Martwa ręka czyli upadek Hrabiego Monte ChristoTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Martwa ręka czyli upadek Hrabiego Monte Christo
Martwa ręka, czyli upadek hrabiego Monte Christo
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 54,85  43,88 
Martwa ręka, czyli upadek hrabiego Monte Christo
Martwa ręka, czyli upadek hrabiego Monte Christo
Audiobook
Czyta Tomasz Bielawiec
29,95  22,46 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


1. Wywyższenie i upadek

Bywa, że nieszczęście nas dotknie, a los prześladuje. Mimo to jednak nie brakuje ludzi, którzy z uśmiechem, z duszą rozradowaną, przychodzą do nas, byśmy nadal brali udział w ich uciechach, dopóki niedola nie zniszczy zupełnie uroku naszego poprzedniego szczęścia.

Jedynie ten urok ściąga do nas ów świetny orszak, zwany pięknym światem, który nie opuszcza nas nawet wówczas, gdy wie, że cierpimy pod ciężarem niedoli.

Baronowa Danglars musiała pochylić czoło pod takim strasznym ciężarem. Pomimo to zapraszała do domu pierwsze znakomitości z bulwarów de Gent. Jej wyzłacane salony porównywano z tymi w Paryżu, gdzie najlepiej umiano w ciągu kilku godzin przyjąć i zabawić niezliczony tłum graczy przy zielonym stoliku, którym zdaje się nigdy nie brakować pieniędzy i ochoty do gry.

Dumny i ambitny umysł baronowej Danglars, jej smukła postać, arystokratyczna blada twarz, piękne czarne oczy, które to iskrzyły się i pociągały ku sobie w miarę tego, jak jej piersi rozdymało słodkie uczucie, to ścieśniały się opanowane pychą, wszystko to przyczyniało się do zgromadzenia w jej salonach licznego towarzystwa. Tym, co żyją wśród silnych wzruszeń, kobieta taka jak baronowa Danglars nie mogła się nie podobać. Jej lekceważący uśmiech, postać stanowcza i odważna, ale łagodna i skora do oddania, gdyby umiano ją pokonać, wymowne i pełne ducha spojrzenie, nadzwyczajna ruchliwość i lekkość sprawiały, że młodzież zaliczała ją do kategorii lwic, chociaż już dawno przekroczyła wiosnę życia.

Takiego poważania doświadczała baronowa Danglars w roku 1837.

Jednej z wrześniowych nocy tego roku salony jej pałacu zapełniały się z wolna. Baronowa przebiegała z miejsca na miejsce, mówiła żywo to z tym, to z owym i słuchała komplementów roju jegomościów, którzy za nią chodzili albo wyczekiwali na miejscach, którędy musiała ona, według ich mniemania, przechodzić.

– Mój Boże, cóż za melancholia, panie Beauchamp! – rzekła do jednego z panów, którego surowa fizjonomia przyjęła ponury wyraz, obliczony bez wątpienia na to, by kazać się domyślać jakiegoś tajemniczego nieszczęścia. – Można by sądzić, że pan jest gotów spłatać nam figla, bo, jak słyszałam, przegrałeś zeszłego tygodnia…

– Nie, baronowo, nie! Mylisz się, pani. Nie mam zwyczaju pamiętać o tym, co przegrałem, a tym bardziej gniewać się o to. Nie gram dla zysku i niesprawiedliwe jest ze strony pani inaczej przypuszczać.

– Ale wygląd pana rzeczywiście mnie zaniepokoił – odparła baronowa z ironicznym uśmiechem, klepiąc go po ramieniu. – Opowiedz mi pan, by mnie z troski wyzwolić, najświeższe wiadomości.

– Od kogo tego żądasz, piękna baronowo? Czyż nie ma tu pana Lucjana Debraya, który może pani udzielić najlepszych?

– Cóż to ma znaczyć, mój panie? Daj pan spokój ministrowi, zatopionemu, zdaje się, w swoich wielkich pomysłach. Niech mnie Bóg broni, bym mu jego mrzonki przerywała. Gotów mi tłumaczyć projekty prawne, a to zawsze jest takie nudne.

– Biedny Debray – szepnął Beauchamp – on nie zasługuje na pani ironię. Z mojej strony przyznaję, że lepiej sprawuje urząd ministra niźli wielu jego poprzedników.

– Chciałabym równą monetą odpłacić panu ze względu na pański nowy urząd królewskiego prokuratora. Radzę: nie skończ pan przynajmniej jak pański poprzednik!

Lekki rumieniec wystąpił na twarz baronowej, zmieszała się na chwilę, jakby pożałowała ostatnich słów.

– Nie, pani baronowo – odrzekł Beauchamp. – Jestem pewny, że to mnie nie spotka, przynajmniej nie z tej samej przyczyny! Gdy zaś wspomniałaś pani o królewskim prokuratorze, o którym rad bym na zawsze zapomnieć, ile razy wieczorami wchodzę na salony pani…

– Mój panie!

– Przebacz, baronowo, nikt nas nie słyszy ani nie domyśla się, o czym mówimy! – ciągnął dalej urzędnik.

– Dosyć, panie Beauchamp, dosyć! Wiem, co chce mi pan powiedzieć; to mnie męczy i nudzi okropnie, nie wie pan o tym? Pytam o nowiny, aby usunąć zakłopotanie, które obudziło we mnie pańskie smutne i surowe oblicze. Te mi pan opowiedz, jak wówczas gdy był pan zwykłym dziennikarzem. To weselsze i stosowniejsze.

Po tych słowach Beauchamp wpatrzył się w mówiącą, jakby chciał z jej rysów wyczytać wnętrze duszy.

– Patrz pan! – zawołała baronowa, śmiejąc się w najpowabniejszy sposób. – Dawny dziennikarz może teraz być już tylko urzędnikiem!

– Nie, baronowo, wobec pani zostanę zawsze tym samym, racz mi pani wierzyć. Chociaż nowiny, których się pani domagasz, nie pochodzą z ust dziennikarza.

Beauchamp wymówił ostatnie słowa umyślnie z takim naciskiem, że pani Danglars zaczęła drżeć.

– Dlaczego nie? – zapytała, usiłując ukryć niepokój. – Czyż się pan uparł, bym tej nocy umarła z obawy?

– Nie mogą pochodzić z ust zwykłego dziennikarza – kontynuował Beauchamp – ponieważ dotyczą damy, którą urzędnik nadzwyczaj wysoko poważa i szanuje. To wszystko!

Ze sposobu mówienia i z wyrazu jego spojrzenia baronowa Danglars domyśliła się, że nie powinna dalej naciskać, chociaż koniecznie chciała wiedzieć, czy nowina jej dotyczyła. Wykręciła się więc na pięcie i rzekła:

– Dobrze. Z tego samego powodu i ja cenię tę damę. Zachowaj pan zatem nowinę dla siebie.

Baronowa Danglars przegrała w tej grze, Beauchamp pozostał nieczuły.

– Twoje oblicze jest niczym z brązu! – szepnął, patrząc za odchodzącą. – Tymczasem ja jeden ze wszystkich, którzy cię otaczają, nie pozwolę się oszukiwać. W twej przeszłości jest straszliwa tajemnica, którą umiesz ukrywać dobrze przed oczyma świata, ale moim ona nie ujdzie! W twoim dawnym życiu było coś niegodnego, podłego, a ty umiesz to z piekielną zręcznością ukrywać w głębi marmurowego serca! Ale to nic! Jestem panem ważnej tajemnicy z twej przeszłości; pracujmy nad odkryciem tego, co się odnosi do teraźniejszości.

Beauchamp spostrzegł, że ktoś za nim przeszedł, jakby chciał z nim mówić.

– Mogę mieć przyjemność powiedzieć panu parę słów, panie Beauchamp?

– Pan minister! Jestem do usług!

– Musi pan wiedzieć, jak bardzo zajmuje mnie to wszystko, co się odnosić może do spokoju i bezpieczeństwa nas wszystkich – mówił Debray, kierując się z Beauchampem do małego pustego saloniku – zatem spodziewam się, że pan, będąc na moim miejscu, zaniepokoiłbyś się bardzo, widząc twarz królewskiego prokuratora ponurą i zakłopotaną.

– Wybaczy pan, odbywam dopiero nowicjat, nie umiem jeszcze okazywać zimnego spokoju, jak to urzędnik czynić powinien.

– Źle pan sobie tłumaczy moje myśli, panie Beauchamp. To nie był zarzut z mej strony. Wiem bardzo dobrze, że i urzędnik jest człowiekiem. Moja policja doniosła mi o rzeczach, do których nie przykładam żadnej wagi; widząc jednak pańską zaniepokojoną minę, muszę chyba wierzyć temu, co mi wczoraj powiedziano: honor damy, którą poważam i szanuję, jest w niebezpieczeństwie i z tego powodu ośmielam się pytać pana, panie Beauchamp…

– Cóż więc pan wie, panie Debray?! Bo potwierdzam, że rzecz tak się ma w istocie.

– Spodziewam się, iż będzie pan działał jak urzędnik! – przerwał mu Debray, głos jego brzmiał jednak tak, jakby minister chciał powiedzieć: Spodziewam się, że będzie pan działał jak przyjaciel! – Teraz chciałbym się jeszcze dowiedzieć nazwiska tej damy, by wszystkie wątpliwości usunąć. Raczysz pan łaskawie…

Na tak natarczywe pytanie, którego się zresztą spodziewał, nie mógł prokurator nie odpowiedzieć, inaczej okazałby się niegrzeczny wobec ministra, dając mu przez to do zrozumienia, że nie dowierza jego dyskrecji. Zbliżył się więc do pana Debraya i wyszeptał jedno nazwisko.

Debray zbladł, jednak prędko zapanował nad zakłopotaniem, pożegnał królewskiego prokuratora i wrócił do salonu, gdzie baronowa oczekiwała go z trwożliwością łatwo dającą się wyczytać z jej oczu. Królewski prokurator z ironicznym uśmiechem opuścił dom pani Danglars.

Gdy towarzystwo się rozeszło, a krupierzy pozbierali ze stolików złoto i banknoty, baronowa otworzyła szklane drzwi prowadzące do gabinetu muzycznego, gdzie stał fortepian, i rzuciwszy nań smutne spojrzenie, nie mogła powstrzymać się od słów:

– Ach, Eugenio, czemuś mnie opuściła!

Jakby chcąc otrząsnąć się z przykrej myśli, zbliżyła się do na wpół otwartego okna.

Stała tak, dopóki nie usłyszała turkotu ostatniego powozu oddalającego się spod jej pałacu. Wtem spostrzegła cień osoby zbliżającej się do jej mieszkania, pobiegła więc otworzyć boczne drzwi. Wróciwszy do pokoju, usiadła na kanapie. Wszedł Lucjan Debray.

– Co tam słychać, Debray? – zapytała trwożnie.

Ten zdjął rękawiczki, kapelusz i płaszcz, położył je na krześle i usiadł obok baronowej.

– Mówże, Debray! Twój spokój mnie zabija. Czego dowiedziałeś się od Beauchampa?

– Wszystko, czego mogłem się dowiedzieć, to imię kobiece… twoje – odparł.

– Myślisz więc, że grozi mi niebezpieczeństwo?

– Zawsze tak myślałem! – odrzekł Lucjan. – Chociaż twoja dotychczasowa obecność w Paryżu nie wzbudzała jeszcze śmieszności, mimo to byłem przekonany, że swojej roli, a właściwie komedii, nie będziesz mogła grać długo, tym bardziej teraz.

Baronowa zaśmiała się pogardliwie i odrzekła:

– Jeżeli tak sądziłeś, to dlatego, że wobec ciebie nie miałam żadnych tajemnic, jak to czynię wobec świata! Gdybyś także ty wierzył, że baron Danglars wyjechał ze swoją córką Eugenią w podróż dla przyjemności, to nie mógłbyś twierdzić, że on i Eugenia opuścili mnie zupełnie.

 

– Dobrze! – odparł Debray. – Przed rokiem baron zrobił to samo co twoja córka, a świat paryski myśli, że oni podróżują. W rzeczy samej nie ma nic prostszego. Ale czas upływa i upływać będzie, a nuż ktoś wpadnie na pomysł zapytać, kiedy baron z córką powrócą?

Baronowa się poruszyła.

– Potem mógłby jaki żartowniś śmiać się ze zbyt długiej nieobecności podróżujących, a za nim śmiałby się niebawem cały Paryż. Widzisz więc kochana baronowo, że z tej strony rzeczy źle się mają.

– To poradź mi, Debray, co mam robić? – rzekła baronowa z wyrazem naiwności piętnastoletniego dziewczęcia, opierając ręce na ramieniu ministra.

– Powtarzam ci to, co powiedziałem przed rokiem, gdy mi pokazałaś list twego męża ze słowami: „Opuszczam panią taką, jaką wziąłem, to znaczy: bogatą i nie bardzo honorową”.

Te słowa, które by każdą inną kobietę przytłoczyły, wywołały u baronowej tylko głośny śmiech obrażonej dumy.

Lucjan Debray mówił dalej:

– Powtarzam, że musisz wyjechać. Co ciebie obchodzi Paryż? Powiedz przyjaciołom, że twój mąż jest w Rzymie, w Civitavecchia albo w Neapolu i w imieniu Eugenii prosi cię o towarzystwo. Twoje przyjaciółki nie powstrzymają się, by nie rozgłosić tego po całym Paryżu, a ty pojedziesz tymczasem do Londynu.

– Więc chcesz, Debray, byśmy się rozłączyli? – zapytała baronowa, usiłując bezskutecznie wywołać łzę w oku.

Lucjan nic nie odpowiedział, spojrzał tylko na nią z ukosa i wstał.

– Przed rokiem – rzekła baronowa – zawiązaliśmy spółkę i nasze interesy szły dobrze. Teraz zyskałyby jeszcze, bo ty, zostawszy ministrem finansów, możesz…

– Przystępujemy do najważniejszego punktu! – odparł Lucjan, uderzając pięścią o poręcz fotela.

– Jak to? – Pani Danglars otworzyła szeroko oczy i wyprostowała się na otomanie.

– Marzeniem dziennikarzy opozycyjnych jest ujawnienie prywatnego życia ministra. Mówiąc między nami, główną częścią twoich towarzyskich zabaw jest odgrywanie komedii; a ja nie chcę, by ktoś mógł mi zarzucić, że ciągnę z tego zyski.

– Ale je przecież ciągnąłeś!

– I nie chcę czynić tego dłużej! – odparł stanowczo Lucjan. – Uwalniam się od tych interesów. Między nami pozostanie tylko przyjaźń.

– Bardzo dobrze, mój panie! – zawołała baronowa blada ze złości i ciężko dotknięta w miłości własnej, zrozumiała bowiem doskonale, co znaczyły te słowa. – Bardzo dobrze. Ale ja nie przyjmuję takiej ofiary. Skończymy nasz rachunek, a potem…

– A potem? – zapytał on z szyderczym uśmiechem, który dawał do poznania, jak dalece lekceważy sobie bezsilny gniew baronowej.

– Potem zechcesz pan zapewne, abyśmy się już nigdy nie widzieli?

Lucjan włożył ręce do kieszeni i milczał, a milczenie to znaczyć miało: Jak się pani podoba!

– Tymczasem zawiadamiam pana, że przez tę zimę zostanę jeszcze w Paryżu.

– Nie możesz pani nic lepszego uczynić. W teatrach będą dawali bardzo dobre sztuki, repertuar składa się prawie wyłącznie z utworów Donizettiego i Belliniego.

– I pana Lucjana Debraya! – dodała baronowa ze znaczącym uśmiechem.

– Nie rozumiem, pani.

– Chcę widzieć debiut pański w ministerstwie.

– Słuchaj, baronowo, kto grał á la hausse* i á la baisse**, ten może opuścić Paryż i przyjąć skromną rolę turystki; to jest łatwe do zrozumienia. Z drugiej strony jest koniecznością, jeżeli nieszczęśliwym przypadkiem królewski prokurator wie pewne rzeczy. Baronowo, bądź roztropna jak Ulisses, a mądra jak Nestor.

Przy tych słowach Lucjan Debray położył na stoliku pakiet banknotów i usiadł obok baronowej, która stała śmiertelnie blada i niezwykle poruszona.

– Już drugi raz, baronowo – rzekł Debray – porządkują wspólnicy swoje rachunki i spodziewam się, że po raz ostatni. Skorzystaj pani z mojej rady. Wyjedź!

* na zwyżkę

** na spadek

2. Benedykt

Beauchamp po opuszczeniu salonów pani Danglars udał się do swego domu na rogu ulicy Coq-Hèron, który nosił piętno stylu starej arystokracji Pugeta. Był to jeden z tych budynków, które we Francji są tak bardzo poszukiwane przez ludzi dawniejszej i nowszej daty, kryjących swoje urodzenie pod urokiem pożyczanej tarczy herbowej. Ten niewielki budynek, którego portyk rzeźbionym był aż do okien średniego piętra, miał mały dziedziniec otoczony sczerniałymi murami.

Właśnie na ten dziedziniec wychodziły okna z pracowni Beauchampa. Już od dłuższego czasu siedział on zamyślony przy biurku zawalonym stosem akt. Raptem wstał, podszedł do okna, podniósł nieco zasłonę i spojrzał na pusty dziedziniec, oświetlony tylko trochę ciepłym światłem latarni. Nadchodzili jacyś ludzie.

Chwilę potem otworzyły się drzwi, a do środka weszli dwaj mężczyźni, jeden z nich zdradzał zarówno ponurym wejrzeniem, tradycyjnym kostiumem, jak i herkulesowym wzrostem, agenta policji. Drugi był jego żywym kontrastem; młody jeszcze, chudy, blady, w podartej odzieży. Wszystko w nim znamionowało oskarżonego.

Na znak królewskiego prokuratora agent oddalił się i zamknął drzwi.

Beauchamp siedział chwilę nieruchomo, potem wskazał miejsce naprzeciw swego stolika i zwrócił światło lampy tak, by widzieć oblicze przestępcy.

– Pańskie nazwisko? – rzekł, podnosząc nieco głos.

– Pan zawsze mnie o to pyta, a ja zawsze to samo odpowiadam. Nazywam się Benedykt.

– Benedykt! – powtórzył królewski prokurator. Po czym zadał kolejne pytanie: – Czy zechce pan powtórzyć wszystko, co mi zeznałeś?

– Na co się to przyda, proszę pana? – rzekł młodzieniec ze spokojem. – Na co przypominać takie rzeczy? Schwytano mnie, jestem tutaj, sądź mnie pan i koniec.

– Bądź pan roztropniejszy, Benedykcie. Prawo grozi panu karą śmierci.

– Jeżeli jest pan tego pewien, tym lepiej!

– Mimo to będę pana jeszcze raz przesłuchiwał. Może zapomniał pan o jakiejś okoliczności, która oparta na dowodach mogłaby wpłynąć na złagodzenie surowości prawa?

Mówiąc to, rozparł się wygodnie w krześle.

– Dobrze, niech i tak będzie – odparł oskarżony. – Ale wysłuchaj mnie pan uważnie, panie prokuratorze, bo zapowiadam panu, że mówię to po raz ostatni.

W jego słowach wyczuć można było pewną gorycz i pogardę dla życia, która nie zrobiłaby najmniejszego wrażenia na starym sędzi o stalowych oczach, ale mogła żywo poruszyć Beauchampa, nieprzyzwyczajonego do ciemnych tajemnic odkrywających się często przed sędziowskim stołem królewskiego prokuratora.

– Kiedy byłem zamknięty w La Force, od czasu do czasu przychodził do mnie Bertuccio, z którym miałem dawniej stosunki, i dawał mi w imieniu nieznanego opiekuna pieniądze, abym mógł kupować sobie trochę lepsze pożywienie, niźli zwykle dawano mieszkańcom lwiej jaskini. Stawałem już przed trybunałem, powiedziałem, że jestem synem Villeforta, pańskiego poprzednika, i z pokorą czekałem na wyrok. Umknąwszy z Bagno i schwytany przy morderstwie Caderousse’a, mogłem spodziewać się tylko szafotu.

– Czekaj pan – przerwał prokurator – jakim sposobem dowiedziałeś się, że jesteś synem Villeforta?

– Takiego pytania jeszcze mi nie stawiano – odparł Benedykt z uśmiechem człowieka, który rozumie więcej, niż można by się spodziewać. – Chętnie panu opowiem. Mówiłem już o nieznanym opiekunie i o Bertucciu. Gdy przyszedł raz do mnie do więzienia w La Force, opowiedział mi rzecz następującą: „Słuchaj, Benedykcie, jesteś oskarżony o ciężkie winy, lecz jest ktoś, kto chce cię uratować, bo ślubował sobie co roku jednego człowieka zachować przy życiu. Obrońca ten ma pewien sposób wyrwania cię przynajmniej spod szafotu. Królewski prokurator Villefort, który ma wydać wyrok, był dawniej w poufnych stosunkach z pewną damą, a dama ta dała życie jego dziecku. Coś podobnego nie mogło być nigdy rozgłoszone. Zaledwie dziecko przyszło na świat, wziął je pan Villefort na ręce, owinął pasem wokół szyi, aby nie płakało i nie krzyczało, włożył do kuferka, osłonił chusteczką biednej matki i zszedł po bocznych schodach, którymi od dłuższego czasu dostawał się zawsze do pokoju owej damy. Miał zamiar zagrzebać niewinną istotę w ziemi u stóp starego drzewa w ogrodzie. Jednak w tej właśnie chwili jakaś nieznana ręka zadała mordercy dziecka dwa uderzenia nożem w pierś i zabrała pudło, w którym zapewne według domysłu nieznanego napastnika miały się mieścić skarby.

Złodziej umknął, jak najszybciej otworzył kuferek i znalazł w nim dziecko, które dawało jeszcze znaki życia. Odwinął pasemko z szyi, natchnął powietrza w płuca, zawinął w chusteczkę, od której odciął kawałek z monogramem, i oddał nowo narodzone dziecię do domu podrzutków. Powiedział sobie: „Mój Boże, jestem uwolniony od winy, jedno życie odebrałem, ale uratowałem drugie!”. Oto historia twego urodzenia – mówił Bertuccio. – Skoro staniesz przed sędzią, rzuć mu w twarz jego zbrodnię, potem nie będziesz się wzdrygał z krzesła sędziowskiego strącić go na ławę oskarżonych. To otwarte wyznanie zwali ciężki kamień na twego oskarżyciela, a z tego skorzystają obrońcy i uwolnią cię”.

– Zrobiłem, jak mi kazano – mówił dalej Benedykt – pan zapewne był tego świadkiem, działo się to dwudziestego siódmego września, w moje urodziny. Miesiąc później mój obrońca dotrzymał słowa. Byłem wolny. Wolny, mój panie, ale pod warunkiem towarzyszenia wszędzie ojcu, który postradał zmysły, nieustannie mnie szukał i rydlem kopał ziemię. Ach, przyznaję, że widok ten zawsze napawał mnie boleścią i litością. Być królewskim prokuratorem, używać sławy człowieka szanowanego i uczciwego, aż raptem spaść z tej wysokości na ławę oskarżonych. Na szczęście jego szaleństwo przeszkodziło w kontynuacji procesu i obaj znajdowaliśmy się na zupełnie wolnej stopie. Jego dobra zasekwestrowano i pozostawiono tylko tyle, że mógł zaledwie zaspokoić niezbędne potrzeby. Z czasem ojciec mój powracał powoli do przytomności i władzy rozumu. Po sześciu miesiącach naszego wspólnego życia wyzdrowiał zupełnie; poznał mnie i pokochał, ale godzina jego śmierci się zbliżała. Zdawało się, że Bóg pozostawił go przy życiu, aby miał czas prosić mnie o przebaczenie. Przebaczyłem mu i otrzymałem jego błogosławieństwo. „Mój synu – rzekł ostatniego dnia – czuję, że umrę i żałuję tylko, że nie mogę uiścić długu krwi i rozpaczy, długu, który chciałbym zapłacić, choćby za cenę mego zbawienia. Byłem zbrodniarzem, mój synu, przyjąłem maskę obłudy, ale zemsta, która mnie dotknęła, przechodzi wszelkie granice. Była straszna! Ach, żonę, córkę, syna… wszystko… wszystko zabrała mi ręka jednego człowieka. Benedykcie, znajdź go, zadręcz, zabij, zniszcz, niechaj i on płacze! A gdy będzie w najwyższej rozpaczy, powiedz mu: Jestem synem Villeforta i karzę cię w jego imieniu; to jego zemsta, która spotyka cię za twoją zemstę!” „Ach, mój ojcze – zawołałem – gdzie jest ten człowiek?” „Gdzie on jest? – szeptał, potrząsając smutnie głową. – Gdzie on jest? Tego nie wiem”.

Potem chwycił mnie za rękę, przyciągnął do siebie i patrząc osłupiałym okiem, jakby widział widmo, mówił drżącym z trwogi głosem:

„Pytaj szerokiego świata, pytaj nieba, morza i ziemi… on tam będzie, wszędzie, potężny jak Bóg, albo jak piekielny duch przeznaczenia! Strzeż się, by jego pałający wzrok nie spoczął na tobie ani przez chwilę. Ach, byłbyś zgubiony i przeklęty na zawsze!”.

„Ale jego nazwisko!” – zawołałem wściekły, bo zdawało mi się jakbym już słyszał echo tego straszliwego i wielkiego człowieka.

„Jego nazwisko? – powtórzył Villefort z kurczowym i gorzkim uśmiechem. – Czyż on ma jedno nazwisko? Ach, widzisz, on zmienia nazwisko i naturę co dnia, co godzinę potęgą strasznej woli… Och! Książę Bussoni, lordzie Wilmore, hrabio Monte Christo!”

„Ha! – zawołałem, drżąc na sam dźwięk tego nazwiska. – Hrabia Monte Christo!”

„Albo Bussoni, albo Wilmore – mówił mój ojciec dalej – kto wie, jak on się teraz nazywa? Mimo to szukaj go wszędzie. Wejdź na górę i pytaj nieskończonego świata; spuść się w przepaść, szukaj we wnętrzu ziemi i staraj się zbadać wnętrze morza. Jego prawdziwe nazwisko brzmi Edmund Dantès. Pomścij mnie, mój synu, albo bądź przeklęty na tym świecie”.

– Jeszcze tej samej nocy – mówił dalej Benedykt po chwili milczenia – Villefort umarł, oddawszy mi przedtem zapieczętowany papier, który znaleźli pańscy agenci.

Z jakiej to przyczyny nie chciał pan czytać tego papieru? – zapytał prokurator.

 

– Bo złożyłem mojemu ojcu przyrzeczenie, że nie otworzę go, dopóki nie znajdę się poza granicami Francji, a zostałem schwytany, nim mogłem wypełnić ten warunek. Nie umrę jednak prędzej, dopóki nie dowiem się jego treści; zażądam odczytania tego aktu, gdy będę powołany przed trybunał.

Beauchamp zadrżał. Bladość zdradziłaby go, gdyby nie miał oblicza ukrytego w cieniu.

– Dokąd wybierałeś się w chwili schwytania?

– Za granicę Francji.

– W jakim celu?

– Wykonać moje posłannictwo.

– Jakie?

– Ostatnią wolę mojego ojca, dokonać zemsty.

Beauchamp powstał i ukrywając twarz w kołnierzu płaszcza, przechadzał się po pokoju. Nagle zatrzymał się i zrobił gest, jak człowiek, który powziął niezłomne postanowienie.

– Benedykcie – rzekł – zdaje mi się pan być bardziej nieszczęśliwy niż zbrodniczy.

– Tak, panie! – zawołał Benedykt. – Na mnie ciąży przeznaczenie, przeznaczenie mego urodzenia. Chrztem moim były łzy matki! Bierzmowaniem przekleństwo ojca! Piekłu oddany, gdybym zmarł; nędzy, gdybym zdołał umknąć! A potem wiecznie tułacz, wiecznie ścigany, wiecznie nędzarz! Dzisiaj noc dwudziestego siódmego września, mój panie! Słuchaj pan!

Benedykt liczył pojedyncze uderzenia zegara, który wybił godzinę dwunastą.

– To godzina, w której się urodziłem! Zawsze spotyka mnie w tym dniu jakieś nieszczęście! Dzisiaj jestem w pańskiej mocy.

Powiedziawszy to, opuścił głowę na piersi i skrzyżował ramiona. Królewski prokurator otarł pot zraszający jego czoło i upadł na krzesło, jakby poznał niewytłumaczoną wolę Boga.