku chwale ojczyzny i sklep rodziców Kamila jako jedyne w miarę sensowe źródło dochodów. Ich „zabezpieczenie na przyszłość”, jak mawiał. Zdawał się mieć wszystko doskonale zaplanowane – ślub, dzieci, przejęcie wraz z młodszym bratem interesu ojca, a potem zapewne także zamieszkanie na stałe w rodzinnym domu. Nalegał na to, by w końcu zaczęli „układać sobie życie”. Tak jakby do tej pory było niepoukładane.

Gośka nie chciała się spieszyć z zakładaniem rodziny. To nie tak, że nie kochała Kamila. Po prostu perspektywa spędzenia reszty życia w kieracie pomiędzy pracą a dziećmi trochę ją przerażała. Czy to naprawdę było wszystko, co miało jej do zaoferowania życie? Nic więcej ciekawego nie miało się wydarzyć? Miała wrażenie, że coś przegapiła, czegoś nie odnalazła. Jakby harmonia ogromnego obrazu z puzzli zakłócona została jednym brakującym elementem, który nie dawał jej spokoju.

– O czym tak myślisz? – głos Moniki przywołał Gośkę do rzeczywistości.

– Grillowane warzywa, wegański ser z sosem czosnkowym i guacamole z ciepłą bagietką! – zapowiedziała wyraźnie dumna z siebie Leokadia, stawiając tacę na stół.

– Jesteś boska. – Monika posłała jej całusa, po czym zwróciła się ponownie do Gośki: – No więc?

Ta spojrzała na przyjaciółkę, popijając kolejny łyk wina.

– Bo to jest tak… – zaczęła cicho – że ja nie do końca jestem pewna, czy jestem szczęśliwa… – Jeśli mogła z kimś o tym porozmawiać, to tylko z dziewczynami. One nigdy jej nie osądzały i zawsze próbowały zrozumieć. A duszenie tego dalej w sobie nie tylko nie miało sensu, ale było też zwyczajnie nie do wytrzymania.

– Ulala, zapowiada się dłuższa pogawędka. Leokadia, ja lecę do kuchni po następne wino, a ty spróbuj się od niej czegoś dowiedzieć. Zaraz wracam i będziemy radzić. Girl power! – Monika wyciągnęła rękę w tryumfalnym geście, po czym zniknęła w głębi domu.

Gośka spojrzała za nią. Naprawdę mi jej brakowało, pomyślała.

– Kamil? – zapytała tymczasem Leokadia.

– Nie wiem. Chyba wszystkiego po trochu – odparła, wlewając sobie resztkę wina z pustej już prawie butelki. Zapowiadała się długa noc.

Wyciągnęła komórkę z kieszeni i wysłała krótką wiadomość do Kamila: „Zostanę na noc u dziewczyn. Stęskniłam się za nimi. Śpij dobrze, buziaki”.

Rozdział 3

Poranek przywitał Gośkę promieniami słońca na twarzy. Zmrużyła oczy, przekręcając się na drugi bok. Z kuchni dobiegał już odgłos młynka do kawy, choć pora wydawała się jeszcze wczesna. Zapewne Monika, nie zważając na to, że wypiły niedorzeczną ilość wina i położyły się spać późną nocą, nie zrezygnowała z porannego rygoru w postaci ćwiczeń i zimnego prysznica. Gośka czasem się zastanawiała, skąd ona na to wszystko bierze czas, a przede wszystkim chęci.

Rozmawiały wczoraj do późna. Mimo usilnych starań przyjaciółek Gośka nie potrafiła określić, dlaczego w zasadzie czuje się nieszczęśliwa. I czy to, co odczuwa, przypadkiem nie jest jednak szczęściem, którego ona jedynie nie potrafi docenić? Wiele dziewczyn marzyło o tym, by ich losy potoczyły się tak jak życie Gośki. Poznała miłego chłopaka, który miał niezłe perspektywy. Kochał ją, szanował i snuł plany. Ona jednak czuła, że tonie. W grząskiej, śliskiej mieliźnie oblepiającej ją powoli i nieustannie. Nie mogła się ruszać, poczuć prawdziwie wolną. Jak ptaszek w złotej klatce, którego wystawiono na pokaz.

Suchy argument Leokadii, że przecież żyjemy we w miarę cywilizowanym świecie i istnieją rozwody, też jej nie przekonywał. Miała obawy, że jeśli już raz wejdzie do tej rzeki, pozostanie w niej na zawsze. A jej nurt był spokojny, powolny i jednostajny. Tak miała spędzić resztę swojego życia? Czy to naprawdę było jej przeznaczeniem?

– Nie śpisz już? – usłyszała głos Moniki.

Podniosła głowę. Przyjaciółka stała w progu pokoju z dwoma kubkami kawy.

– Właśnie się przebudziłam.

– To wstawaj, śpiochu. Śniadanie na stole.

W kuchni siedziała już Leokadia, popijając zieloną herbatę. Gośka klapnęła na krzesło koło niej i dodała do swojej kawy łyżeczkę cukru i śmietankę.

– Zjem z wami, ale tak szybko – odezwała się, biorąc pierwszy łyk. – Kamil już pisał, o której będę. Zapomniałam, że jesteśmy umówieni na obiad z jego rodzicami.

– Masz jeszcze czas – uspokoiła ją Monika. – Włącz, proszę, radio. Za tobą leży mój laptop. Hasła nadal nie zmieniłam – dodała z uśmiechem.

Gośka sięgnęła po komputer, wklepała w puste pole „jestemzajebistana100” i otworzyła przeglądarkę internetową. Nie zdążyła nic wpisać, gdy w prawym dolnym rogu ekranu wyskoczyło powiadomienie „spanishboy23 wysyła ci zdjęcie”. Odruchowo najechała na okienko myszką i zawahała się chwilę, by ostatecznie zrezygnować z otwarcia pliku. Zamiast tego zapytała:

– Monika, kto to jest, do cholery, spanishboy23 i dlaczego wysyła ci plik ze zdjęciem?

– Nie gadaj! Wysłał w końcu? – żywiołowo zareagowała przyjaciółka. – Pokazuj, ale już!

Gośka posłusznie otworzyła plik. Na ekranie pojawił się umięśniony, tajemniczy brunet z sięgającymi ramion włosami.

– Niezłe ciacho – oceniła krótko Leokadia.

– Umówić się z nim? Jak myślisz? – zapytała Monika, odruchowo przesuwając kursorem po zarysie mięśni zagadkowego jegomościa.

– O czym wy, do cholery, mówicie? – wtrąciła Gośka.

Przyjaciółki spojrzały na nią jednocześnie.

– Portal randkowy – wyjaśniła Leokadia.

– Raczej przygodowo-randkowy – parsknęła śmiechem Monika.

– Umawiasz się na randki z internetu? Serio?

– A umawiam. Jeszcze przed wypadkiem się tam zarejestrowałam i od tego czasu przeprowadziłam wiele ciekawych i pikantnych rozmów. Z jednym nawet raz się umówiłam, jak już nie chodziłam o kulach, i muszę przyznać, że była to niezapomniana noc…

Gośka była coraz bardziej zdumiona. Wiedziała, że Monika jest przebojowa, ale o to by jej nie podejrzewała. To były ewidentnie randki na jedną noc!

– Dlaczego mi o tym nie powiedziałaś? – zapytała, nie kryjąc żalu.

– A jakoś tak… sama nie wiem. – Monika wzruszyła ramionami. – Nie było kiedy. Teraz ci mówię. To taki portal podzielony na działy tematyczne, grupy towarzyskie… Każdy znajdzie w nim coś dla siebie. Spanisboy23 był na przykład w grupie latinolovepoland. Ja też love latino, więc pomyślałam, że to coś dla mnie. Ale tam można znaleźć facetów z całego świata.

Gośka przeglądała z niedowierzaniem stronę, która odkrywała przed nią zupełnie nieznany dotąd świat. Nie była odludkiem, wiedziała, że ludzie umawiają się przez internet, ale ten portal był inny. Klikała w kolejne odnośniki, przechodząc do coraz ciekawszych jego zakątków. Twórca tej witryny wyraźnie adresował ją do osób, które szukały niezobowiązujących przygód. To nie było miejsce, gdzie szuka się miłości do grobowej deski.

– Naprawdę poznałaś tam żywego faceta? – zapytała. – I nie okazał się obleśnym dziadem? Ani psychopatą?

– Naprawdę. I też był latino! I powiem ci, moja droga, że tacy latino to jednak potrafią… – wymruczała Monika z zadowoleniem.

– Widziałaś go potem jeszcze?

– A coś ty! To jednorazowe występy.

– Może tego właśnie ci trzeba? – wypaliła niespodziewanie Leokadia, zwracając się do Gośki.

– Zwariowałaś? – Gośka rzuciła jej krótkie spojrzenie.

– Mówiłaś, że nie wiesz, czy jesteś szczęśliwa. I że za mało przeżyłaś, by zakopać się w pieluchach u boku męża. To daj szansę losowi. Przeżyj, zobacz. Może to nie okaże się wcale takie, jak myślisz. Docenisz wtedy to, co masz, i ze spokojem ducha wydasz się za mąż.

Przyjaciółki spojrzały na nią zaskoczone. Leokadia rzadko udzielała porad sercowych.

– Chyba naprawdę oszalałaś – prychnęła Gośka. – Planuję ślub. Nie mogę się umówić na randkę z kimś innym.

– Ślub planujesz już od paru lat. Jeśli chcesz spróbować czegoś innego, to jest ostatni moment. Wyjdź za mąż, jeżeli jesteś pewna, że tego pragniesz. Jeśli nie jesteś, to się najpierw upewnij. Proste – podsumowała Leokadia, sięgając po talerz z owocami.

– Mam się upewnić, czy chcę wyjść za mąż, sypiając z kimś innym? To absurd!

– Nikt tu nie mówił o seksie. A jedynie o spotkaniu, niewinnym flircie. To nie zbrodnia. Sprawy potoczą się własnym biegiem. Daj sobie szansę. Jeśli nie odnajdziesz tego, czego szukasz, to znaczy, że Kamil to jednak ten jedyny. Ale zbrodnią byłoby wyjść za niego i mydlić mu oczy.

– To najgłupszy pomysł świata – odparła Gośka, zamykając laptopa. – Prawda, Monia?

Monika siedziała z podkurczonymi nogami na krześle, milcząc jeszcze przez chwilę. W końcu odstawiła kubek na stół, sięgnęła po nóż i krojąc bułkę, powiedziała:

– Nigdy nie odkładaj niczego na potem. Znasz moją dewizę. – Odłożyła nóż i sięgnęła po masło. – Do niczego cię nie namawiam. Pokazuję jedynie możliwości – dodała, patrząc w oczy osłupiałej Gośki.

Rozdział 4

Następne dwa tygodnie minęły jej na rozterkach związanych z szalonym pomysłem Leokadii. Z początku koncepcja ta wydawała się jej niedorzeczna, wręcz absurdalna. Im natarczywiej jednak próbowała odgonić od siebie myśli o portalu randkowym, tym bardziej rosła pokusa, by jednak z niego skorzystać.

Czy takie kuszenie losu to igranie z diabłem, który może wywrócić życie do góry nogami? Co, jeśli straci Kamila z własnej głupoty i potem do końca życia sobie tego nie wybaczy? I czy w ogóle potrafiłaby go w ten sposób zranić? Nie, jeśli naprawdę go kocha, nie będzie w stanie go zdradzić. A zwykły flirt czy rozmowa przy kawie wielkim przestępstwem nie jest. No, chyba że umówiłaby się na takie spotkanie przez portal randkowy… Sprzeczne myśli kłębiły się jej w głowie, nie dając spokoju.

W końcu założyła konto. Podała tylko tyle informacji, ile było konieczne. Na szczęście profil nie wymagał zdjęcia. Po kilku minutach i potwierdzeniu rejestracji mailem miała już dostęp do całego zasobu witryny. Przesuwała palcem po ekranie tabletu, otwierając kolejne zakładki. Monika miała rację – wybór był niemal nieograniczony, bez względu na płeć, wygląd, preferencje czy upodobania.

Nie wiedziała jednak, czego ma szukać.

Może powinna poczekać, aż ktoś sam do niej napisze? Ale jakie są szanse, że ktoś zainteresuje się profilem bez zdjęcia, w dodatku z mocno okrojonymi informacjami? Raz jeszcze prześledziła wzrokiem otwarte zakładki.

„Wrocław. Pan szuka Pani” – trochę staroświecko, ale warto zajrzeć. „Ona i On bez zobowiązań” – chyba coś w sam raz dla niej. „Wrocław na raz” – dosadnie i konkretnie. Od czego powinna zacząć? Nagle jej uwagę przykuło hasło: „Najnowsze posty”. Intuicyjnie kliknęła w odnośnik i zaczęła przeglądać tematy ostatnich wpisów. Znakomita liczba mężczyzn szukała niezobowiązująco i dyskretnie towarzyszek upojnych nocy. Robili to w sposób mniej lub bardziej elegancki.

Zainteresował ją jedyny wpis bez zdjęcia, za to z intrygującym tytułem: „Szczere relacje są naznaczone uległością”. Zaintrygowana, rozwinęła całość. „W uległości nie chodzi o posłuszeństwo, ale o szczerość i wzajemny szacunek. Nie dam Ci tego, czego pragniesz. Dam Ci to, czego potrzebujesz. Tylko kobiety. Mów mi Charlie”. Ostatnie słowo było jednocześnie linkiem do profilu autora posta. Tu również nie było zdjęcia. „Kolor włosów: czarny, w związku: nie, miejsce zamieszkania: Berlin, wiek: 30 lat, języki: polski\angielski\niemiecki/francuski, szuka: kobiet, region: obojętne”. Tylko tyle.

 

Przeczytała opis raz jeszcze i nie wiedzieć czemu poczuła ciepło rozlewające się w podbrzuszu. To było dziwne i zaskakujące, ale też interesujące. Które z tych słów tak na nią zadziałały? I dlaczego? Może dlatego, że Berlin wydawał się bezpiecznie odległy?

Charlie z Berlina, lat 30. Zdawał się mieć mocno wygórowane zdanie na temat własnej osoby, ale jego wpis wyróżniał się na tle pozostałych, w których głównie jakiś umiesniony_przystojniak24 szukał niezlej_laski22. Czego można było oczekiwać po Charliem z Berlina? Kolejnego naśladowcy głównego bohatera książki o iluś tam twarzach kogoś tam, której nigdy do końca nie przeczytała? Swoją drogą czy powinna to przeczytać, zanim do niego napisze? A przede wszystkim: dlaczego, do cholery, akurat ten post wzbudził jej zainteresowanie?

Gośka nie miała wielkiego rozeznania w relacjach tego typu. Kamil, choć nieszczególnie im się układało, zawsze był w łóżku taki sam – delikatny i czuły. Jej wcześniejsze doświadczenia seksualne ograniczały się do bardzo nieudanego pierwszego razu z ówczesnym chłopakiem z liceum oraz kolejnych niewiele bardziej udanych prób w ich wspólnym wykonaniu. Orgazmy przeżywała zazwyczaj w samotności. Lubiła się masturbować, zaspokajało ją to. Od kiedy odkryła, że sama jest w stanie o wiele lepiej ocenić, w jaki sposób doprowadzić się do rozkoszy, seks traktowała raczej jako grę wstępną przed własnoręcznym numerkiem w łazience.

Zbliżenia z Kamilem sprawiały jej jakąś przyjemność, nie dawały jednak spełnienia w sferze czysto cielesnej. To nie był seks, to było uprawianie miłości. Pozbawione pierwotnych instynktów, bez których trudno było o poczucie dzikiej żądzy. Kiedy się kochali, odczuwała wobec niego wiele pozytywnych emocji, żadna jednak nie miała nic wspólnego z pożądaniem. Czuła się tak, jakby kochała się z dobrym kumplem, przyjacielem. Ale nie z kochankiem.

Dopóty, dopóki sama potrafiła doprowadzić się na szczyt, a Kamil niczego nie podejrzewał, nie widziała większego problemu. Szczerze wątpiła, by inne pary nie borykały się z podobnymi trudnościami. Ale czy nie tego właśnie chciała? Zakosztować czegoś nowego, by móc docenić to, co ma? Ostatecznie tajemniczy Charlie zdawał się być wystarczająco daleko – ta odległość dawała poczucie, że ewentualne spotkanie w realu byłoby cholernie trudne do zorganizowania. W dodatku treść posta wskazywała na faceta z klasą, może lekko zarozumiałego, ale z całą pewnością nie chama. Nawet przy nieco wybujałym ego wydawał się interesujący. A w razie wątpliwości zawsze przecież można zerwać znajomość.

W zasadzie Gośka nie miała wiele do stracenia. A ciekawość, która się w niej zatliła, narastała z każdą minutą. Kursor mrugał w otwartym okienku, a ona miała pustkę w głowie. Może powinna poradzić się Moniki? Tak szybko, jak o tym pomyślała, odrzuciła ten pomysł. Pewnie przyjaciółka wymyśliłaby coś tak pokręconego, że w życiu by się na to nie zdobyła. Milcząca zazwyczaj Leokadia też nie wydawała się odpowiednią doradczynią. Nikogo więcej nie miała, była zdana wyłącznie na siebie.

Postawiła na spontaniczność. Bez namysłu wystukała:

Cześć, czego Charlie z Berlina szuka w Polsce? I skąd ta pewność, że wiesz, czego potrzebują kobiety? Pozdrawiam z Wrocławia, G.

Zawahała się z palcem zawieszonym nad przyciskiem „wyślij”. Niczego lepszego nie wymyśli. Nawet jeśli spędzi nad tym kolejne godziny, i tak pewnie wróci do pierwotnej wersji.

Don’t think. Just do it – tak powiedziałaby w tym momencie Monika. Palec jeszcze chwilę drżał, ale zaraz na ekranie pojawił się komunikat o pomyślnie wysłanej wiadomości. O dziwo, nie poczuła nawet szczególnych wyrzutów sumienia. Jakby zmęczenie obojętnością Kamila miało usprawiedliwić jej działania.

Niech się dzieje, co chce, pomyślała i spojrzała na zegarek u dołu ekranu. Dochodziła dziewiętnasta. Kamil pracował dziś do wieczora, bo robił z ojcem inwentaryzację. Rano wspomniał, żeby nie czekała na niego z kolacją, bo pewnie wróci grubo po północy. Gośka planowała wieczór filmowy z dziewczynami, ale Monika prowadziła zajęcia na siłowni, a Leokadia dzielnie walczyła z grypą żołądkową. Postanowiła zatem zrobić sobie kąpiel.

Już po chwili siedziała w wannie, zanurzona aż po szyję w przyjemnie ciepłej wodzie. Piana pachniała kawą i delikatnie łaskotała jej brodę. Lubiła samotne kąpiele. Kamil czasem przygotowywał je dla nich wspólnie, ale rzeczywistość w niczym nie przypominała romantycznych filmowych scen. Zawsze było jej niewygodnie, za ciasno i przede wszystkim za zimno. Temperatura wody optymalna dla niej odbiegała daleko od norm akceptowalnych przez Kamila.

Gdy tak rozkoszowała się otulającym ją ciepłem, popijając chłodne wino musujące, nagle zapragnęła pośpiewać. Niestety, była absolutnym beztalenciem muzycznym, co nie oznaczało, że nie lubiła tego robić. Teraz była ku temu doskonała okazja. To, czego potrzebowała, to dobry podkład muzyczny. Nucąc pod nosem jakąś amerykańską piosenkę, której tekst znała jedynie wyrywkowo, sięgnęła po leżący na stoliku tablet. Sensor nie potrafił odczytać linii papilarnych z jej wilgotnych palców, więc wpisała hasło. Jej oczom ukazała się otwarta przeglądarka i informacja o wysłanej wiadomości. Teraz jednak w prawym rogu migała ikonka z cyfrą jeden.

Czyżby odpisał? Tak szybko? Gośka nerwowo pukała w ekran, który nie chciał reagować na jej mokre opuszki. Po kilku próbach w końcu wyświetlił się na nim komunikat:

Przedstaw się, proszę, pełnym imieniem.

Nie czego, a kogo.

Na drugie pytanie odpowiedź jest prosta: bo sama nią jestem.

Dziś 20, bądź online i poczekaj. Ja napiszę pierwsza. Charlie

Gośka przełknęła ślinę.

„Bo sama nią jestem”? Zatem omyłkowo trafiła na lesbijkę? W pierwszej chwili była po prostu zaskoczona. W kolejnej poczuła coś, co trudno jej było do końca określić. Wiedziała tylko, że było to przyjemne. I zupełnie inne niż wszystko, co znała.

Nigdy nie pociągały jej kobiety. A może tylko nigdy nie dopuszczała do siebie tej myśli?

Miała wrażenie, że Charlie w wydaniu damskim jeszcze bardziej ją intryguje. Nie mogła sobie wyobrazić realnego zbliżenia z kobietą, ale niewinny flirt w sieci zdawał się być doznaniem ekscytującym, a z całą pewnością ciekawym. A świadomość, że w tym wypadku bez wątpienia do niczego poważnego nie dojdzie, dodawała jej odwagi i pewności siebie.

Zegarek wskazywał dziewiętnastą czterdzieści pięć. Wypiła duszkiem resztkę wina z kieliszka, napełniła go na nowo i odpaliła papierosa. Do tableta podłączyła przenośną klawiaturę, całość ustawiła na specjalnej nawannowej podstawce i uśmiechnęła się pod nosem. No, Charlie, zobaczymy, czy w bezpośrednim starciu też jesteś taka mocna w gębie.

Pięć po ósmej Gośka nerwowo wpatrywała się w ekran, obserwując zielone serduszko przy ikonce w oknie chatu. Wskazywało na to, że dany użytkownik jest online.

Charlie była online. Ale nic nie pisała.

Powiedziała, że napisze pierwsza. Ale umówiły się na konkretną godzinę. Ile ma zatem czekać?

Przeszła do przeglądarki i zaczęła szukać informacji o tym, jak flirtują między sobą kobiety. Jakie słowa klucze są do tego potrzebne?

Kursor migał w pustym polu, a ona nie wiedziała, co jest bardziej żałosne – to, że nie wie, co wpisać, czy że w ogóle szuka takich informacji. Zupełnie jakby była naiwną nastolatką przed pierwszą randką. Zrezygnowana, zamknęła okno przeglądarki i wróciła do chata.

Charlie, 20:06

Dobry wieczór. Miałaś przedstawić się pełnym imieniem.

A więc jednak napisała!

Gośka podniosła się nieco wyżej, opierając stopy o drugi brzeg wanny, by złapać równowagę.

Bez większego zastanowienia odpisała:

G27, 20:07

Cześć. Wcześniej pisałaś, że odezwiesz się pierwsza. Musisz się zdecydować.

Charlie, 20:07

Zatem?

G27, 20:07

Zatem co, Charlie?

Charlie, 20:08

Ja nigdy nie pytam dwa razy.

To będzie chyba trudna rozmowa. I raczej nie znalazłaby na nią recepty w sieci.

G27, 20:12

Na imię mi Gośka, uparta jesteś.

Charlie, 20:13

Już to słyszałam. W czym mogę Ci pomóc, Małgorzato?

G27, 20:14

Pomóc? Jak to pomóc?

Charlie, 20:14

Ty napisałaś do mnie pierwsza. Zatem słucham tudzież czytam.