Cuda, które zmieniły światTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

NOGA

Z dziejów niewyjaśnionych przypadków medycznych

Filip IV Habsburg grzeszył na wiele sposobów i nie było to dla jego podwładnych żadną tajemnicą. Nie grzeszył natomiast urodą. A mimo to bardzo lubił się portretować. Mistrzowi Diego Velazquezowi pozował do przynajmniej jedenastu portretów. Diego przedstawiał swego władcę jadącego konno albo stojącego dumnie w purpurowych, królewskich szatach; młodego, z zakręconymi rudawymi pejsami i jeszcze bez charakterystycznych sumiastych wąsów, oraz starszego (już z wąsami), z włosami sięgającymi podbródka; z myśliwską strzelbą w dłoni i z czuwającym przy królewskiej nodze chartem, a także w ujęciu alegorycznym.

Velazquez malował też z dużym upodobaniem członków rodziny Filipa IV. Jeden z tych rodzinnych portretów, słynny Las Meninas, stał się nie tylko wizytówką mistrza, ale również jednym z najgłośniejszych płócien w dziejach malarstwa.

Ciekawe, że mistrz Diego nie namalował nigdy swego monarchy w chwili, gdy ten miał przed sobą najbardziej chyba zagadkową nogę, jaka stąpała po hiszpańskiej ziemi, jeśli nie po ziemi w ogóle. W dodatku wtedy, kiedy ten z namaszczeniem ją całował, klęcząc. Nogę, która stała się główną bohaterką milagro de los milagros, jak mawiają Hiszpanie, czyli cudu nad cudami.

Cmentarz w Saragossie

W XVII wieku w Saragossie ukazywała się lokalna gazeta, której tytuł brzmiał „Aviso Historico”1. W numerze z 4 czerwca 1640 roku zamieszczono w niej artykuł, który z miejsca przykuł uwagę całego miasta, a wieść o nim lotem błyskawicy obiegła także jego okolice. Tekst opowiadał o tajemniczym zdarzeniu, do jakiego doszło na miejscowym cmentarzu tuż przed Wielkanocą, która w tymże roku przypadała 1 kwietnia.

W tym miejscu muszę wyjaśnić, że był to czas, kiedy części ludzkiego ciała traktowano z takim samym szacunkiem jak jego całość i gdy dochodziło do utraty na przykład kończyny, była ona z szacunkiem grzebana na cmentarzu. Takiego swoistego pogrzebu części prawej nogi, a dokładniej rzecz ujmując niemal całego podudzia i stopy, dokonał w październiku 1637 roku praktykant medyczny Juan Lorenz Garcia. Wcześniej młodzieniec ten uczestniczył w zabiegu amputacji tej ogarniętej już gangreną i sczerniałej części kończyny, której dokonali w saragoskim Powszechnym i Królewskim Szpitalu Naszej Matki Łaskawej trzej cenieni medycy: prof. Juan de Estanga, chirurg Diego Millaruel i Miguel Beltran. Operowanym nieszczęśnikiem był syn rolników z Calandy, liczący sobie ledwie dwadzieścia lat Miguel Pellicer. Nazywam Miguela nieszczęśnikiem nie tylko z tego powodu, że w tak młodym wieku stracił nogę, ale także warunków, w jakich przeprowadzono zabieg. Jako znieczulenie Pellicer dostał tylko alkohol, bo ówczesna medycyna nie znała innych środków zaradczych. Krzyczał więc z bólu, wciąż wzywając imienia Maryi. Amputacji dokonano przy użyciu skalpela i piły, a do kauteryzacji kikuta użyto rozpalonego żelaza. Jak podają siedemnastowieczne źródła, nogę odcięto na wysokości „czterech palców pod kolanem”.

Nawiasem mówiąc, Pellicer trafił do szpitala w Saragossie ze szpitala w Walencji. W Castellón pod Walencją mieszkał jego wuj Jaime Blasco, u którego chłopak od pewnego czasu pracował. W lipcu 1637 roku młodzieniec prowadził dwukołowy wóz pełen ziarna ciągnięty przez dwa muły. Na jednych z tych mułów siedział i zmęczony pracą prawdopodobnie zasnął. W pewnym momencie ześlizgnął się z grzbietu zwierzęcia, spadając wprost pod koła wozu. Jedno z kół przejechało przez jego nogę, zamieniając w miazgę kość piszczelową.

Ponieważ obrażenia były poważne, Miguela odwieziono do szpitala do Walencji. Co ciekawe, do dziś zachowała się w archiwach informacja o jego przyjęciu, a miało to miejsce 3 sierpnia 1637 roku, w poniedziałek. Stan nogi nie poprawiał się jednak i dlatego pacjent zadecydował, że należy zwrócić się o pomoc do uznanych lekarzy z Saragossy. Trwającą pięćdziesiąt dni podróż (ok. 300 km) odbył w ogromnym bólu i dodatkowo wycieńczających jego organizm upałach. Mimo że dotarł do celu w bardzo złym stanie, kazał się zawieźć do słynnego sanktuarium maryjnego del Pilar, gdzie przystąpił do spowiedzi i przyjął Komunię Świętą. Potem – jak to już zostało powiedziane – udał się do szpitala, gdzie zajęta gangreną noga została amputowana i pogrzebana na miejscowym cmentarzu.

W marcu 1638 roku lekarze orzekli, że pacjent może opuścić szpital. Wyposażyli go w drewnianą protezę i kule. Młody inwalida nie nadawał się już do pracy fizycznej, więc dostał oficjalnie pozwolenie na zbieranie datków, czyli bycie zawodowym żebrakiem. Spędzał więc większość czasu przed bazyliką del Pilar w Saragossie i żebrał. Jak donoszą siedemnastowieczne źródła, był lubiany i otaczany opieką przez mieszkańców miasta. Każdego ranka uczestniczył we Mszy Świętej przed osławioną cudowną figurą Matki Bożej stojącą na kolumnie El Pilar i codziennie prosił osoby obsługujące świątynię o przyniesienie mu odrobiny oliwy z lamp, które paliły się wokół niej. Gdy ją otrzymywał, nacierał nią ranę po amputacji, bo ta wciąż nie chciała się zagoić, a dodatkowo rozdrażniała ją uciskająca kikut proteza.

W marcu 1640 roku młody Pellicer postanowił opuścić Saragossę i wrócić do rodziców, do oddalonej od miasta o około 120 kilometrów wsi Calanda. Wkrótce po jego wyjeździe z saragoskiego cmentarza zniknęła amputowana część jego nogi. Został po niej tylko pusty dołek. Oczywiście, jakiś bezecnik mógł ją wykopać i zabrać do jakichś bezbożnych celów, ale „problem” polegał na tym, że wykopana, odcięta i będąca zapewne już w stanie zaawansowanego rozkładu kończyna odnalazła się jako żywa i sprawnie funkcjonująca. Mało tego, wróciła do właściciela!

Zawód żebrak

Po powrocie do Calandy Miguel nie mógł już pomagać rodzicom w pracach polowych. Kiedy wspominałam o tym, że w Saragossie stał się on zawodowym żebrakiem, nie użyłam tego określenia w sensie ironicznym. W tamtych bowiem czasach żebractwo nie było czymś upokarzającym, a normalną pracą zarobkową tych, którzy mieli na nie pozwolenie, czyli na przykład osób dotkniętych kalectwem.

Pellicer po powrocie do rodzinnego domu objeżdżał na osiołku okoliczne wioski, często odsłaniając swój kikut na dowód, że rzeczywiście nie może zarobkować w inny sposób, i zbierał datki na swoje utrzymanie. Ludzie dawali je bez podejrzeń i oporu. Datki dla zawodowych żebraków były swoistym obowiązkiem moralnym, uczynkiem miłosierdzia. Wobec żebraków żywiono wręcz wdzięczność za to, że dzięki nim można owych uczynków miłosierdzia dokonywać.

W Wielki Czwartek 1640 roku Miguel nie opuścił Calandy w celu zbierania jałmużny, lecz został w domu, by pomóc ojcu w bieżących pilnych pracach, które był w stanie wykonać. Tego samego dnia do jego wioski dotarł oddział kawalerzystów, a rodzice otrzymali urzędowy nakaz przyjęcia na nocleg jednego z nich. Młodzieniec odstąpił kawalerzyście swoje łóżko, a sam zamierzał przespać się w izbie rodziców na materacu. A ponieważ umundurowanemu gościowi dostała się również pościel, Miguel zmuszony był okryć się tej nocy płaszczem ojca. Płaszcz był tak krótki, że nie mógł okryć nim nawet swej jednej stopy, ale i tak zmęczony zasnął kamiennym snem.

Sen o oliwie

Miguelowi przyśniło się, że naciera kikut oliwą z lampy palącej się w kaplicy Matki Bożej del Pilar. Początkowo robił to tak jak zawsze, siedząc przed bazyliką w Saragossie. Ale nagle coś mu zaczęło przeszkadzać. Dobiegał do niego czyjś głos, ktoś wołał go po imieniu, ktoś nim wstrząsał. Po chwili zorientował się, że był to głos jego matki. Nie dobiegał on jednak we śnie, ale na jawie. „Miguel! Obudź się! Miguel! Zobacz, co się stało!”.

Kiedy młodzieniec otworzył oczy, w świetle świecy zobaczył nad sobą zdumione i rozpromienione twarze rodziców. „Miguel, noga ci odrosła!” – wołali jeden przez drugiego. Nie był już przykryty płaszczem ojca, musieli go z niego ściągnąć. Usiadł, nie bardzo jeszcze przytomny, i spojrzał na swoje nogi. Były dwie i obie były kompletne, całe. Nim zdążył cokolwiek powiedzieć, matka zaczęła opowiadać mu, że weszła do izby, by położyć się spać, i poczuła przepiękną, tajemniczą woń. Zaciekawiona, co tak pachnie, zapaliła świecę. Rozglądając się po izbie, nieoczekiwanie dostrzegła, że spod zbyt krótkiego płaszcza męża, pod którym śpi jej kaleki syn, wystają dwie stopy. Wstrząśnięta tym widokiem, zawołała męża. To on zerwał z syna płaszcz.

Cała trójka nie miała cienia wątpliwości, że zdarzył się cud, wielki cud. Choć w pierwszej chwili wszyscy podejrzewali, że amputowana noga po prostu odrosła, wkrótce dopatrzyli się, że prawa łydka i stopa wcale nie są – że tak powiem – nowe. Widniały na nich znaki szczególne, które młodzieniec doskonale znał: ślad po tym, jak w dzieciństwie ugryzł go pies, rana po zadrapaniu przez kolczasty krzak, niezbyt ładne miejsce po wycięciu czyraka i oczywiście wyraźna blizna po złamaniu przez koło wozu kości piszczelowej. Zatem noga nie mogła odrosnąć. Po prostu w jakiś niepojęty sposób amputowana jej część wróciła na swoje miejsce. Przeniosła się do Calandy z cmentarza położonego w odległej Saragossie.

„A wiecie, co mi się śniło, kiedy mnie budziliście?” – zapytał oszołomiony młody Pellicer.

 

Cudowny niebiański zapach

Czy muszę pisać, że wieść o nadzwyczajnym cudzie w domu Pellicerów rozniosła się po Calandze i okolicy lotem błyskawicy? Wydaje się to oczywiste. Do domu Miguela – a był już Wielki Piątek – zbiegli się sąsiedzi i sąsiedzi sąsiadów. W izbie, w której dokonał się cud, wciąż unosił się ów tajemniczy, piękny zapach, który dodatkowo potwierdzał, że miała tam miejsce prawdziwie boska interwencja. Nawiasem mówiąc, odczuwalny był on jeszcze przez kilka następnych dni, w tym także w Wielką Sobotę, kiedy to rodzinę Pellicerów odwiedził miejscowy proboszcz ks. Herrero w towarzystwie burmistrza, ważnych członków lokalnych władz i dwoma lekarzami, rzec by można, cała komisja mająca za zadanie zbadać, co rzeczywiście zaszło.

Lekarze długo oglądali cudownie przywróconą nogę, naradzali się z urzędnikami, aż w końcu zadecydowali, że sędzia pierwszej instancji Martin Corellano, do którego należało stanie na straży porządku w Calandze, sporządzi oficjalny raport o tym bezprecedensowym zdarzeniu. I tak oto w niespełna trzy doby po cudzie rzeczywiście sporządzono pierwszy rzetelny dokument jego dotyczący, w którym zapisano, że Miguel Pellicer został cudownie uzdrowiony z kalectwa.

Cała okolica, wraz z uzdrowionym szczęśliwcem, zgromadziła się wkrótce w kościele, by dziękować Bogu za to, co się stało.

W tym miejscu podkreślić muszę jednak jedną sprawę: przywrócona cudownie noga Miguela Juana Pellicera nie od razu była w pełni sprawna i zdrowa. Tak jak współcześnie reimplantowane czy przeszczepiane kończyny, potrzebowała ona czasu, aby – mówiąc najoględniej – dojść do formy.

Szok chirurga

Miesiąc po uzdrowieniu Miguel wyruszył wraz z rodzicami na pielgrzymkę dziękczynną do Saragossy. Jak już pisałam wcześniej, kiedy był saragoskim żebrakiem przesiadującym zwykle u drzwi bazyliki del Pilar, poznał wielu mieszkańców miasta i z wieloma łączyła go nić sympatii. Gdy więc 25 kwietnia 1640 roku wszyscy ci, którzy znali go osobiście lub tylko z widzenia, ujrzeli, jak na dwóch nogach zmierza ku osławionej świątyni, nie mogli posiąść się ze zdumienia.

O uzdrowieniu byłego żebraka szybko doniesiono też lekarzom z saragoskiego szpitala. Najbardziej wstrząśnięty widokiem Miguela był prof. Estanga, który przecież osobiście amputował nogę młodzieńcowi i zlecił jej zakopanie na cmentarzu. Naturalnie jego koledzy po fachu i cały personel szpitala również byli zszokowani owym nieprawdopodobnym zjawiskiem medycznym.

Proces

Już wiosną 1640 roku zapadła decyzja o wszczęciu procesu, którego zadaniem było wykazanie, czy nadzwyczajne ozdrowienie Miguela Juana Pellicera było faktycznie boską interwencją, czy może sprytnie ukartowanym oszustwem. Postępowanie przygotowano i prowadzono z pełnym prawniczym profesjonalizmem, co potwierdzają współcześni historycy badający zachowane akta procesowe. Kolegium sędziowskie liczyło dziesięciu członków. Rozprawie przysłuchiwało się dwudziestu czterech świadków starannie wybranych spośród mieszkańców Saragossy. W przesłuchaniach uczestniczył aktywnie abp Pedro Apaolaza Ramirez, a także grupa teologów i grono prawników.

Świadków podzielono na pięć grup: lekarzy i pielęgniarzy, krewnych i sąsiadów, władze lokalne, duchownych i pozostałe osoby. Każdy zeznawał w obecności Juana Miguela. Kiedy sędziowie porównywali ich zeznania, nie doszukali się w nich żadnych sprzeczności. Wszyscy zeznający bowiem byli zdumiewająco (ale nie zastanawiająco) jednomyślni. Po jedenastu miesiącach procesu, 27 kwietnia 1641 roku arcybiskup Saragossy wydał dekret, w którym stwierdził, że przywrócenie amputowanej części prawej kończyny dolnej młodego Pellicera było wynikiem Bożej interwencji.

Dynamika Boskiej reimplantacji

Już w 1641 roku ukazała się pierwsza publikacja dotycząca „cudu nad cudami” napisana przez Jeronimo de San Jose, karmelitę bosego. Praca ta, posiadająca imprimatur i dedykowana władcy Hiszpanii, była spisanym w języku kastylijskim streszczeniem akt procesowych. W 1642 roku Peter Neurath, niemiecki lekarz, wydał broszurę przedstawiającą historię tego cudu z punktu widzenia ówczesnej medycyny. Natomiast w 2008 roku na półkach polskich księgarń ukazał się przekład książki (skądinąd znakomitej) autorstwa znanego włoskiego publicysty Vittoria Messori poświęconej cudowi w Calandze. Tytuł oryginału brzmi Il Miracolo; w polskiej edycji – Znak dla niewierzących. Za zgodą wydawcy postanowiłam zamieścić poniżej fragment tej publikacji, w którym na temat cudu przywrócenia nogi Miguela wypowiada się uznany włoski traumatolog:

„Wśród czytelników Il Miracolo jest ktoś, kogo nie znałem i kto sam chciał się ze mną spotkać, okazując się od razu kimś zupełnie wyjątkowym. Mam na myśli profesora Landina Cugolę, traumatologa i docenta mikrochirurgii na wydziale medycznym uniwersytetu w Weronie. W poliklinice tej uczelni Cugola jest ordynatorem oddziału chirurgii ręki, ale jego kompetencje – i jego zabiegi – rozciągają się na traumatologię wszystkich kończyn, zarówno górnych, jak i dolnych. Jest znanym i cenionym specjalistą w dziedzinie nowych technik reimplantacji członków. Nas, laików w tej dziedzinie, wprawiają one w zdumienie ze względu na osiągane dzięki nim rezultaty, nie do pomyślenia jeszcze zaledwie parę lat temu.

Po przeczytaniu recenzji książki w jednej z gazet profesor kupił ją sobie, «pochłaniając ją jednym tchem» (jak mi później powiedział) między innymi z racji swych zawodowych zainteresowań. Lektura wywarła na nim tak wielkie wrażenie, że skontaktował się ze mną, prosząc o spotkanie. Najpierw jednak poprosił mnie o przesłanie odbitek kserograficznych pełnych akt procesu w Saragossie, zawierających przesłuchania wszystkich 24 świadków. Kiedy przestudiował ten zbiór dokumentów, spotkaliśmy się w jego gabinecie ordynatora werońskiej polikliniki. Już na samym początku Cugola zastrzegł, że jest katolikiem dość «socjologicznym», to znaczy ze względu na tradycję rodzinną, jak to często bywa w regionie Veneto. A zatem nie ma żadnych szczególnych zainteresowań religijnych ani wyjątkowej żarliwości. Wręcz przeciwnie – jego formacja naukowa i zawód chirurga wykonywany na najwyższym poziomie skłaniają go raczej ku perspektywie laickiej. A jednak, gdy tylko się zobaczyliśmy, powiedział mi: «Pan poddał się wobec prawdziwości wydarzenia z Calandy na drodze poszukiwań historycznych. Myślę, że ja również muszę się poddać, choć na drodze lekarza i wykładowcy, który każdego dnia zajmuje się rekonstrukcją i przeszczepami kończyn».

Wyjaśnił mi, że po zbadaniu dokumentów procesowych i po przestudiowaniu świadectw złożonych pod przysięgą przed dziewięcioma sędziami z Saragossy między czerwcem 1640 a kwietniem 1641 roku konkluzja współczesnego specjalisty może być tylko jedna. Mianowicie taka: «To, co ci mężczyźni i kobiety zobaczyli i opisali, nie jest niczym innym jak zgodną ze wszystkimi zasadami reimplantacją prawej kończyny dolnej. W tym, co zeznali – i co zostało zebrane i poświadczone przez notariuszy – jest dokładnie to, co stwierdzamy my, specjaliści. Ale stwierdzamy to dzisiaj, ponad trzy i pół wieku później. Jest absolutnie nie do pomyślenia, aby ci Aragończycy z XVII wieku mogli wymyślić sobie (i to z taką precyzją!) sytuację kliniczną i ewolucję pooperacyjną, która dla nich była całkowicie niewyobrażalna. Jedynym obiektywnie możliwym wyjaśnieniem jest to, że opisują coś, co naprawdę widzieli. Ale właśnie to wyjaśnienie, choć racjonalne, otwiera bramę dla tajemnicy!».

Spróbujmy prześledzić rozumowanie profesora Cugoli. Jednym z problemów, z jakim musieli sobie poradzić sędziowie z Saragossy, był fakt, że noga, która Pellicerowi «pojawiła się na nowo», miała marny wygląd i potrzeba było czasu, aby odzyskała pełną aktywność i również pod względem rozmiarów upodobniła się do drugiej. Nie dokonało się tutaj bowiem stworzenie ex novo, ale – zgodnie z opinią teologów, którzy badali ten przypadek – został dany poruszający «znak zmartwychwstania» lub raczej «odnowionego życia».

Zatem tego szczególnego wieczoru 29 marca 1640 roku temu wiejskiemu młodzieńcowi nie «odrosła» nowa noga, ale została mu «przywrócona» ta amputowana prawie dwa i pół roku wcześniej na wysokości czterech palców poniżej kolana i pogrzebana w odległości ponad stu kilometrów na cmentarzu szpitala w Saragossie. Wszyscy świadkowie są zgodni, że na tej nodze widoczny był szereg znaków szczególnych, które pozwalały na takie utożsamienie.

Jednak właśnie to najbardziej zbulwersowało sędziów, którzy mieli się wypowiedzieć na temat tego faktu i ocenić jego nadprzyrodzony charakter. Przypomnijmy słowa arcybiskupa Apaolazy w wyroku, jakim zakończył się proces: «Rzeczony Miguel i większość świadków zeznali w odniesieniu do art. 26, a mianowicie, że rzeczony Miguel nie był w stanie natychmiast postawić mocno swojej stopy. Miał bowiem nerwy i palce stopy skurczone i niemal niewładne, nie czuł normalnego ciepła w nodze, która była trupiego koloru i nie miała ani długości, ani grubości drugiej nogi. Wszystko to zdaje się przeczyć istocie cudu, zarówno dlatego, że dokonało się nie w jednym momencie, jak i dlatego, że nie wydaje się, aby tak niedoskonała rzeczywistość mogła pochodzić od Boga, który nie zna rzeczy niedoskonałych (...)».

Arcybiskup odpiera ten zarzut, przypominając, że Bóg chrześcijański interweniuje bezpośrednio tylko tam, gdzie natura sama nie może nic zdziałać – w tym przypadku przywrócić komuś nogę, którą mu amputowano. To uczyniwszy, Stwórca pozwala, aby w zwyczajny sposób działały prawa i siły, które On sam stworzył.

Ale właśnie dzięki tej «stopniowej» dynamice cudu Cugola mógł poczynić swoje uwagi z punktu widzenia traumatologa, profesora uniwersyteckiego w dziedzinie mikrochirurgii, specjalisty od reimplantacji kończyn.

Przede wszystkim zauważa, że przyjąwszy tę «ekonomię Bożą», tę wolę Boga, by nie «zrobić za dużo», «logiczne było, aby przywróconą nogą była właśnie ta amputowana młodzieńcowi, a nie inna, nowa». Tylko w ten sposób bowiem nie było konieczne dodanie jednego cudu do drugiego, to znaczy pokonanie siły odrzutu przeszczepu. Zjawisko odrzutu jest dobrze znane lekarzom specjalizującym się w przeszczepach. Nie przypadkiem wielu z nich (wśród nich Cugola) odmawia przeprowadzania takich operacji jak ta niedawna w Lyonie, gdzie pewnemu Australijczykowi przeszczepiono dłoń i przedramię zmarłego. Skutek jest taki, że pacjent jest zmuszony stale przyjmować coraz większe dawki silnych środków, tak zwanych immunosupresorów, aby zapobiec odrzuceniu obcej kończyny przez organizm. Zatem są chirurdzy, którzy godzą się wszczepiać organy takie jak serce lub nerki, bez których alternatywą byłaby śmierć, ale nie godzą się na przeszczep ręki lub nogi, bez których można prowadzić życie – wprawdzie ułomne, ale być może w mniejszym stopniu, niż gdyby trzeba było przyjmować te lekarstwa przeciw odrzutowi.

Krótko mówiąc, nasz profesor daje do zrozumienia, że w Calandze do cudu «pojawienia się na nowo» nogi Bóg nie chciał dołączyć jeszcze jednego, jakim byłaby jej normalizacja (pokonując w cudowny sposób reakcję organizmu), która również byłaby wbrew siłom natury.

Przejdźmy jednak do opisanego przez świadków obrazu klinicznego, w którym współczesny specjalista widzi elementy charakterystyczne dla reimplantacji całkowicie zgodnej z zasadami.

Zeznający przed trybunałem w Saragossie mówili o swoim zdumieniu wyglądem palców prawej nogi, które zaraz po wydarzeniu były corbadas hacia abajo – zgięte ku dołowi, podczas gdy «nerwy» («współczesny specjalista wie, że chodzi nie o nerwy, lecz o ścięgna» – uściśla Cugola) sprawiały wrażenie encogidos – skurczonych. «Właśnie tak powinno być – komentuje. – Zginacze bowiem, czyli mięśnie, które kończą się na podeszwie stopy, są dominujące, to znaczy mają większą zdolność rozciągania i większą siłę niż mięśnie prostowniki, czyli mięśnie grzbietowe, umieszczone w górnej części stopy. Dziś rzeczywiście po reimplantacji zauważamy, że przez pewien czas palce kończyny dolnej są zgięte ku dołowi, a ścięgna są skurczone, gdyż są napięte».

O świcie dnia po cudzie cały lud Calandy odprowadził Miguela Juana w procesji do kościoła parafialnego, gdzie odprawiono mszę i odśpiewano dziękczynne Te Deum. Również tutaj świadkowie są jednomyślni: młodzieniec zostawił w domu używaną do tej pory drewnianą nogę, ale opierał się nadal na swojej kuli, ponieważ – jak mówią owi świadkowie – «nie mógł postawić na ziemi prawej stopy». Ale już po wyjściu z kościoła, po długiej liturgii i wraz z upływem kolejnych godzin, sytuacja wyglądała coraz lepiej, tak iż muleta (kula) przestała być potrzebna. «Również to jest zupełnie normalne dla nas, specjalistów – zauważa Cugola. – Jest to krążenie, jest to życie, które aby wrócić do wcześniej amputowanej i potem reimplantowanej kończyny, potrzebuje odpowiedniego czasu».

 

W gronie wezwanych świadków był także Miguel Escobedo, burmistrz Calandy, który jako jedyny wspomina o ciekawym szczególe. Oto dosłowny cytat z jego zeznania zaczerpnięty z akt procesu: «Zeznający (Escobedo), po tym jak był w kościele i później, słyszał od Miguela Juana, że czuje ciepło w rzeczonej prawej nodze, tak iż zeznający dotknął mu jej i połaskotał go w podeszwę stopy, i powiedział, że Miguel Juan czuł to. I widział, że poruszył stopą i palcami».

«I to zeznający powiedział pod przysięgą». Współczesny lekarz, który wykonuje zawód Cugoli, nie potrzebuje przysięgi, gdyż dobrze wie, że również to odpowiada normalnemu obrazowi klinicznemu, jaki można zaobserwować po reimplantacji.

W granicach normalności mieści się także wygląd i ewolucja kliniczna nogi, tak jak je opisują jednogłośnie inni świadkowie. «Odzyskana» kończyna Miguela Juana miała wygląd mortecino – była sina jak śmierć, a w niektórych częściach miała kolor morado – fioletowy. Niektórzy świadkowie mówią o marbrures, co można oddać przez «ciemne plamy».

«To niewiarygodnie dokładne i precyzyjne! – komentuje profesor Cugola. – Z naszej praktyki wiemy, że po reimplantacji pojawia się różnica wyglądu między kończynami dolnymi i górnymi, między nogami i rękami. Te ostatnie mają kolor różowawy, mniej więcej naturalny, natomiast nogi mają barwę bladą, trupią, z fioletowawymi plamami, zwłaszcza kiedy ‘połączenie’ nastąpiło późno, jeśli minęło wiele godzin od wypadku. A w tym przypadku minęło prawie dwa i pół roku od amputacji!».

Wielu świadków mówi, że noga była gangrenada – jak w gangrenie. Nasz specjalista nie jest przekonany tego rodzaju diagnozą: «Między złamaniem canilla, kości piszczelowej, w Castellón de la Piana a amputacją nogi w szpitalu w Saragossie minęły jedne z dwóch najbardziej gorących miesięcy w roku, sierpień i wrzesień, a na dodatek miała miejsce nieludzka podróż z Walencji do stolicy Aragonii. Gdyby rzeczywiście nastąpiła gangrena, to pacjent umarłby na posocznicę na długo przed operacją. Myślę natomiast, że w rejonie złamania, które niemal z pewnością było zewnętrzne (to znaczy złamana kość wystawała na zewnątrz), doszło do zapalenia szpiku kostnego. Skutkiem tego nastąpiło zatrzymanie krążenia krwi i musiał się rozpocząć proces mumifikacji. To mogłoby zresztą wyjaśnić, w jaki sposób kawałek nogi zachował się przez ponad dwa lata pogrzebany w ziemi. Być może również w ten sposób realizował się Boży plan, by nie ‘konstruować’ nowej nogi z powodu rozkładu starej, lecz by ‘odzyskać’ tę z cmentarza szpitalnego. Musiały się w niej zachować nie tylko kości, ale także ciało, choć o zmniejszonej wielkości wskutek mumifikacji».

W czasie procesu jednym z najważniejszych świadków był Miguel Barrachina, sąsiad, który razem z żoną Ursulą był u Pellicerów w nocy 29 marca na zwyczajowej wiejskiej wieczerzy. Mieszkając w przyległym domu, będzie on pierwszym obcym, który przybiegnie, kiedy jego przyjaciele odkryją, co się przydarzyło ich synowi.

W świadectwie Barrachiny jest zwyczajny opis wyglądu stopy i koloru nogi (mortecino, algo morado), który – jak widzieliśmy – został uznany przez współczesnego specjalistę za znak prawdziwości reimplantacji. Ale jest także dodatkowe uściślenie. Przytoczmy jeszcze z akt przesłuchania: «Zeznający (Barrachina) mówi, że dotknął prawej nogi i poczuł, że jest znacznie bardziej twarda od drugiej i bardzo zimna, i że trzeciego dnia po tym, jak się zdarzył przypadek, usłyszał od rzeczonego Miguela Juana, że czuje, jak całe ciepło naturalne wraca do prawej nogi. I widział, że mógł i może obracać stopą i palcami».

Jak zauważa weroński profesor, odczucie opisane przez świadka Barrachinę (sztywność i zimność nogi) potwierdza, że amputowana i później pogrzebana noga musiała przejść proces mumifikacji. I potwierdza oświadczenia innych zeznających, według których młodzieniec zaraz po wydarzeniu «miał nogę jakby martwą». Mówi Cugola: «Naczynia krwionośne reimplantowanych kończyn są na wpół sparaliżowane, krążenie krwi jest zmniejszone i część ‘doczepiona’ wydaje się zimniejsza i sztywniejsza. W tym przypadku wyjątkowa jest jedynie szybkość, z jaką noga odzyskała swoją pełną funkcjonalność. Co się tyczy koloru i konsystencji kończyny, to świadkowie mówią o trzech dniach. Czy w perspektywie wiary – mógłby się zapytać wierzący – ten okres trzech dni nie mógłby być znakiem życia, które wraca, zważywszy na to, że Jezus zmartwychwstał właśnie trzeciego dnia?».

Wśród tych, którzy stawili się na procesie i złożyli przysięgę przed każdą odpowiedzią i po niej, byli także dwaj chirurdzy z Calandy: młody Jusepe Nebot i będący już na emeryturze 71-letni Juan de Rivera. Świadectwo tego ostatniego jest typowe dla zawodowego lekarza, który dodaje pewien szczegół pominięty przez innych: el tobillo enchado – opuchnięta kostka – co stwierdził, obmacując odzyskaną nogę następnego ranka po wydarzeniu. Zauważa Cugola: «Również tutaj wszystko jest dokładnie zgodne z naszym doświadczeniem: zwolnienie krążenia połączone z trudnością żylnego powrotu krwi powoduje zastój krwi, a to wywołuje spuchnięcie kostki».

Ale jest jeszcze jeden aspekt tej niezwykłej sprawy. Wszyscy świadkowie twierdzą, że Miguel Juan kulał jeszcze przez jakiś czas po tym, jak mógł już postawić stopę na ziemi. Faktem jest, że jego odzyskana noga była krótsza od drugiej (mówią jednogłośnie) «o trzy palce». Niektórzy z historyków badających cud wysunęli hipotezę, że mimo iż młodzieniec miał już dwadzieścia lat w momencie amputacji, to nie skończył jeszcze całego swojego rozwoju cielesnego. Kiedy dwa i pół roku później odzyskał nogę, miała się ona okazać krótsza w porównaniu z drugą, która kontynuowała swój naturalny rozwój. Ja sam w książce oceniłem tę hipotezę jako wiarygodną.

Inna jest natomiast opinia naszego profesora: «Odpowiednik trzech palców oznacza ilość tkanki kostnej, jaka musiała ulec straceniu z powodu złamania, plus to, co musiało być usunięte przez chirurga, który po stwierdzeniu zapalenia szpiku kostnego szukał tkanki nieuszkodzonej». W każdym razie wszyscy świadkowie mówią, że w ciągu kilku miesięcy prawa noga odzyskała długość lewej. «Wzrost naturalny – odpowiada Cugola. – My sami dziś po reimplantacji wspomagamy to wydłużenie kości za pomocą narzędzia, które nazywamy ‘stabilizatorem zewnętrznym’ i które zachowuje kończynę w napięciu».

Była jeszcze inna część nogi Miguela Juana, która okazała się mniejsza od drugiej i która z czasem nabrała tych samych rozmiarów: pantorrilla – łydka. Komentuje chirurg: «Łydka skurczyła się, ponieważ mięsień uległ mumifikacji. Po powrocie krążenia krwi, ruchu, życia nerwy odzyskały normalne rozmiary».

Krótko mówiąc, po przeczytaniu fachowym okiem dziesiątek stron przesłuchania świadków w procesie, który zakończył się wyrokiem arcybiskupa («(...) było dziełem Boga za wstawiennictwem Dziewicy z Pilar (...)»), wykładowca uniwersytetu w Weronie nie ma wątpliwości: «Nie mogę zrobić nic innego, jak powtórzyć moje przekonanie – i to nie jako wierzący, lecz jako lekarz, który opiera się na swoim doświadczeniu klinicznym. To, co widzieli i opisali ci Aragończycy z XVII wieku, jest po prostu reimplantacją prawej kończyny dolnej. Wszystko odpowiada temu, co stwierdzamy my dzisiaj. Nie zapominajmy, że w czasach cudu z Calandy ludzie nie mieli bladego pojęcia o tym, czym może być tego rodzaju operacja chirurgiczna. Pierwsze próby – zresztą nieudane – były podejmowane w latach sześćdziesiątych XX wieku. Dlatego (niezależnie od wielu innych racji, które zostały w książce przedłożone) wydaje mi się oczywista niemożliwość podejrzenia, że ci świadkowie mogli wymyślić sytuację dla nich całkowicie nieznaną. Co więcej, zupełnie nie do wyobrażenia»”2.