Dama KameliowaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Aleksander Dumas
(syn)
Dama Kameliowa

Wydawnictwo Zielona Sowa

Kraków

Projekt graficzny serii:

Piotr Iwaszko

Redaktor:

Józef Daniel

Korekta:

Sylwia Burdek

Skład i łamanie:

Józef Paluch

Sylwia Ząbczyńska

Opracowanie graficzne okładki:

Jolanta Szczurek

Tekst został opracowany na podstawie

anonimowego tłumaczenia

© Copyright by Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o., Kraków 2008

ISBN 978-83-7895-171-1

Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o.

30-404 Kraków, ul. Cegielniana 4A

tel./fax (012) 266-62-94, tel.(012) 266-62-92

www.zielonasowa.pl

wydawnictwo@zielonasowa.pl

I

Jestem przekonania, że nie można stworzyć żadnego dzieła, nie poznawszy dobrze ludzi, podobnie jak nie można mówić jakimkolwiek językiem, nie nauczywszy się go wprzódy.

Nie mam jeszcze lat, w których się tworzy – zadowalam się więc opowiadaniem.

Uprzedzam jednak czytelników o prawdziwości tej historii, której wszystkie osoby – z wyjątkiem bohaterki – żyją dotąd.

Wreszcie w Paryżu są jeszcze świadkowie większej części faktów, które tu zebrałem, a którzy w razie gdyby moje świadectwo nie wystarczało, mogą je potwierdzić. Dziwnym zbiegiem okoliczności, ja tylko jeden mogłem o nich pisać, gdyż tylko ja sam byłem powiernikiem ostatnich szczegółów, bez których niepodobna skreślić opowieści zajmującej i całkowitej.

Oto jakim sposobem te szczegóły doszły do mej wiadomości:

Dnia 12 marca 1847 r. spostrzegłem przy ulicy Laffitte ogromny żółty afisz, który donosił o sprzedaży mebli oraz przedmiotów zbytku i ciekawości. Sprzedaż następowała wskutek śmierci. Afisz nie wymieniał wcale zmarłej osoby, lecz sprzedaż miała się odbyć przy ulicy d’Antin, nr 9, dnia 16, od południa do piątej wieczorem.

Prócz tego afisz donosił, że można w dniach 13 i 14 zwiedzić mieszkanie i obejrzeć meble.

Byłem zawsze miłośnikiem wszelkich kuriozów, przyrzekłem więc sobie nie opuścić sposobności, jeżeli nie kupienia czegoś, to przynajmniej zobaczenia.

Nazajutrz udałem się na ulicę d’Antin, pod nr 9. Było jeszcze dość wcześnie, a przecież w mieszkaniu było już pełno osób płci obojga; kobiety, jakkolwiek okryte jedwabiem i kaszmirem, na które przed domem czekały eleganckie pojazdy, oglądały ze zdumieniem i z uwielbieniem nawet, zbytek rozwijający się przed ich oczami.

Później zrozumiałem to uwielbienie i zdumienie, gdyż począwszy przypatrywać się pilnie, łatwo poznałem, że znajduję się w mieszkaniu kobiety utrzymywanej. Wreszcie, jest jedna rzecz, którą kobieta światowa pragnie zawsze widzieć, a były tutaj kobiety z wielkiego świata, to jest wewnętrzne mieszkanie tych dam, których ekwipaże zaćmiewają codziennie ich własne, które mają podobnie jak i one i obok nich swą lożę w Operze i w Teatrze Włoskim i które rozwijają w Paryżu przepych swej piękności, swych klejnotów i skandali...

Ta, u której się znajdowałem, była umarłą. Najuczciwsze więc kobiety mogły wniknąć aż do wnętrza jej mieszkania. Śmierć przeczyściła powietrze tej świetnej kałuży, a zresztą, jeśli by tego było potrzeba, mogły się wymówić, że przyszły na licytację, nie wiedząc do kogo przychodzą. Czytały afisz, chciały obejrzeć to, o czym on mówił i wybrać sobie coś naprzód, co im wcale nie przeszkadzało poszukiwać, pośród tych cudów, rysów tego życia zalotnicy, o której im bez wątpienia opowiadano tyle dziwnych rzeczy.

Na nieszczęście tajemnica umarła wraz z boginią i pomimo całej dobrej chęci damy te znalazły tylko to, co było do sprzedania po zgonie, a nic z tego, co się sprzedawało za życia lokatorki.

Wreszcie, było w czym wybierać zaprawdę! Ruchomości były przepyszne. Meble z różanego drzewa, wazy z sewrskiej i chińskiej porcelany, statuetki z saskiej; jedwabie, zasłony, adamaszki – niczego tu nie brakowało!

Przechadzałem się po mieszkaniu, śledząc ciekawie damy idące przede mną. Weszły one do pokoju obitego perską makatą i już i ja miałem tam wejść, gdy one natychmiast stamtąd wyszły z uśmiechem, jak gdyby się wstydziły swej ciekawości. Pragnąłem jak najprędzej dostać się do tego pokoju. Był to buduar przepełniony wszystkimi tymi szczegółami, które towarzyszą zawsze śmierci.

Na wielkim stole przystawionym do ściany, długim na sześć, a szerokim na trzy stopy, świeciły wszystkie skarby od Ancoca i Odiota. Była to wspaniała kolekcja, a żaden z tysięcznych tych przedmiotów, tak potrzebnych do toalety kobiety takiej jak ta, u której byliśmy, nie był z innego metalu, jak tylko ze złota lub srebra. Zbiór ten mógł tylko powoli urastać, a niejedna miłość do tego się przyczyniła...

Co do mnie, obznajomiony z buduarami tego rodzaju, bawiłem się badaniem tych drobnostek i spostrzegłem, że wszystkie te utensylia, przepysznie cyzelowane, nosiły na sobie różne znaki i rozmaite korony.

Patrzyłem na nie – a każdy przedmiot przypominał mi prostytucję biednej dziewczyny i mówiłem sobie, że Bóg był łaskaw dla niej, nie karząc jej zwyczajnie, to jest że pozwolił jej umrzeć wśród zbytku i piękności, jeszcze przed nadejściem starości, tej pierwszej śmierci zalotnicy.

I w rzeczy samej, cóż smutniejszego nad widok występku w starości, mianowicie u kobiety? Nie ma ona w sobie żadnej godności i nie budzi żadnej ciekawości. Ten wiekuisty wyrzut, nie tego, że szła złą drogą, lecz tego, że źle liczyła, że źle używała pieniędzy, jest najboleśniejszą rzeczą, o jakiej słyszeć można. Znałem starą zalotnicę, której nic nie pozostało z przeszłości, prócz córki równie ładnej, jeśli można wierzyć jej współczesnym, jak matka. To biedne dziecko, do którego matka mówiła: „jesteś moją córką”, tylko po to, by jej rozkazać, ażeby żywiła ją w starości, podobnie jak ona żywiła ją w dzieciństwie. Ta biedna istota nazywała się Ludwiką i, posłuszna swej matce, była tym, czym matka, pomimo woli, bez namiętności, bez przyjemności, jak gdyby to było jej rzemiosłem, o nauczeniu jej którego nikt nie pomyślał... Ciągły widok występku, występku bezustannego, podsycanego chorobliwym stanem tej dziewczyny, był w niej świadomością złego i dobrego, które w nią może Bóg wszczepił, a którego nikt nie rozwinął.

Przypominam sobie zawsze tę młodą dziewczynę, włóczącą się co dzień prawie o jednej godzinie po bulwarach. Matka towarzyszyła jej ciągle i z taką pilnością, jak prawdziwa matka towarzyszy prawdziwej swej córce. Byłem wówczas bardzo młody i gotowy do przyjęcia miałkiej moralności mego wieku. Przypominam jednak sobie, że widok tego bezwstydnego czuwania, budził we mnie niesmak i pogardę.

Trzeba przyznać, że nigdy twarz dziewicy nie nosiła na sobie podobnego wyrazu niewinności i melancholijnego cierpienia.

Powiedziałbyś: posąg rezygnacji... Pewnego dnia twarz dziewczyny rozjaśniła się. Wśród występku, którego program przepisywała matka, zdawało się grzesznicy, że Bóg dozwala jej szczęścia. I wreszcie, dlaczegóż Bóg, który ją stworzył bezsilną, miałby ją zostawić bez pociechy, wśród ciężaru bolesnego życia? Pewnego więc dnia spostrzegła, że zostanie matką i wszystko, co było jeszcze w niej czystego, zadrżało z radości. Dusza ma dziwne tajemnice. Ludwika pobiegła do matki z wiadomością o swym szczęściu. Wstyd to wyznać, a przecież nie tworzymy tutaj faktów niemoralnych dla przyjemności, mówimy prawdę, o której lepiej by było zapewne milczeć, gdybyśmy nie byli przekonania, że trzeba od czasu do czasu podnosić męczeństwo tych istot, które potępia się bez wysłuchania, którymi gardzi się bez sądu; straszne to – przyznajemy – lecz matka odrzekła córce, że nie wystarcza dla nich dwóch na życie, a cóż dopiero dla trojga, że podobne dzieci są najmniej potrzebne i narażają na próżną stratę czasu.

Nazajutrz lekarka, a przyjaciółka matki, przyszła do Ludwiki, która przeleżała kilka dni w łóżku i wstała z niego jeszcze bledsza i słabsza niż dawniej.

W trzy miesiące później, pewien człowiek ulitował się nad nią i rozpoczął leczyć ją moralnie i fizycznie – lecz ostatni cios był zbyt gwałtowny i Ludwika wkrótce umarła...

Matka jeszcze żyje. Jak? Bóg to wie!

Historia ta przypomniała mi się w chwili, gdym przeglądał owe kosztowne drobiazgi i dość dużo czasu musiało upłynąć na mej zadumie, gdyż prócz mnie i pilnującego, nie było już nikogo w pokoju. Ten ostatni, stojąc we drzwiach, pilnie patrzył, czym czego nie wziął.

Zbliżyłem się do tego człowieka, w którym tyle niepokoju obudziłem.

– Czy nie mógłbyś mi pan – zapytałem go – powiedzieć nazwiska tej damy, która tu mieszkała?

– Panna Małgorzata Gautier.

Dziewczynę tę znałem z nazwiska i widzenia.

– Jak to – zawołałem – Małgorzata Gautier umarła?

– Tak, panie.

– I kiedyż to?

– Zdaje się, że przed trzema tygodniami.

– A dlaczego pozwalają oglądać jej mieszkanie?

– Dłużnicy sądzą, że to podniesie cenę rzeczy. Publiczność może sobie wprzód obejrzeć meble i materię – rozumiesz pan, to zachęca do kupna...

– A więc ona miała długi?

– Ho, ho, panie, mnóstwo!...

– Lecz licytacja pokryje takowe zapewne?

– Ba, nawet przewyższy!

– A komuż się dostanie nadwyżka?

 

– Rodzinie.

– Miała więc rodzinę?

– Zdaje się.

– Dziękuję panu.

Pilnujący skłonił mi się. Wyszedłem.

– Biedna dziewczyna – rzekłem wchodząc do siebie – musiała smutnie umierać, bo w jej stanie przyjaciół ma się tylko wtedy, kiedy się jest zdrową.

Bądź co bądź, litowałem się nad losem Małgorzaty Gautier. Może się to wielu wydawać śmiesznym, lecz noszę w sobie niewyczerpane przebaczenie dla zalotnic, a nawet nie zadaję sobie trudu, by poddawać dyskusji to moje widzenie rzeczy.

Pewnego dnia, idąc po paszport do prefektury policji, spostrzegłem na jednej z przyległych ulic dziewczynę, którą prowadziło dwóch żandarmów. Nie wiem, co zrobiła ta dziewczyna, lecz widziałem, że płakała gorącymi łzami, tuląc kilkumiesięczne dziecię, z którym gwałtem ją rozdzielano. Od tej chwili, nie potrafię gardzić kobietą, którą pierwszy raz widzę.

II

Licytacja była wyznaczona na 16 marca.

Zrobiono dzień przerwy między zwiedzaniem a sprzedażą, a to dlatego, by można było zdjąć obicia, firanki, zasłony itd.

Podówczas dopiero co powróciłem z podróży. Było to bardzo naturalne, że nie zawiadomiono mnie o śmierci Małgorzaty. Była ona piękną, lecz o ile szczególne jej życie robiło wiele wrzawy, o tyle śmierć przeszła niepostrzeżoną. Są to słońca, które zachodzą podobnie jak wschodzą – bez blasku. Śmierć ich, jeśli umierają młode, przebiega przez Paryż w jednej chwili, dowiadują się o niej zaraz jej kochankowie, gdyż w naszej stolicy wszyscy kochankowie jakiejś dziewczyny żyją ze sobą w przyjaźni, wymieniają kilka wspomnień i życie ich płynie dalej, wypadku zaś nie zroszą nawet łzą jedną...

Dzisiaj, mając lat dwadzieścia pięć, nie płacze się nad byle czym. Do tego mają prawo tylko krewni, jeśli płacą za łzy...

Co do mnie, jakkolwiek moja cyfra nie znajdowała się na żadnym z kosztownych drobiazgów Małgorzaty, to instynktowne współczucie, ta litość naturalna, do której przed chwilą się przyznałem, kazała mi dumać nad jej śmiercią dłużej, niż może na to zasłużyła.

Przypomniałem sobie, że spotykałem bardzo często Małgorzatę na Polach Elizejskich, gdzie prawie co dzień jeździła w niebieskim coupé **(coupé (fr.) – rodzaj zamkniętego powozu posiadającego dwoje drzwi i jedno lub dwa siedzenia po dwa miejsca.)**, zaprzężonym w dwa przepyszne konie; zauważyłem w niej dystynkcję, którą podnosiła jeszcze wyjątkowa jej piękność.

Te nieszczęśliwe osobistości są zawsze w czyimś towarzystwie.

Ponieważ żaden mężczyzna nie zgodzi się na to, by afiszować publicznie miłość swoją dla niej, a ponieważ one nienawidzą samotności, włóczą więc zawsze za sobą albo takie, które, mniej szczęśliwe, nie mają powozu, albo którąkolwiek ze starych elegantek, nieumiejących ukazać źródła swej elegancji, a do których bez wahania można się udać, jeśli chcemy zaczerpnąć jakichkolwiek wiadomości o kobiecie, której towarzyszą.

Z Małgorzatą natomiast inaczej się rzeczy miały. Przybywała ona na Pola Elizejskie zawsze sama w swoim powozie, w którym kryła się jak mogła, w zimie owinięta wielkim kaszmirowym szalem, w lecie ubrana w bardzo skromną suknię – a jeśli spotkała na swym ulubionym spacerze jakiego mężczyznę znanego jej dobrze, uśmiechała się do niego w ten sposób, że i księżna mogłaby się tak uśmiechać.

Nie jeździła ciągle, jak to zwykły robić jej koleżanki, po Elizejskich Polach, lecz konie unosiły ją szybko do Lasku Bulońskiego. Tam wysiadała z powozu, spacerowała przez godzinę, po czym wszedłszy znów do swego coupé, wracała pędem do siebie.

Wszystkie te okoliczności, których nieraz byłem świadkiem, przypomniały mi się i żałowałem tej dziewczyny, jak się żałuje całkowitego zniszczenia dzieła, piękna.

Przy tym nie zdarzyło mi się widzieć bardziej zachwycającej piękności jak u Małgorzaty.

Wysoka, a drobna aż do przesady, posiadała w najwyższym stopniu sztukę ukrywania wad naturalnych, pod skromnym strojem, jaki przywdziewała na siebie. Jej szal kaszmirowy, którego końce dotykały ziemi, pozwalał z obu stron widzieć ogoniastą, jedwabną suknię, a mufka, w którą chowała ręce, miała tak estetycznie ułożone frędzle, że mogłyby zadowolić najwybredniejszy smak.

Głowa, istny cud, była przedmiotem szczególnej kokieterii. Była ona mała, a natura, jak by powiedział Musset, utworzyła ją z całą starannością.

Włóż w owal nieopisanego wdzięku dwoje ócz czarnych, przykrytych powiekami tak czystego rysunku, że zdawały się być dziełem artysty; przysłoń te oczy długimi rzęsami, które, spuszczając się, rzucały cień na różową barwę policzków; nakreśl nos delikatny, prosty a szlachetny, o nozdrzach nieco otwartych, pod wpływem gorącego oddechu zmysłowego życia; narysuj usta regularne, których wargi rozkosznie się unosiły nad zębami białymi jak mleko i zabarw skórę kryjącą te wdzięki odrobiną karminu – a będziesz miał całość tej główki czarownej.

Włosy hebanowej czarności błyszczące z natury – lub nie, jeśli chcecie – dzieliły się nad czołem w dwa bogate zwoje i gubiły się na tyle głowy, dozwalając widzieć koniec ucha, u którego błyszczały dwa brylanty, wartości od czterech do pięciu tysięcy franków każdy.

Jakim sposobem ten żywot palący pozostawił na twarzy Małgorzaty wyraz dziewiczości, dzieciństwa nawet, będący jej charakterystycznym znamieniem – tego, przyznaję, nie rozumiem.

Małgorzata miała swój portret, robiony przez Vidala, jedynego człowieka, którego ołówek mógł ją oddać. Po jej śmierci miałem portret przez kilka dni w swoim ręku, a był on tak zadziwiająco podobnym, że mi dopomógł skreślić jej obraz, do czego pamięć mi nie wystarczała.

Między szczegółami tego rozdziału, niektóre doszły do mojej wiadomości dopiero później, lecz spisałem je natychmiast, by nie wracać już do nich w chwili, kiedy się rozpocznie opowieść jej życia.

Małgorzata bywała obecną na wszystkich pierwszych przedstawieniach teatralnych i przepędzała swoje wieczory na widowiskach lub balach. Za każdym razem, kiedy grano nową sztukę, można było być pewnym, że się ją obaczy wraz z trzema rzeczami, które jej nigdy nie opuszczały i które zajmowały zawsze przednią poręcz loży: lornetka, pudełko cukierków i bukiet kamelii.

Przez dwadzieścia pięć dni miesiąca kamelie były białe, a przez pięć ostatnich – czerwone; nikt nie znał przyczyny tej rozmaitości barw, którą zaznaczam, i nikt nie mógł jej wytłumaczyć, a którą wszakże zauważyli wszyscy uczęszczający do teatrów.

Nie widziano nigdy u Małgorzaty innych kwiatów jak tylko kamelie. Z tego też względu, zwano ją u pani Barion, jej kwiaciarki – Damą Kameliową i ten przydomek jej został.

Tymczasem od trzech lat blisko, od czasu podróży do Bagneres, żyła tylko ze starym księciem cudzoziemskim, nadzwyczaj bogatym, który usiłował wyciągnąć ją z brudów przeszłości, na co ona chętnie przystawała.

Oto, co mi o tym mówiono:

Na wiosnę roku 1842 Małgorzata była tak słabą, tak zmienioną, że lekarze nakazali jej wody i wyjazd do Bagneres.

Tam, pośród chorych, znajdowała się córka księcia, która chorowała nie tylko na tę samą słabość, ale miała nawet taką samą twarz jak Małgorzata, tak dalece, że można by je wziąć za dwie siostry. Tylko że młoda księżna była w trzecim stopniu suchot i w kilka dni po przybyciu Małgorzaty – umarła.

Pewnego dnia książę, pozostały w Bagneres, jak ten, któremu pochowano w ziemi część serca, spostrzegł Małgorzatę na zakręcie jednej z alei.

Zdawało mu się, że widzi cień swego dziecięcia i idąc ku niej wziął ją za rękę, uścisnął ze łzami i nie pytając się, kto ona, prosił o pozwolenie odwiedzenia jej i kochania w niej żywego obrazu swej zmarłej córki.

Małgorzata, będąc sama jedna w Bagneres, tylko ze swą pokojową, a zresztą nie obawiając się kompromitacji, przyzwoliła na to, czego żądał książę.

W Bagneres znajdowali się ludzie, którzy ją znali – ci więc ostrzegli księcia o prawdziwym stanowisku panny Gautier. Był to cios dla starca, gdyż tutaj kończyło się podobieństwo do jego córki, lecz już było za późno! Młoda ta kobieta stała się potrzebą jego serca i jedynym powodem, jedyną przyczyną życia.

Nie czynił jej żadnych wyrzutów, nie miał do tego prawa, lecz zapytał ją, czy się czuje zdolną do zmiany życia, ofiarując jej za to poświęcenie wszelkie wynagrodzenia, jakich tylko pragnie. Ona przyrzekła.

Trzeba tu zaznaczyć, że natura Małgorzaty, pełna entuzjazmu, była podówczas chora. Przeszłość wydawała jej się główną przyczyną choroby, a pewien rodzaj przesądu kazał się spodziewać, że Bóg jej zostawi zdrowie i piękność, w zamian za pokutę i nawrócenie.

Jakoż w rzeczy samej – wody, przechadzki, naturalne zmęczenie, sen – przywróciły jej powoli zdrowie, kiedy lato miało się już ku końcowi.

Książę towarzyszył Małgorzacie do Paryża, gdzie ją odwiedzał podobnie jak w Bagneres.

Związek ten, którego ani istotnego początku, ani powodów nie znano, spowodował wielkie zdumienie, gdyż książę, znany ze swego wielkiego majątku, począł być rozrzutnym.

Szukano przyczyn tego zbliżenia się starego księcia do młodej kobiety w rozpuście, zbliżenia tak częstego między bogatymi starcami. Przypuszczano wszystko, prócz tego co było.

A przecież uczucia tego nowego ojca Małgorzaty były tak czyste, że wszelki związek niebędący związkiem serca, wydawał mu się zbrodnią i nigdy nie wyrzekł do niej słowa, którego by jego córka nie mogła słyszeć.

Daleką jest od nas myśl idealizowania naszej bohaterki. Przyznajemy więc, że dopóki była w Bagneres, przyrzeczenie dane księciu łatwym było do dotrzymania, lecz kiedy powróciła do Paryża, zdawało się tej dziewczynie, przywykłej do życia gorączkowego, do balów, do orgii, że samotność, przerywana tylko periodycznymi odwiedzinami księcia, zabije ją z nudów, a palący oddech dawniejszego życia ciążył na jej głowie i sercu.

Dodajcie, że Małgorzata wróciła ze swej podróży piękniejsza niż przedtem była, że miała lat dwadzieścia i że uśpiona tylko, bo nie zwyciężona, choroba budziła w niej febryczne żądze, będące zawsze rezultatem chorób piersiowych.

Z wielką więc boleścią książę dowiedział się od swych przyjaciół, szpiegujących postępowanie młodej kobiety, że ta, w chwili, w której nie spodziewa się jego przybycia, przyjmuje wizyty, i że te wizyty przedłużają się nieraz bardzo...

Zapytana Małgorzata wyznała wszystko księciu, radząc mu bez żadnej wstecznej myśli, by przestał nią się zajmować, gdyż nie czuje w sobie siły do dotrzymania przyrzeczenia i że nie chce dłużej przyjmować dobrodziejstw człowieka, którego zdradza.

Książę przez osiem dni nie pokazał się; to było wszystko, co mógł zrobić, a ósmego dnia przyszedł błagać Małgorzatę, by go przyjęła, obiecując jej, że ją weźmie taką, jaka jest, byle tylko mógł ją widzieć, i przysiągł jej, że nigdy żadnego wyrzutu jej nie uczyni.

Oto jak się miały rzeczy w trzy miesiące po powrocie Małgorzaty, to jest w listopadzie lub grudniu 1842 roku.