BalladynaTekst

Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Co ze mną zrobisz? Boże, proszę, jestem przecież twoim bratem…

– Dopiero zrzucałeś wszystko na matkę. Rodzina to chyba dla ciebie nie najlepszy punkt odniesienia.

Staję obok Korkiego i kładę mu na ustach sporą ampułkę. Chce ją strącić, ale moje spojrzenie natychmiast go musztruje.

– Przemyślałabym na twoim miejscu, co robisz. Ta kapsułka zawiera środek, który wyżre ci przełyk i będziesz umierał cztery, może pięć minut – wyjaśniam. – Twoje gardło rozpuści się i wypełni krwawą mieszanką języka i podniebienia. Połkniesz też pewnie kilka zębów, bo z bólu zaciśniesz szczękę tak mocno, że się połamią. Jednak nie radziłabym połykać ampułki w całości. Jeżeli zacznie się rozpuszczać w żołądku, twoja agonia przeciągnie się do kilkudziesięciu minut. W tym czasie substancja żrąca zamieni twoje flaki w papkę. Nim umrzesz, być może wysrasz kawałek siebie. Odwrócisz się na lewą stronę.

Oczy Korkiego rozwarło przerażenie. Boi się poruszyć, żeby nie strącić z ust ampułki. Mimo tego, co o niej usłyszał, wie, że drugie wyjście może być znacznie gorsze. To, jak zawsze, wyłącznie kwestia perspektywy.

– Zaraz podpalę tę piwnicę – ciągnę. – Zadbałam o wentylację, żebyś nie stracił zbyt szybko przytomności. Może śledczy potraktują to jako samobójstwo? Poważany sędzia, dręczony wyrzutami sumienia, zabił się we własnym domu…

Nie ma ostatnich słów ani ostatniej wymiany spojrzeń. Po prostu odwracam się i wyciągam z kieszeni zapałki.

Ach, zapomniałam jeszcze o jednym.

O brakującym półtoralitrze krwi. Zapytasz o nią, bo całkiem słusznie gdzieś ci umknęła. To ty ją spuściłeś z tego gnoja i rozbryzgałeś na naszym wspólnym płótnie wyobraźni. Jedno z nas było niebem, a drugie jeziorem. Widzieliśmy te same obrazy i czuliśmy ten sam obrzydliwy posmak. Słowo robiło jedynie za przeciętnego kopistę. Od niego się wszystko zaczęło, ale nie na nim stanął koniec. Bo przecież jeszcze nie raz wspomnisz przyrządzone przeze mnie crème brûlée, fois gris albo parówki w sosie ze smarków.

Przecież zanim zaśpiewaliśmy tę balladę, widziałeś ostrzeżenie.

Porzuć wszelką nadzieję.

Wchodzisz w mój świat.

Kurtyna w górę.

–=Fade to black =–

ŁUKASZ ORBITOWSKI

Opowieść pioruna

Pamięci Anny Przybylskiej

No jebłem jej, nie ma co gadać. Wszyscyście widzieli. Przysoliłem babie i powiem wam, że nawet jakby do tego doszło nie przy ludziach, gdybym jebnął tak prywatnie, cichociemnie, też bym się przyznał, bez dwóch zdań. Nie ma czym się chwalić, po prostu fakty są, jakie są.

Nigdy wcześniej nie uderzyłem kobiety i nigdy nie sądziłem, że uderzę. Z Balą byliśmy razem przez siedemnaście lat, z czego dwanaście lat małżeństwa, i jak sami świetnie wiecie, różne rzeczy się działy. Samiście mogli przeczytać, co wyrabiała. W telewizorze też było. I mi różne rzeczy chodziły po głowie, zwłaszcza gdy na tej głowie wyrosły rogi i to nie takie jednoroczne, zieloniutkie grzybki, tylko poroże fest, jak u łosia na landszafcie. Myślałem, że pójdę do gazet. Albo zawalczę o swoje. Przecież naszą forsę też wzięła. W sumie, zabrała mi wszystko. Ale nie. Bo ja spokojny człowiek jestem i chciałem spokojnego życia. Nie wyszło. Mało komu wychodzi, co nie?

W ogóle nigdy nie uderzyłem kobiety, ale też byłem przeciwny tym, co bili. Raz, jeszcze w dawnych czasach, wylądowaliśmy z Balą u jakichś warszawskich znajomych Alusi. Prawnik czy ktoś. Od razu powiem, że ja się do takich ludzi nie pcham i chętnie wracam do swoich. Człowiek musi znać swoje miejsce. Bala nigdy tego nie rozumiała. Zachować się umiem, siedziałem cicho, a oni gadali o wielkich sprawach i sporo też pili, najwięcej ten prawnik. Żonkę miał małą, dożartą jak pinczer. Widać, że ze starych czasów, nim się dorobił. Walił wódkę i puszczał do panien raz lewe, raz prawe oko. Żonce niezbyt się to podobało. Coś mu tam dogadała. Była jakoś trzecia nad ranem, ludzie pijani w dym, nakopcone. Ten prawnik zaczął nią potrząsać, tak mocno, prawie od ziemi oderwał, przedramiona jej gniótł. Widziałem, że ta kobieta się boi, bo to nie pierwszy raz, i wie, co jeszcze może się zdarzyć. Podszedłem i powiedziałem, żeby przestał. Zbaraniał i tylko się patrzył. Niby inteligent, a nie załapał za pierwszym razem. Wyjaśniłem mu, że owszem, jestem gościem i to jego dom, ale przy mnie kobiet się nie bije, więc lepiej wrzućmy na luz i bądźmy dalej kolegami, przybijmy piątki i napijmy się jeszcze. Kłapnął buzią, jak podróżny, który pomylił rozkłady jazdy, i tyle było z awantury.

Zdarzały się i ostrzejsze historie. Jeszcze u nas w Krakowie, nie byle gdzie, tylko na samej Karmelickiej, facet przywalił dziewczynie i to tak, że prasnęła o witrynę butiku z odzieżą taneczną. Ten facet wielki był, o plecach jak żagle i łydkach wojownika. Zrywny, wiadomo. Też nie wypadłem sroce spod ogona. Zacisnąłem pięść na czapce, doskoczyłem i przywaliłem mu w szyję, wypuszczając jednocześnie powietrze. Błyskawicznie skróciłem dystans, ale było już po zawodach. Facet prasnął o tę samą witrynę sklepu z odzieżą taneczną. Prędko, chłopaku, nie pójdziesz na zabawę. Przyłożyłem mu dwa palce do szyi. Dychał. A ta dziewczyna, ta, co ją uderzył, słuchajcie, zaraz nad nim uklękła, cała zapłakana.

– Mój misiu, mój misiu – powtarzała. I na mnie: – Coś ty mu zrobił, skurwysynu? Po coś się wtrącał, prosił cię ktoś?

Nie mam do niej żalu. Nie oczekiwałem podziękowań. Pewne rzeczy robi się tylko dlatego, że powinny zostać zrobione. Gdy Bóg zasypia, człowiek musi działać. Powiem wam tyle, że ten facet miał wiele szczęścia. Inni gorzej kończyli. Zresztą, nie ma czym się chwalić. Kiedyś lubiłem ten sport. Teraz już nie lubię. Jak człowiek jest młody, cieszy się byle czym, na przykład, że potrafi przyłożyć. Popatrzcie zresztą na pamiątkę po tej durnej młodości. Widzicie? Mam piorun wytatuowany na przedramieniu. Kolega maszynką w domu zrobił, że niby biję tak mocno i szybko. Mógłbym teraz poprawić ten tatuaż, tylko po co. Niech zostanie. Nie można zaprzeczyć temu, co było.

Chcę tylko jeszcze raz powiedzieć, że nie bijam kobiet. To był jedyny raz.

* * *

Znałem je od zawsze. Mieszkaliśmy na jednej ulicy. No dobrze, wyraziłem się nieprecyzyjnie, za co przepraszam. Tę historię chciałbym opowiedzieć, jak należy. Więc mieszkałem w Krakowie, na Krowodrzy, przy ulicy Warmijskiej na pierwszym piętrze w bloku. Dziewczyny i ich mama zajmowały dwa pokoje na Obopólnej, która względem Warmijskiej idzie równolegle. Przed blokiem mieliśmy zieleniec z latarnią, piaskownicą i kasztanowcem, a za tym kasztanowcem była siatka; dziura w tej siatce prowadziła do kamienicy, gdzie żyły dziewczęta, już na Obopólnej. Nie mieszkaliśmy więc na jednej ulicy, ale było chyba tak, jakbyśmy jednak mieszkali, nawet bliżej, bo nieraz, jak tatul sobie popił, wyskakiwałem przez balkon, przecinałem piaskownicę i już siedziałem razem z Balą i Aliną.

Ich los nie był wesoły, mój też nie i to nas chyba połączyło. Rodzinie dziewczyn się wiodło, póki ojciec żył. Jeździł na kontrakty do Iraku, do byłej Jugosławii i chyba porządny był, przynosił szmal do domu. Na handlu pokątnym wyciągnął trzy razy tyle, co z roboty. Wiadomo, pieniądz tkwi w odległościach. Dbał o dzieci i kochał żonę. Taki facet to skarb, a skarby najprędzej Bóg do siebie zabiera. Czasem, kiedy byłem jeszcze dzieckiem, pytałem Pana Jezusa, czemu wziął do siebie tego dobrego, kochającego życie człowieka, zostawił zaś mojego ojca i jego ciężką rękę. Ale Bóg wie lepiej, co robi, i gdyby każdemu człowiekowi tłumaczył swoje postępowanie, brakłoby mu czasu na cokolwiek innego. Wtedy tego nie rozumiałem. Teraz już rozumiem.

Ojciec dziewczyn zmarł nagle i nikt tego się nie spodziewał, z wdową na czele. O niej też mogę powiedzieć same dobre słowa, z wyjątkiem jednego. Do pracy raczej nie nawykła. Dorabiała sobie na portierni w zakładzie geodezyjnym czy też czymś podobnym. Po co więcej, skoro pieniądze w domu były? Za to miała piękne zdjęcia z Sopotu, Zakopanego i dancingu Feniks, tego, co do dzisiaj działa, na rogu Rynku i Jana. Cóż, mąż umarł i z Feniksa zostały głównie te zdjęcia. Połówka etatu przestała wystarczać i mama dziewczyn, moja przyszła teściowa, gorączkowo szukała jakichś innych zajęć. Koniec końców wylądowała w maglu, na dole, jako pomoc. Nigdy nie usłyszałem od niej słowa skargi. Przeciwnie, powtarzała, że dobrych lat z mężem nikt jej nie zabierze. Jej zdaniem zawsze należało mieć nadzieję. Chyba dlatego zacząłem tam do nich przychodzić, do niej i do dziewczyn. Bo było ciepło i smutno. Mogłem przydać się do czegoś. Nosiłem zakupy i wodę ze studni artezyjskiej.

Powiem wam, że w Ali od początku tkwiło to coś, jakaś dobra iskierka, którą pokochali ludzie. Była też, z mojego punktu widzenia, trochę odklejona. W kółko oglądała parę filmów z Meryl Streep albo z Julią Roberts. W końcu facet z wideoteki na Piastowskiej zaczął wypożyczać je jej za darmo. Połapał się, jak okropnie lubi te aktorki. W kółko opowiadała o przedstawieniach w Teatrze Stu albo Piwnicy pod Baranami. Machała przy tym rękami, oczy jej się świeciły. Bez dwóch zdań, pragnęła zostać aktorką, co jest o tyle dziwne, że w tej rodzinie, przepraszam, w naszej rodzinie brakowało raczej tradycji artystycznych, nie licząc wujka, co po pijaku strugał kogutki z drewna.

Bala bez przerwy powtarzała, że marzenia są dla bogatych, czyli nie dla nas. Nie, żeby szydziła z siostry czy coś. Przecież kochała ją wtedy. Po prostu jej zdaniem dziewczyny z ubogich domów z reguły nie zostają aktorkami. Meryl Streep raczej nie urodziła się na Obopólnej. Mówię o tym, co Bala mówiła o Alinie, bo sam nie wiem, co mam mówić o Bali. Dwie dusze w niej walczyły, dusze, co się ze sobą nie zgadzają. Jedna chciała szybko skończyć technikum i znaleźć jakąś pracę. Wszystko, żeby jakiś pieniądz był. Druga łaknęła dobrej zabawy i daję słowo, były weekendy, kiedy nie wychodziliśmy z Dziewiątki na Szewskiej, podczas gdy Ala ćwiczyła dykcję, robiła mnóstwo min przed lustrem i dorabiała przy dzieciach, żeby było na ciuchy, kosmetyki godne przyszłej wielkiej gwiazdy, na wpisowe do szkoły teatralnej.

 

Czasem sobie myślę, jak wyglądałoby moje życie, gdybym związał się z Alą, a nie z Balą. Tak mogło się przecież zdarzyć. Myślę, że podobałem się obu pannom, a one podobały się mnie. Szybko dorośliśmy. Pamiętam, jak leżałem na łóżku i zastanawiałem się, którą wybrać. Jedna konkretna, druga z głową w chmurach. Ta jasna, ta pięknie matowa. Miałem może dziewiętnaście lat, stanowczo za mało do podejmowania takich decyzji. Teraz wiem, że powinienem się wyszumieć. Ale byłem młody, miałem dość ojca, szukałem miłości, miłość zaś czekała tuż obok, i to dubeltowa, na Obopólnej. Nie zastanawiam się, czy wybrałem dobrze. Wiadomo, że wybrałem źle. Lecz co by się stało, gdybym wybrał inaczej? Przecież Ala i tak by nie żyła, a gdyby związała się ze mną, mogłaby nie mieć tej cudownej dekady, z Gdynią, Piwowarskim, Machulskim i Lindą. Pociągnąłbym ją w dół. Ala zawsze chciała dużo. Ja poprzestawałem na małym. Czy dlatego związałem się z Balą?

Bala nie czytała książek, przez lata w telewizji oglądała tylko programy kulinarne i przyrodnicze, po technikum została kelnerką i odgrażała się, że odłoży trochę grosza i pójdzie na zaoczne hotelarstwo. Innymi słowy, sterta cegieł miała więcej ambicji artystycznych od niej. Pamiętam jednak taki wieczór, kiedy Ala ćwiczyła przed egzaminem na aktorkę. Trzecie podejście zaliczała, wiecie? My z Balą już byliśmy chyba ze sobą. Jeśli trzecie podejście, to tak. W każdym razie Ala poprosiła, żebyśmy wysłuchali jej monologu. Trudna sprawa. Głupio odmówić, głupio też słuchać. Siedliśmy na krzesłach, całkiem jak komisja, i Ala zaczęła mówić. Wcielała się w jakąś obłąkaną babkę, co ma krew na rękach i nie może jej zmyć. Sroga historia. Powiedziała przepięknie, groźna była. Nawet zastanawiałem się, czy to Ala, którą tak dobrze znam. Kiedy deklamowała, zerknąłem na Balę i słuchajcie, Bali oczy świeciły się tak samo jak siostrze, kiedy ta opowiadała o filmie z Meryl Streep. Nigdy wcześniej nie widziałem jej tak przejętej i zachwyconej.

Potem, jak zostaliśmy sami, Bala powiedziała, że to już trzeci egzamin i martwi się o siostrę, bo jej tak bardzo zależy, tymczasem wcale nie zbliża się do celu. Ile razy jeszcze spróbuje bez skutku? Dwa czy dwadzieścia? Potem zapaliła papierosa i powiedziała, że boi się dnia, kiedy w Ali umrze jej marzenie o aktorstwie. Pamiętam jej słowa dokładnie: umrze i zacznie gnić. Bo martwe marzenia gniją w brzuchu i zatruwają całe ciało. Serce pompuje jadowitą krew. Słuchałem jej przejęty i przerażony. Nigdy nie rozwodziliśmy się nad uczuciami, co też nas zbliżyło. Chodziło o coś jeszcze. Czułem, że Bala nazbyt dobrze wie, o czym mówi.

* * *

Cóż, Alina nie zdała także za trzecim razem. Podobno facet z komisji, Stuhr czy ktoś, powiedział jej, że ma talent i warsztat, niestety jest za ładna. Feler, no. Lata później, jak odebrała Złotego Lwa w Gdyni, ten sam Stuhr pogratulował jej wylewnie nagrodzonej roli. Alka pomyślała chwilę i zapytała go, czy to oznacza, że wystarczająco zbrzydła. Facet parsknął śmiechem, potem zaś przeprosił. Przyznał się do pomyłki. Moim zdaniem dobrze to o nim świadczy.

W każdym razie, piękna i zdolna Alka potrzebowała cudu, żeby zostać tą cholerną aktorką. Cud nazywał się Kornel, dobiegał pięćdziesiątki i właśnie finiszował ze swoim trzecim rozwodem. Mówimy więc o przeterminowanym księciu. Prócz tego zajmował się komponowaniem muzyki do filmu i teatru, miał też sto dwadzieścia metrów poddasza na Salwatorze. Alka nie mogła trafić lepiej, zwłaszcza że odchodził bezpośredni autobus od nas na sam Salwator.

Alka, jak już mówiłem, najmowała się do różnych rzeczy. Opiekowała się dziećmi, robiła ankiety, zbierała kufle w knajpach, czasem Bala załatwiła jej jakąś lepszą robótkę na zabawie czy czymś podobnym. Tu jednak padło na psa. Kornel, z okazji tego, trzeciego już rozwodu, większość uczuć przelał na setera irlandzkiego imieniem Amigo. Powiadają, że zwierzęta są odbiciem Boga na ziemi. Być może, lecz nie wszystkie. Amigo był stary, tępy jak wiadro i ciągle wygryzał sobie futro z kolan. Kornel przepadał za tym całym seterem, tylko nie zawsze mógł się nim zająć, bo miał huk roboty wyjazdowej, poza tym dawał w palnik i długo dochodził do siebie na kacu. Więc Alka zgłosiła się do opieki nad psem. Początkowo nie chciał jej przyjąć, tłumaczył się głupio, że pies stary, chory, trzeba go wnosić i znosić na czwarte piętro. Jaka dziewczyna sobie poradzi z takim zadaniem? Dopiero lata później, przy kielichu wyznał, co naprawdę leżało mu na wątrobie. Jego zdaniem Ala była za ładna do tej roboty.

Ponoć przyniosła mu malin, wiecie? Kornel leżał na kacu, ona pociągnęła Amiga aż do placu na Stawach czy tam gdzieś indziej, gdzie maliny sprzedają, i wróciła z nimi na poddasze. Czasem wystarczy drobny gest, odrobina troski, aby chłop stracił głowę dla dziewuchy. Zresztą, nie wiadomo jak było. Ludzie gadają różne nieprzyjemne rzeczy. Moim zdaniem oboje trafili w dziesiątkę. Ona młoda i piękna, on ustawiony w prawidłowej branży, oboje ciepli, serdeczni tacy i odrobinę przestraszeni tego, co nagle zaczęło wyrabiać się między nimi. Stary facet często daje dziewczynie jakąś stabilność, jakąś pewność jutra. Coś, czego młodzi po prostu nie posiadają. Dziewucha ofiarowuje w zamian kawałek własnej młodości. Jak na moje, to uczciwa wymiana.

Jak szliśmy na pierwszą kolację we czworo, Alka miała bardzo dziwną prośbę. Nie chciała, żebyśmy mówili o jej marzeniu i nieudanych egzaminach. Przynajmniej tak powiedziała mnie i Bali. Jeśli dobrze rozumiem jej słowa, nie chciała, aby Kornel pomyślał, że wiąże się z nimi dla kariery. Na moje, kariera to tak samo dobry powód jak miłość albo lęk przed samotnością. Ale co tam wiem? Jestem tylko prostym człowiekiem. Ten Kornel jednak mi przypasował. Znam artystów i inteligencję, choć wolałbym nie znać. Ci z Krakowa są najgorsi. Pogardę do takich jak ja przykrywają wylewną serdecznością, aż plecy bolą od poklepywania. Wystarczy zobaczyć, jak kupują na placu. Kornel taki nie był i chyba naprawdę cieszył się z mojego towarzystwa. Opowiadaliśmy sobie anegdoty, on o teatrze, ja o kumplach skręcających precle, bo wtedy przy preclach na nocki pracowałem. Tylko wino lał okropne, aż mordę mi wykręcało. Tyle dobrze, że dużo tego wina było.

Jak popiliśmy, już po północy, Alina wyszła do łazienki. Zresztą, może wcale nie do łazienki, tylko gdzie indziej. Jakie to ma znaczenie? Wtedy Bala przysiadła się do Kornela. Miała czarną, prostą sukienkę i ciemne włosy zaczesane do tyłu. Czoło jej poczerwieniało od tego wina, oczy lśniły. Pamiętam to wszystko, bo wtedy po raz pierwszy zobaczyłem tych dwoje blisko siebie. Nie wkurwiałem się, rzecz jasna, choć podejrzliwy jestem. Z jakichś przyczyn zaufałem Kornelowi.

– Słuchaj, jest sprawa, tak tylko między nami – powiedziała Bala. – Wiesz, Alina chce być aktorką. Trzy razy nie zdała do szkoły. Mówi i myśli tylko o tym. Bardzo nie chciała, abyś o tym wiedział – powiedziała jeszcze Bala. – Bo jej zdaniem mógłbyś sobie coś głupiego pomyśleć, że chciałaby cię użyć do czegoś czy coś. Prosiła mnie, zaklinała, żebym nic ci o tym nie mówiła. Ja jednak tak nie mogę. Za bardzo ją kocham. To taka dobra dziewczyna. Proszę, nie mów jej, że ci o tym wspomniałam, bo mnie zabije. Przepraszam, że cię w to wplątuję. Nie mogę inaczej.

Taka właśnie była i jest Bala. W paru słowach zamyka prośbę, groźbę i przeprosiny. Kornel zamarł w kuchni, kompletnie skołowany. Ala wróciła i siedzieliśmy sobie dalej, jak gdyby nigdy nic, tylko dziewczyny ciągle zerkały na siebie. Właściwie Ala gapiła się na Balę, tak dziwnie, jakby próbowała ją o coś zapytać. Wtedy zrozumiałem, że wcale nie była taka naiwna i niewinna. Specjalnie zawracała nam głowę, żebyśmy nie wyskakiwali z tym jej aktorstwem, specjalnie też wyszła na tak długo. Wiedziała, że Bala nie wytrzyma i powie to, co powie. Były przecież siostrami i znały się jak kwoki z jednej grzędy. No i kochały się bardzo. Przynajmniej wtedy.

* * *

Zapewne nie zdziwicie się, gdy powiem, że wkrótce po naszym wieczorze nasza Alinka dostała pierwszą rolę, i to w filmie. Niby nic wielkiego, wszystkim się jednak podobało, może dlatego, że była prześliczna, z tymi oczami sarny, masą kolczyków, do tego ścięta na chłopczycę. Ktoś mądrze to wykombinował, bo z jednej strony te oczy, te pełne usta i delikatna twarz, z drugiej ten fryz i tanie srebro w uchu – wyszła z tego piękna łobuziara. Grała kochankę żonatego mężczyzny, dość uczciwą, by przyznać się zdradzanej żonie. Zachowała się właściwie. Może też dlatego ludzie tak ją, tę postać, polubili?

Alina nie mogła uwierzyć w to, co się dzieje. Na zmianę, cieszyła się i zamartwiała. Powtarzała, że dostaje prezent, na który nie zasługuje. Co, jeśli nie dorosła do własnego marzenia? Co, jeśli zawiedzie? Trudno szło z nią wytrzymać. Na szczęście ja i Bala mieliśmy już swoje sprawy. Bala pracowała w restauracji przy hotelu Cracovia. Nie ma już ani tego hotelu, ani restauracji, ale wtedy szło tam zarobić, zwłaszcza jak skakała pijanym gościom po camele. Co do mnie, przestałem skręcać precle i poszedłem do fabryki papierosów. Niefartem, przenieśli ją z Dolnych Młynów na Hutę. Na Młyny uderzyłbym z buta, tu musiałem tłuc się tramwajem przez całe miasto, nieraz i godzinę. Targałem też stal w siłowni na Bernardyńskiej, pod samym Wawelem. Podobało mi się to, no i też miałem dość ojca, dość strachu przed siłą tego faceta. Tak właśnie wyglądało moje życie. Wieczorami z Balą oglądaliśmy telewizję. Na Bernardyńskiej machałem hantlami, robiłem mnóstwo przysiadów i pompek na poręczach. Przyglądałem się, jak ćwiczą inni, więksi, silniejsi. Na Hucie maszyny toczyły całe ściany nieposortowanych papierosów. W innym pomieszczeniu, za pleksiglasową ścianą, po taśmociągu sunęły gotowe paczki. Przyszło mi do głowy, że z godzinowej stawki nawet jednej takiej sobie nie kupię.

Tymczasem Alinie szło. Po filmie trafiła do serialu na drugim kanale naszej telewizji. Potrzebowali tam naturalnej, pięknej dziewczyny, co nieustannie się śmieje i jest trochę rozkojarzona. Wypisz wymaluj nasza Alusia. Serial szedł w sobotnie popołudnia, akurat do obiadu. Alina pojawiła się w kolorowych gazetach, nawet na okładce. Zapraszali ją do telewizji, żeby mówiła o sobie, Kornelu i ulicy Obopólnej. Zresztą, przecież wszystko to wiecie, a jak nie wiecie, to nie ma sensu, żebym gadał. Próbuję powiedzieć, że sukces onieśmielił Alinę. Nie miała pojęcia, co z nim zrobić. Powtarzała, że śni sen, z którego przyjdzie jej się obudzić. Kupowała ubrania mnie i Bali. Wysłała mamę do sanatorium w Krynicy i obiecała jej, że niedługo już skończy się praca w maglu i na tej portierni. Będziemy mieli dość pieniędzy.

Póki co wyniosła się do Kornela, co oznaczało zmiany także dla nas. Żeby było jeszcze lepiej, tego akurat dnia stary nie ruszył na mnie z pięściami. Wracałem od Bali, była może dziesiąta wieczór, i zobaczyłem tatusia, jak ładuje się do swojej skody zaparkowanej przed blokiem. Cud, że nie pomylił samochodów. Chuj z nim, pomyślałem, będzie wszystkim lepiej, jak się rozpierdoli. Tylko co, jak kogoś zabije? Zapytałem, dokąd się wybiera o tak późnej porze.

– Ja tej kurwy już nie zniosę. – Ojcu chodziło o matkę. – Ani dupy, ani zupy. Na chuj mi to było. Zobacz, synuś, do czego mnie zmusiła.

Pokazał mi, wiecie, zakrwawioną rękę. Biedna mama. Wywlokłem go z tej skody, chwyciłem za kudły i prasnąłem mordą o boczną szybę. Potem zrobiłem mojemu ojcu jeszcze trochę innych rzeczy, które was nie interesują. To sprawy między rodzicem a dzieckiem są. Dość powiedzieć, że nigdzie nie pojechał samochodem. Wrócił do domu po nocy i położył się grzecznie. Tylko ja już nie wróciłem. Zabrałem swoje rzeczy i poszedłem do Bali. Alina już się wyprowadziła i mieliśmy pokój tylko dla siebie. W gruncie rzeczy niewiele się zmieniło. I tak ciągle u niej siedziałem. Zastanawiam się tylko, czy gdybym miał innego ojca, gdybym czuł się dobrze w rodzinnym domu, to tak paliłbym się do wyprowadzki. Chyba nie. Macie więc najlepszy dowód, że gdy życie pieprzy się od samego początku, trudno dokonać dobrego wyboru.

Alinkę spotykaliśmy coraz rzadziej. Siedziała na Salwatorze, do tego wynajęli jej jakieś mieszkanie w Warszawie, gdzie się zatrzymywała, kiedy kręcili serial. Częściej widywałem ją w telewizji niż u nas w domu. Dobrze to rozumiałem, chyba ja jeden. Wykorzystywała swoją szansę, nic więcej, poza tym spędzała czas z Kornelem. Teściowa roznosiła swoje smutki na całą Obopólną. Bała się, że wielki świat, ta cała Warszawa połknie jej córkę. Myliła się, bo Alę połknęło coś zupełnie innego. Za to kiedy przyjeżdżała, nastawało święto. Do domu wnosiła czystą radość. Wchodziła do naszej klitki, jakby tańcząc. I chciało się tańczyć razem z nią. Mówiła, kogo poznała, kto był dla niej miły, a kto niemiły, chwaliła się tym, co zrobiła i jeszcze zamierza zrobić. Ciągle powtarzała, że jej sukces byłby niemożliwy, gdyby nie my, jej dom. Cóż, widzę w tym uprzejmość, nic więcej, no chyba że chodziło jej o te parę słów, które Bala powiedziała Konradowi.

 

Co do Bali, rosło w niej coś niedobrego. Wtedy tego nie dostrzegłem, teraz już to wiem. Zachowywała się zupełnie normalnie. Roześmiana, słuchała o sukcesach siostry. Za Alą zamykały się drzwi i Bala zaraz robiła się chmurna. Mało mówiła. Nie dało się do niej zbliżyć. Narzekała, że musi się wyspać, bo jutro ciężki dzień, zmiana na dwanaście godzin. Czy wiem, jak nogi bolą po takim dniu? A plecy? Miałem swoje własne zmiany, lecz tę akurat mądrość zachowałem dla siebie. Zauważyłem też, że Bala jakoś unika telewizji w sobotnie popołudnia. Zawsze miała wtedy coś ważnego do zrobienia.

– Gdy widzisz to wszystko, zwykłe życie staje się coraz trudniejsze – powiedziała mi kiedyś. – Niewiele mogę z tym zrobić. Myślę sobie, że Alce powiodło się za nas wszystkich. To dobrze czy źle? Jak sądzisz?

Dziewczyny pokłóciły się tylko raz. Daję słowo, żadna inna kłótnia nie zdarzyła im się przez te wszystkie lata. A było tak, że Alka zjechała do Krakowa z połową serialowej ekipy. Była aktorka Ziętek, aktorzy Kaczor i Wawrzecki, na moje pierwsza liga, Kornel i trochę hołoty, co się za takimi wlecze. Na cholerę przyjechali, tego akurat nie wiem, wiem za to, że wypili swoje i poszli do Cracovii na dalszą balangę. Pewno się nie zdziwicie, gdy powiem, że artysta, zwłaszcza aktor, mógłby uczyć się kultury od knura w chlewiku. Wyżej sra, niż dupę ma. I jeszcze pyskuje. Pech chciał, że stolik z całym tym pijanym, rozwrzeszczanym towarzystwem obsługiwała Bala. Wtedy była jeszcze dobrą dziewczyną i na pewno nie zasługiwała, by pijane gwiazdory gwizdały za nią na palcach.

– Kim ja dla ciebie jestem? – zapytała Alę następnego dnia. – Żeś ich tam wszystkich zaciągła, żeby się popisywać? Mało to innych knajp na mieście?

Alina odpowiedziała mniej więcej coś takiego:

– Jezus, ja nie pomyślałam. To znaczy, zapomniałam zupełnie, że tam pracujesz. No i też myślałam, że będzie ci miło poznać tych wszystkich ludzi, no i oni też się ucieszą…

– Najbardziej cieszył się ten, co mnie za cycki łapał. Takich poznawać mogę, jak stawiają mi szampana, a nie gdy latam do nich z wódką. Poza tym jak właściwie było, zapomniałaś, że tam pracuję, czy chciałaś mnie przedstawić: Oto moja siostra Balbina, wspaniała kelnerka!?

– Jejku, naprawdę? Najpierw myślałam jedno, potem, jak cię zobaczyłam, to drugie.

Tak sobie gadały. Nastały ciche dni. Ala zasypywała Balę prezentami. Kupiła jej złote kolczyki i kilka sukienek. Jak przyjechała następnym razem, zobaczyła paczki nieotwarte, co chyba dało jej do myślenia. Zaprosiła nas razem do Warszawy, wykupiła pociąg i hotel. Wtedy też zdarzyła się ta awantura z prawnikiem, co wam mówiłem. Nieważne zresztą, ważne, że panie pogodziły się w tej Warszawie. Od tego czasu Ala pilnowała, by niczym nie urazić siostry, Bala zaś, z tego co wiem, szczerze cieszyła się jej sukcesami, zwłaszcza tym największym, w Gdyni.

* * *

Myśmy mieli zwyczajne życie. Bali podobały się wyjazdy do Warszawy i picie, kiedy nie obsługuje, lecz jest obsługiwana. Ja tam nie lubię podróżowania. Gdyby każdy człowiek siedział na miejscu, uniknęliśmy wielu kłopotów. Największa zmiana u nas była taka, że zwolniłem się z Nowej Huty i poszedłem pracować na Bernardyńską, to znaczy na Kordeckiego, bo tam się przeniosła nasza siłownia. Tak właśnie w naszym Krakowie jest: z ulicami nie dojdziesz do ładu. Prócz tego stałem na bramce w Nowym Kuzynie przy Małym Rynku. Bala została kierowniczką sali. Innymi słowy, nie mieliśmy źle, rozważaliśmy nawet wynajęcie jakiegoś mieszkania. Po prawdzie liczyłem, że Alinka coś mamie kupi, żebyśmy nie gnietli się na tych dwóch pokojach.

Tymczasem Alce dali rolę w Balladynie: reloaded. Co to w ogóle za tytuł? Nawet ja zdziwiłem się, kiedy do tego doszło. Nie znam się na aktorstwie. Jak na mnie, filmy służą ogłupianiu ludzi. Niektórzy chcą, żebyśmy siedzieli w domach i się nie buntowali. Takie mam zdanie, jeśli koniecznie chcecie wiedzieć. Alunię wybrali właśnie na tę Balladynę. Ja tam się nie znam na aktorstwie, ale błyszczenie ładną buzią w serialu to jedno, granie zaś roli głównej w trudnym filmie o zabijaniu jest kompletnie innym zadaniem. Dość powiedzieć, że Ala była przerażona, przytłoczona szansą i ludźmi, z którymi miała pracować, przytłoczona Bogusławem Lindą, którego akurat lubiłem. Bala tłukła jej do głowy, że znakomicie sobie poradzi. Teściowa kładła na stół klopsy, kapustę, barszcze i krokiety.

– Jedź, córuś, bo zaraz pójdziesz w Holiłudy i kto cię tam dobrze nakarmi?

– Mamo, a co będzie, jeśli sobie nie poradzę? Jeśli chciałam czegoś, co nie będzie moje? Co, jeśli tak naprawdę nie jestem aktorką?

Nic nie mówiła o zdjęciach, gdzie kręcą i co się dzieje na planie. Dziwne, bo jak grała w czymś innym, buzia jej się nie zamykała. Ciągnąłem za język po próżnicy. W ogóle przez te miesiące raczej słuchała niż mówiła. Kornel żalił się, że nie ma z niej pożytku. Jak skończyli zdjęcia, zjawiła się u nas nawalona jak szpadel. Paliła cienkie papierosy i mówiła coś o zaglądaniu w siebie. O ciemnych sprawach, które tam się kryją. Wcześniej nigdy nie gadała takich rzeczy. Wszystko ma swoją cenę, aktorstwo także. Tylko dlaczego? Bóg w nas spogląda. Nie wyręczajmy Go w tym zadaniu. Ja tam nigdy nie zaglądam w siebie. Nie znajdę tam nic dobrego.

Film wyświetlali na festiwalu w Gdyni i Ala zaprosiła tam nas wszystkich, to znaczy swoją mamę, Balę i mnie. Ucieszyłem się, bo lubię morze. Ostatnim razem byłem nad Bałtykiem jako dziecko. Cały pobyt przesiedziałem ze specjalem, patrząc na wodę. Tam więcej treści niż w kinie, lecz na film o Balladynie poszedłem. Powiem wam, niczego sobie. Bardzo współczesne. Dwie siostry walczą ze sobą przez całe swoje życie, najpierw o względy ojczyma, potem o faceta, na sam koniec napieprzają się, bo do tego napieprzania przywykły. Jedna cały czas drugiej szkodzi, ta druga pozornie siedzi cicho. Niby taka łagodna, wybaczająca. Na sam koniec tę pierwszą, wyrywną, zamykają w psychiatryku, bo, jak się okazało, siostrzyczka założyła jej lewą kartotekę i przez piętnaście lat wkładała tam sfałszowane kwity. Naprawdę, laury przypadną cierpliwym. Zresztą, dlaczego wam o tym opowiadam? Przecież widzieliście ten film, a jak nie widzieliście, to zobaczcie. W końcu on został po naszej Alusi.

W sumie, okropnie wymęczyłem się w tej Gdyni. Bala balowała. Mają tam, w hotelu, takie pomieszczenie piwniczne, gdzie wszyscy chlają na umór do rana. Ściany są czerwone, pewno dlatego, żeby wszyscy chodzili nakręceni. Z Bali wyrosła królowa towarzystwa i powiem wam szczerze, z trudem patrzyłem, jak wdzięczy się do aktorów i reżyserów. Nie mogła wyjść ze zdziwienia, że ludzie, których zna z kolorowych gazet, są tacy bezpośredni i fantastyczni. Jednego takiego musiałem wyprowadzić na zewnątrz, taki był zrobiony. Klapnęliśmy na ławce przed kolejką szynową. Reżyser ciumkał jointa i paplał wyłącznie o sobie. Zastanawiał się nawet, czemu za młodu nie dostał Oscara, przecież taki był zajebisty. Sam wolę słuchać niż mówić. Potem zjawiła się Bala z butelką prosecco. Poszliśmy tańczyć na plażę, ciągnąc ze sobą półprzytomnego filmowca. Świtało. Bala wyznała, że nigdy nie była taka szczęśliwa. Jej zdaniem życie było piękne.

Piękna to była Alinka na rozdaniu nagród. Cała w bieli, w takiej zwiewnej sukience. Można pomyśleć, że płynie nad czerwonym dywanem. Nikomu nie zrobili tylu zdjęć co jej. Śmiała się całkiem tak, jak u nas w domu, gdy z Balą powiedzieliśmy coś zabawnego. A potem dali jej tę cholerną nagrodę i jeszcze dopiekła staremu Stuhrowi. Dobrze się stało, to był wspaniały dzień. Pomyślałem sobie nawet, że w życiu nie ma barier i każdy może coś osiągnąć, nawet jeśli wyrósł z jakieś Warmijskiej czy Obopólnej, tak jak my. Czy muszę dodawać, że przewodniczącym jury był ten sam narąbany reżyser, którego zawlekliśmy na plażę, żeby potańczyć?