Rhys

Tekst
Z serii: Synowie zemsty #1
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ 9


VIVIANA

Słowa Rhysa w szalonym tempie rozpalają moje zmysły i chcę krzyknąć: „TAK!”. Jego lewa dłoń wędruje do brzucha, by przyciągnąć mnie jeszcze bliżej, a twarda, nabrzmiała męskość wbija się w dół moich pleców. Prawa ręka zaś przesuwa się w dół, do brzegu sukienki. Mam dziwne wrażenie, jakby materiał współpracował, kurcząc się, aby Rhys mógł szybciej uzyskać dostęp do wybranego przez siebie miejsca. Miękkie usta cały czas torturują mnie swoją doskonałością, sunąc po odsłoniętym ramieniu, natomiast narastające między udami napięcie przypomina czystą agonię. Jeśli ten mężczyzna już teraz doprowadza mnie do stanu seksualnej lewitacji, to co będzie, kiedy...

O wielcy bogowie seksu i rozwalającego umysł orgazmu, miejcie litość!

Strzępki zdrowego rozsądku, które eksplodowały wraz z pierwszym dotykiem Millera, z powrotem układają się w całość, zmuszając do powrotu do rzeczywistości.

– Nie mogę – mówię, po czym zamykam oczy. Natychmiast zaczynam nienawidzić samą siebie za te słowa.

Rozgrzane, emanujące seksem ciało Rhysa staje się zimne niczym stal. Ogarnia mnie tęsknota za tym, co było mi dane przeżywać jeszcze przed chwilą. Czuję się taka zagubiona... Kiedy unoszę powieki, napotykam w szybie oziębły, niewyrażający emocji wzrok.

– Nie mogę, bo cię praktycznie nie znam – tłumaczę szeptem. Nie potrafię zdefiniować żadnej przebiegającej przez głowę myśli. Wiem tylko, że z jakiegoś absurdalnego powodu wypełnia mnie poczucie winy. Z drugiej strony, czuję się kompletnie zażenowana. – Proszę, powiedz coś... cokolwiek.

– Czy przysłowie przypadkiem nie mówi, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła? – pyta ktoś od strony drzwi.

Nagle pomieszczenie wypełnia światło, a Rhys się odsuwa. Zawstydzona sytuacją, obejmuję się ramionami.

Po prostu pięknie!

I co ta osoba miała na myśli?!

– Luca, co tu robisz? – Ton Millera sprawia, że temperatura spada jeszcze bardziej.

Mężczyzna odpowiada w innym języku, wydaje mi się, że włoskim. Miller kontynuuje rozmowę – nie rozumiem ani jednego cholernego słowa, chociaż panowie z pewnością nie wymieniają się uprzejmościami. Nadeszła pora, żebym stąd wyszła. Odwróciwszy się, spoglądam na faceta przy drzwiach, zastanawiając się, gdzie takich produkują.

Mimo wyraźnego podobieństwa do Rhysa, wygląda... bardziej surowo. Nie chciałabym przebywać z nim sam na sam. Zerka na mnie i uśmiecha się podejrzliwie. Zauważywszy to, Miller podchodzi, wyjmuje komórkę, stuka palcami w ekran, a następnie przykłada telefon do ucha.

– Mike, zawieziesz Vivianę i Amelię do mojego domu – rozkazuje, po czym się rozłącza.

– Ona nie należy do rodziny, Rhys – oświadcza Luca, w sposób wywołujący ciarki na moim ciele. – Ojciec nie będzie zachwycony, przyszły...

– Dokończymy tę rozmowę później, Luca – warczy Rhys.

Mężczyzna przenosi wzrok ze mnie na Millera i ostatecznie kiwa głową.

Odkąd poznałam Rhysa, nigdy nie widziałam go aż tak wyprowadzonego z równowagi. Sprawiał wrażenie nad wyraz spokojnego i do tej pory nic nie wskazywało na to, by miał problem z kontrolowaniem emocji.

Do naszego małego zgromadzenia dołączają w końcu Mike oraz Amelia. Dostrzegając przybyłego mężczyznę, przyjaciółka totalnie blednie. Zerka na swojego kuzyna, podchodzi, chwyta mnie za rękę, po czym wychodzimy.

***

Droga powrotna przebiega w całkowitej ciszy. Amelia jest kompletnie przygaszona, a gdy wchodzimy do domu, natychmiast idzie po kieliszki i wino. Włączywszy telewizję, opada na kanapę.

– Kim jest Luca? – pytam.

Początkowo udaje zapatrzoną w telewizor, choć widzę, że spotkanie z tym facetem wyssało z niej energię. Wcześniej była wręcz przerażona, co zresztą nie uległo zmianie.

– Kuzynem – odpowiada krótko.

– Chyba nie przepadają za sobą z Rhysem. – Sama nie wiem, dlaczego drążę temat. Do tej pory nie wypytywałam o Millera, żeby przyjaciółce nie przychodziły do głowy dziwne pomysły. Zaczyna mnie jednak denerwować ta cała tajemniczość, więc nie zamierzam odpuszczać.

Napełniwszy kieliszki, Amelia sięga po swój, upija łyk czerwonego wina, a następnie patrzy na mnie. Wygląda, jakby czuła się skrępowana.

– Luca potrafi być czasami irytujący, ale mają z Rhysem ten sam życiowy cel. Wszyscy go mamy, Vivi.

– Amelia, zostaw nas samych – rozkazuje Rhys zza moich pleców.

Wrócił.

Przyjaciółka nie protestuje ani nie próbuje żartować, jak to robiła ostatnio. Po prostu wychodzi. Kiedy Miller się nie odzywa, wstaję i się odwracam.

Co się dzieje? Dzisiaj zachowuje się jakoś inaczej.

Chwiejnym krokiem powoli obchodzi kanapę i staje przede mną. Unoszę głowę, aby na niego spojrzeć.

– Jesteś zła – zauważa.

– Bardziej zdezorientowana – precyzuję. – Piłeś – dodaję.

Uśmiecha się promiennie.

Jaki piękny widok.

– Piłem za pierwszą kobietę, której udało się coś, czego próbowało wiele innych, których jednak nie chciałem – wyjaśnia, po czym wzdycha, poważniejąc. – Ty dokonałaś tego jako jedyna, nawet o tym nie wiedząc.

Kładzie dłoń na moim policzku, ponownie się uśmiechając.

– Tylko nie uciekaj. Mówiłem już i zapamiętaj to: nigdy się mnie nie bój.

Powracają niewytłumaczalne uczucia towarzyszące mi w klubie. Tym razem nie mam zamiaru ich ignorować. Nie chcę tego robić. Wykorzystując przypływ odwagi, przybliżam się, a następnie bezwstydnie łączę nasze usta, czym chyba go zaskakuję. Po chwili jednak przyciąga mnie i błądzi wargami wokół moich, doprowadzając mnie do szaleństwa. W końcu jego język wdziera się do środka, gdy Miller oddaje pocałunek, i dzieje się magia. Dołączam do niego, smakując przyjemną gorycz whiskey. Rhys zaciska ręce na moich biodrach, natomiast ja oplatam ramionami jego szyję. Słysząc wygłodniały męski jęk, przepadam, odurzona zapachem, dotykiem oraz całym nim. Zdesperowana zamierzam pogłębić pocałunek, lecz on niespodziewanie się odsuwa. Jestem w szoku. Dysząc, obserwuję, jak oblizuje wargi i uśmiecha się delikatnie.

– Dobranoc, słodka Viviano – mówi lekko zachrypniętym głosem, po czym rusza w kierunku sypialni, zostawiając mnie samą.

***

Wróciwszy do domu, zastaję na lodówce kartkę z informacją, że koleżanki wyciągnęły Helen, by pograć w bingo. Biorę prysznic, zakładam koszulkę oraz spodenki, a następnie wskakuję do łóżka. Zamykam oczy, ale nie chcę spać. Pragnę przypomnieć sobie rysy jego twarzy, wpatrzone we mnie czarne oczy, a także smak ust.

Kiedy rano wszedł do kuchni, jak zwykle wyglądał bardzo tajemniczo. Upił dwa łyki kawy i wyszedł, życząc mi oraz Amelii miłego dnia. Zupełnie jakby minionej nocy do niczego między nami nie doszło.

Dziwne.

XAVIER

Od godziny siedzę przy klubowym barze, obserwując słynną Emilię Thomson, przepijającą pieniądze swojej córki. Zerkam na ekran telefonu leżącego obok szklanki bourbona, na którym wyświetla się oczekiwana wiadomość. Już czas.

Zsuwam się z hokera, wsuwam komórkę do kieszeni i podchodzę do kobiety. Oświadczam, iż chciałby ją poznać właściciel lokalu, przy czym staram się nie paść ze śmiechu. Przysięgam, że w jej oczach pojawiają się dolce.

A może wypiłem dzisiaj za dużo alkoholu?

Gdy docieramy do gabinetu Rhysa, od razu rozsiadam się na kanapie. Nawet siłą się mnie nie pozbędą. Za nic w świecie nie opuszczę tego przedstawiania.

Na środku pomieszczenia stoi Rhys, demonstrujący swoją wyższość. Przyjął już dominującą postawę, która sprawia, że kobiety mają przemoczone majtki, i czeka na odpowiedni moment. Tradycyjnie założył skórzane rękawice, przeznaczone na specjalne okazje. Emilia podchodzi do niego w sposób, który dla niej prawdopodobnie jest uwodzicielski, natomiast według mnie przypomina chód naćpanej gazeli. Jestem wręcz zniesmaczony. Kiedy staje przed Millerem i próbuje go dotknąć, ten cofa się o krok. Odsuwa krzesło przy biurku, a następnie prosi, żeby usiadła. Kobieta zajmuje miejsce, a ja zacieram ręce.

Rhys staje za nią, po czym wyjmuje ukryty nóż.

– Powiedz mi, Emilio, masz może jakieś zobowiązania? Mężczyzna? Dzieci?

– Nie.

Ups! Pierwsze przykazanie Rhysa: nie kłam.

Mój szef natychmiast łapie kobietę za włosy, odchylając jej głowę, i przykłada ostrze do szyi. Wydobywający się z jej gardła pijacki jęk drażni moje uszy.

– A kim jest dla ciebie Viviana? – Ton, jakim zostało zadane pytanie, wskazuje na to, że jeśli teraz Emilia nie powie prawdy, jej głowa wyląduje pod moimi nogami.

– C... Córką – jąka zakłamana żmija.

– Tak lepiej. Jednak tak się składa, że Viviana jest też moja. – Tym razem z ust kobiety dochodzi pomruk niezadowolenia.

Zły ruch.

Rhys zaczyna przesuwać czubkiem noża po szyi oraz twarzy Emilii, a ta trzęsie się jak osika.

– Jutro oddasz mojej Vivianie wszystkie pieniądze, które jej ukradłaś, i przeprosisz – rozkazuje, mocniej ciągnąc Emilię za włosy. – Chcesz wiedzieć, co ci zrobię, jeśli znowu zapłacze z twojego powodu?

Kobieta natychmiast kręci głową.

Głupia. I tak jej powie.

– Okradniesz ją jeszcze raz, a odetnę ci ręce. Źle się do niej odezwiesz, a usunę twój język. Spojrzysz na nią w niewłaściwy sposób, a pozbawię cię oczu. Na końcu zmasakruję twoją sztuczną twarz. Zrozumiałaś? – warczy Rhys.

– T... Tak – duka Emilia. Po jej policzkach spływają strugi łez zmieszane z tuszem do rzęs.

– Dzisiaj nie zabiję cię tylko ze względu na nią, lecz następnym razem nie będę taki łaskawy. – Odsuwa się i zerka na mnie z dezaprobatą.

 

Nic nie poradzę na to, że lubię oglądać jego przedstawienia, choć ofiary rzadko wychodzą z nich żywe.

– Zawołaj kogoś – mówi. – Niech ją wyrzucą na ulicę, tam, gdzie jej miejsce.

ROZDZIAŁ 10


VIVIANA

Niedzielę postanawiam spędzić z moją kochaną babcią, dlatego z samego rana wyciszam telefon i zostawiam go w sypialni. Nie chcę znowu paść ofiarą pomysłów Amelii, a poza tym muszę trochę odpocząć od tej dziwnej atmosfery wokół niej i Rhysa. Potrzebuję oczyścić umysł. Mimo wszystko nie mogę przestać myśleć o tym, kim jest ten mężczyzna, który pojawił się znikąd. Nie prowadzę co prawda bogatego życia towarzyskiego, lecz o takich osobistościach jest głośno, więc choć raz powinnam była o nim usłyszeć. On natomiast wyrósł jakby spod ziemi. Amelia z kolei nie zdradza zbyt wiele na jego temat.

Po południu siedzimy z babunią w salonie przy herbatce i oglądamy teleturniej. Nie potrafię się skupić, bo myśli wciąż wędrują do wczorajszego pocałunku.

– Gadaj, co ci leży na sercu, Vivi, bo usiedzieć się przy tobie nie da. Czuję, że coś cię gnębi – mówi nagle Helen.

Nie wiem, co mam jej powiedzieć, chociaż czasami babcine złote rady bywają bezcenne.

– Chodzi o tego kuzyna Amelii. Ja... nie jestem przy nim sobą. Facet jest cholernie przystojny i tajemniczy – tłumaczę. – Zapominam przy nim języka w gębie.

– Ty, pyskata Viviana Thomson? – pyta zdziwiona.

– No tak, przy nim robi się ze mnie taka miękka klucha. – Wzdycham.

Przygląda mi się, zamyślona, aż w końcu kiwa głową.

– Ach! Ty się, wnusia, zakochałaś – oświadcza z uśmiechem.

– Bez przesady! Widziałam go raptem kilka razy i już wielka miłość, pewnie. Ty byś mnie zaraz za mąż wydawała.

– Ja to z twoim dziadkiem miłość od pierwszego wejrzenia przeżyłam...

No, i zaczyna się historia, którą słyszałam tysiące razy. Helen szła z siostrą do kościoła i w drodze upuściła bielusieńką chusteczkę, a z naprzeciwka szedł najprzystojniejszy chłopak pod słońcem, George Thomson. Oboje się po nią schylili, lecz on był pierwszy. Gdy się podnosił, przywalił czołem w nos Helen, którą natychmiast odrzuciło. Polała się krew, a waleczny George zaczął wycierać twarz dziewczyny skrawkiem materiału. Kiedy w końcu spojrzeli sobie oczy, wiedzieli, że się kochają. Opera mydlana Thomsonów.

Babcia chce kontynuować opowieść, ale przerywa, ponieważ ktoś otwiera drzwi wejściowe. Po chwili własnym oczom nie wierzę, bo oto moja mama zdecydowała się pojawić w domu.

Wyobrażałam sobie tę sytuację kilkukrotnie. Co zrobię? Co jej powiem? Nie spodziewałam się jednak, że ujrzę tak bladą i załamaną kobietę. Drżącymi dłońmi podaje mi kopertę.

– T... To są te pieniądze, które ukradłam – jąka. – Przepraszam. Cz... Czy mogę tu nadal mieszkać?

Zamieram. Chcę zapytać, co się stało, jednak nie potrafię. Jestem zbyt zajęta gapieniem się na jej marny wygląd. Nawet nie umiem być teraz zła. Kiwam głową na znak zgody, a Emilia odwraca się na pięcie i kieruje w stronę schodów. Po chwili słychać jej pośpieszne kroki. Patrzę na równie zszokowaną babcię, z którą przeprowadzam niemą rozmowę o tym, co się właśnie wydarzyło. W końcu postanawiam pójść na górę, aby się dowiedzieć, czy mama czegoś potrzebuje. Pukam, a następnie wchodzę do sypialni, zastając ją skuloną na łóżku. Wygląda naprawdę nieciekawie.

– Wszystko w porządku? Potrzebujesz czegoś?

– Nie, dziękuję. Mogę pobyć chwilę sama? – pyta łamiącym się głosem.

Przytakuję i cicho zamykam drzwi, po czym wracam do salonu, gdzie stoją babcia oraz Mike.

Co on tutaj robi?

– Cześć, coś się stało?

– Szef dzwonił. Nie odbierałaś, więc przysłał mnie – wyjaśnia mężczyzna.

– Zostałyśmy zaproszone na kolację – świergocze Helen.

– Nigdzie nie jedziemy – oznajmiam stanowczo. – Przekaż Rhysowi, że bardzo dziękujemy, ale nie możemy skorzystać z zaproszenia.

– Chyba ty – burzy się staruszka. – Ja jadę.

Jakby nie miała w domu jedzenia!

Co za babsztyl!

***

Wchodzimy do restauracji, w której byłam wcześniej z Amelią. Podczas gdy Mike prowadzi nas przez kolejne sale, babcia jest w siódmym niebie. Przestaję się na nią złościć, kiedy uzmysławiam sobie, że nigdy nie odwiedziła takiego miejsca. Gdy dochodzimy do ogromnych dwuskrzydłowych drzwi, ochroniarz otwiera je przed nami. Wkraczamy do pomieszczenia, gdzie przy jedynym stoliku siedzą Amelia oraz Rhys. Zauważywszy nas, podchodzą, żeby się przywitać. Miller przedstawia się Helen, całując jej dłoń.

– Miło w końcu panią poznać. Amelia dużo mi o pani opowiadała.

– O! A moja wnuczka nie? – dziwi się, zerkając na mnie z wyrzutem, na co przewracam oczami.

– Z pewnością pochwaliłaby się tak uroczą babcią, gdyby tylko była bardziej rozmowna – odpowiada Rhys, a następnie składa pocałunek na moim policzku. Spinam się zażenowana, bo żaden mężczyzna nigdy nie pocałował mnie przy babci.

Niech cwaniak lepiej przyzna, dlaczego nie byłam w stanie nic powiedzieć.

Najpierw odsuwa krzesło dla Helen, a potem dla mnie, po drugiej stronie stolika. Amelia, która zachowuje się wyjątkowo cicho, siada obok staruszki, natomiast jej kuzyn, co za niespodzianka, przy mnie.

– Ach! Właśnie dzisiaj Vivi opowiadała mi, że zapomina przy tobie języka w gębie, bo taki jesteś przystojny – wypala nagle zdrajczyni i plotkara Helen.

Już nic jej nie powiem, choćby błagała na kolanach.

Trącam jej nogę pod stołem, licząc, że zrozumie.

– Nie kop mnie, Vivi – mówi. – Wiesz, że jestem już stara i krucha. – Teraz udaje biedną, udręczoną staruszkę. Już ja sobie z nią porozmawiam po powrocie do domu.

Kątem oka zauważam, że Rhys trzęsie się ze śmiechu.

– Chętnie posłucham, pani Thomson, co jeszcze Viviana o mnie mówiła. Może złożymy zamówienie, a potem porozmawiamy? – pyta z wyraźnie udawaną powagą.

***

Kończę jeść i czekam na nowiny Rhysa. Mając złe przeczucia, zaciskam spocone z nerwów dłonie na kolanach. Kiedy Miller chce zaczynać, Helen pyta, gdzie jest toaleta, a Amelia natychmiast oferuje pomoc w odprowadzeniu.

Kobiety opuszczają salę, zostawiając mnie z Panem Czarującym. Po prostu cudownie. Mam ochotę poprosić stojącego niedaleko kelnera o widelec, który będę mogła wbić Rhysowi w klejnoty rodowe. Otwieram szeroko oczy, kiedy przysuwa moje krzesło do swojego, uniemożliwiając ucieczkę.

– Więc jestem przystojny i cię onieśmielam, hm? – mruczy mi do ucha.

– Ta kobieta jest głucha. Źle coś usłyszy, a potem plecie bzdury – mówię oburzona.

Znowu słyszę jego cichy śmiech.

– Robimy postępy – szepcze. – Podoba mi się to.

– Ale z czym? – Zamiast odpowiedzieć, przygryza płatek mojego ucha. Podświadomie reaguję na jego bliskość oraz dotyk, jednak staram się, żeby tego nie zauważył. Po co, jeśli później będzie udawał, że do niczego nie doszło?

– Och! Czyż oni nie wyglądają razem cudownie? – Słysząc głos babci, natychmiast odsuwam swoje krzesło od Rhysa, znacznie dalej niż wcześniej. Na szczęście nikt nie zwraca na to uwagi albo po prostu nie reaguje.

Podstępna babunia podejrzanie szybko załatwiła swoją potrzebę. Gdy ona oraz Amelia zajmują miejsca, Miller proponuje wino. Helen oczywiście prosi o koniaczek, według zaleceń lekarza, ja zaś tylko o wodę. Picie alkoholu w towarzystwie tego faceta to zły pomysł. Kiedy kelner przynosi napoje, Rhys wreszcie zaczyna przemowę.

– Po pierwsze, jak już wspominałem, dowiedziałem się od Amelii, że jest pani bardzo bliską osobą dla Viviany. Chciałbym zaproponować jej pracę w moim klubie. Mam wiele innych zobowiązań, bywam bardzo zajęty i przyda mi się ktoś, kto pomoże ogarnąć różne sprawy – tłumaczy Rhys, czarując staruszkę swoimi czarnymi oczami. – Nie ukrywam jednak, że pani wnuczka to piękna kobieta. W związku z tym pragnę zapytać, czy nie ma pani nic przeciwko temu, abym się z nią spotykał?

Że co?! W którym wieku ten człowiek żyje? Może zaraz zaczną mnie wymieniać na krowy i kozy? Albo przeliczą na butelki koniaczku?!

– Ależ oczywiście. Będę zaszczycona. – Helen trzepocze rzęsami.

Zerkam na Amelię, która przez cały wieczór unika kontaktu wzrokowego i w ogóle dziwnie się zachowuje. Nikt z obecnych nie jest po mojej stronie. Dopiero po chwili zdaję sobie sprawę, że szczęka opadła mi niemal na kolana.

O nie! Dość tego!

– Przepraszam, ale ja tutaj jestem! – wybucham, uderzając pięściami o stół.

– Vivi, tak nie przystoi, przeproś – upomina mnie babcia.

– A przystoi rozmawiać o mnie, jakby mnie tu nie było? – Spoglądam groźnie na nią i Rhysa, któremu drżą kąciki ust. Nie ogarniam jego nietypowego zachowania, ale dobrze wiem, dlaczego zaprosił Helen na kolację – chce ją urobić, by osiągnąć cel. Powinien się wstydzić!

– Viviano, potrzebujesz pracy, a ja pomocy. Dalsza dyskusja nie ma sensu – mówi.

Normalnie pan i władca.

Chciałabym mu powiedzieć, żeby się wypchał tą ofertą, lecz wiem, jak trudno znaleźć pracę. Nie mam pojęcia, co robić.

– Jeśli przez najbliższy tydzień nie znajdę żadnej posady, a ty nadal będziesz potrzebował pomocy, przyjmę twoją propozycję – stwierdzam stanowczo, co chyba go zaskakuje.

Przez chwilę wydaje się coś rozważać, ale ostatecznie skinieniem daje znać, że się zgadza. Nie poruszam tematu spotykania się ze mną, bo to nic nie da. Babcia może sobie pomarzyć, że będzie miała w tej kwestii coś do powiedzenia. Dosłownie pomarzyć!

***

Po jakże korzystnym dla czarnookiego wieczorze dziękujemy z Helen za zaproszenie i zmierzamy do wyjścia. Nagle Rhys zatrzymuje mnie, chwytając za rękę. Odwracam się, nie ukrywając wściekłości, co tym razem go nie bawi. Pochyliwszy się, zbliża usta do mojego ucha.

– Jestem pewien, że niebawem rozpoczniemy współpracę. Nie mogę się tego doczekać.

Mam dość! Wyrywam się z jego uścisku i wychodzę, nie oglądając się.

– Śnij o mnie, słodka Viviano! – woła na pożegnanie.

ROZDZIAŁ 11


VIVIANA

Rano, zaraz po śniadaniu, idę po kilka rzeczy do sklepu spożywczego, a przy okazji kupuję parę gazet, żeby przejrzeć ogłoszenia o pracę. Wróciwszy do domu, parzę kawę, siadam przy stole w kuchni i analizuję kolejne oferty, zaznaczając czarnym markerem te, które są w miarę sensowne. A właściwie te, które są adekwatne do mojego wykształcenia. Kiedy babcia wchodzi do pomieszczenia i zauważa, co robię, zaczyna marudzić, że niepotrzebnie szukam pracy, bo przecież cudowny Rhys już zaproponował mi posadę. Potem zaczyna go wychwalać, zwracając uwagę, jakim jest szarmanckim, elokwentnym mężczyzną oraz dystyngowanym dżentelmenem, a na koniec dodaje, że to najlepsza partia w mieście.

Serio?

Gdybym go nie znała, może bym uwierzyła. Westchnieniom Helen nie ma końca, a ja od prychania na jej wyszukane słówka zaplułam pół gazety i część ogłoszeń szlag trafia.

– Babciu, dość tego. Nie chcę dla niego pracować, i tyle – warczę.

– Ty jeszcze się gniewasz za wczoraj? – pyta cieniutkim głosem, udając niewiniątko. – Mogłabyś się obrazić, gdybym opowiedziała, jak przeżywasz swój duży tyłek i te...

Wkurzona, wciągam powietrze i spoglądam na nią groźnie, chyba nawet za bardzo. Babunia, jak gdyby nigdy nic, bierze z blatu miskę z winogronami, po czym powoli wychodzi. Gdy słyszę, że włączyła wiadomości, dzwonię w kilka miejsc i umawiam się na rozmowę.

Kiedy składam makulaturę, woła mnie Helen. Przerażona, że coś się stało, pędzę do salonu, ale babcia jedynie pokazuje na ekran telewizora. Moim oczom ukazuje się obraz nędzy i rozpaczy, dostrzegam tabun biegających z noszami ratowników medycznych oraz policjantów przeganiających gapiów. Reporterka, przekrzykując wycie syren, informuje, że poza granicami Phoenix doszło do ustawionej walki kilku gangów, w wyniku której śmierć mogło ponieść nawet kilkaset osób. Po chwili następują krótkie relacje dziennikarzy obecnych w Los Angeles, Chicago i Bostonie, gdzie miały miejsce podobne zdarzenia. Z niedowierzaniem przyglądam się tym scenom. Zerkam w kierunku kanapy, po czym siadam na wolnym miejscu, nie odrywając wzroku od ekranu.

 

– Co się tam dzieje?

– Pamiętam, jak byłaś malutka, miałaś może trzy albo cztery miesiące, i zdarzyła się podobna sytuacja – mówi, a następnie wzdycha. – Tylko w tamtych czasach nie było gangów ulicznych. To była prawdziwa mafia.

– Co się wtedy stało?

– Nie pamiętam dokładnie, ale dwie rodziny zostały dosłownie zgładzone. Nie oszczędzono nikogo, nawet kobiet i dzieci.

Serce łomocze w mojej piersi, dłonie zaś zaczynają się pocić.

– Boże, dzieci?

– Kochana, dla pieniędzy i władzy ludzie są w stanie zrobić wszystko, absolutnie wszystko – odpowiada zamyślona. – W każdym razie od tamtej pory namnożyło się tych gangów – dodaje, a ja nie mogę pozbyć się wrażenia, że coś ją męczy.

***

Reszta tygodnia to istny maraton. Dzwonię, idę na spotkanie, dostaję posadę, a kolejnego dnia słyszę, że jednak nie mogą mnie przyjąć. I tak za każdym razem. Podejrzewam, że to sprawka Rhysa. Nie dość, że jakiś ochroniarz wciąż czatuje pod domem, to jeszcze wszędzie za mną łazi. Pewnie składa Millerowi raport z moich etatowych łowów, a ten pilnuje, żebym nie została zatrudniona. Zdaniem Helen, jak to ona mówi, zaloty Rhysa są urocze. Jeśli tak uważa, to niech go sobie weźmie. Ja nie mam zamiaru tańczyć, jak mi facet zagra.

W telewizji każdego dnia pokazywane są podejrzane wypadki oraz napady. Sytuacja zrobiła się na tyle poważna, że władze miasta apelują o zachowanie ostrożności; proszą, aby mieszkańcy w miarę możliwości unikali miejsc publicznych.

Moja mama coraz częściej wyłania się ze swojego pokoju i zachowuje całkiem normalnie. W jej towarzystwie nie wspominamy z babcią o aferze, którą wywołała, ale jeśli tylko z czymś wyskoczy, zmienimy zdanie.

W piątek po południu zrezygnowana dzwonię do Amelii, by przekazała kuzynowi, że postanowiłam się z nim spotkać. Przyjaciółka jednak nie odbiera. Mam co prawda numer Rhysa, lecz nie chcę się z nim kontaktować, chociaż... chyba wypada. Ostatecznie telefonuję do niego i w myślach wymierzam sobie kopniaka za własną głupotę. Ulubieniec Helen odbiera po dwóch sygnałach.

– Co mogę dla ciebie zrobić, Viviano? – pyta pewny siebie.

– Dzwonię w sprawie twojej oferty pracy – oznajmiam.

– I co mogę dla ciebie zrobić?

On tak na serio? Najpierw rozmawia z babcią o zatrudnieniu mnie, potem zaczyna sabotować, a teraz co? Mam go błagać? No, po moim trupie!

– Tak pięknie poprosiłeś mnie o pomoc w klubie, że postanowiłam nie odmawiać. – Prostuję się i unoszę głowę, dodając sobie odwagi.

Nie wiem, jakiej odpowiedzi oczekiwałam, ale doznaję szoku, ponieważ on głośno się śmieje. Pomimo iż miękka część mnie jest cała w skowronkach, słysząc ten cudowny dźwięk, kontrolę przejmuje inna wersja Viviany Thomson – twarda, wkurzona baba, która zaraz zetrze mu z twarzy ten uśmieszek.

– Wiesz co? Jednak nie potrzebuję tej posady. Mam jeszcze jedną propozycję, dla odmiany od poważnego mężczyzny, prawdziwego człowieka interesu. Dziękuję za uwagę. Pa! – Rozłączam się, nie kryjąc satysfakcji.

Chwilę później dzwoni mój telefon, a na ekranie wyświetla się imię Millera. Odrzuciwszy połączenie, wyłączam aparat. Kiedy pomału mija podekscytowanie, zdaję sobie sprawę z tego, co zrobiłam.

Brawo, Vivi! To było bardzo dojrzałe.

***

Leżąc wieczorem w łóżku, włączam komórkę i pokój wypełnia seria dźwięków. Mam sześć nieodebranych połączeń oraz jedną nową wiadomość. Wszystko od Rhysa.

O cholera.

Waham się przez moment, lecz w końcu odczytuję SMS-a. Jest tak, jak myślałam.

Rhys: Moja słodka Viviano. Dlaczego się rozłączyłaś? Helen z całą pewnością byłaby rozczarowana niegrzecznym zachowaniem swojej wnuczki. Muszę jednak przyznać, że lubię cię w tym wydaniu. Gdyby nie to, że nie ma mnie teraz w kraju, przyjechałbym do Ciebie i scałował z Twoich rozkosznych ust tę zadziorność. Jak zawsze, śnij o mnie, słodka Viviano. Twój Rhys.

Serio, on i Helen pasują do siebie jak ulał. Niech wybiorą się na kolację, upiją koniaczkiem i zasypią słodkimi słówkami. Ja odpadam. Odkładam telefon na stolik, a następnie układam się wygodnie na boku, aby zasnąć. Nagle jednak słyszę dźwięk oznajmiający nadejście SMS-a, więc sięgam po smartfon. Otworzywszy kolejną wiadomość od Millera, aż zgrzytam zębami.

Rhys: Bądź gotowa w poniedziałek o siódmej. Mike zawiezie Cię do klubu.

Ach! Pomimo iż wiem, że nie masz żadnej oferty od innego mężczyzny, przypominam, że Ty. Jesteś. Moja.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?