Szczypta nadzieiTekst

Z serii: Dworek w Miłosnej #2
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Szczypta nadziei
Szczypta nadziei
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,85  47,88 
Szczypta nadziei
Szczypta nadziei
Audiobook
Czyta Jolanta Jackowska
29,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ 10


Monika kręciła się bez celu po ogrodzie. Nie mogła zrozumieć, co takiego w tym szaroburym pejzażu widzi jej kuzynka Ada, która codziennie przechadzała się tu z panem Antonim.

– Wiosną to jeszcze rozumiem – mruknęła zniesmaczona mama Radka, patrząc na synka, który w skupieniu nadstawiał rączkę i czekał, aż wyląduje na niej śnieżynka. – Ale teraz jest paskudnie, zimno i ponuro.

Chłopiec najwyraźniej nie podzielał jej odczuć – był uradowany faktem, że padał drobniutki śnieg. Niestety nie było szans, by biały puch utrzymał się choćby przez godzinę, bo przyszło ocieplenie. Radek pobiegł za szpaler gęstych krzewów w stronę stawu. Monika zaniepokoiła się i ruszyła za nim. Nie lubiła, gdy przebywał blisko wody. W ogóle nie lubiła, kiedy wychodził i oddalał się od niej, wolała go mieć na oku.

Westchnęła na myśl, że zaraz trzeba będzie wrócić do dworku i jak co dzień zabijać ciszę zdawkowymi rozmowami z mężem. Odkąd przyjechała, nie udało im się zamienić więcej niż parę zdań. Igor wyraźnie unikał rozmów, unikał nawet przebywania w tym samym pomieszczeniu co żona. Już przed jej odejściem spali osobno, tak więc gdyby teraz nagle wróciła do jego sypialni, to byłoby sztuczne. Zresztą Monika wcale tego nie chciała. Prawda była taka, że nie wróciła do niego, lecz do synka. Po kilku dniach jednak odkryła, że chce pojednania z mężem. Nie wiedziała tylko, czy wynika to z kiełkującego ponownie uczucia, czy może z potrzeby uzyskania przebaczenia.

– Radek! – zawołała. – Odejdź od wody! Nie wchodź na mostek, bo jest mokro i drewno może być śliskie.

Posłuchał. Zawsze był karny i posłuszny. Takie dziecko to skarb. Oby tylko nie zmienił się w wieku dojrzewania, tak jak zmieniła się Patrycja.

Monika nigdy nie przyznała się nikomu do faktu, że nie czuła się pewnie w roli matki, a próby wychowania córki uważała za swoją największą porażkę. Początkowo jeszcze jakoś szło, Patrycja nie była może szczególnie słodka czy kochająca, ale przynajmniej nie sprawiała kłopotów. Mniej więcej w czwartej czy piątej klasie jednak zaczęła się zmieniać – z cichej, ułożonej dziewczynki w rozkapryszoną, zbuntowaną pannicę. Igor chyba chciał o tym rozmawiać, lecz każdą taką próbę Monika odbierała jako zarzut. Pewnie to było głupie, myślała teraz. Być może właśnie wtedy oddaliliśmy się od siebie, nasza rodzina zaczęła pękać w szwach, wszystko się rozlazło jak niedbale sfastrygowany łaszek.

Gdybyśmy wtedy poszli do psychologa… Może z Patrycją, a może z samymi sobą, z naszym związkiem… Bo przecież działo się źle także na płaszczyźnie damsko-męskiej. Igor lekceważył moje plany zawodowe, traktował mnie jak ładny dodatek do swojej kariery pilota. Jego zawód był tym ważnym, podziwianym i przynoszącym dobrobyt, zaś moje pomysły, wszystkie te latami gromadzone uprawnienia i umiejętności zbywał wzruszeniem ramion. „Kochanie, przecież ja dość zarabiam, ty mogłabyś tylko leżeć i pachnieć…”

Czy właśnie dlatego tak łatwo wpadła w sidła nowej miłości? Monika chciała wierzyć, że tak, bo to zdejmowało z niej choć malutki fragmencik winy i przesuwało jej część w stronę Igora. Gdyby mnie doceniał, mówiła sobie, gdyby tak jak Hubert dostrzegał sens mojej pracy… Wówczas zrozumiałby, że w gruncie rzeczy masaż dłoni czy starannie wykonany manikiur może mieć dla kogoś większe znaczenie niż te jego bezproduktywne loty nad wybrzeżem!

No więc gdyby rzeczywiście poszli do psychologa – kto wie, może taka terapia sprawiłaby, że wyleczyłaby się cała rodzina? Córka dojrzewałaby dalej, ale już bez tej wrogości; małżonkowie zbliżyliby się ponownie, nie byłoby romansu z Hubertem, nie zdarzyłby się wypadek, Patrycja by żyła, Radek by dziś mówił, śpiewał, chodził do przedszkola. Może zostaliby w Gdyni, a może zamieszkaliby tu po śmierci cioci, choć szczerze mówiąc, Monika widziała w tym coraz mniejszy sens. Po co komu przeprowadzka, skoro zabiera się ze sobą wszystkie dawne problemy? Przed życiem się nie ucieknie.

– Cześć! – Z zadumy wyrwał ją głos kuzynki. – Dotleniasz się?

Ada stała przed nią w dresie i sportowej kurtce, z rumieńcami na policzkach. Miała smutne, zmęczone oczy. W rękach trzymała kijki do nordic walkingu. Że też jej się chciało maszerować w taką pogodę.

– Myślałam, że chodzisz tylko wtedy, gdy nie pada – powiedziała Monika, rozglądając się i sprawdzając, gdzie bawi się Radek.

Był w sadzie, grzebał patykiem w starym kretowisku.

– Bo tak jest. Ale przecież to dzisiejsze – Ada zadarła głowę i śmiesznie zmarszczyła nos – nie zasługuje na miano deszczu. Śniegu zresztą także nie. W każdym razie mnie nie powstrzymało. Zrobiłam swoją zwykłą trasę i od razu poczułam się lepiej.

– Podziwiam cię. – Ton głosu Moniki świadczył o tym, że wręcz przeciwnie, ale na jej twarzy widniał uprzejmy uśmiech. – Ja ostatnio tylko się zmuszam do jakiejkolwiek aktywności. Nawet dzisiejsze wyjście z Radkiem na dwór było dla mnie wyzwaniem.

Ada przyglądała się kuzynce badawczo i jakby z troską. W każdym razie Monika bardzo chciała zobaczyć w jej wzroku właśnie zatroskanie. Niespodziewanie dla samej siebie zaczęła mówić:

– To nie tak, że żałuję, oczywiście. Nie żałuję. To znaczy… właśnie żałuję wszystkiego, wiesz? – Wyrzucała z siebie słowa coraz szybciej, jakby się bała, że kuzynka jej przerwie lub przestanie słuchać. – Żałuję, że nie byłam lepszą matką dla Patrycji, że tamtego strasznego dnia nie pojechałam po nią, że nie walczyłam o moje małżeństwo, kiedy jeszcze można było coś zmienić, że wdałam się w głupi romans i…

– Zadręczasz się – przerwała jej Ada. – To nic nie da, w niczym nie pomoże.

Nie chciała słuchać zwierzeń kobiety, która niespodziewanie stała się jej rywalką. To byłoby nieuczciwe, zupełnie jakby podstępem zdobywała informacje. Tak to odbierała.

– Ale jednego nie żałuję: że wróciłam – ciągnęła Monika, nie zwracając uwagi na słowa kuzynki. – To jedyna słuszna decyzja, jaką podjęłam w ciągu ostatnich kilku lat. Nawet jeśli między mną a Igorem jest źle, jeśli nie rozmawiamy i jest między nami taka okropna sztuczność, jakbyśmy byli sobie zupełnie obcy… Wytrzymam to. Wytrzymam wszystko. Byle tylko nie mieć już tego poczucia winy. – Ruchem głowy wskazała Radka. – Może nie jest za późno, jak myślisz?

– Nigdy nie jest za późno – potwierdziła mechanicznie Ada, która zatopiła się we własnych myślach.

– On wyjdzie na prostą! Już jest dużo lepiej. – Monika chyba starała się przekonać przede wszystkim siebie. – Reaguje znacznie żywiej. Uśmiecha się, biega jak inne dzieci. W Gdyni wiecznie tkwił w swoim pokoju, bawił się na leżąco, jakby nie miał na nic siły. – Ostatnie zdanie wypowiedziała szeptem. – Więc może jednak przeprowadzka tutaj miała jakiś sens.

– Na pewno miała – odparła łagodnie jej kuzynka. – Myślę, że zmiana była potrzebna wam wszystkim. Słuchaj, ty cała drżysz. Może idźcie już z Radkiem do domu…

– Porozmawiaj ze mną. Igor się do mnie nie odzywa…

– Spróbuj go zrozumieć – doradziła Ada, czując się paskudnie, jakby zdradzała przyjaciela. – Ma prawo mieć do ciebie żal. Trochę potrwa, zanim…

– Myślisz, że mi wybaczy? Że to jest w ogóle możliwe?

– Tak. Na pewno jest możliwe. Przecież takie historie się zdarzają. Ale tymczasem naprawdę chodź już do domu. Jeśli chcesz, porozmawiamy u mnie. Wpadniesz na herbatę, Dawid pobawi się z Radkiem, a my…

– Dobrze! – Monika nawet nie czekała na dokończenie zdania. – Mój Boże, tak bardzo tego potrzebuję. Dziękuję.

Przytuliła kuzynkę szybko, jakimś drapieżnym ruchem, jakby się bała, że tamta jej ucieknie i nie dotrzyma słowa.

Ona jest na skraju załamania nerwowego, przemknęło Adzie przez myśl. Zresztą już wtedy, gdy odwiozłam ją na stację, była w kiepskim stanie. Wszystko się tak diabelnie poplątało. Kto tu jest ofiarą, a kto oprawcą? Komu trzeba pomóc? Sama już nie wiem.

ROZDZIAŁ 11


Igor z rozżaleniem patrzył na żonę, która wraz z Radkiem wybierała się na herbatę do Ady. Czuł się… Sam nie wiedział, jak to nazwać. Podwójnie zdradzony? Odtrącony, opuszczony przez wszystkich?

Nie miał pojęcia, co właściwie czuje do Moniki. Chyba już podczas wizyty w Gdyni, kiedy po raz pierwszy rozmawiali tak szczerze, zrozumiał, że miłość małżeńska dawno między nimi wygasła. Niekiedy zastanawiał się, czy nie stało się to jeszcze za życia Patrycji, ale tamten czas wydawał mu się teraz tak odległy, że nie był w stanie przypomnieć sobie takich rzeczy. Pamiętał jedynie nieustanne problemy z córką, bezradność i poczucie winy, jakiś rodzaj niechęci wobec rozkapryszonej pannicy, a wszystko to tym trudniejsze do zniesienia, że przecież podszyte autentyczną miłością i troską ojcowską.

Po wypadku Igor nie miał głowy do pielęgnowania uczuć małżeńskich. Pewnie to był błąd, zapewne należało zadbać właśnie o to – o Monikę i małego Radka. Tymczasem zawalił sprawę, nie spisał się w roli głowy rodziny, zaniedbał wszystko, pogrążając się w bólu i pozwalając, by każde z nich zrobiło to samo, ale osobno.

Czy teraz można było jeszcze coś uratować? I czy on w ogóle chciał cokolwiek ratować? Poza Radkiem, oczywiście, bo co do tego nie miał żadnych wątpliwości.

Ada spodobała mu się od samego początku, choć zrazu nie jako kobieta – raczej jako człowiek. Była pogodna, dobra i spokojna, miała w sobie ciepło, którego Monice brakowało, posiadała też jakiś rodzaj łagodności, za którą Igor tęsknił, bo kojarzyła mu się z nieżyjącą matką.

 

Czy to, co zaczęło się między nimi w ostatnich dniach, było początkiem miłości? Igor nie lubił używać wielkich słów. Podejrzewał, że gdyby dano im więcej czasu albo gdyby spotkali się w innych okolicznościach, wpadłby po uszy i wówczas nie zastanawiałby się nad doborem określeń, po prostu kupiłby kwiaty i pierścionek, padł przed nią na kolana i zaproponował jej wspólne życie.

Inna sprawa, czy ona by go zechciała. Nigdy nie rozmawiali o tym, co ich łączy, a jedyną wzmianką o uczuciach było tamto pytanie, które zadała mu pewnej nocy: czy kocha jeszcze żonę. Nie bardzo wówczas wiedział, jak odpowiedzieć. Nie kochał, tego był pewien, ale jak to ubrać w słowa, by nie wyjść na faceta, który przeskakuje z kwiatka na kwiatek? Nie chciał, aby Ada źle o nim pomyślała. Z kolei z drugiej strony pragnął, aby wiedziała, że jest gotów na nowy związek. Że jest gotów na nią, jej ciepło, na bliskość i porozumienie, które każdego dnia rosło między nimi.

Bardzo zabolał go sposób, w jaki Ada zareagowała na powrót Moniki. Powinna przecież rozumieć, że on sam jest nie mniej zaskoczony i chyba… Tak, chyba poczuł się rozczarowany. Było to egoistyczne, ponieważ nie uwzględniało uczuć Radka – ale przecież przed Adą mógłby się do tego przyznać, gdyby tylko zechciała go słuchać. Tymczasem ona zareagowała jakąś niezrozumiałą wrogością, a teraz – i to bolało go najbardziej – teraz najwyraźniej zawiązała jakiś dziwny sojusz z Moniką. Przeciwko niemu? Przeciwko mężczyznom w ogóle?

Choć zbliżał się wczesny grudniowy wieczór, Igor przebrał się w dres, założył sportową kurtkę i wybrał się na przebieżkę. Tak naprawdę zaczął biegać wyłącznie po to, aby mieć pretekst do spotkań z Adą, ale jakoś nie udawało mu się wyjść o takiej porze, aby się na nią natknąć. Albo trenowała bardzo nieregularnie, albo celowo go unikała. Jednak te kilka razy, kiedy przebiegł się aleją i zrobił pętlę nad stawem w miasteczku, okazało się zbawienne dla jego skołatanych nerwów. Choć zmęczony i spocony jak mysz, czuł jednak, jak z każdym wydechem ulatuje z niego napięcie, jak pokonywanie własnej słabości staje się metaforycznym przezwyciężaniem całej reszty. Po każdym takim treningu Igor choć przez chwilę czuł się silny – a bardzo tego potrzebował. Dlatego tego wieczora, choć świat wyglądał paskudnie i mokro w świetle latarni na podjeździe, zapiął kurtkę pod brodę, wcisnął czapkę niemal na oczy – i potruchtał w ciemność.

Droga do miasteczka była pusta, jak zawsze. Igor nie uważał się za bojaźliwego, a jednak nie lubił biegać tędy po zmroku – drzewa wydawały się zwieszać do ziemi wiotkie palce, a ciemność po obu stronach alei skrywała stworzenia, które nie chciały być widziane. W każdym razie to mu podpowiadała wyobraźnia.

Znalazłszy się na szosie do Miłosnej, a potem na alejce wokół stawu, Igor poczuł się znacznie pewniej, mimo że o tej porze i przy takiej pogodzie nie było tam wielu osób. Jakaś skulona z zimna staruszka pozwalała się ciągnąć na smyczy kudłatemu psu, dwóch wyrostków popalało na spółkę papierosa za wiatą z mapką szlaków nordic walkingu. Poza tym nikogo. Tylko latarnie rozstawione regularnie wzdłuż ścieżek spacerowych sprawiały, że można było czuć się mniej osamotnionym.

Igor wyznaczył sobie wyzwanie na ten wieczór: cztery okrążenia stawu lekkim truchtem, potem krótki dystans między ławkami sprintem i znowu trucht. Nie wykonał nawet połowy zamierzonego planu, gdy jego uwagę przyciągnęły dziwne odgłosy dochodzące zza krzewów w najciemniejszej części parku. Ciężki oddech, urywane stękanie, wyraźny wysiłek – brzmiało to tak, jakby ktoś z kimś walczył. Igor zawahał się. Co powinien zrobić? Udać, że niczego nie słyszał? A jeśli to próba napaści albo, co gorsza, gwałtu? W takim wypadku do końca życia nie darowałby sobie, że nie zareagował! Przez chwilę stał niezdecydowany, przestępując z nogi na nogę, starając się robić to na tyle głośno, aby przepłoszyć ewentualnego napastnika. Odgłosy zza gęstwiny jednak nie ustały. Trudno, najwyżej wyjdę na głupka, jeśli to zakochana para uprawia seks, pomyślał Igor i pokasłując (aby ostrzec domniemanych kochanków), okrążył zarośla.

Stanął jak wryty. Przed nim, w niskim przysiadzie, kucał mężczyzna. Światło pobliskiej latarni nie docierało za kępę krzewów, dlatego w półmroku błyskały tylko oczy. Nieznajomy stał na szeroko rozstawionych nogach, ugiętych w kolanach pod kątem prostym. Sprężynował lekko i jednocześnie wyrzucał przed siebie zaciśnięte pięści. Zupełnie jak Bruce Lee, pomyślał Igor, któremu przypomniała się jakaś scena z oglądanego w młodości filmu. I dokładnie w tym momencie zrozumiał, kogo ma przed sobą. To musiał być ten wuefista Dawida.

– Przepraszam – powiedział, bo mężczyzna zwrócił na niego spojrzenie, choć nie zaprzestał wykonywania ćwiczeń. – Zaniepokoiły mnie odgłosy. Brzmiało tak, jakby ktoś się bił.

– No, w pewnym sensie tak jest – odparł Kacper Majewski, bo to rzeczywiście był on. – Tłukę niewidzialnego przeciwnika.

Zmierzył wzrokiem sylwetkę Igora i pokazał głową alejkę nad stawem.

– Nigdy pan tu nie trenował. Nowy?

– Można tak powiedzieć. Mieszkam w Miłosnej od dwóch miesięcy, ale biegam od niedawna. Pora się wziąć za siebie.

– Dwa miesiące? – zdziwił się nauczyciel, przerywając trening. – Ta nasza dziura taka mała; chyba by mi nie umknęło, że zjawił się ktoś nowy.

– Rzadko bywam w miasteczku – wyjaśnił zmieszany Igor. – Jedynie na zakupach, raz i drugi u pani Hanki w cukierni… I tyle.

– Jest pan może ojcem Dawida Ryttera?

– Ja? Ojcem? Nie, nie, jestem jego wujkiem. Jego matka to moja… Kuzynka mojej żony. A dlaczego pan pyta? Coś nie tak w szkole?

– Skąd pan wie, że jestem jego nauczycielem?

– Poza szkołą Dawid nigdzie nie bywa, o ile wiem.

Była to dziwna rozmowa, zupełnie jakby Igor i wuefista wbijali sobie nawzajem szpilki.

– Widuję tu mamę Dawida – rzucił Majewski. – Chyba byłoby dla niej bezpieczniej, gdybyście państwo trenowali razem.

Co za wścibski facet, przemknęło Igorowi przez głowę. Nie jego sprawa, czy biegam z Adą, czy sam.

– No nic, ruszam dalej. – Postanowił zignorować ostatnie zdanie Majewskiego. – Nie wyrobiłem planu na dziś. Jeszcze raz przepraszam, że przeszkodziłem.

Odwrócił się i potruchtał z powrotem na aleję wokół stawu. Przyspieszył, wciągnął brzuch i wyprostował plecy – z jakiegoś powodu miał pewność, że spotkany przed chwilą mężczyzna go obserwuje.

ROZDZIAŁ 12


Dawid nie chciał siedzieć w swoim pokoju z małym Radkiem, ponieważ zza ściany dochodziły odgłosy szlochania oraz wycierania nosa. Najwyraźniej ciocia Monika postanowiła zwierzyć się mamie ze swoich kłopotów. Wziął więc Radka za rękę i wybrali się z wizytą do pana Antoniego. Teraz, zaparzywszy herbatę, nagabywał staruszka o pamiątki z przeszłości, podczas gdy mały w skupieniu układał pasjansa.

– Przecież widzisz, że u mnie żadnych pamiątek nie ma – odparł staruszek. – Twoja mama opowiadała mi o tym konkursie i oczywiście zrobisz, jak zechcesz, ale mnie się wydaje, że nic ciekawego ode mnie nie usłyszysz.

– Już sam powód, dla którego dworek został zbudowany, jest ciekawy. Ta miłość pradziadka do Grace.

– Tak, tak… Oczywiście. Tyle że to już wszystko. Dalej nic interesującego nie znajdziesz. Wybuchła wojna, spadały bomby, u nas zamieszkał Niemiec, przez miasteczko prowadzono Żydów, przyjechały panienki z Warszawy, jakoś się udało przeżyć… Potem koniec wojny, hotel, ciężka praca, i tyle. Tu już nie ma romantycznych opowieści, Dawidku.

– Ale kto mówi, że ja szukam czegoś romantycznego? Szukam prawdziwych historii, z krwi i kości, panie Antoni. Szukam tematu na książkę. Bo mamie chodzi bardziej o konkurs, ale mnie się marzy debiut.

– Nie za wcześnie na to? – roześmiał się starszy pan. – Zawsze mi się wydawało, że aby napisać powieść, trzeba być dojrzałym człowiekiem.

– Wcale niekoniecznie – obruszył się chłopak. – Dorota Masłowska debiutowała chyba jakoś w okolicach matury. A w każdym razie na pewno pisała swoją pierwszą książkę, będąc jeszcze w liceum. Czytałem o tym. A pewien amerykański autor stworzył powieść fantasy w wieku piętnastu lat. Eragon, taki tytuł. Tylko nazwiska zapomniałem.

– A co to właściwie znaczy to całe „fantasy”?

– No… o magii, smokach i rycerzach – odparł zmieszany Dawid.

– Czyli baśnie. Dla dzieci.

– Ale moja ma być zupełnie inna – zastrzegł natychmiast chłopak. – Jak najbardziej realistyczna. Lubię poczytać fantasy, ale sam chciałbym pisać raczej o magii codzienności.

Kątem oka zauważył, że Radek uniósł głowę znad kart i spojrzał na niego zainteresowany. Poczuł, że musi wyjaśnić, co właściwie ma na myśli.

– Dla mnie magiczne jest to, że ludzie potrafią przetrwać czas wojny. Że się nawzajem wspierają i że w takich strasznych czasach potrafią się śmiać, bawić, tańczyć. Bo przecież tak było, prawda, panie Antoni?

– Pewnie tak – zadumał się starszy pan. – Ja zresztą niewiele z wojny pamiętam, byłem dzieckiem. Pani Bogna mogłaby opowiedzieć więcej, tylko że ona niechętnie wspominała. Zawsze mówiła, że wkłada wszystko do swoich dzienników, a kiedy wieczorem zamyka okładkę, to i przeszłość jest zamknięta.

– Dzienników? – zapytał czujnie Dawid. – Jakich dzienników?

– Pisała taki jakby pamiętnik. Przez całe życie coś tam notowała, nawet jak nic ciekawego się nie działo. Pod koniec życia już rzadziej, ale za młodu co wieczór widywałem ją z piórem.

– To musiało się uzbierać kilka tomów?

– Tomami bym tego nie nazwał. Ot, takie grube zeszyty. I nie kilka, a kilkadziesiąt.

– A czy pozwoliłby mi pan… Ja wiem, że to pamiętniki, ale przecież… Na swój sposób są to bardzo cenne dokumenty…

– Ale o co ty pytasz, chłopcze?

– Czy mógłbym je przejrzeć?

Ekscytacja chłopaka była tak wyraźna, że starszy pan aż się roześmiał.

– Ależ ja ich nie mam – oświadczył. – Zresztą gdybym miał, pewnie nie zdobyłbym się na śmiałość, aby je przeczytać.

– Więc co ciocia Bogna z nimi zrobiła? – zapytał Dawid, nie umiejąc ukryć rozczarowania. – Spaliła? Wyrzuciła?

– Nie wiedziała przecież, kiedy umrze – odparł starszy pan. – To był udar, takie rzeczy przychodzą nagle. W przeciwnym razie pewnie powiedziałaby mi, co mam zrobić z tymi zapiskami. Ostatnie dzienniki, mam na myśli te z ostatnich kilku lat, są chyba na strychu, tak mi się wydaje. Jeden został przy jej łóżku, ten schowałem sobie na pamiątkę, ale nie miałem odwagi przeczytać ani zdania. Zresztą oczy już mi nie służą, musiałbym chyba przez lupę patrzeć, żeby rozszyfrować literki.

– Ja mógłbym panu poczytać! – Dawid złożył ręce w błagalnym geście. – Panie Antoni, przecież to jak list, który zostawiła panu ciocia!

– List to ona mi naprawdę zostawiła. Czekał na mnie u notariusza. Razem z tymi wszystkim zapisami, że do śmierci mogę tu o wszystkim decydować, że tyle a tyle pieniędzy jest dla mnie…

– I co było w tym liście?

– A, mam go tu, w szafce na dokumenty. Zobacz. Nic osobistego. Człowiek mógłby się spodziewać, że po tylu latach… – W głosie starszego pana zagrała gorycz. – Że należy mu się kilka szczególnych słów. Ale nie.

Dawid sięgnął do wskazanej szuflady i wyciągnął list. Koperta była starannie rozcięta, widniało na niej tylko imię i nazwisko adresata: Antoni Kowaluk. Chłopak poznał eleganckie pismo, które już kiedyś widział na kopercie otrzymanej przez mamę kilka lat wcześniej. Ciocia Bogna zaprosiła ich wtedy na swoje osiemdziesiąte urodziny.

Wewnątrz znajdowała się złożona na dwoje kartka. Dawid zawahał się i spojrzał pytająco na staruszka.

– Czytaj na głos – odpowiedział tamten, bo zauważył, że nawet mały Radek zastygł nad pasjansem. – To naprawdę zwyczajny list. Zwyczajne pożegnanie. – Po czym zamrugał szybko, aby nie pozwolić sobie na łzy.

Drogi Przyjacielu!

Jeśli czytasz ten list, to znaczy, że nasze drogi się rozeszły. Po tylu latach pora ruszyć własną drogą.

Nie martw się, spotkamy się znów po tamtej stronie. Wyobrażam sobie, że tam będzie jak tu, taki sam ogród, te same alejki i staw, a wokół drzewa. Nie chciałabym innej wieczności.

Wszystko, co znajduje się we dworze, jest Twoje. Zaopiekują się Tobą Ada i Monika, a gdyby odmówiły, to zastanów się: mógłbyś zaproponować przepisanie spadku na Haneczkę, ona ma doświadczenie w opiece nad starszymi osobami. Zresztą zrobisz, co zechcesz. Możesz przecież ostatecznie sprzedać posiadłość i wykupić sobie pobyt w luksusowym ośrodku gdzieś za granicą. Zawsze chciałeś pojechać gdzieś, gdzie jest ciepło, pamiętasz? No więc może południe Hiszpanii?

 

Jest kilka spraw, które wolałam utrzymywać w sekrecie, Antoni… I teraz sama już nie wiem, czy to dobrze, czy źle. Może byłoby mi lżej, gdybym Ci powiedziała, ale zapewne wtenczas Tobie byłoby ciężej. Piszę o tym na wypadek, gdybyś odkrył prawdę. Jeśli tak się stanie – pamiętaj: zarówno ja, jak i stryj Iwo zawsze kierowaliśmy się dobrem. Choć ono nie zawsze ma wyraźne kontury.

Nie płacz po mnie, Przyjacielu. Jestem już bardzo zmęczona. Czas odpocząć.

Bogna

Zapadła cisza. Pan Antoni wciąż mrugał zawzięcie, Radek pochylił się nad kartami, ale nie przekładał ich, tylko wpatrywał się w pogodną twarz damy karo.

– Co ciocia miała na myśli, pisząc o odkryciu prawdy? – wyszeptał Dawid.

Starszy pan wzruszył ramionami.

– Nie mam pojęcia. Rozmawiałem o tym z notariuszem, panem Zygmuntem. On twierdzi, że pani Bognie mogło się coś wydawać, no wiesz, że… że jej się na starość myliły różne sprawy – dokończył takim tonem, jakby wypowiadając te słowa, popełniał największe świętokradztwo.

– A w innych dziedzinach też jej się myliło? Gdyby tak było, bo to właściwie całkiem możliwe, to cioci mieszałyby się też inne drobiazgi… Sam nie wiem, nie znam się na tym. Ale może czasem jej się plątało, który jest rok albo coś w tym rodzaju.

– Nie, takie rzeczy to nigdy. Tylko… czasem mnie zaskakiwała, na przykład często wydawało jej się, że słyszy we dworze płacz maleńkiego dziecka, a raz poprosiła, żebym pojechał sprawdzić, czy Heniek od Sadowskich na pewno nie żyje.

– Kim był Heniek od Sadowskich?

– Nikim szczególnym – odparł Antoni. – Taka miejscowa „złota rączka”. Póki był sprawny, robił nam tu różne remonty i naprawy, tapetował, rury wymieniał. Przedtem jego ojciec, a potem Heniek. Obaj popijali i obaj dość szybko pożegnali się ze światem.

– Może ten Heniek coś złego cioci zrobił, skoro tak go nienawidziła?

– A kto twierdzi, że nienawidziła? – przestraszył się starszy pan. – Bój się Boga, panienka Bogna nigdy do nikogo nie żywiła nienawiści! No, może w czasie wojny, wtedy to zdrowo było nienawidzić, zwłaszcza że Szkopy matkę jej zabili. Ale potem nigdy. Zawsze mówiła, że za każdym czynem, nawet najgorszym, mogą stać dobre intencje. I powtarzała, żeby nie oceniać nikogo.

– Więc dlaczego chciała się upewnić, że ten cały Heniek nie żyje?

– Nie mam pojęcia. – Antoni rozłożył ręce w geście wyrażającym bezradność. – Toteż mówię, że to była jedna z tych rzeczy, które wydawały się… trochę nienormalne. Ale poza tym nigdy nie zauważyłem, żeby pani Bognie cokolwiek się mieszało.

– W takim razie w tym wszystkim musi tkwić jakaś tajemnica – wyszeptał Dawid, bardzo przejęty. – I kto wie, być może uda nam się ją rozwikłać. To jak, panie Antoni, może poczytałbym panu ten dziennik cioci? Wieczorami, jak powieść w odcinkach? Przysięgam, że jeśli natknę się na coś osobistego, od razu przerwę. Proszę…

– No dobrze, ale to już nie dziś – zadecydował starszy pan. – Na dziś mam dość. Wspomnienia trzeba dawkować ostrożnie, w przeciwnym razie zaczyna bardzo boleć. Kiedyś to, chłopcy, zrozumiecie.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?