Udręczeni. Historia prawdziwaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Tytuł oryginału

IN A DARK PLACE

Copyright © 1992 by Ray Garton, Carmen Reed, Al Snedeker, Ed Warren and Lorraine Warren. This translation published by arrangement with Graymalkin Media LLC.

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Replika, 2020

Wszelkie prawa zastrzeżone

Redakcja

Alicja Laskowska

Korekta

Dagmara Ślęk-Paw

Skład i łamanie

Dariusz Nowacki

Projekt okładki

Mikołaj Piotrowicz

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dariusz Nowacki

Wydanie elektroniczne 2020

eISBN 978-83-66481-74-9

Wydawnictwo Replika

ul. Szarotkowa 134, 60–175 Poznań

replika@replika.eu

www.replika.eu

Mojej żonie, Dawn, która z cierpliwością

podchodziła do każdej strony.

– Ray Garton

SPIS TREŚCI

PODZIĘKOWANIA

WSTĘP. DEMONICZNE OPĘTANIE

1. PRZEPROWADZKA

2. CO USŁYSZAŁ STEPHEN

3. WRASTANIE

4. KOLEJNE GŁOSY

5. LATO/JESIEŃ I

6. SPANIE NA DOLE

7. KOLEJNI GOŚCIE

8. SZKOŁA

9. NOCNE ROZMYŚLANIA

10. UMOWA

11. ZMIANY

12. DUCHY TERAŹNIEJSZYCH ŚWIĄT

13. POCZĄTEK NOWEGO ROKU

14. PRZEDWIOŚNIE

15. GOŚCIE

16. LAURA

17. LATO/JESIEŃ II

18. ŁOWCY DUCHÓW

19. CIEMNOŚĆ CORAZ BLIŻEJ

20. SCEPTYCZNE BŁOGOSŁAWIEŃSTWO

21. ATAKI FIZYCZNE

22. WIĘZIENIE BEZ KRAT

23. ROZPOCZYNA SIĘ ŚLEDZTWO

24. BADACZE

25. DEMONY POD OBSERWACJĄ

26. UWAGA KOŚCIOŁA

27. OJCIEC NOLAN

28. EGZORCYZM

29. KILKA MIESIĘCY PÓŹNIEJ

EPILOG

Wydawnictwo Replika poleca

PODZIĘKOWANIA

Gdy pisałem tę książkę, wielu ludzi pomogło mi swoimi talentami edytorskimi oraz udzieliło mi wsparcia moralnego, i w tym miejscu chciałbym im podziękować:

Mojej agentce i przyjaciółce, Lori Perkins; mojej cudownej redaktorce, Emily Bestler i jej asystentom, Tomowi Fifferowi i Amelii Sheldon, którzy przez cały czas cierpliwie służyli mi pomocą; moim przyjaciołom, Scottowi Sandinowi, Paulowi Meredithowi i Stephanie Terrazas; moim rodzicom, Rayowi i Pat Garton; Joemu Citro i Jerremu Sawyerowi, dwóm świetnym pisarzom mówiącym prawdę; Deanowi R. Koontzowi, który zawsze służył dobrą radą; wielebnej Cheri Scotch, Arcykapłance Świątyni Diany, której zdrowy rozsądek – oraz poczucie humoru – zawsze były wielką pomocą; oraz, oczywiście, Dawn, bez której ta książka by nie powstała.

– Ray Garton

WSTĘP

DEMONICZNE OPĘTANIE

Badanie opętań demonicznych nigdy nie było, ani nie jest, i najprawdopodobniej nigdy nie będzie, nauką.

Niemniej jednak są ludzie, którzy takim badaniom poświęcili życie, którzy próbują określić punkt, w którym rozpoczyna się opętanie, tak, by można było go uniknąć.

Opętania datują się od czasów Chrystusa, który zgodnie z Nowym Testamentem wypędził demony z wielu ludzi. Dziś jest ono co najwyżej tematem horrorów. Jednak wiele kościołów i sekt chrześcijańskich, w większości katolickich, nadal praktykuje rytuał egzorcyzmu.

Istnieją dwie odmiany opętania: opętanie człowieka i opętanie miejsca, na przykład domu albo innego budynku. Jednakże wiele Kościołów katolickich uważa, że oba przebiegają w zasadniczo podobny sposób.

Po pierwsze istnieje punkt, w którym demon (bądź demony) wchodzi w człowieka albo zamieszkany budynek, albo dom. Istnieje wiele różnych teorii wskazujących, co można uznać za pierwsze wejście. W jednym, dobrze dokumentowym przypadku opętania demonicznego demon twierdził, jakoby wybrał swoją ofiarę jeszcze przed jej narodzeniem. Niektórzy wyrażają przekonanie, że nawet przejściowe zainteresowanie okultyzmem może być zaproszeniem do opętania. Inni jednak uważają, że pozostanie to w sferze zagadki, że nie dowiemy się tego, póki nie staniemy przed naszym Stwórcą i nie usłyszymy wyjaśnienia.

Jednak co do jednej rzeczy panuje niemal jednomyślna zgoda: pierwsze wejście następuje wyłącznie wtedy, gdy ofiara, albo mieszkaniec domu, który stał się celem demona, dokona wyboru – nawet podświadomego, nawet subtelnego – by na to pozwolić.

Niech przykładem będą Snedekerowie, którzy nie zrobili niczego, by na swój dom sprowadzić opętanie – zaczęło się ono dużo wcześniej. Lorraine wyczuła swoim wieszczym zmysłem, że w tym domu, gdy był jeszcze domem pogrzebowym, wydarzyło się coś strasznego. Ktoś wykorzystywał zwłoki dla własnej, chorej przyjemności, i to właśnie te akty nekrofilii otworzyły wrota opętaniu; to właśnie ta osoba dokonała wyboru – oddając się tak perwersyjnym czynnościom – by dać siłom zła dostęp do tego domu, na długo przed tym, nim wprowadzili się tam Snedekerowie.

Gdy dojdzie już do wkroczenia, dążący do opętania byt stopniowo zaczyna łamać swojego gospodarza albo mieszkańców budynku, do którego wszedł. Zwykle osiąga to poprzez strach. Byt walczący o opętanie nie tylko karmi się strachem, ale wie, że strach osłabia jego ofiarę, dzięki czemu łatwiej będzie przejąć nad nią kontrolę, co przybliży demona do całkowitego opętania.

W przypadku sprawy Snedekerów moce zasiedlające ich dom walczyły o uzyskanie dostępu do samych Snedekerów, wykorzystując strach, aby ich osłabić, próbując zwrócić ich przeciwko sobie, przez cały czas czekając na trzecie stadium opętania: ofiara, osłabiona i podatna, zagubiona i przerażona, prędzej czy później osiągnie punkt krytyczny i dobrowolnie podda się mocom ciemności.

Nie można przeprowadzić oficjalnego egzorcyzmu bez starannego śledztwa, które ma określić, czy zgłaszana aktywność demoniczna faktycznie ma miejsce, czy też nie. Zdarza się, że osoba z problemami psychicznymi, albo uzależniona od jakiejś substancji, czy nawet cała rodzina cierpiąca w wyniku kryzysu domowego najzwyklejsze, drobne zbiegi okoliczności potrafi przemienić w ciąg przerażających wydarzeń prowadzących do wniosku, że dom został opętany przez demona. Z historii wiadomo, że za opętanie brano choroby psychiczne – takie, jak choćby schizofrenię, syndrom Tourette’a, pląsawicę Huntingtona, chorobę Parkinsona, a nawet dysleksję. I mimo że przez lata medycyna bardzo się rozwinęła, ksiądz, zanim w ogóle weźmie pod uwagę egzorcyzm, musi wykluczyć prawdopodobieństwo którejś z tych chorób.

Kapłan z wykształceniem medycznym albo psychiatrycznym – czasami jednym i drugim – rozpoczyna śledztwo od wyeliminowania innych możliwości; potem, jeśli to konieczne, zaczyna sprawdzać możliwość, że w dany przypadek zaangażowana jest istota demoniczna. Gdy uda się udowodnić działania demoniczne, kapłan zwraca się do Kościoła. Sprawa zostaje zbadana ponownie i, jeśli nie pojawią się inne przesłanki, zapada decyzja o konieczności odprawienia egzorcyzmu.

Zgodnie ze słowami osób, które byłby świadkami tego rytuału, nie ma dwóch identycznych egzorcyzmów, jakkolwiek wszystkie mają dwie wspólne kwestie. Pierwszą jest coś, czego osoby zaangażowane nie są w stanie zapomnieć, czy chodzi o egzorcyzmowanie osoby czy budynku: nazywamy to obecnością.

 

To coś niewidzialnego, subtelnego, a jednak tak głęboko odczuwanego przez wszystkich zainteresowanych, że wydaje się niemal namacalne. Jest to obecność pozbawiona płci – ani męska, ani żeńska… ani ludzka, ani zwierzęca… nie jest to pojedyncza istota, ale też nie jest ich wiele… ale jest wyraźna, a w miarę trwania egzorcyzmu z reguły staje się silniejsza. Gdy przemówi – o ile to zrobi – czasami mówi o sobie „ja”, a czasami „my”. Przemieszcza się wokół zgromadzonych jak lodowaty powiew, jak smuga powietrza z otchłani najgłębszej jaskini na ziemi, aż egzorcyzm się zakończy… aż byt, który opętał człowieka bądź miejsce zostanie wygnany w imię Boże.

Drugą rzeczą wspólną dla wszystkich egzorcyzmów jest niebezpieczeństwo.

Tym, którzy uczestniczą w tym rytuale, przez cały czas grozi niebezpieczeństwo, i muszą być oni przygotowani na to, że usłyszą najbardziej plugawe obelgi i zobaczą najbardziej przerażające rzeczy, jakie można sobie wyobrazić. Ich wiara w obliczu koszmarnego, nadprzyrodzonego gwałtu musi pozostać niewzruszona jak skała. Demony nie poddają się bez ciężkiej walki, a ich główną bronią jest, jak zawsze, strach. Żywią się nim i zrobią co w ich mocy, aby wzbudzić go w tych, którzy próbują je wyrzucić.

Nie wszystkie takie próby kończą się powodzeniem.

Demony czekają na zaproszenie do wejścia, ale nie zawsze chcą się wynieść, gdy się im każe…

JEDEN

PRZEPROWADZKA

– Mamo, musimy się wynieść z tego domu. Tutaj jest coś złego.

Carmen Snedeker z dłońmi i ramionami pokrytymi pianą stała przy zlewie kuchennym i myła naczynia. Na podłodze leżała sterta pogniecionych gazet i pustych kartonów, w których bawił się Willy, fretka Snedekerów. Naczynia, jeszcze przed chwilą poowijane w gazety i zapakowane w pudła, piętrzyły się na blacie po prawej stronie Carmen, poszarzałe od tuszu drukarskiego i zakurzone po podróży.

Od nagich ścian odbijał się śmiech pozostałych dzieci, które biegały po pokojach, zapoznając się ze swoim nowym domem.

Słyszała uderzenia i szuranie, gdy Al i jego brat wnosili do środka ciężkie meble.

Stephen, jej czternastoletni syn, kręcił się za jej plecami po kuchni, milczący i niespokojny, czubkami tenisówek szturchając pudła i papiery, jakby miał coś do powiedzenia, ale nie mógł się zebrać, by to uczynić.

– Skąd ten pomysł, Stephen? – spytała Carmen, gdy opłukała talerz.

– Mamo, tutaj jest coś złego – powtórzył – i musimy wynieść się z tego domu.

Carmen odłożyła talerz na suszarkę po lewej i ze zmarszczonymi brwiami, bardzo powoli, odwróciła się do Stephena.

– Wynieść się? Skarbie, dopiero co się wprowadziliśmy.

– Wiem, ale teraz musimy się wyprowadzić.

– Ale dokąd mielibyśmy jechać?

– Z powrotem do Nowego Jorku, do naszego mieszkania. Mamo, musimy. Tutaj jest coś… – zamilkł na moment i zmrużył oczy, jakby szukał odpowiedniego słowa. – Coś nie w porządku. Z tym domem jest coś nie w porządku.

Carmen jeszcze bardziej zmarszczyła brwi. Wytarła ręce. Odwróciła się, oparła o blat i założyła ramiona na piersi, przypatrując się swojemu synowi.

Był taki wymizerowany, taki blady, z ciemnymi podkówkami pod oczami. Starała się do tego przyzwyczaić – i oczywiście zachowywała się tak, jakby tego nie zauważała – ale za każdym razem, gdy na niego patrzyła, fizyczne zmiany, jakie w nim zachodziły, sprawiały, że ściskało jej się serce. Zupełnie jakby leczenie kobaltem, któremu był poddany, odebrało mu połowę siebie, wyssało tak, że stał się kruchą, porcelanową lalką, która ledwie przypominała jej syna. Taka terapia powodowała duży stres i to właśnie jemu Carmen przypisała słowa syna o tym domu. To musiało być to. Z całą pewnością nie mógł znać prawdy o tym budynku. O jego przeszłości wiedziała tylko Carmen i jej mąż.

– Stephen, a co jest nie w porządku z tym domem? – spytała cicho.

Jego gładkie czoło się pomarszczyło i na chwilę odwrócił wzrok, a potem wzruszył jednym ramieniem.

– Nie wiem – odpowiedział niemal szeptem. – Po prostu… coś złego. Coś… – gwałtownie potrząsnął głową, jednocześnie sfrustrowany i wzburzony. – Trudno to wytłumaczyć. Ale coś niedobrego. Złego. A jeśli tu zostaniemy… z nami też stanie się coś złego. Coś naprawdę złego.

– Skarbie, domy nie są złe. Źli bywają tylko ludzie. Zło mieszka w ich sercach, w tym, co czasem robią i mówią. Ale ten dom… to po prostu stary dom. Gdyby potrafił mówić, pewnie opowiedziałby nam wspaniałe historie, może nawet rzeczywiście jakieś straszne. Ale nie jest zły. Po prostu jest dla ciebie nowy – dodała z łagodnym uśmiechem. – Za jakiś czas się do niego przyzwyczaisz, poczujesz w nim lepiej. Widziałeś swój pokój na dole?

Stephen opuścił głowę i spojrzał w podłogę, lekko kiwając głową na znak potwierdzenia. Coś powiedział, ale tak cicho, że nie zrozumiała.

Carmen wsunęła palec pod jego podbródek i uniosła mu głowę.

– Co mówiłeś?

– To właśnie ten pokój jest taki okropny. Mamo, tam jest coś złego. Nie chcę tam spać. To po prostu wydaje się… być nie na miejscu.

Carmen starała się niczego po sobie nie pokazać. Ponownie napomniała się, że Stephen nic nie wiedział o tym domu, że nic nie wiedział o tym, co się tutaj działo. Wzięła głęboki wdech i część napięcia z jej klatki piersiowej uleciała.

– Ale to twój pokój – powiedziała. – Zawsze chciałeś mieć własny pokój.

Pokręcił głową.

– Sam nie będę tam spał.

– Ale Michael jeszcze przez kilka tygodni nie wróci z Alabamy. Gdzie będziesz spał do tego czasu?

Wzruszył ramionami i pochylił się, żeby pogłaskać Willego.

– Na kanapie. Albo może na podłodze w salonie, nie wiem. Ale… – ponownie zaczął potrząsać głową, ruszając do wyjścia z kuchni, przechodząc nad pustymi kartonami – …na dole sam spać nie będę.

Carmen wciąż stała oparta o zlew, ze skrzyżowanymi ramionami i ścierką w dłoni. Patrzyła na syna, jak ten się oddala, a potem, gdy zniknął jej z oczu, nasłuchiwała kroków na drewnianej podłodze, aż do jej uszu przestał dobiegać jakikolwiek odgłos jego obecności.

Odwróciła się do zlewu, wzięła ze sterty kolejny talerz i cicho westchnęła.

Snedekerowie w krótkim czasie przebyli bardzo długą i zdradliwą drogę. Ich podróż rozpoczęła się w kwietniu 1986 roku.

Al i Carmen poznali się w 1977 roku w Plainville, Connecticut, w kręgielni, gdzie Carmen była kelnerką. Al dobrze się prezentował, miał starannie przystrzyżone wąsy i krótkie, ciemnobrązowe włosy. Na bosaka miał nieco ponad sześć stóp wzrostu i mocną, muskularną budowę ciała będącą efektem lat ciężkiej pracy. Carmen dla odmiany była drobna, z szerokim, olśniewającym uśmiechem i gęstymi, falującymi blond włosami. Natychmiast wpadli sobie w oko, ale Carmen nie spieszyła się z dużymi zmianami w swoim życiu.

Była środkowym z pięciorga dzieci sierżanta sztabowego sił powietrznych. Urodziła się Bazie Sił Powietrznych w Biloxi, Mississippi, a sześć lat później, wraz z dwiema starszymi siostrami i dwoma młodszymi braćmi, przeniosła się do innego miasta. I kolejnego, i kolejnego… Wciąż się przeprowadzali, za każdym razem, gdy ich ojciec dostawał nowy przydział, aż został uznany za niepełnosprawnego, a następnie zwolniony ze służby. Wtedy przeprowadzili się do Decatur w Alabamie, rodzinnej miejscowości rodziców Carmen. Jednak te lata ciągłego zrywania więzi, braku zakorzenienia, wiecznych przeprowadzek do nowych i nieznanych miejsc – nawet jeśli była wtedy bardzo mała – w jakiś sposób w niej zostały i sprawiały, że podejrzliwie podchodziła do wszelkich życiowych zmian, nawet tych naturalnych.

Później, gdy była już dorosła, Carmen zdecydowała się ponownie na drastyczną życiową zmianę: małżeństwo. A wraz z nim przyszły dwie kolejne: jej synowie – Stephen i Michael. To były dobre i szczęśliwe zmiany, takie, które nie zdestabilizowały jej życia, ale je wzbogaciły. Potem nadeszła najgorsza zmiana: rozwód. Carmen znowu znalazła się na obcym terytorium, sama z dwoma synami. Przeprowadzili się do Connecticut, do rodziców Carmen, która, nie mając wykształcenia i żadnego doświadczenia zawodowego, musiała znaleźć pracę i sprawić, by dla jej dzieci życie było jak najbardziej stabilne.

Dla odmiany Al, wraz z dwoma braćmi i trzema siostrami, aż do czasu osiągnięcia dorosłości mieszkał wciąż w tym samym domu na granicy Plainville i New Britain. Jako towarzyszy mając tylko swoje rodzeństwo, Al spędzał z nimi czas, bawiąc się w lasach otaczających dom. Wtedy pokochał biwakowanie.

Al po raz pierwszy ożenił się w 1975 roku, jednak to małżeństwo przetrwało tylko dziewiętnaście miesięcy. Jego życie toczyło się relatywnie gładko – oczywiście pomijając normalne wzloty i upadki, potknięcia i rozczarowania, których wszyscy doświadczają w miarę dorastania – jednak ciężki rozwód go poturbował i Al potrzebował czasu, by zaangażować się w kolejny związek.

Potem poznał Carmen w kręgielni, w której roznosiła koktajle, i wszystko się zmieniło. Pobrali się w 1979 roku i pełni nadziei rozpoczęli nowe życie.

W 1986 mieszkali w Hurleyville, w stanie Nowy Jork, w górach Catskills. Latem nowojorczycy przyjeżdżali tam na wakacje. Snedekerowie w sumie nie rozumieli po co, bo ci podróżnicy z wielkiego miasta wydawali się w ogóle nie doceniać piękna dzikiej przyrody. Latem wystarczyło wejść do któregokolwiek sklepu w centrum handlowym, żeby usłyszeć urlopowiczów narzekających na dzikie zwierzęta, które nie chciały zejść z drogi ich samochodom. W sezonie wakacyjnym więcej było też martwych zwierząt na poboczach.

Al Snedeker pracował w kamieniołomie, a Carmen sprawowała dzienną opiekę nad czwórką dzieci, dzięki czemu mogła zostać w domu. Byli oddanymi katolikami i co niedziela chodzili do kościoła. Carmen angażowała się w działanie parafii, poświęcając temu zajęciu dużą część swojego wolnego czasu.

W kwietniu tamtego roku Stephen dostał suchego, ostrego kaszlu. Al pierwszy zwrócił na to uwagę i się zaniepokoił. Jednak Carmen widziała już u dzieci taką ilość kombinacji kaszlu, bólu gardła, kataru i zapchanych zatok, że była pewna, że niedługo mu przejdzie.

Ale nie przechodziło.

– Mamo, co to jest? – zapytał któregoś dnia Stephen, podchodząc do Carmen ze zmarszczonymi brwiami. Do szyi z lewej strony przyciskał czubki palców.

Carmen delikatnie odsunęła jego palce i dotknęła tego miejsca. Tuż pod żuchwą syna wyczuła grudkę wielkości kamyka.

Hormony, pomyślała, czując w piersi leciutkie ukłucie niepokoju. I tyle, po prostu zaczynają mu buzować hormony.

Stephen odsunął się, gdy dopadł go kolejny napad tego ochrypłego, ostrego kaszlu. Czy ten kaszel był jakiś gorszy… czy to tylko jej wyobraźnia?

Może to faktycznie tylko hormony, ale…, pomyślała Carmen.

– Myślę, że zapiszę cię do doktora Elliotta – powiedziała, kładąc mu dłonie na ramionach i lekko ściskając.

Doktor Bruce Elliot był ciepłym, uprzejmym i zazwyczaj uśmiechniętym człowiekiem. Nie bało się go żadne z dzieci Snedekerów. Ufały mu, podobnie zresztą jak Al i Carmen. Zatem gdy doktor Elliot stwierdził, że chciałby zostawić Stephena na chwilę w szpitalu, żeby przeprowadzić badania, nikt nie widział powodu, żeby się jakoś szczególnie tym faktem martwić.

Carmen odwiozła syna w kolejny poniedziałek rano. Dziwnie było wieźć go do szpitala, skoro był pogodny jak zwykle i wyglądał na zdrowego. Poza tym kaszlem. Poza tą grudką.

Zarejestrowała go i spędziła z nim poranek na oddziale pediatrycznym, ale musiała wrócić do domu, zanim młodsze dzieci wrócą ze szkoły.

– Skarbie, przykro mi, ale muszę już iść – powiedziała, stojąc przy jego łóżku.

Stephen trzymał w ręce pilota od łóżka i bawił się, podnosząc i opuszczając oparcie. Spojrzał na nią i uśmiechnął się szeroko. To był tak chłopięcy uśmiech, tak głodny nowych doświadczeń, tak pełen czystego entuzjazmu.

– Spoko, mamo – powiedział. – Nic mi nie będzie.

Wieczorem, po kolacji, Al i Carmen pojechali do szpitala, by odwiedzić syna. Po drodze do jego pokoju natknęli się na doktora Elliotta. Uśmiechnęli się do niego, ale jego odpowiedź była daleka od radosnej. Ramiona miał nieco obwisłe, a krok bardziej powolny i mniej energiczny niż zwykle. Skinął im głową na przywitanie.

– No i co ze Stephenem? – zapytał Al, wciąż z uśmiechem na ustach, który jednak zaczął blednąć.

 

– Ze Stephenem w porządku – odpowiedział cicho doktor Elliott. – Ale nie jestem pewien, co z wynikami jego badań.

Carmen odetchnęła powoli.

– Co ma pan na myśli?

– Cóż, niestety nie dały nam jednoznacznej odpowiedzi co do stanu zdrowia waszego syna. Uważam więc, że będziemy musieli pójść o krok dalej. Rozmawiałem dziś z doktorem Scordato. Jest chirurgiem, bardzo dobrym chirurgiem.

Al złapał Carmen za rękę i ścisnął ją.

– Zgadza się ze mną, że powinniśmy przeprowadzić biopsję, i jeśli się państwo zgodzą, chciałby to zrobić jutro.

Al i Carmen wymienili mroczne, zmartwione spojrzenia.

– Czyli, hm… – Al miał sucho w gardle. – To oznacza tylko tyle, że wraz z chirurgiem chce pan ustalić sedno problemu Stephena, tak?

Doktor Elliott przytaknął.

– Tak, dokładnie o to nam chodzi – przytaknął pokrzepiająco.

Zgodzili się na biopsję, przez chwilę pogawędzili z doktorem Elliottem, choć głosy mieli nietęgie, a w ustach im zasychało, po czym poszli do pokoju Stephena. Po drodze nie rozmawiali, jedynie trzymali się za ręce.

Chłopak siedział w łóżku, oglądając telewizję i żując końcówkę słomki do picia. Uśmiechnął się na ich widok. Wyglądał na nieco zmęczonego, ale równie zdrowego, jak zwykle.

Więc dlaczego tu jest?, pomyślała Carmen.

– No, młody, jak ci minął dzień w szpitalu? – zapytał Al, klepiąc schowane pod kocem kolano syna.

Stephen wzruszył ramionami.

– Chyba spoko. Poza wampirami. – Wyciągnął ramię i pokazał im plaster w zgięciu łokcia, skąd miał pobieraną krew.

– Przyniesiemy ci trochę czosnku – powiedziała z uśmiechem Carmen. – Będą się trzymać z daleka.

– Nadal nie wiem, co jest ze mną nie tak – odpowiedział, lekko marszcząc brwi. – Czuję się dobrze. Źle się czuję tylko wtedy, gdy mam już dosyć tego leżenia.

– Lekarz też nie jest pewien, co jest nie tak – powiedział powoli Al, przysuwając sobie krzesło do łóżka i siadając. – Dlatego chce jutro przeprowadzić biopsję.

Stephen zrobił wielkie oczy.

– Biopsję? Znaczy, że człowieka się rozcina i wyciąga to, co ma w środku?

Al i Carmen parsknęli śmiechem.

– Nie, nie – uspokoił chłopca Al. – To jest autopsja, i to robią tylko zmarłym. Nie, biopsja jest wtedy, gdy pobierają malutki kawałek jakieś gulki i ją badają.

Chłopak zmarszczył brwi.

– Czy to będzie bolało?

– Niczego nie poczujesz. Tuż przedtem przyjdzie pielęgniarka z wielkim kijem i walnie cię nim w głowę. I wtedy odłączy ci się zasilanie.

Stephen zaczął się śmiać i rzucił słomką w Ala, który, tak jak Carmen, ukrywał troskę za uśmiechem.

Następny dzień, wtorek, był najdłuższym dniem w ich życiu. Czekali pod salą operacyjną, słuchając, jak przez radiowęzeł co chwila wywoływani się lekarze, szurających kroków pielęgniarek biegających po korytarzach, i wdychając ostre od antyseptyków szpitalne powietrze. Czas wlókł się nieznośnie, aż…

Podwójne drzwi sali operacyjnej się otworzyły i wypadł z nich chirurg, doktor Scordato. Spojrzał na Ala i Carmen, ale jakby ich nie widział. Ruszył przed siebie, z rękami w kieszeniach białego fartucha.

Al i Carmen popatrzyli na siebie z zaskoczeniem, a potem równocześnie wstali i ruszyli za lekarzem. Al go wołał, ale nie doczekał się żadnej reakcji. Carmen wysforowała się przed męża, zbliżyła do chirurga i złapała go za ramię. Doktor Scordato odwrócił się, zaskoczony.

– Chcielibyśmy się dowiedzieć, co z naszym synem – powiedziała.

Lekarz zamrugał kilka razy.

– Och, tak, oczywiście. Więc… Po południu skontaktuje się z państwem doktor Elliott. Myślę, że najlepiej będzie, jeśli to on omówi wyniki. Za kilka godzin mogą państwo zajrzeć do syna, gdy już opuści oddział pooperacyjny.

Potem się odwrócił i ruszył korytarzem, wtapiając się między inne białe fartuchy, uniformy i białe ściany.

Znowu musieli jakoś zabić czas, w którym zdawały się unosić duchy pytań bez odpowiedzi.

– To nie może być nic poważnego – powiedziała cicho Carmen przy lunchu. – Przecież gdyby to było poważne, to by coś powiedział.

– Taa – mruknął Al. – Też tak myślę – westchnął. – Taką mam nadzieję.

Po lunchu Carmen odstawiła Ala do domu, gdzie miał zostać z młodszymi dziećmi, i pojechała do sklepu, żeby kupić Stephenowi jakiś prezent. Gdy wróciła do szpitala, jeszcze spał. Miał zabandażowaną szyję, a nad jego głową znajdowała się kroplówka cienkim wężykiem połączona ze zgięciem jego łokcia. Usiadła przy łóżku, na kolanach trzymając pudełko klocków Lego, które mu kupiła – tych zaawansowanych, znacznie bardziej wymyślnych i skomplikowanych niż klocki dla dzieci – patrzyła na niego, jak śpi, i modliła się cicho, delikatnie przesuwając w dłoniach paciorki różańca.

Dotąd Stephen był w szpitalu tylko raz, przy swoich narodzinach. Jego najgorszą chorobą była grypa, nic więcej. A teraz… to coś, cokolwiek to było. Modląc się, w głowie słyszała własne słowa: To nie może być nic poważnego… nie może być nic poważnego… nic poważnego…

Gdy zaczęło się zmierzchać, Stephen otworzył oczy i uśmiechnął się. Wstała pospiesznie i odłożyła pudełko na krzesło.

– Jak się czujesz, skarbie? – Jego powieki zatrzepotały. – Stephen? Zobacz, co dla ciebie mam.

Odwróciła się i sięgnęła po Lego, ale gdy na niego spojrzała, znowu spał.

Oficjalny głos oznajmił, że skończyły się godziny odwiedzin. Pochyliła się i pocałowała syna w policzek, po czym wyszła, czując w sobie pustkę i zimno, choć wieczór był ciepły.

Podjeżdżając pod dom, Carmen przez wielkie okno frontowe widziała Ala. Siedział w swoim rozkładanym fotelu i oglądał telewizję. Znajomy widok męża, który robił to, co każdego wieczoru o tej porze w jakiś sposób ją uspokoił, sprawił, że poczuła się trochę normalniej i zapragnęła schronić się w cieple i bezpieczeństwie swojej rodziny. Przeszła przez drzwi, odłożyła torebkę i podeszła do Ala, który siedział w fotelu i przez zapuchnięte, czerwone oczy wpatrywał się w telewizor. Jego policzki lśniły od łez. Spojrzał na nią, a ich wargi przycisnęły się do siebie tak mocno, aż pobielały. Potem odsunął się, zamknął oczy i uronił jeszcze kilka łez.

Carmen była tak osłupiała, że po prostu się na niego gapiła. Nagle jej serce i myśli zaczęły się ścigać. Al zawsze był bardzo skrytym człowiekiem, oszczędnym w słowach, odzywał się tylko wtedy, gdy miał do powiedzenia coś konkretnego, a poza chwilami, gdy bardzo się rozgniewał, nie ujawniał swoich emocji tak samo, jak pokerzysta nie ujawnia, jakie ma karty. Coś musiało być z nim bardzo nie w porządku, skoro płakał tak otwarcie. Ale co takiego? Przecież nie mogło chodzić o Stephena, to nie mógł być Stephen, przecież właśnie wróciła ze szpitala, a on miał się dobrze, zupełnie dobrze!

– Al, co się dzieje? – spytała zachrypniętym głosem.

Otworzył usta, żeby jej odpowiedzieć, ale dobył się z nich tylko szloch. Jej mąż pochylił się i ukrył twarz w dłoniach.

Carmen klęknęła przy nim i położyła mu dłoń na ramieniu. W uszach słyszała dudnienie własnego serca.

– Al, proszę, powiedz mi, o co chodzi.

Telefon zadzwonił głośno, a gdy sięgnęła po słuchawkę, uświadomiła sobie, że pocą się jej dłonie.

– Halo?

– Och, Carmen, cieszę się, że wreszcie jesteś w domu. Nie… nie mogłem cię zła… złapać. – Głos był męski i dorosły, ale nabrzmiały łzami i drżący od emocji.

– To doktor Elliott – powiedziała.

Doktor Elliott? Ale czy on płakał. Dlaczego?

Ponieważ, pomyślała, jest naszym lekarzem od dawna, jest naszym przyjacielem, dobrym człowiekiem, i płacze, bo coś jest źle, bardzo, bardzo źle…

Nie mogła wydobyć z siebie głosu. Kaszlnęła.

– Co takiego się… – zdołała wreszcie wykrztusić. – Co się dzieje?

– Carmen, jest mi bardzo przykro – powiedział lekarz, gdy odetchnął głęboko – ale doktor Scordato mówi, że to w szyi Stephena to rak.

To słowo zapadło się w nią jak wiertło, przebiło żołądek i zmieliło wnętrzności. To było ohydne słowo, lśniące czernią i pulsujące, żyjące własnym życiem.

– Przykro mi – powiedział doktor Elliott ochrypniętym głosem. – Ale to… cóż, zrobimy wszystko, co w naszej mocy, sama wiesz, ale… ale nie wygląda to dobrze.

Gwałtownie zakończyła rozmowę i nieprzytomnie odłożyła słuchawkę na widełki. Gdy się odwróciła, Al mokrymi oczami patrzył na nią z fotela.

Zadzwonili do obu rodzin, żeby przekazać im wieści, i każdy telefon był gorszy od poprzedniego: głosy drżące od łez i łkanie, żal taki, jakby Stephen już nie żył.

Carmen na koniec zostawiła sobie swoją matkę, Wandę Jean. Wanda Jean praktycznie wychowywała Stephena i Michaela, gdy ona pracowała, i wiedziała, że znajdzie w matce wsparcie i siłę, których tak teraz potrzebowała. Jednak Wanda Jean, podobnie jak inni, rozpadła się na kawałki.

Carmen, słuchając płaczu matki, czuła, jak trzęsą się jej ręce. Kilka minut później, gdy się rozłączyła, odwróciła się do Ala, który na zmianę siedział w swoim fotelu i chodził po pokoju.

– Dlaczego wszyscy to robią? – spytała zachrypniętym głosem. – Dlaczego wszyscy się zachowują, jakby on już nie żył?

– Jeszcze się pytasz? – powiedział zdartym głosem Al. – Carmen, on ma raka. Wszyscy jesteśmy wstrząśnięci, dlatego się tak zachowujemy! Nie wszyscy możemy być tacy silni jak ty. To chyba niemożliwe, żebyśmy wszyscy byli jak te szlachetne, cierpiące kobiety, które zawsze gra Meryl Streep – powiedziawszy to, opadł na swój fotel.

– Czyli co, ja mam być jedyną osobą, która się będzie jakoś trzymać? Ktoś jeszcze musi, inaczej Stephen będzie przerażony.

Ale Al nic nie odpowiedział.

Carmen w milczeniu usiadła przy telefonie, próbując pozbyć się strachu. Oczy piekły ją od łez.

Następnego ranka dzieci poszły do szkoły, a Al wziął wolne w pracy.

– Co za cudowny dzień na wypad na ryby – powiedziała Carmen.

Al spojrzał na nią zaszokowany. Oczy miał opuchnięte od płaczu, a twarz zmiętą.

– Mówisz poważnie? – Gdy nie odpowiedziała, powoli pokręcił głową. – Nie… Muszę być ze Stephenem.

Przykryła jego dłoń swoją.

– W takim razie będziesz musiał się pozbierać – powiedziała łagodnie. – Pamiętasz, co powiedziałam wczoraj? Jeśli przyjdziesz w takim stanie, tylko go przestraszysz.

– Taa… – mruknął. – Rozumiem, co masz na myśli.

Później, na szpitalnym korytarzu prowadzącym do sali Stephena, Carmen patrzyła, jak Al się przygotowuje. Przeciągnął dłonią po twarzy, jakby chciał z niej zetrzeć niepokój. Z uśmiechem weszli przez drzwi i zastali Stephena na rozmowie z doktorem Elliottem.