Zemsta Grzegorza Burowa

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Aleksander Błażejowski

Zemsta Grzegorza Burowa

POWIEŚĆ

Saga

Zemsta Grzegorza Burowa

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Język, postacie i poglądy zawarte w tej publikacji nie odzwierciedlają poglądów ani opinii wydawcy. Utwór ma charakter publikacji historycznej, ukazującej postawy i tendencje charakterystyczne dla czasów, z których pochodzi.

Copyright © 1931, 2021 SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788728053829

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

Saga jest częścią Grupy Egmont. Egmont to największa duńska grupa medialna, należąca do Fundacji Egmont, która każdego roku wspiera dzieci z trudnych środowisk kwotą prawie 13,4 miliona euro.

I.

W kapryśnych drgawkach zamierała jesień. Powietrze nagrzane było jeszcze promieniami słońca, ale od strony rzeki dął chłodny wiatr, dotykał ludzi zimnemi palcami, jakby ich ostrzegał, że wkrótce porozpina na ulicach miasta wiszary mokrych mgieł.

Główna arterja Moskwy, ulica Twerska, pęczniała pod naporem spacerujących. Ludzie szli wolno, bez pośpiechu, jakby chcieli z góry zaznaczyć, że skończyli swój trud i zajęcie i teraz nigdzie im się nie śpieszy. Czasem z ogólnej fali odpryskiwały poszczególne grupki aby zamienić ze sobą kilka słów. Spychano ich szybko na jezdnię, gdzie tworzyli zaporę dla automobilów i pojazdów. Szoferzy i jamszczycy klęli głośno niesfornych, nie pobudzając ich jednak krzykiem do ostrożności.

Wogóle tłum był osobliwy. Nie tkwiło w nim ani zadowolenie, ani radość. Śmiech dźwięczał tu rzadko, jak coś zupełnie zbędnego i nawet niepożądanego dla życia. Słowa padały tak skąpe, jakby człowiek od człowieka nie pragnął niczego zaczerpnąć. Ulica przypominała nurt głębokiej czarnej rzeki, której dno pozostaje tajemnicą dla oka ludzkiego.

Posuwałem się równo wraz z rytmem ulicy i czekałem cierpliwie, dokąd mnie fala ludzka zaniesie. Denerwowały mnie tylko krzykliwie ubrane kobiety, które zbyt natarczywie patrzyły mi w oczy, starając się ułożyć swoje zniszczone i mocno wymalowane twarze w grymas kokieterji lub tajemniczych obietnic. Czasem wykarminowane usta szeptały mi bezczelnie, wprost do ucha jakieś brutalne słowa. Niekiedy kokieterja ograniczała się do zwykłej zaczepki. Wtedy spazmatycznie chwytały mnie za rękaw palta. Nie odpowiadałem na ataki. Byłem zmęczony. W ciągu ostatnich dni zbyt wiele energji i słów zużyłem dla przekonania referentów sowieckiego „Torgpredu“ do precyzyjnych, polskich maszyn rolniczych i ich niskich cen. Pragnąłem teraz godzinę odpocząć i naprędce obliczyć prowizję, którą wypłaci mi w Warszawie firma „Szrajer i Bilski“.

Wreszcie oczy moje oparły się o błyszczące tafle szyb kawiarni Filipowa. Szklanny kołowrót u wejścia jednem skrzydłem wyrzucał gości na ulicę, a drugiem zagarniał nowych do wnętrza rzęsiście oświetlonego lokalu. Wszedłem. Obok odpoczynku pragnąłem również zabić kilka długich godzin, które dzieliły mnie jeszcze do chwili odejścia pociągu kurjerskiego w kierunku Stołpiec.

O tej godzinie kipiał właśnie w kawiarni pełną parą tygiel sowieckiego życia. Kelner wynalazł dla mnie stolik na pograniczu dwóch olbrzymich sal. Zająłem doskonałe stanowisko obserwatora.

Przedemną przesuwał się korowód najrozmaitszych typów ludzkich. Mimo iż dym tytoniowy wgryzał mi się w oczy, matował światła i złocenia sali, z ciekawością przypatrywałem się życiu kawiarni. Obok kolorowych rubaszek i mundurów khaki, na których jaskrawo odcinały się odznaki czerwonej gwiazdy, przesuwali się przed moim stołem ludzie w najmodniejszych fasonach ubrań londyńskich. Większość gości stanowiły jednak kobiety. Siedziały przy stolikach, zapraszając wzrokiem mężczyzn do zajęcia obok nich wolnych miejsc. Niektóre krążyły po sali, szukając nerwowo jakiegoś przygodnego towarzystwa. Wrzaskliwy jazz-band głuszył rozmowy. Po kilku minutach doszedłem do przekonania, że tłum ten stanowi dla mnie jakąś obcą i niesympatyczną masę, z którą nie byłbym w stanie zlać się w jedną całość.

Wychyliłem głowę za filar, aby obejrzeć następną salę. Nagle uderzył we mnie ostry zapach egzotycznych perfum. Zapach ten niósł w sobie coś oszałamiającego, coś, co drażniło zmysły, a równocześnie ostrzegało przed niebezpieczeństwem. Wciągnąłem głębiej w nozdrza smugę tych dziwnych perfum, aby móc łatwiej zorjentować się, skąd niesamowity zapach we mnie uderza.

I nagle drgnąłem.

Przy moim stoliku siedziała jakaś młoda kobieta. Kapelusz naciśnięty głęboko na oczy przesłaniał jej twarz. Pod osłoną kryzy dostrzegłem jednak jej duże, siwe oczy, które z uporem tkwiły na mojej twarzy. Szyję i plecy nieznajomej otulał kołnierz z drogocennego lisa. Musiała spostrzec moje zdziwienie, bo starała się wytłumaczyć mi swoją obecność:

— Sądziłam, że miejsce obok pana wolne... — powiedziała z chłodną rezerwą — jeśli jednak oczekuje pan kogoś...

— Ależ nikogo nie oczekuję, — sprostowałem zanadto gorliwie, — przeciwnie, cieszę się, że przy moim stoliku obrała pani miejsce...

— Jest pan uprzejmy, — przerwała z uśmiechem, odsłaniając równocześnie dwa rzędy białych i wilgotnych zębów.

— I wdzięczny...

— Za co?

— Za to, że przy tej sposobności dowiem się, jak nazywają się perfumy o tak miłym zapachu...

— Zwalniam pana z długu wdzięczności.

— Co to znaczy?

— To znaczy, że nie powiem.

— Dlaczego?

— Uważam, że kobieta nie powinna zdradzać przed mężczyzną sztuki swego podobania się. Napewno znudziłaby pana kobieta, która opowiadałaby, ile godzin poświęca na to, aby jedną godzinkę podobać się panu...

Mówiła swobodnie z umiarkowaną kokieterją, ale wyraz jej oczu był ciągle chłodny i tajemniczy. Gdy snop światła wkradł się pod kryzę jej kapelusza, podziwiałem duże, siwe oczy, w których grały wszystkie ognie lamp i kandelabrów kawiarni. Szczupła, blada twarzyczka nieznajomej zdradzała subtelność i inteligencję. Moje spostrzeżenie musiało być natrętne, bo nagle oczy jej zgasły pod osłoną długich rzęs. Jazz-band tłukł zawzięcie „Bubliczki“. Rozmowa z piękną sąsiadką stawała się coraz trudniejsza.

— Razi pana jazz-band? — spytała.

— Głuszy mi dźwięk pani słów...

— Doprawdy? Ja znów szaleję za jazz-bandem. Sprowadzałabym zespoły murzyńskie z najdzikszych okolic Afryki i ustawiałabym je w tej sali.

— Dziwne upodobanie, — zauważyłem.

— Bardzo praktyczne.

— Znowu nie rozumiem.

— Oczywiście. Jest pan człowiekiem innego świata. Posiada pan mocny pancerz ochronny...

— Siły, czy woli? — spytałem, nie rozumiejąc, dokąd moja sąsiadka zmierza.

— Posiada pan mocny pancerz ochronny w postaci pasportu dyplomatycznego w kieszeni...

— Pani jest jasnowidząca.

— Otóż tacy jak pan, są u nas uprzywilejowani, choć czasem i to zawodzi... Niech pan spojrzy na te typy ludzkie rozsiane po sali.

Dyskretnym ruchem głowy wskazała mi przyległy stolik. Odwróciłem głowę i spostrzegłem tuż obok siebie, człowieka w ciemnem ubraniu. W oczach jego malował się wyraz śmiertelnego znużenia. Gruźlica wyostrzyła mu rysy twarzy, łokcie i palce.

— Wygląda senny, albo jak człowiek, który patrzy, a nie widzi, — zauważyłem.

— Za to słyszy doskonale...

— Szpieg? — spytałem zaintrygowany.

Nie dosłyszałem odpowiedzi. Piękna sąsiadka wyciągnęła z torebki papierośnicę. Chciałem potrzeć zapałkę, aby zapalić jej papierosa. Zaledwie jednak wyciągnąłem rękę ku popielnicy, gdy jazz-band umilkł jak wbity w ziemię. W sali kawiarnianej zapanowała śmiertelna cisza. Słyszałem oddechy sąsiadów. U wejścia ukazał się patrol wojskowy. Komendant stał chwilę niezdecydowany w drzwiach i szukał kogoś oczyma. Nagle uczyniłem dziwne spostrzeżenie: Oto człowiek o zmęczonej twarzy podniósł nagle powieki, jego mętne źrenice skierowały się w odległy kąt sali. Patrol ruszył z miejsca. Teraz przekonałem się, że między oczyma nieznajomego, a ruchami patrolu istnieje jakby związek telepatyczny. Było widoczne, że gruźlik gałkami ocznemi kieruje ruchami oddziału. Wreszcie żołnierze zatrzymali się przy stole, przy którym siedział jakiś młody człowiek i głośno rozprawiał z towarzyszami. Jeden z żołnierzy przystąpił do stołu, poklepał młodzieńca przyjaźnie po ramieniu, a potem dodał tonem obłudnej serdeczności:

— Towarzyszu wstańcie, oczekują was...

Wezwany zerwał się błyskawicznie z krzesła i spostrzegł niebezpieczeństwo. Na twarzy jego odmalował się wyraz obłędnego strachu. Źrenice młodego człowieka przeszły nagle w mętne szkliwo. Na twarzy zaczęły mu tańczyć jakieś czarne cienie, które skupiły się wreszcie koło drżących ust. W pierwszej chwili uczynił gest, jakby chciał uciekać, szybko jednak zorjentował się i zrozumiał, że sytuacja jest beznadziejna. Usunął się z powrotem na krzesło. Żołnierze uderzeniami kolb Naganów pomogli mu wstać. Młody człowiek nie stawiał już oporu. Okute kolby ciężkich rewolwerów rozcinały mu skórę, krew zaczęła obficie spływać mu po twarzy. Bez protestu dał się wyprowadzić z sali. Szedł jak na dwóch drewnianych protezach, tylko w drzwiach zesztywniałe nogi załamały się pod ciężarem jego ciała. Zatoczył się, chciał powiedzieć coś do publiczności, ale zaskowyczał tylko jak głuchoniemy. Szybko wypchnięto go za szklany kołowrót.

 

Zaledwie patrol z swoim łupem wyszedł na ulicę, jazz-band z jeszcze większą siłą uderzył „Bubliczki“. Moja sąsiadka, która przez cały czas patrzyła z oburzeniem na brutalną scenę, ściskała teraz nerwowo papierośnicę, jakby chciała zamienić ją na broń. Nozdrza jej falowały, jak chrapy podrażnionego zwierzęcia. Potrafiła jednak szybko opanować swoje wzburzenie, bo roześmiała się nagle. Śmiech jej dźwięczał nieszczerze. Tymczasem bezmyślny tłum kawiarniany, który przed chwilą zamierał z przerażenia, zwarł się znowu ze sobą. Potoczyła się dalej głośna rozmowa, sztucznie podsycana wesołością. Ludzie ci podobni byli do stada wrzaskliwego ptactwa, które stara się zakrzyczeć fakt, iż drapieżnik porwał z pośród nich swoją ofiarę, i stadko ich zmniejszyło się o jedno życie.

Długo nie mogłem zdmuchnąć z przed swoich oczu sceny aresztowania. I mnie zaczął ogarniać zimny lęk, w nogach czułem bezwład. Nerwowy dreszcz przebiegał mi po plecach.

— Towarzyszu, — powiedział do niego żołnierz... — pomyślałem z gorzką ironją. Słowa te musiałem wypowiedzieć głośno, bo moja sąsiadka wtrąciła uwagę:

— Jak pan widzi, słowo „towarzysz“ jest u nas konieczne. Musi ono zrównoważyć nazewnątrz tę straszną różnicę społeczną, która istnieje tylko u nas, a której nie znają ludzie cywilizowani.

— To straszne, — powtarzałem przygnębiony.

— U nas codzienne. Za kilka minut powtórzą tę samą scenę tylko z kim innym. Czy jazz-band razi pana jeszcze? — spytała ironicznie.

Teraz pragnąłem, aby wszystkie kotły i saxofony ryczały i zagłuszały to, co się wewnątrz mnie działo. Zrozumiałem, że im głośniej i przeraźliwiej orkiestra wybija swój takt, tem mniejsze daje pole szpiegom do podsłuchów. I nagle uczułem się w tym tłumie ludzkim osamotniony i bezbronny. Nie miałem przecież, w tej ludnej kawiarni, ani jednej przyjaznej duszy, ani jednego znajomego człowieka... Tylko ta sąsiadka, którą poznałem pół godziny temu... Żal, bezsilność i lęk ścisnęły mi gardło. Mieszałem kawę jak automat, wylewając zawartość szklanki na marmur stolika. Zdawało mi się, że patrol powróci jeszcze, aby mnie stąd wyprowadzić. Przecież zdobyłem dziś zamówienie na bardzo poważną sumę... Czerwoni klijenci mogą teraz uznać umowę za niekorzystną dla „Torgpreda“ i wtedy za jednym zamachem zniweczyć mnie wraz z moimi papierowemi kontraktami.

Pot wystąpił mi na czoło. Czułem gwałtowną potrzebę oddania się komuś w opiekę. Bezwiednie przysunąłem się do swojej towarzyszki.

— Chodźmy stąd, — prosiłem i spojrzałem błagalnie w jej piękne oczy.

Spojrzała na mnie zdziwiona, potem na jej drobną twarzyczkę wystąpił uśmiech zadowolenia kobiety, która czuje, że uzyskuje przewagę nad kimś bezradnym. Niemo uścisnęła mi rękę.

Opuściliśmy razem kawiarnię. Tłum spacerujących zmniejszył się już znacznie. Ulica Twerska wyglądała teraz jak koryto wysuszonej rzeki. Na chodnikach walały się wyplute łupki ziarn słonecznika i jakieś kolorowe śmiecie. Prąd chłodnego powietrza głaskał moje rozpalone czoło. Po chwili wstydziłem się tych kilku sekund słabości. Nie wiedziałem jak podjąć rozmowę. Szedłem milcząc obok pięknej nieznajomej i patrzyłem, jak jej zgrabne stopy omijały zręcznie śmiecie uliczne. Spojrzałem na zegarek. Cztery godziny dzieliły mnie jeszcze od czasu odejścia pociągu w kierunku granicy polskiej. Pragnąłem te cztery godziny spędzić w jakimś lokalu, gdzie panuje powódź światła, kwiatów i muzyki. Zaproponowałem wspólną kolację. Chciałem przywołać auto. Ale piękna nieznajoma ujęła mnie przyjaźnie pod ramię i tłumaczyła, że na powietrzu wyzbędziemy się posmaku lichego dymu tytoniowego kawiarni. Szliśmy w kierunku ulicy Stołecznej. Po drodze starałem się być wesoły i dowcipny. Byłem jednak sztuczny. Słuchała mnie z pozornem zajęciem, ale jej oczy mówiły, że wyczuwa mój niezręczny nastrój.

— Bawi się pani moim zdenerwowaniem, — spytałem zgryźliwie, — nie jestem jednak tak znieczulony, jak wy w Moskwie... Tego rodzaju scena, jak ta przed chwilą, budzi we mnie odrazę...

— Chce pan poprostu zaznaczyć, że jest inny od nas, Azjatów. Zapewniam pana jednak, że wy, mężczyźni, wszędzie jesteście jednakowi, i to niezależnie od szerokości i długości geograficznej. Raz grzeszycie nadmiarem odwagi i bezczelnością, a drugi raz drobny wypadek budzi u was lęk i paniczny strach...

Śmiała się, przyciskając moją rękę przyjaźnie do siebie. Czułem, że z ciała jej spływa na mnie jakieś miłe, opiekuńcze ciepło. Podążałem za tem ciepłem, nie zdając sobie nawet sprawy, dokąd ona mnie prowadzi. Szedłem obok niej z tak wielkiem zaufaniem, z jakiem idzie dziecko przy sukni matki.

Tymczasem ulice Moskwy rozmazywały się w moich oczach w obojętne tło. Po chwili skręciliśmy w jasno oświetloną przecznicę. W głębi uliczki rysowała się fasada małego pałacyku, oświeconego Potiomkinowskiemi lampami. Nad pałacykiem mienił się napis „Eldorado de Moscou“. Pomysłowo ułożone żarówki drgały jak taniec klejnotów. Tłumaczyła, że „Eldorado“ należy do najelegantszych lokalów sowieckiej stolicy, że jest to rodzaj nietykalnej oazy, dokąd nie docierają macki „G. P. U.“, ze względu na wielką ilość gości zagranicznych.

Spieszyłem się, aby jaknajprędzej wejść do lokalu. Wygalonowany murzyn otworzył przed nami drzwi wytwornego przybytku. Zdawało mi się, że przekroczyłem próg innego świata. Westybul przyjemnia głaskał oczy. Barokowe poręcze klatki schodowej, puszysty dywan, palmy i służba w purpurze przypominały wytworne kluby Londynu.

— Dokąd państwo życzą sobie wejść? — spytał łamaną francuszczyzną maître d’etablissement. — Na parterze znajdują się gabinety gry, na piętrze sala kabaretowa, restauracja i dancing.

Nie zaciekawiały mnie salony gry. Weszliśmy na pierwsze piętro. W tej chwili rozpoczynał się program. Na scenie ustawiony był olbrzymi kryształowy basen w kształcie wazy greckiej. Kilka doskonale zbudowanych dziewcząt w kolorowych czepkach i szczupłych, przeźroczystych kostjumach kąpielowych, produkowało się ewolucjami pływackiemi. Reflektory zmieniały barwę wody. Basen przechodził całą gamę kolorów, od zielonego szmaragdu, aż po czerwony; i wtedy zdawało się, że olbrzymi kryształ wypełniony jest krwią, albo płynnym rubinem. Potem szły jedne za drugimi ewolucje taneczne girlsów i pojedynczych tancerek. Program imponował bogactwem wystawy, pięknem nagich ciał kobiecych i bezceremonjalnością ruchów. Straciłem wreszcie poczucie rzeczywistości. Zdawało mi się, że jestem nad Sekwaną w egzotycznym „Maldoror“, czy „Inn“. Czułem się dobrze i bezpiecznie.

W czasie przerwy moja towarzyszka pociągnęła mnie do sali restauracyjnej. Byłem jej wdzięczny, bo głód drażnił mi żołądek.

Sala restauracyjna zbudowana była w kształcie wnętrza różowej muszli. Kolorowe lampki na ścianach lśniły jak drogie kamienie wbite w lśniący jedwab. Chłopcy w białych mundurkach toczyli szklane wózki z kubełkami wina szampańskiego i zakąskami. Sala wypełniona była publicznością. Tu jednak muzyka nie głuszyła rozmów i rubasznego śmiechu rosyjskiego. Z ukrycia padały tony tango „Milonga“.

Zajęliśmy miejsca w odosobnionej loży. Kelner podał nam spis potraw i win. Ceny na karcie wskazywały, że moskiewskie „Eldorado“ jest chyba najdroższym lokalem na świecie. Zamówiłem kolację.

— Zadowolony pan ze swej przewodniczki? — spytała moja wybawicielka.

Wyraziłem niemą podziękę, składając na jej ręce gorący pocałunek.

— Chciałbym jednak wiedzieć, komu zawdzięczam wybawienie z piekła Filipowa? — spytałem.

— Ach, prawda — śmiała się. — Pragnie pan usłyszeć moje nazwisko?

— Wystarczy imię...

— Widocznie zdołał pan już przekonać się, że im gorsze w Moskwie nazwisko, temwięcej uprzywilejowane. Proszę mnie nazywać Martą.

Szeptem powtórzyłem jej imię. I nagle jakaś tkliwość zabrzmiała w moim głosie.

Usłyszała mój szept. Źrenice jej rozszerzyły się nagle, jakby chciała mnie dokładniej i lepiej zobaczyć.

— Naturalnie, miał pan kiedyś kochankę o podobnem imieniu?

— Nie miałem. Dopiero dziś poznałem Martę i...

Nie dokończyłem zdania. Wstydziłem się wymówić słowo: miłość, tak bardzo nie harmonizowało by ono z mojemi siwemi skroniami i czasem naszej znajomości.

— I? — nalegała.

— I nadzieję popełnienia dziś oszałamiającego grzechu...

— Zbyt szybko powraca pan do równowagi, — rzuciła tonem zawodu.

Chciałem poprawić niezręczność, ale przeszkodził mi kelner nagłym wejściem do loży.

Gdy boy ustawił zamówione potrawy i wina, zrodziła się w mojej głowie myśl, że Marta musi pochodzić z arystokratycznego rodu rosyjskiego, który rewolucja wyrzuciła z bram pałacu w uliczne błoto. Patrzyłem na jej wąskie rasowe ręce i smukłe ramiona, które zdawały się potwierdzać moje domysły. Ogarnęła mnie litość:

— Marto, czy nie chciałaby pani opowiedzieć mi coś o sobie... — prosiłem.

— Coś o jakimś oficerze gwardji, który mnie zdradziecko uwiódł, lub o nielitościwych rodzicach, którzy nie mogli przebaczyć... — roześmiała się cynicznie. — Widocznie nie znudziły pana jeszcze te wzruszające bajki dziewcząt ulicznych...

W słowach Marty tkwił cynizm ale i gorycz. Drgnąłem boleśnie.

— Sądziłem, że ma pani własną i to ciekawą historję...

— Jeśli ją mam, to głęboko ukrytą przed oczyma ludzi.

— Niech mi pani wybaczy. Ośmieliłem się prosić o garsteczkę zwierzeń, tylko dlatego, iż przez chwilę zdawało mi się, że znam panią nie kilka godzin, ale lata całe. Coś dziwnego przeżywam w tej chwili, tak jakbym gdzieś, kiedyś panią znał, żył z nią w przyjaźni, a od dziś dopiero, po długim niewidzeniu z panią przyjaźń znowu odnowił. Może jestem śmieszny. Ale doprawdy boję się teraz spojrzeć na zegarek, aby mi nie przypomniał odejścia pociągu i naszego rozstania... A ten moment rozstania będzie dla mnie bardziej przykry, aniżeli pani przypuszcza... I gdyby nie obawa śmieszności, zaproponowałbym pani, aby wraz ze mną opuściła Moskwę, to miasto tragicznych niespodzianek i niepewności jutra. Niech pani będzie przekonana, że poza Rosją kończy się chłód i zimnica serc ludzkich. Widocznie tu zgasiliście w swoich sercach uczucie, a takie życie, to piekło. Patrzę na nie od kilku dni. Widziałem dziś u Filipowa podły akt przemocy. Przypomniało mi się coś z ciemnych odmętów średniowiecza. Pani nie zdaje sobie nawet sprawy z tego, że u was zbudowano jakiś rezerwat ludzi skazanych na śmierć, na których Europa patrzy przez szkła, jak w dawnym panoptikum. W drodze do „Eldorado“ pytała mnie pani, po co tu przyjechałem... Otóż przyjechałem, aby zarobić pieniądze, a gorączka zarobku pcha ludzi nawet w objęcia białej śmierci na Alaskę...

Nie mogłem opanować nerwów. Z ust moich padały coraz bardziej gorączkowe słowa i prośby. Nie hamowałem ich pędu, wierzyłem głęboko, iż wszystko, co mówię, jest prawdą. Tylko zbyt gwałtownie odsłaniałem moją duszę. Patrzyła zdumiona.

— Widzę w oczach pani lęk i niedowierzanie, — mówiłem gorączkowo dalej. — Może budzi się w pani podejrzenie, iż mózg mój niezbyt dobrze funkcjonuje. Otóż zapewniam panią, że jestem zupełnie przytomny. Wobec kobiet byłem zawsze powściągliwy. Najpiękniejsze budziły zawsze we mnie chłodne refleksje. I dlatego do dziś dnia nie mam towarzyszki życia. Wystarczyły mi poprostu miłostki zamiast miłości i kochanki zamiast żony... — urwałem nagle w obawie, że dalsze słowa doprowadzą mnie już do wyznań miłosnych. Stchórzyłem.

A Marta patrzyła na mnie zdziwiona, widocznie chciała się przekonać, czy nie zawarła znajomości z warjatem, któremu wystarczą dwie godziny rozmowy do oświadczyn miłosnych. Fakt jednak, że stchórzyłem uspokoił ją co do stanu mojej poczytalności. Położyła mi rękę na ramieniu.

— A co dalej? — spytała.

Gdy milczałem, roześmiała się tak serdecznie i swobodnie, jakby chciała dopowiedzieć:

— Dobrze przyjacielu, żeś się zbyt daleko nie zapędził, byłoby to dla ciebie zanadto kłopotliwe.

Potem zręcznie zmieniła temat rozmowy. Nieznacznie wskazywała mi poszczególne osoby na sali. Znała dokładnie nazwiska stałych gości „Eldorado“. Byli to albo przedstawiciele państw obcych przy rządzie sowieckim, albo reprezentanci wielkiego przemysłu zagranicznego, których podobnie, jak i mnie zapędził interes do miasta tysiąca wież i dzwonów. Siedzieli przeważnie w towarzystwie dorywczych przyjaciółek. Marta dokładnie wiedziała, po kim odziedziczyli te bardzo strojne i jeszcze bardziej wymalowane kobiety.

— Ta smukła brunetka o twarzy biblijnej Ruth, była dawniej przyjaciółką komisarza oświaty — tłumaczyła. — Po jakimś czasie, jej płomienne oczy wypatrzyły miejsce ukrycia pewnej części klejnotów carskich w Aleksandrowskim muzeum. Jednego dnia safe został opróżniony. Oczywiście woźni zostali rozstrzelani. W rok potem zaginione klejnoty zauważono u niej na balu w Kremlu, tylko oprawne w inne złoto. Zrobił się przykry skandal.

 

— To trudno, można równocześnie kochać i komisarza bolszewickiego wraz z jego ideą i carskie klejnoty, — odparłem ubawiony pogardliwym wzrokiem, jakim Marta mierzyła piękną żydówkę.

— Pożądania te w Moskwie są najczęściej nierozdzielne. Aby uzyskać brylanty, musi się wziąć jako dodatek komisarza.

Spojrzałem niedyskretnie na palce i szyję Marty. Nie miała na sobie ani jednego cennego kamienia, tylko wąskie paznokcie błyszczały jak agaty. Spostrzegła mój badawczy wzrok i roześmiała się głośno:

— Widzę, iż po klejnotach stara się pan poznać, ilu miałam wpływowych kochanków. Zawodna próba...

Nalałem wino w kieliszki. Złoty płyn pienił się, jak nastrój sali. Pod wpływem jazz-bandu i szampana temperatura zabawy w „Eldorado“ zaczęła być coraz wyższa. Dwie tancerki ulokowały się już na kolanach swoich wielbicieli, a jakiś podstarzały dyplomata coraz namiętniej przyciskał w tańcu bohaterkę Aleksandrowskiego muzeum. Perfumy Marty niepokoiły moje zmysły. Zauważyłem teraz jej mały kształtny biust, który dyskretnie poruszał się pod jedwabiem. Poprosiłem, aby ze mną zatańczyła.

Na błyszczących parkietach dancingu przekonałem się, że moja towarzyszka jest znakomitą tancerką. Przeginała się miękko w moich objęciach, rozprężając mięśnie smukłego ciała. Tańczyliśmy tak zgodnie i rytmicznie, że wkrótce zaczęto na nas zwracać uwagę. Marta była dumna ze siebie i swego partnera. Poddawała coraz bardziej gibkie ciało wprzód, jakby oddawała się bez zastrzeżeń na łaskę moich ramion. Piłem oddech jej małych, namiętnych ust. Zapach jej mocnych perfum i ciała gasił we mnie świadomość, gdzie się znajduję. Nagle muzyka głośnym akordem zakończyła tango. Na sali zajaśniały lampy. Zdawało mi się, że ktoś brutalnie przerwał mi zmysłowy sen. Krew uderzała mi w skronie. W głowie czułem zamęt.

Marta pociągnęła mnie z powrotem do ustronnej loży. Usiedliśmy obok siebie. Zrozumiałem, że tych kilka minut, które przetrwaliśmy w wspólnym uścisku zbliżyły nas do siebie. Wyciągnąłem rękę, aby poszukać jej palców. Spostrzegła mój ruch i podała mi rękę. Lekko przyciągnęła mnie ku sobie. Wtedy ująłem ją mocno w ramiona i przycisnąłem usta do jej ust. Odpowiedziała długim, drapieżnym pocałunkiem. Przestałem być panem swoich nerwów i ruchów. Ręce moje błądziły po gładkiem jedwabiu jej sukni szukając gorączkowo ciała Marty. Zdołała na chwilę oswobodzić ramię z mojego uścisku. Nacisnęła ukrytą sprężynę w parapecie loży. Delikatna jak mgła zasłona oddzieliła nas od roztańczonej sali.

Nagle prąd zimnego powietrza dotknął mojej twarzy. Marta błyskawicznie odsunęła się odemnie. Spojrzeliśmy ku wejściu.

Drzwi naszej loży były otwarte. Przedemną stał jakiś, mały, zgarbiony człowiek. Na długiej, piegowatej twarzy, błyszczały małe, chytre ślepia. W rachitycznie wykrzywionych palcach trzymał jakiś zielony przedmiot, który podsuwał mi przed oczy.

Kupitie etu rieznuju, kitajskuju rabotu... — prosił, odsłaniając w chytrym uśmiechu, rzadkie, spruchniałe zęby.

Ogarnął mnie straszny gniew. Chciałem pięścią uderzyć w bezczelną twarz intruza, ale Marta chwyciła mnie porozumiewawczo za rękę. Zrozumiałem. Sięgnąłem do kieszeni po banknot i z pasją rzuciłem go na ziemię. Rachityczna ręka chwyciła błyskawicznie pieniądz. Na stole została zielona figurka chińskiego bonzy. Mongolska głowa chińczyka chwiała się ustawicznie pod naciskiem ruchomej sprężyny.

— Jakiem prawem ten człowiek wszedł do naszej loży? — spytałem zduszonym od gniewu głosem.

Marta wzruszyła ramionami, widziałem jednak, że w oczach jej również grały ognie nienawiści.

Ale nastrój prysł. Obydwoje zrozumieliśmy, że ani minuty dłużej nie pozostaniemy w „Eldorado“. Zawołałem kelnera i wyrównałem rachunek. Za chwilę odebraliśmy nasze okrycia w garderobie barokowego westybulu.

Gdy podawałem Marcie płaszcz, przytuliła do mnie rozgorączkowaną twarz.

— Chyba dziś jeszcze nie wyjedziesz. — prosiła.

— Dlaczego?

— Bo teraz ja znów nie chcę rozstawać się z tobą...

Podziękowałem oczyma, ująłem ją pod ramię i wyszliśmy razem na ulicę.

Przed „Eldorado“ stał długi wąż prywatnych samochodów i dorożek automobilowych. W silnym refleksie świateł reklamowych błyszczały jak kwadratowe lustra wspaniałe limuzyny „Hispano-Suiz“, „Essex’ów“ i „Mercedes’ów“. Na chłodnicach samochodów powiewały chorągiewki państw zagranicznych. W rząd luksusowych wozów wplatały się ciężkie, odrapane samochody styryjskie z czerwoną gwiazdą; były to urzędowe wozy dostojników bolszewickich.

Wynalazłem bardziej czystą dorożkę i kładłem już rękę na klamce drzwiczek, aby przepuścić Martę do wnętrza samochodu, gdy z bocznej uliczki wytoczył się ciężki automobil, oślepiając nas bezczelnie mocnemi reflektorami. Warkot motoru uderzał groźnym pomrukiem w tunel ulicy. Samochód zatrzymał się tuż przed nami, wypuszczając z dymnika kłęby ciemnego dymu benzynowego. Z samochodu wyskoczyło kilku sołdatów. Trzech zagrodziło nam drogę. Nagle jeden z nich błyskawicznie podszedł do Marty i położył swoją, ciężką łapę na jej ramieniu.

— Chodź z nami, tam już czekają... — zaśmiał się drwiąco.

Marta, jak osaczony zwierz, wyrwała się z uścisku i pod wrażeniem obłędnego lęku, zaczęła uciekać po asfalcie jezdni. Sołdaci rzucili się w pogoń za nią. Za kilka sekund doleciał do mnie z ciemnej ulicy rozpaczliwy głos mojej towarzyszki. Wzywała mnie na ratunek. Pobiegłem w kierunku, skąd wołanie o ratunek dochodziło i zobaczyłem, jak kilka silnych ramion dusiło krzyk bezbronnej kobiety w mocnym uścisku swoich brutalnych rąk.

Rzuciłem się na pomoc. Szarpałem twarde szynele żołnierskie, uderzałem na oślep. Ale mocny cios pięści powalił mnie na bruk. Kilka podkutych butów zaczęło mnie kopać i wciskać w jezdnię. Ostry ból przeszywał mi piersi i stawy. Osłabłem. Widziałem tylko, jak przez mgłę, iż omdlałą Martę wrzucono do wnętrza samochodu. W ostatniej chwili zdołałem jednak wydobyć ze siebie resztkę sił. Powstałem na nogi. Tymczasem samochód ruszył szybko w kierunku miasta. Biegłem, chcąc wyrwać ofiarę z rąk zbirów, ale w piersiach zabrakło mi oddechu. Oparłem się o mur kamienicy i przycisnąłem rękę do skrwawionej twarzy. Czerwone światełko samochodu znikło właśnie na zakręcie.

Powlokłem się do hotelu.