ZabłądziłamTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział
DRUGI

Pakując się na biwak, nie myślałam o tym, żeby ładnie wyglądać. Teraz tego żałuję, gdy tak stoję na parkingu i wypatruję autokaru. Wraz ze mną czekają Kaśka i Ela. Pozostałych dziewczyn z drużyny nie będzie. Za to jadą starsze, z liceum. Nasza szkoła to tak naprawdę zespół szkół — gimnazjum i liceum w dwóch połączonych budynkach, ale salę gimnastyczną mamy wspólną, dlatego trenujemy razem. Starsi chłopcy też są, co akurat bardzo cieszy Kaśkę.

Wszystkie dziewczyny, nie wyłączając Eli i Kaśki, wystroiły się jak na imprezę. Mają jakieś wisiorki, bransoletki, kolczyki. Spodenki tak krótkie, że widać, która nosi stringi. Usta pociągnięte błyszczykiem. Tylko ja wyglądam zwyczajnie — dżinsy, biały T-shirt, granatowa bluza z kapturem przewiązana wokół bioder. Na takim kolorowym tle będę szarą myszką. Trudno. Przecież i tak nie jadę tam, żeby go poderwać. To słowo w ogóle nie funkcjonuje w moim słowniku. Jadę, żeby na niego patrzeć. To właśnie robię od ponad dwóch lat — patrzę z ukrycia. No dobrze, tym razem chcę też z nim porozmawiać. Ale nie mam zamiaru wyznawać mu miłości, nic z tych rzeczy. Chcę się dowiedzieć, czy coś jest nie tak. Czy ktoś mu coś nagadał, nastawił go do mnie negatywnie. Tylko tyle. Jest mi to potrzebne, bo… Właściwie nie wiem po co ani co zrobię z taką wiedzą.

W autokarze siedzę jak na szpilkach, ponieważ nie widziałam go przed odjazdem i drżę na samą myśl, że mógł się spóźnić. Jednak gdy wysiadamy, dostrzegam jego jasne włosy na wysokości ramion wyższych chłopaków. Kaśka coś mówi i chichocze, pewnie obok nas stoi ten licealista, który jej się podoba. Nie mam nawet ochoty się rozejrzeć. Alek schyla się po bagaż, ja robię to samo. W ten sposób nasze oczy nie mają szansy się spotkać, nie grozi mi jego niechętne spojrzenie. Chwytam plecak i idę na kemping. Trener wyrzuca właśnie namioty z bagażnika autokaru. Biorę „trójkę”. Kaśka i Ela idą za mną.

Piątkowe popołudnie mija nam na rozbijaniu namiotu, rozpakowywaniu, dziewczyńskich pogaduchach (ja słucham, dziewczyny szczebioczą), poznawaniu pola namiotowego. Niby niewiele do roboty, ale wszystko trzeba sprawdzić — gdzie są toalety, gdzie się można wykąpać, gdzie zrobić sobie „gorący kubek”. Jestem podekscytowana, ponieważ Alek jest blisko, nawet jeśli go nie widzę. Przez chwilę wydaje mi się, że z jednego z namiotów dobiega jego śmiech. Potem jednak z tego samego namiotu słyszę chichotanie jednej ze starszych dziewczyn, Iwony. Wolę wierzyć, że ten pierwszy głos nie należał do Alka. Na pewno mi się wydawało.

Pod wieczór trener woła nas do wielkiego stołu na kolację. Mieścimy się wszyscy na drewnianych ławach pod dębami. Jemy pieczone kiełbaski z musztardą i ogromne ilości chleba. Szczęściarzom dostają się też ogórki kiszone. Ja już się nie załapuję, ale widzę, że Alek chrupie ze smakiem.

Po kolacji rozgrywamy dwa mecze siatkówki. Nie gram, wolę siedzieć na trawie i się przyglądać. Alek jest świetny, ma mocną zagrywkę i mimo swego niskiego wzrostu doskonale ścina. Jest skoczny. Podoba mi się, jak gra. Wszystko mi się w nim podoba.

Gdy wreszcie schodzi z boiska, siada niedaleko. To mogłaby być idealna okazja do rozmowy, ale nie jest. Po pierwsze — nie umiem tak po prostu podejść i zacząć pogawędkę. Po drugie — natychmiast dosiada się do niego Monika z drugiej liceum. Nie znam tej dziewczyny, nic mi nie zrobiła. Spotykam ją na treningach, dobrze gra, jest w porządku. Jednak w tej chwili mam ochotę zrobić jej krzywdę. Opanuj się, nakazuję sobie w myślach. Czy zamieniam się w idiotkę? Tracę rozum? Nie chcę tak. Chcę pozostać sobą. Miłość — w porządku, niech będzie, dopadła mnie. Ale nie zacznę się ślinić na myśl o Alku, nie stanę się zazdrosną kretynką.

A w ogóle, nie tak to wyglądało w moich marzeniach. W tych, które snułam, gdy jeszcze Kaja zasypiała na drugim łóżku w naszym pokoju. Wtedy myślałam, że będzie romantycznie. On, kimkolwiek będzie, zakocha się we mnie jak wariat. I to on będzie zabiegał o każde moje spojrzenie, o to, by być tam gdzie ja. Czy wszystkie tak marzymy? I czy Kaja marzyła o takim uczuciu, zanim w brutalny sposób została uświadomiona co do miłości?

*

Wieczorne niebo jest granatowe, dawna mama powiedziałaby, że jak moje oczy — ale mama dzisiejsza nie mówi nic ani o mnie, ani o niebie. Siedzimy na karimatach wokół ogniska, opatulamy się śpiworami, bo robi się chłodno. Pegaz gra na gitarze, ktoś pogwizduje. Trener mówi, że mamy nie drzeć zbyt głośno pysków, i idzie do namiotu. Za nim, ziewając, podąża nauczyciel niemieckiego, który przyjechał z nami w charakterze opiekuna.

Widzę, że niektórzy tylko na to czekali. Wyciągają spod śpiworów piwo, piją ukradkiem, po kilku z jednej puszki. Patrzę na to z niesmakiem. W pamięci mam jeszcze wyraźny obraz Kai pijącej po kryjomu z butelki stojącej w barku. Nawet nie wiem, co to było. Pewnie jakieś wino. I po co? Żeby zakołysało się w głowie? Żeby nabrać odwagi, apetytu na coś, czego by się nie zrobiło bez tego wina? No i byłoby lepiej, gdyby się nie zrobiło.

Komary tną jak szalone, dlatego zakładam kaptur i nakrywam się śpiworem. Prawie mnie nie widać. Fajnie tak siedzieć i słuchać rzępolenia Pegaza. Nie patrzeć na ruiny dawnego świata, na pogrążoną w apatii mamę, na ojca z wiecznie czerwonymi oczyma. Jedna z licealistek zaczyna śpiewać, Pegaz momentalnie dostraja akordy do piosenki. Znam ją, ale oczywiście nie śpiewam. W refrenie powtarzają się słowa: „Jest już za późno, nie jest za późno”. Brzmi to jak kłótnia kochanków.

Po chwili orientuję się, że obok mnie, na sąsiedniej karimacie, siedzi Alek. Owinął się kocem z polaru, ale widzę kosmyki jego włosów i po tym go rozpoznaję. Usiadł tu przypadkiem? Być może. W ciemności mógł nawet nie widzieć, że ja to ja. Tak czy owak, to szczęśliwy przypadek.

— Piwa? — pyta i wyciąga do mnie otwartą puszkę.

Kręcę odmownie głową. To już nawet nie chodzi o Kaję, ja po prostu nie rozumiem, dlaczego tylu moich kolegów sięga po alkohol. Tacy jak ja, niepijący, są traktowani co najmniej jak dziwolągi.

Zupełnie jakby słyszał moje myśli, Alek uśmiecha się drwiąco.

— Grzeczna dziewczynka — mówi.

Swoim zwyczajem nie reaguję. Mogłabym wdać się z nim w dyskusję. Przecież nie piję nie dlatego, że się boję kary. Zresztą — jakiej kary? Nawet gdybym miała normalny dom, normalnych rodziców, jak mieliby ukarać szesnastoletnią dziewczynę za wypicie piwa na biwaku? Daliby mi klapsa? Miałabym szlaban?

Nie piję, ponieważ jako dwunastolatka patrzyłam, jak robi to moja siostra. Jak przestaje być Kają, a zamienia się w wyuzdaną, łatwą panienkę. Do dziś pamiętam jej cuchnący alkoholem oddech, gdy wślizgiwała się do mnie do łóżka i szeptała: „Nie wydasz mnie, siostrzyczko, prawda?”. Okłamywałam potem mamę, potwierdzałam jakieś spotkania z koleżankami, które wcale nie istniały. Pewnie gdybym nie kłamała, gdybym nie stanęła po niewłaściwej stronie, nie stałoby się TO.

Ale nie mówię tego Alkowi. Może kiedyś mu powiem. Kiedyś, gdy już zaufamy sobie na tyle, że będzie można powiedzieć wszystko, nawet te najgorsze rzeczy, nawet o nienawiści i gniewie.

Moje milczenie chyba go drażni, bo prowokuje dalej.

— Słyszałem o tobie. Że jesteś niezła cnotka. Prawdziwy sportowiec, co? Nie pije, nie pali, nie ma robali. Nie spotyka się z chłopakami. Może wolisz dziewczyny?

Milczę. Nie, nie wolę dziewczyn. Wolę ciebie. Ale musisz zrzucić tę głupią maskę. Bo przecież domyślam się, jaki jesteś naprawdę.

Gdzieś zza niego, z następnej karimaty, słyszę głos:

— Mówiłam ci, uważaj na nią. Skoro taka grzeczna, to musi być kapuś.

Poznaję głos Iwony, licealistki. A więc to ona rozmawiała o mnie z Alkiem, to dlatego patrzył na mnie z niechęcią. Jaki ona ma powód, żeby tak o mnie mówić? Pewnie jakiś głupi i kompletnie nieistotny. Może to, że ma grube nogi, a ja jestem chuda? Może to, że ma biedniutkie, rzadkie, szare włosy, a ja — gęstą grzywę? Cokolwiek. Takie dziewczyny nie muszą mieć racjonalnego powodu.

Patrzę z ukosa na Alka. Uśmiecha się prowokująco. Nie odwzajemniam uśmiechu, kręcę lekko głową.

— Co? — pyta. — O co ci chodzi?

— Nie musisz tego robić — szepczę.

Nie słyszy, pochyla się w moją stronę. Na sekundę tracę głowę, bo jest tak blisko, że dotykam ustami jego włosów.

— Nie musisz udawać. Nie przede mną.

Tym razem usłyszał, patrzy na mnie i nawet w ciemności widzę, jak bardzo jest zaskoczony. Milczy. Ogień rzuca na jego twarz złociste refleksy. Jest niesamowity i jestem w nim zakochana, ale nie myślę o żadnych pocałunkach czy innych bzdurach. Myślę tylko o tym, że powinnam mu wszystko powiedzieć. I on powinien mi wszystko powiedzieć.

Ale chwila mija. Alek podnosi puszkę z piwem i głośno mówi:

— Zdrowie porąbanych, wyobcowanych i nieprzystosowanych!

Kilka osób śmieje się głośno, Iwona najgłośniej. Pegaz na chwilę przestaje grać i patrzy na mnie z niepokojem. Alek pije długo, do dna. Wstaję, zabieram karimatę i śpiwór, idę do namiotu. Ela już drzemie, Kaśki nie ma, pewnie podrywa tego licealistę, do którego czuje miętę. Kładę się i tłumię płacz. Nie, tym razem nie będę beczeć. Jestem zła. Jestem naprawdę zła.

Następnego dnia każdy sam robi sobie śniadanie. Wstaję najwcześniej, pomagam więc trenerowi rozstawiać żarcie na stole. Są płatki kukurydziane i mleko w wielkim termosie ze śmiesznym kranikiem. Mamy też bułki drożdżowe, pokrojony chleb, mnóstwo serków topionych, margarynę i dżem truskawkowy. Zjadam coś i od razu gnam nad jezioro. Rozkładam wielki ręcznik na ciepłych deskach pomostu. Potem już tylko pływam.

Pływanie kocham nawet bardziej niż grę w kosza. Gdy gram, potrzebuję jeszcze przynajmniej jednej osoby, nie można prawdziwie grać w pojedynkę. A kiedy pływam, jestem tylko ja. Ja, woda i zmęczenie ramion. Uwielbiam to. Najbardziej lubię pływać pod wieczór, po gorącym dniu. Woda nagrzewa się tuż pod powierzchnią i gdy się płynie żabką, powoli i ostrożnie, można niemal wyczuć różnicę gęstości tej ciepłej wody, którą ma się między palcami dłoni i pod brodą, i tej chłodnej, która gdzieś od dołu dotyka brzucha. Umiem pływać tak, jakbym stała w miejscu, niemal się nie poruszając. W ogóle w wodzie czuję się swobodnie, nie boję się jej, nigdy się nie bałam. Kaja też świetnie pływała i w sumie nic dziwnego, że umrzeć chciała właśnie w wodzie.

 

Gdy leżę na pomoście, schnąc i grzejąc się na cieplutkich deskach, słyszę gdzieś niedaleko głos Alka. Żartuje z jakąś dziewczyną, która martwi się, że bikini nie zasłania jej wszystkiego.

— Czyli prawidłowo — mówi ze śmiechem Alek. — Po to właśnie jest bikini. Ono nie jest dla dziewczyn, tylko dla chłopaków.

Mówi bardzo głośno i przez chwilę myślę, że brzmi to tak, jakby chciał, aby usłyszał go jeszcze ktoś inny. Na przykład ja. Ale taka interpretacja jest zuchwała, bo oznacza, że w jakiś sposób musiałoby mu na mnie zależeć — choćby na mojej opinii, dobrej lub złej.

Dlatego porzucam tę myśl. Leżę i chłonę całą sobą ciepło drewna, wyłączam się, pogrążam w ciszy. W ciągu ostatnich czterech lat opanowałam tę sztukę do perfekcji. Umiem się wyłączyć, gdy ojciec krzyczy na mamę, że dość już uciekania w pustkę, że świat się nie skończył. Gdy mama zaczyna płakać, a właściwie wyć, bo ten dźwięk bardziej przypomina zwierzęce wycie niż ludzki głos. Potrafię wcisnąć ten magiczny przycisk i przestać słyszeć, a nawet widzieć, gdy dzieje się cokolwiek, czego nie chcę być świadkiem. I teraz też się wyłączam. Leżę w ciszy, leciutko rozchylam powieki i obserwuję niesamowity błękit nieba. Moje rzęsy są jak odnóża pająka albo muchy. Wydają się lepkie, z trudem otwieram oczy. Chce mi się spać. Nie powinnam jednak zasypiać na słońcu, dlatego szybko siadam na ręczniku.

Alek siedzi w pobliżu, na pomoście. Majta nogami nad wodą — na pozór beztrosko, ale mnie się wydaje, że nerwowo. Chciałabym z nim po prostu pogadać. Jednak wciąż jestem na niego zła po wczorajszym ognisku. Dlatego nawet nie patrząc w jego stronę, wstaję i wskakuję do wody, znikam pod powierzchnią na długą chwilę, by w końcu wynurzyć się kilka metrów dalej. Potem płynę; wolnymi, ale silnymi ruchami ramion odpycham od siebie pomost, Alka, treningi i codzienne życie. Jesteśmy ja, woda i błękitne ważki.

Kiedy wracam z drugiego brzegu jeziora, widzę na pomoście trenera. Wymachuje rękoma. Jest zły. Chyba się wścieka, że odpłynęłam tak daleko. To nic. Ja też jestem zła. Co może mi zrobić? Czy istnieje cokolwiek, co mogłoby zadać mi ból, co byłoby dla mnie karą?

Dosłownie sekundę po tym, jak zadaję sobie samej te pytania, dociera do mnie, że tak. Jest coś takiego. W chwili gdy zakochałam się w Alku, stałam się słaba. Mam coś, na czym mi zależy. Ale trener na szczęście o tym nie wie. Nikt nie wie. I niech tak zostanie.

Oto dlaczego milczę podczas monologu trenera. Stoimy w jego namiocie — on wielki, a ja mała. Dosłownie i w przenośni. Słucham uważnie, a w każdym razie usiłuję sprawiać takie wrażenie. W rzeczywistości rozpaczliwie szukam sposobu, aby nie wybuchnąć. Cały mój bunt, moja zadawniona wściekłość i niezgoda na to, co mnie spotkało ze strony osoby, którą kochałam i której ufałam najbardziej na świecie — wszystko to może się wylać właśnie teraz, jeśli nie zapanuję nad emocjami.

Czasem myślę, że to się powinno wylać. Że powinnam w końcu wykrzyczeć to w twarz komuś, kto coś z tym zrobi. Kto zaprowadzi moją matkę do psychiatry, potrząśnie moim ojcem i wreszcie spróbuje się dowiedzieć, dlaczego Kaja to zrobiła. Dlaczego zrobiła to akurat mnie.

Może i czasami tak myślę. Jednak oczywiście tego nie robię. Nie krzyczę trenerowi w twarz, nie wołam o pomoc, tylko schylam nisko głowę, pokornie, układnie. Nie chcę, żeby wywalił mnie z drużyny, ponieważ tylko dzięki treningom mogę do woli patrzeć na Alka.

— Przepraszam — szepczę. — Nie zdawałam sobie sprawy.

To zdanie nie ma żadnej szczególnej treści, a jednak działa. Używałam go wielokrotnie. Trener nabiera powietrza, jakby chciał wrzeszczeć dalej, ale potem je wypuszcza jak czajnik bez gwizdka. Para uszła, można wracać do swoich zajęć.

Resztę dnia spędzam, wygrzewając się na słońcu i pływając grzecznie wzdłuż pomostu. Wiem, że Alek mi się przygląda, bo kilka razy łowię wzrokiem jego spojrzenie. Cała moja złość minęła. Popisywał się wczoraj, to jasne. Przecież wszystko, co robi, to popisy.

Po pływaniu włączam się do gry w nogę — gram słabo i to mnie trochę bawi. Potem rozgrywam jeszcze trzy sety w siatkówkę i idę do namiotu. Nie mam ochoty na obiad, dlatego ktoś inny zjada mój przydział kopytek z wielkiego termosu. Za to wieczorem rzucam się na kiełbaski, które pieczemy nad ogniskiem na długich kijach. Nadziewam sobie od razu dwie. Pachną i smakują wspaniale.

Gdy myję ręce, brudne od kiełbasianego tłuszczu, w lustrze widzę podchodzącego Alka. Umywalki są wspólne, podobnie jak toalety, jedynie prysznice oznaczono jako damski i męski. Przez chwilę mydlimy dłonie w milczeniu, w końcu jednak, nie podnosząc głowy, mówi:

— Nieźle pływasz.

Wiem, że nie to chciałby powiedzieć. Widocznie, podobnie jak ja, nie umie tak po prostu przejść do rzeczy. Nie odpowiadam, tylko kiwam głową.

— Ale zbyt rozmowna nie jesteś — uśmiecha się.

Ja też się uśmiecham. Strząsam wodę z rąk i wsuwam je pod suszarkę. Po chwili to samo robi Alek i przez moment w strumieniu gorącego powietrza dotyka moich palców swoimi. Nie cofam dłoni, przez kilka sekund nasze palce są razem, stykają się opuszkami. Coś się dzieje z moją twarzą, oblewa ją żar. Cała zapalam się i gasnę, bo oczywiście suszarka się wyłącza i musimy zabrać dłonie.

W milczeniu wracamy do ogniska. Z mojej strony to jest dobre milczenie. Nie czuję się skrępowana, lubię milczeć, zwłaszcza kiedy mam w sobie tak silne emocje, które muszę uporządkować i przeżyć w spokoju. Ale nie wiem, jak jest z nim. Może milczy, bo nie wie, co powiedzieć. Może dotknął moich dłoni przypadkiem?

Siada obok mnie, tak jak poprzedniego wieczoru. Opatulam się śpiworem, Alek znów ma ten swój koc z polaru. Choć miejsca jest dużo, siada tak blisko, że przez śpiwór i koc dotykamy się lekko ramionami.

— Przepraszam — szepcze tak cicho, że bardziej domyślam się tego słowa, niż je słyszę.

Chciałabym umieć odpowiedzieć, pociągnąć tę rozmowę albo obrócić całą rzecz w żart. Ale nie umiem. Nazwał mnie wczoraj… jak to było? Wyobcowaną? Nieprzystosowaną? W dodatku zrobił to publicznie, dostarczył uciechy Iwonie i reszcie towarzystwa. Pewnie powinnam wciąż być zła. Nie jestem. Ale jest mi źle.

— Jesteś inna niż wszyscy — mówi już głośniej.

Kiwam głową, nic nie mówię, bo nagle łzy dławią mnie w gardle. To proste zdanie uświadamia mi, jak bardzo wszystko się zmieniło. Kiedyś nie byłam inna.

— Nie chcesz ze mną rozmawiać? — pyta.

Widocznie nie rozumie mojego milczenia. Pewnie nikt go nie rozumie, pewnie ludzie biorą je za niechęć, wrogość, dumę. Może dlatego ta Iwona z liceum mnie nie lubi.

— To nie tak — odpowiadam. — Ja po prostu niewiele mówię.

— To już zauważyłem — śmieje się cicho. — Ale przecież czasami rozmawiasz. Na przykład z tą wysoką z kitką…

— Z Kaśką — potwierdzam. — Tak, z nią jakoś mi idzie.

Znowu się śmieje. Podoba mi się jego śmiech. Może kiedyś moglibyśmy śmiać się razem?

Komary rozpoczynają swój krwiożerczy atak, zasłaniamy więc twarze i dłonie. Milczymy, słuchamy gitary Pegaza. Kilka osób śpiewa. Znam prawie wszystkie piosenki, mama miała płytę, nazywało się to chyba Stare Dobre Małżeństwo. Tak romantycznie.

Tego wieczoru trener nie idzie tak prędko spać, dlatego nikt nie pije. Jest fajnie. Zwijam się w kłębek na mojej karimacie, zostawiam sobie tylko szczelinę do oddychania i zasypiam. Budzi mnie cieniutkie brzęczenie komara. Leżę i wsłuchuję się w noc. Zaczyna świtać, niebo nie jest już czarne, robi się stalowe. Ognisko dogasa, Alek siedzi na ziemi i grzebie w żarze patykiem. Pegaz nadal brzdąka, ale nie jest to żadna melodia, raczej postrzępione dźwięki. Nikogo innego nie ma w pobliżu, pewnie już dawno wszyscy rozeszli się do namiotów.

— Sam tego nie rozumiem — wzdycha Alek.

Zdaję sobie sprawę, że obudziłam się w niewłaściwym momencie, w trakcie ich rozmowy, i dalszy ciąg absolutnie nie jest przeznaczony dla mnie. Mimo to leżę cicho jak mysz pod miotłą, nie mogę oprzeć się pokusie podsłuchiwania, ponieważ chciałabym wiedzieć, czego nie rozumie Alek. Wytężam słuch, bo rozmawiają półgłosem.

— Jest ładna — mówi Pegaz. — Od dawna mi się podoba. Ma świetne włosy.

— Nie o to chodzi. Ładnych dziewczyn jest dużo. Czasem myślę, że za dużo.

— No tak — Pegaz zaczyna się śmiać. — Ty jesteś takie słodkie ciacho, dziewczyny cię uwielbiają. Pewnie to cię właśnie kręci w Majce. To jedyna laska, która za tobą nie lata.

Latam. Oczywiście, że latam. Tylko na szczęście nikt o tym nie wie.

— Nie rozumiesz — wzdycha znowu Alek. — Ona jest po prostu kimś innym. Jakby była od nas wszystkich starsza o parę lat. Zawsze omijała mnie wzrokiem, strasznie chciałem, żeby choć raz spojrzała. A jak już to zrobiła, to tak… jakby czytała w myślach.

— Na mnie tak nie patrzy — śmieje się znowu Pegaz. — I całe szczęście, bo ja miewam kosmate myśli na jej temat.

Rumienię się pod moim śpiworem. Wiedziałam, że podobam się Pegazowi, ale jakoś zupełnie nie sądziłam, że ktokolwiek mógłby o mnie myśleć w ten sposób. Seks i związane z nim sprawy są dla mnie brudne. To kolejny prezent, który zostawiła mi Kaja. Starając się nie poruszyć zbyt gwałtownie, zatykam uszy. Nie chcę słyszeć, co odpowie Alek.

Pogrążam się w półśnie. Nie jestem pewna, czy ich głosy mi się śnią, czy docierają do mnie naprawdę. Po jakimś czasie wydaje mi się, że zamilkli, zaczynam się więc poruszać i przeciągać, aby dać im znać, że już nie śpię. Wystawiam głowę spod śpiwora. Pegaza nie ma, ognisko wygaszone. Alek leży na karimacie obok mnie, śpi. Leży na wznak, pewnie przed zaśnięciem patrzył w jaśniejące niebo. Przykrywam go kocem i moim śpiworem, ponieważ zaczyna się robić bardzo zimno, jak zwykle nad ranem. Wiem, że o świcie jest zimno, bo często o tej porze budzą mnie koszmary. Wychodzę wtedy na balkon i przyglądam się, jak świat budzi się ze snu.

Jestem pełna spokojnej, cichej radości. Od czterech lat nie czułam ani cienia radości, dlatego mój obecny stan ducha jest niczym święto. To co usłyszałam w nocy, nie znaczyło wprawdzie, że Alek jest we mnie zakochany. Ale z całą pewnością było dowodem na to, że myśli o mnie i zajmuję jakieś miejsce w jego świecie. Jeszcze niedawno nie byłam pewna, czy on w ogóle zauważa moje istnienie.

Mam ochotę popływać, ale woda o tej porze musi być lodowata. Mimo to idę nad jezioro, kładę się na brzuchu na pomoście i moczę dłonie. Potem leżę tak jeszcze długo, obserwując rybki, które podpłynęły i skubią pyszczkami deski porośnięte czymś zielonym. Gdy słońce wyłania się zza drzew, pomost nagrzewa się błyskawicznie. Przykładam policzek do szorstkiego drewna i zasypiam.