Rozmerdane świętaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Olgierd


Otworzyłem pojemnik na śmieci i wrzuciłem do niego worek, po czym docisnąłem lekko. Wydawało mi się, że słyszę jakiś dźwięk. Może ktoś wyrzucił gumową zabawkę, pomyślałem. Docisnąłem jeszcze raz. Dźwięk powtórzył się, ale tym razem na pewno nie brzmiał jak gumowa zabawka, raczej jak płacz albo pisk. Czyżby w śmietniku były szczury?! Nie miałem ochoty na spotkanie z gryzoniem, a jednak coś kazało mi wyciągnąć worek i zajrzeć głębiej.

W nozdrza buchnął mi smród odpadków. W zasadzie powinienem był w tym momencie ponownie włożyć śmieci do pojemnika i zwyczajnie odejść. Zamiast tego – nadal pchany niezrozumiałym impulsem – uniosłem niebieski worek leżący na wierzchu. Pisk stał się wyraźniejszy. To coś, co piszczało, musiało znajdować się w środku. Przemogłem naturalne obrzydzenie – bo w końcu kto lubi grzebać w śmieciach – i rozwiązałem supeł z folii. Wewnątrz znajdowały się zmięte gazety, a jeszcze głębiej – pudełko po butach. Teraz słyszałem już wyraźnie, że w środku coś nie tylko piszczy, ale także się wierci. Teoretycznie mógł to być szczur. Ale skąd wziąłby się w zawiązanym worku? Coś tu się nie zgadzało. Postawiłem pudełko na ziemi i ostrożnie uniosłem pokrywkę. Moim oczom ukazał się ciasno owinięty ręcznikiem psiak. Miał sympatyczny pyszczek i śmieszne sterczące uszy. Ale tym, co uderzyło mnie najbardziej, był wyraz przerażenia w jego orzechowych oczach.

Ostrożnie wziąłem go na ręce. Przywarł do mnie całym ciałem, a ja poczułem coś, co dotąd czułem tylko raz w życiu – kiedy koleżanka ze studiów, która na drugim roku urodziła córeczkę, a my całą grupą odwiedziliśmy ją, niosąc w darze śpioszki w pingwiny, poprosiła mnie o potrzymanie małej. Położyła mi ją na kolanach, ponieważ nie bardzo wiedziałem, jak chwycić coś tak kruchego, a ta maleńka dziewuszka z całej siły capnęła mój palec i trzymała, jakby to zapewniało jej bezpieczeństwo. Mieszanka tkliwości, rozczulenia, poczucia siły graniczącej niemal z wszechmocą – i jeszcze tysiąca innych nienazwanych uczuć – zalała wówczas moje serce. Teraz poczułem się podobnie.

Szczeniak był wiotki, jakby uleciało z niego pół życia. Nie miałem pojęcia, jak długo leżał w koszu, w zawiązanym worku na śmieci, ale z pewnością brakowało mu powietrza. Zabrałem go do mieszkania mamy, sam nie wiedząc, po co właściwie to robię. Choć przecież wszystko było jasne, z tym że pytanie nie brzmiało „po co”, tylko „dlaczego”. Dlatego, że jakiś sukinsyn wyrzucił żywe stworzenie na śmietnik. Dlatego, że nikt, kto potrafi odczuwać cierpienie – ani zwierzę, ani człowiek – nie zasługuje na to, by potraktować go jak rzecz. I dlatego, że zwyczajnie nie widziałem innego wyjścia.

– Co to jest?! – krzyknęła mama, kiedy wszedłem do kuchni, niosąc na rękach psiaka zawiniętego w śmierdzący ręcznik.

– No właśnie nie jestem pewien – odparłem głupio. – Ale chyba pies.

Na swoje usprawiedliwienie miałem jedynie to, że w sumie pytanie również nie było zbyt mądre.

– To widzę! Pytam, dlaczego przyniosłeś tu jakiegoś zapchlonego kundla!

W maminym głosie usłyszałem coś podobnego do histerii. Przez trzydzieści lat mojego życia nigdy, przenigdy nie krzyczała w ten sposób. Nawet gdy dostałem huśtawką w głowę i trzeba było szyć.

– Nie wiadomo, czy jest zapchlony – odparłem z urazą. – A poza tym co miałem zrobić? Wyrzuciłem śmieci, a gdy próbowałem wcisnąć worek głębiej, coś pisnęło…

– Myszy – szepnęła mama nieco nieprzytomnie.

– No przecież nie myszy, tylko ten psiak.

Nie do wiary, tupnęła na mnie nogą! Nigdy się tak nie zachowywała. Musiała być bardzo zdenerwowana.

– Oluś! – zaczęła głosem drżącym od emocji. – Ja ci nigdy nie mówiłam, bo jedna psycholog mnie ostrzegła, że w ten sposób przenosi się lęki z rodziców na dzieci… Więc nigdy ci nie powiedziałam. Ale teraz powiem: ja psów nie znoszę. Boję się ich. Brzydzę się. Są takie brudne i śmierdzące, i wstrętne…

– Mamo, o czym ty mówisz?!

– Kiedy byłam mała, pogryzł mnie taki… kundel! Miałam potem zastrzyki w brzuch.

– Mamo, uspokój się. Popatrz na to stworzenie. Spójrz, nie odwracaj się. Czy on wygląda na agresywnego?

– Tamten też nie wyglądał. Nie, nie, nie! Nie znoszę psów!

Stałem w przedpokoju, niezdecydowany. Pewnie powinienem gdzieś zadzwonić, do schroniska albo do weterynarza… W głowie miałem kompletny mętlik. Czy istnieje pogotowie dla psów? Czy takie rzeczy się gdzieś zgłasza? Przypomniało mi się, że kiedyś w wiadomościach mówili o jakimś patrolu osób zaangażowanych w prawa zwierząt, ale jak to się nazywało?

– Gdzie mogę go położyć? – zapytałem.

– Nigdzie! – krzyknęła mama z tą samą histeryczną zaciekłością. – Na pewno jest zarobaczony! Daj spokój, Oluś, wywal go!

– Ale co ty rozumiesz przez „wywal”?!

Przez chwilę patrzyła na mnie z zacietrzewieniem, a potem nagle oklapła.

– No tak, masz rację – powiedziała cicho. – To jednak żywa istota. Ale nie wiem, trzeba go gdzieś wywieźć. Są jakieś przytułki czy jak to się tam nazywa.

– Schroniska.

– O, właśnie, schroniska. Oni się znają, zaopiekują się, nakarmią i tak dalej. Bo ty nawet przecież nie wiesz, co toto właściwie je.

– Mamo, to nie jest egzotyczne zwierzę. To piesek.

– Może na razie połóż go na klatce schodowej, umyjesz ręce i poszukasz w internecie numeru do schroniska.

Narastał we mnie bunt. Sam nie wiedziałem, skąd wzięło się we mnie to uczucie. Zupełnie jakby nagromadzone przez lata, a nigdy dotąd niewypowiedziane słowa sprzeciwu wobec nieustannych rad i pouczeń nadopiekuńczej matki teraz miały się wydostać na wolność. W owej chwili nie zależało mi wcale na psiaku. Po prostu chciałem przeciwstawić się mamie. Po raz pierwszy w życiu widziałem w tym prawdziwy sens.

– Nie położę go na klatce schodowej – powiedziałem kategorycznie. – Nie widzisz, że to psie dziecko? Nie znam się na tym, ale wygląda, jakby miał za chwilę umrzeć z głodu. Nie zamierzam teraz szukać dla niego, jak to określiłaś… przytułku. Zamierzam go nakarmić.

Odwróciłem się na pięcie i wyszedłem, tuląc pod kurtką zawiniętego w cuchnący ręcznik szczeniaka i czując się tak dzielny i męski, jakbym właśnie wyniósł z pożaru dziecko albo dokonał innego równie bohaterskiego czynu. Dopiero kiedy znalazłem się na ulicy i przekonałem się, że w międzyczasie kapuśniaczek zamienił się w lodowatą ulewę, zacząłem kląć na czym świat stoi. A pomyśleć, że mogłem drzemać na kanapie i czekać na pachnący wanilią sernik…

Nie miałem pojęcia, czy z takim szczeniakiem można podróżować komunikacją miejską. Postanowiłem pójść pieszo – albo raczej przebiec, w końcu nie miałem daleko. Przemykając od drzewa do drzewa, od daszku do daszku i moknąc coraz bardziej, kląłem na siebie za idiotyczny pomysł, aby chodzić pieszo. Dbam o kondycję, też coś! Nigdy więcej takich bzdur! Zęby szczękały mi w rytm kroków. Tak bardzo skupiłem się na własnych doznaniach, że zupełnie zapomniałem, kogo trzymam w objęciach. Nie zwracałem uwagi na to, że jedwabiste uszy drgają nerwowo za każdym razem, gdy spada na nie kropla deszczu, że mokry łebek chowa się nerwowo pod poły mojej kurtki, ilekroć obok nas przejechał samochód albo syknął odjeżdżający z przystanku autobus.

Wreszcie dopadłem klatki schodowej bloku, w którym mieszkałem. Przeskakując po dwa stopnie, wbiegłem na drugie piętro, aby czym prędzej zrzucić z siebie mokrą kurtkę. Obaj, ja i pies, dygotaliśmy jednakowo. Miałem tylko nadzieję, że ja prezentuję się choć odrobinę lepiej niż on. Bo oto na schodach siedziała, ściskając w garści chusteczkę do nosa, kobieta, którą pragnąłem uwieść. Sara.

Sara


Dopiero koło dwunastej przyszedł e-mail od Henryka. „Nareszcie z powrotem w domu. Wróciłem przed dwoma dniami, pozałatwiałem zaległe biznesy, teraz czas na ciebie i miłość. Dziś wieczorem wybierzemy się w piękne miejsce”, napisał. „Koniecznie weź bikini. Wracamy w poniedziałek rano”.

Pewnie powinnam czuć się podekscytowana. Jeszcze rok wcześniej tak właśnie by było. Natychmiast pobiegłabym do szafy i zaczęła przeglądać bieliznę na wieczór. Rzecz w tym, że przestało mi to wystarczać. Nie chciałam być dla Henryka drobną przyjemnością, urozmaiceniem codzienności, czymś w rodzaju weekendowego hobby. I nie chciałam, aby on był czymś takim dla mnie. A w dodatku nagle zaczęło mi przeszkadzać, że napisał „ciebie” małą literą. Zawsze tak robił. Nie przywiązywał wagi do form.

Zwykle po cichutku drwiłam z kobiet, które poświęcały się życiu rodzinnemu. Rodziły jedno dziecko za drugim, rezygnowały z marzeń, z kariery, uzależniały się od swoich mężów. Po jakimś czasie przestawały o siebie dbać, były wiecznie niedospane, zamiast kupić sobie szpilki wybierały ciche, miękkie mokasyny, bo w takich wygodniej się pcha wózek. Pieniądze na wymarzoną podróż do Paryża przeznaczały na rowerek dla pociechy, zamiast luksusowego kremu kupowały tani, żeby wystarczyło też na kosmetyki dziecięce.

Jednak kiedy skończyłam trzydziestkę – a świętowałam ją sama, ponieważ Henryk musiał wyjechać w interesach – coś się we mnie zmieniło. Zaczęłam sobie uświadamiać, że wszystkie te ekskluzywne hotele, do których mnie zabierał, wystawne kolacje, sauny, masaże i baseny, drogie kiecki, biżuteria i najdroższe perfumy – że to wszystko stało się nudne. Chciałam, aby w moim życiu działo się coś, co dostarczałoby mi emocji. Takich prawdziwych. Niechby był w tym ból, niechby były strach, niepokój, niechbym się kłóciła i potem godziła… Po prostu zapragnęłam tego wszystkiego, co składa się na prawdziwe życie, na prawdziwą relację z drugim człowiekiem.

 

Początkowo odsuwałam od siebie te myśli. Kpiłam z samej siebie, żartowałam sobie, że zegar biologiczny tyka, ale ja się temu tykaniu nie poddam, nie przejmie nade mną kontroli czysta fizjologia, wszystkie te instynkty, na które się nie godzę. Nie powiedziałam o tym nikomu, nawet Olgierdowi, choć akurat z nim potrafiłam być szczera. A już na pewno nie zwierzyłam się z takich myśli Henrykowi.

*

Tak więc odczytawszy wiadomość o kolejnym wyjeździe do hotelu z basenem, w pierwszej chwili poczułam rozczarowanie. Potem jednak zajęłam się sprawami praktycznymi, bo przecież było już południe, o czwartej miałam trening na siłowni, a czekały mnie jeszcze wszystkie te zabiegi pielęgnacyjne, bez których nie mogłabym pokazać się na oczy Henrykowi. Był estetą – czasem porównywał sam siebie do Petroniusza (choć mówiąc szczerze, porównanie to wydawało mi się pretensjonalne).

Po namyśle wybrałam kilka ubrań, bieliznę, spakowałam bikini i przygotowałam kosmetyki na wyjazd. Byłam ciekawa, dokąd się tym razem wybierzemy. We wrześniu byliśmy na Malcie, a pewnej soboty ubiegłej zimy Henryk zabrał mnie do Berlina na Tropikalną Wyspę. Co wymyśli tym razem? Może Rzym? Londyn? Pójdziemy do teatru, a potem będziemy się moczyć w jacuzzi?

Nagle tknęła mnie myśl, że być może zaplanował także jakieś wielkie wyjście, powinnam więc – tak na wszelki wypadek – zabrać wieczorową sukienkę. Jakiś czas temu kupiłam sobie cudną kreację mieniącą się złotem i miedzią. Dotąd nie miałam kiedy jej nosić, na wszystkie okazje wydawała mi się zbyt strojna. Postanowiłam ją przymierzyć, bo nie byłam pewna, czy nie pogniotła się w szafie. Może trzeba by ją odświeżyć parownicą?

Włożyłam elegancką bieliznę i wciągnęłam na siebie sukienkę, śliską jak wężowa skórka. Coś było nie w porządku. Opinała się na piersiach. Nigdy przedtem – a mierzyłam ją kilka razy – nie było mi w niej tak niewygodnie. Co się stało? Przytyłam? Powiększył mi się biust? Rozebrałam się do naga i obejrzałam uważnie swoje ciało. Naprawdę, piersi miałam jakby pełniejsze. Po raz drugi tego dnia stanęłam na wadze. Doszło kolejne pół kilo, ale przecież wypiłam kawę, a potem jeszcze kolejno napar z czystka i morwy białej…

Nagle zelektryzowała mnie myśl, że nie pamiętam, kiedy ostatnio miałam okres. Wciąż naga, choć w mieszkaniu było chłodno, pobiegłam do sypialni i drżącymi rękami sięgnęłam po notes, w którym notowałam wszystkie ważne sprawy. Między innymi wielką czerwoną kropką oznaczałam początek każdej miesiączki, krzyżykiem zaś – owulację. Mój Boże, złośliwe kartki nie chciały dać się przekładać, zlepiły się… Nie mogłam znaleźć czerwonej kropki. Kiedy wreszcie do niej dotarłam, prawda uderzyła mnie niczym obuchem. Ostatni raz miałam okres sześć tygodni temu. Dwa tygodnie przed wyjazdem Henryka na urlop. Kochaliśmy się wtedy łapczywie, żeby wystarczyło nam czułości na cały ten długi czas rozłąki. Zabezpieczyliśmy się, jak zawsze, Henryk nigdy nie robił tego bez prezerwatywy. Rzecz w tym, że o ile wiedziałam, prezerwatywa nie była stuprocentowo pewnym sposobem zabezpieczenia.

Czyżby tym razem los z nas zakpił? Czy to możliwe, abym była w ciąży?!

Olgierd


Byłem przyzwyczajony do niespodziewanych wizyt Sary – właściwie od początku naszej znajomości traktowała mnie jak powiernika, zwierzała mi się z rozmaitych problemów i dylematów (jak choćby: czy romans ze starszym żonatym mężczyzną ma jakąkolwiek przyszłość? Naturalnie odpowiedziałem, że nie ma absolutnie żadnej).

Wyglądało to zawsze w ten sam sposób: Sara zjawiała się w moim mieszkaniu bez zapowiedzi, z butelką wina w torebce. Czasem płakała, innym razem była nienaturalnie podekscytowana albo podenerwowana. Niezależnie od tego, z jakim problemem przychodziła, robiliśmy sobie lekką kolację (bo bardzo dbała o linię) i spędzaliśmy długie godziny na intymnych rozmowach, podczas których czasem zaczynały nam się kleić powieki, więc kończyliśmy zwierzenia, kładąc się na wielkim łóżku, które odziedziczyłem po Judycie. Niezaprzeczalnie był to fantastyczny mebel i uwielbiałem na nim spać, jednak w takie noce żałowałem, że zamiast tego w sypialni nie stoi wąski tapczan, na którym po prostu musielibyśmy się do siebie przytulić. Tymczasem ogromna powierzchnia materaca sprawiała, że między nami z powodzeniem zmieściłyby się jeszcze dwie osoby, i nijak nie mogłem udawać, że zupełnie przypadkiem natrafiłem we śnie na biust albo biodro Sary.

Za każdym razem, kiedy mnie odwiedzała i wyciągała z torebki wino, miałem nadzieję, że tym razem do czegoś między nami dojdzie. Za każdym razem serce w mojej piersi tłukło się jak oszalałe, a wyobraźnia pracowała na najwyższych obrotach. Za każdym razem, kiedy ona przyrządzała sałatki czy inne smakowitości, ja brałem szybki prysznic i szorowałem zęby w nadziei na seks. I za każdym razem tchórzyłem w momencie, kiedy należało zrobić pierwszy krok.

Tego wieczoru wszystko było inaczej. Po pierwsze wyglądałem jak siedem nieszczęść i byłem nie tylko mokry od deszczu, ale też spocony jak mysz. Po drugie ona sama wyglądała wcale nie lepiej. Po trzecie moje myśli zaprzątnięte były stworzeniem, które trzymałem w objęciach i które cuchnęło niczym śmieciarka. Chwilowo nie byłem zainteresowany, jakiż to kłopot sercowy tym razem ma Sara. Zajmowały mnie własne problemy, a konkretnie jeden.

– Mój Boże, co to takiego?! – wykrzyknęła Sara na mój widok.

Już druga osoba zadaje mi to idiotyczne pytanie, pomyślałem.

– Pies – mruknąłem, klepiąc się ręką po kieszeni w poszukiwaniu klucza. – A właściwie psie dziecko. Znalazłem je w śmietniku.

Ku mojemu zdumieniu Sara rozkleiła się zupełnie.

– Nie wymawiaj słowa „dziecko”! – zawołała, zupełnie zbijając mnie z pantałyku.

Spodziewałem się raczej aplauzu. Sam byłem gotów wzruszyć się własną dobrocią, tymczasem kobiety, po których można by się wszak spodziewać pewnej wrażliwości, reagowały całkiem nielogicznie: najpierw mama, krzycząca co najmniej tak, jakbym przyniósł jej do domu kolonię karaluchów, a teraz Sara, która z niewiadomych przyczyn szlochała i protestowała przeciwko nazywaniu szczeniaka – szczeniakiem.

– Ale o co ci chodzi? – zapytałem niepewnie, kiedy w końcu udało mi się otworzyć drzwi.

Weszliśmy do mieszkania. Od razu skierowałem się do łazienki i delikatnie włożyłem psiaka do wanny. Odwinąłem ręcznik, po zapachu poznając, że został zasikany. No tak, psie dziecko to psie dziecko, robi w pieluchy. Nie miałem zielonego pojęcia, jak to zrobić, aby taki szczeniak wiedział, gdzie się załatwiać. I właściwie skąd miałbym wiedzieć, że mu się chce? Czy psy to jakoś sygnalizują? Uświadomiłem sobie, że zupełnie nic nie wiem o zwierzętach domowych. Mniej niż nic.

– Saro, mogłabyś wziąć ten ręcznik? – mruknąłem, jedną ręką przytrzymując szczeniaka, a drugą usiłując odkręcić wodę i ustawić na średnią temperaturę.

Za moimi plecami rozległo się bardzo wilgotne pociągnięcie nosem.

– Oluś! Ja jestem…

– Weź go i wyrzuć do śmieci!

– Oluś…

Najwyraźniej chciała mi coś powiedzieć, ale nie dałem jej dojść do słowa. Wzięła ręcznik w dwa palce i zaniosła go do kuchni. Po chwili rozległo się trzaśnięcie drzwiczek szafki pod zlewem. Musiała być zdenerwowana.

Kiedy odkręciłem wodę, psiak zaczął miotać się jak oszalały. I tak już byłem mokry, ale czym innym jest zmoknąć na deszczu, a czym innym mieć na całej twarzy brudną wodę z sierścią. Walka trwała dobre kilka minut. Wreszcie udało mi się opłukać przerażonego zwierzaka przynajmniej z zewnętrznej warstwy brudu – tego, co wyglądało jak zaschnięte wymiociny. Nie miałem pojęcia, czy mogę użyć „ludzkiego” szamponu albo mydła, więc na wszelki wypadek tego nie zrobiłem.

– Teraz podaj mi coś do wytarcia – wysapałem, bo Sara tymczasem wróciła do łazienki i towarzyszyła mi w milczeniu. – Może być ten ręcznik, który wisi na kaloryferze.

Bez słowa zrobiła to, o co prosiłem. Po chwili szczeniak był już opatulony ciepłą tkaniną. Przycisnąłem go do piersi, a wtedy natychmiast się uspokoił.

– Weź go. – Podałem zawiniątko Sarze, która wciąż w milczeniu przyglądała się temu, co robię. – Przytrzymaj. Ja muszę wziąć prysznic.

Poszedłem do pokoju po świeże ubranie, nie bacząc na to, że zostawiam na podłodze mokre ślady stóp. Chwyciłem pierwsze z brzegu dżinsy i koszulkę, po czym wróciłem do łazienki. Prędko spłukałem z siebie pot i psią sierść, podczas gdy Sara siedziała z psiakiem na sofie. Dopiero kiedy wytarłem włosy, ubrałem się i dołączyłem do niej, zauważyłem, że wciąż płacze.

– Jesteś… jesteś taki opiekuńczy – wyjąkała, natychmiast przekazując mi szczeniaka. – Taki troskliwy. Dlaczego inni mężczyźni nie mogą tacy być?

Po raz kolejny tego dnia poczułem się niezwykle męski. Odchyliłem brzeg ręcznika, a wówczas moim oczom ukazały się gładkie uszka i czarny wilgotny nos, który poruszał się leciutko. Psiak chyba dochodził do siebie, choć nadal dygotał. Pomyślałem, że kiedy wyschnie, będę musiał go nakarmić. Tylko zupełnie nie miałem pomysłu, co mógłbym mu dać na kolację.

Sara westchnęła i wytarła nos. Nie wyglądała tak seksownie, jak zwykle. Dotychczas podobała mi się nawet, gdy płakała. Tym razem coś było inaczej. Albo płakała już tak długo, że cały makijaż zdążył z niej spłynąć, albo w ogóle się nie umalowała.

– Powiesz wreszcie, co się stało? – zapytałem, zerkając na jej torebkę.

Na ogół w takim momencie wyciągała wino i rozpoczynały się zwierzenia. Tym razem wina najwyraźniej miało nie być. Za to zwierzenia – owszem.

– Jestem w ciąży! – wypaliła. – W ciąży, Oluś, rozumiesz?!

Ziyo


Bardzo się wystraszyłem, kiedy ten mężczyzna wyciągnął mnie z ciemności i zabrał do miejsca, gdzie wprawdzie pięknie, słodko pachniało, ale ja się okropnie bałem, ponieważ jakaś kobieta głośno krzyczała. Stuliłem uszy i usiłowałem nie wpuścić do nich tego hałasu, bo wysokie dźwięki były niemal bolesne. Potem mężczyzna także krzyknął, po czym wyniósł mnie, bardzo głośno trzaskając drzwiami.

Nigdy przedtem nie byłem w miejscu, w którym się wówczas znaleźliśmy. Co prawda mężczyzna okrył mnie czymś grubym i miękkim, co intensywnie nim pachniało, ale to coś co jakiś czas zsuwało się z mojej głowy, a wtedy kapała na mnie woda. Powietrze miało tysiące zapachów i nie nadążałem z analizowaniem ich wszystkich. Czułem mięsko i wiele innych smakowitych aromatów, ale także inne psy i jeszcze jakieś zwierzęta. Nie mówiąc już o ludziach. Gdyby nie było mi tak zimno, chętnie powąchałbym dłużej.

Co jakiś czas mijały nas potężne stwory ze świecącymi oczyma, które bardzo na nas warczały. Chowałem wtedy głowę pod miękki materiał i na chwilę przestawałem się bać. Potem nastąpił bardzo nieprzyjemny moment, kiedy niosący mnie mężczyzna zaczął podskakiwać, a mnie się wszystko trzęsło w środku. Zapachy zmieniły się, stały się podobne do tych, jakie czułem u Kobiety, gdzie mieszkałem z Mamą i rodzeństwem. Wyczułem mięsko i inne smaczne rzeczy, i buty, i wielu ludzi, i psy… A potem mężczyzna się zatrzymał i z kimś rozmawiał, a ten ktoś śmiesznie pociągał nosem.

Najgorsze było to, co zrobił mi w pomieszczeniu odrobinę pachnącym siuśkami. Wsadził mnie do zimnego i śliskiego dołu, z którego nie mogłem się wydostać, po czym omal mnie nie zabił, polewając moje ciało wodą. Tarł przy tym i szorował, aż zaczęło mnie wszystko boleć. Na szczęście wkrótce przestał i opatulił mnie znowu czymś miękkim i ciepłym, dzięki czemu przestałem tak okropnie dygotać. Mówiąc szczerze, było mi już wszystko jedno, ponieważ umierałem z głodu i myślałem tylko o tym, czy te zapachy, które wyczuwałem spod tkaniny, oznaczają, że w końcu dostanę coś do jedzenia.

Tymczasem zamiast dać mi jeść, mężczyzna przycisnął mnie do siebie, mocno pocierając moją skórę coraz bardziej mokrym materiałem. To było nieprzyjemne. Wolałbym się zwyczajnie otrzepać, ale nie wypuścił mnie z rąk ani na chwilę. Zdołałem tylko wytrzepać uszy, a wtedy mężczyzna zaczął prychać, mówiąc coś o sierści w zębach. Kobieta, z którą rozmawiał, wciąż pociągała nosem.

– Ojcem jest Henryk? – upewnił się mężczyzna, do którego kobieta mówiła „Oluś”.

– Jak możesz w ogóle o to pytać?! – zawołała, a w jej głosie brzmiały niemiłe tony, ale nie takie, jakby chciała go ugryźć, tylko jakby warczała. Tak brzmiała Mama, gdy nie pozwalała nam się bawić swoim ogonem albo uszami.

 

– Nie unoś się – odparł przepraszająco Oluś. – Niedawno przyszedł po ciebie jakiś taki barczysty facet. Widziałem, jak czekał po radzie pedagogicznej. Myślałem, że może zerwałaś z Henrykiem…

– Daj spokój, to był znajomy! Chciałam go podpytać o kwestie formalne. Przecież wiesz, że planuję… – Rozpłakała się znowu. – …że planowałam otwarcie własnego studia odnowy. Dietetyka i trening personalny. A teraz to wszystko diabli wezmą! Boże mój, Boże, jak to się w ogóle mogło stać?!

Jej słowa brzmiały teraz bardzo mokro. Nie rozumiałem nic z tego, co mówiła, nie padły żadne ze znanych mi słów, ale ton był zdecydowanie nieprzyjemny. Brzmiało to trochę tak, jakby się bała, a trochę jakby była zła, i tylko nie byłem pewien, czy na mnie, czy na Olusia. Tak czy inaczej, doszło do pewnej zmiany w mojej sytuacji: Oluś położył mnie na podłodze, a sam przesiadł się do kobiety i objął ją ramieniem.

– No dobrze, to teraz wyjaśnij mi, skąd ta rozpacz – powiedział. – Przecież wiele razy mówiłaś, że jesteś gotowa, aby związać się na stałe. Że się zmieniłaś, dojrzałaś, że nie zadowala cię już rola kochanki. Chcesz być z Henrykiem czy nie? Czy nie powinnaś się cieszyć, że wreszcie zapadną jakieś decyzje?

Wierciłem się tak długo, że wreszcie udało mi się rozluźnić ciasno otulającą mnie tkaninę i wytrzepać resztkę wody z sierści. Od razu poczułem się nieco lepiej. Uniosłem nos i zacząłem węszyć. Żołądek ścisnął mi się z głodu. Ledwie trzymałem się na łapach, ale jakoś udało mi się zrobić parę kroków. Wiedziony zapachami, udałem się do pomieszczenia, w którym znalazłem kilka nędznych okruchów na podłodze, zbyt małych, abym w ogóle poczuł, że je zlizałem. Przysiadłem, ponieważ zrobiło mi się niedobrze. Przy okazji zostawiłem za sobą mokrą kałużę, ale malutką, ponieważ od dawna nic nie piłem. Zapach jedzenia nadal mnie wabił, poszedłem więc za nim. Znalazłem się w pomieszczeniu, w którym znajdował się wysoki stół. Nie mogłem zobaczyć tego, co na nim leżało, ale aromat był bardzo silny. Ze stołu zwisał róg tkaniny, więc resztką sił wspiąłem się na tylne łapki i chwyciłem go w zęby. Pociągnąłem, a wtedy rozległ się huk i cały świat zwalił mi się na głowę.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?