Zakręty losu. Historia LukasaTekst

Z serii: Zakręty losu #3
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Doceniamy twój wkład i starania. Jesteś zdolny, cholernie zdolny – zaczął Wasyl, patrząc na mnie uważnie.

Taaak. Zdolny. Po prostu byłem szybki, wielki i wkurwiony. Ale to akurat zatrzymałem dla siebie. Pokiwałem głową i mruknąłem:

– Dzięki.

– Koledzy ze Wschodu zaczynają o ciebie pytać. Wiesz, że to dobrze?

– Jeśli tak twierdzisz. – Wzruszyłem ramionami.

Mój szef i pozostali już mnie znali. Nie mówiłem wiele, robiłem dużo. Może i sprawiałem wrażenie odludka, ale potrafiłem podporządkowywać sobie ludzi. Kiedy trzeba było mówić, mówiłem, a oni słuchali; kiedy słowa zawodziły i trzeba było bić, biłem, a oni krwawili.

Byłem idealny. Dla nich, dla ludzi pokroju Wasyla. I w sumie… Kręciło mnie to. Cholernie.

– Oj, Lukas, ty skurwysynu. – W ustach Wasyla był to największy komplement. – Mamy dla ciebie propozycję.

– To znaczy?

– Chcemy, żebyś zajął się prowadzeniem trzech nowo przejętych klubów.

– Czyli?

– Proste. Potrzebujemy szefa. Takie teraz modne słowo z Zachodu jest – menadżera. Będziesz idealny. Zbierz sobie zespół. Wiem, że na pewno weźmiesz ze sobą Faziego. – Wasyl popatrzył na mnie ze zrozumieniem.

– No, nie ma innej opcji – odparłem.

– Tak myślałem. Będzie nam lepiej kontrolować to, co się tam dzieje, jeśli ty się tym zajmiesz. Poza tym szykuje się nowa partia towaru, trzeba to jakoś rozprowadzić.

Wziąłem głęboki wdech. Narkotyki. Jasne, w taki świat wchodzisz z otwartą głową, to nie jest szwedzki stół. Albo wszystko, albo wycieczka za miasto w bagażniku. Ale i tak były rzeczy, które nawet wtedy trudno mi było zaakceptować.

– Jasne, szefie. Zajmę się tym. – Kiwnąłem głową.

– Wiedziałem, że możemy na ciebie liczyć. – Wasyl uśmiechnął się i rzucił w moim kierunku klucze. – To teraz twoje mieszkanie. Tu masz adres. – Podał mi zapisaną kartkę.

Zerknąłem na nią.

– Przy samym rynku. – Pokiwałem głową z uznaniem.

– Będziesz miał blisko do pracy – zarechotał. – Możesz jechać już dzisiaj. Jest w pełni umeblowane.

– Dzięki – mruknąłem, podałem mu rękę i wyszedłem.

Na zewnątrz czekała już Anka czy Anita, sam nie wiedziałem, jak ona właściwie ma na imię.

– Lukas, szukałam cię. – Uśmiechnęła się i przylgnęła do mojego ramienia.

Była szczupłą szatynką z niezłymi cyckami. Przeleciałem ją już dwa razy, raz na zapleczu klubu, a raz w moim samochodzie. Nie była zbyt lotna, ale umiała się pieprzyć.

– No to znalazłaś. Jedziemy do mnie. – Objąłem ją, a ona, uszczęśliwiona, nie mogła uwierzyć, że spojrzałem na nią łaskawszym okiem i w dodatku zabierałem ją do siebie.

– Do ciebie? – pisnęła i wtuliła się we mnie bardziej.

Zacisnąłem dłoń na jej pośladku i popchnąłem ją w kierunku wyjścia.

I jak kurwa miałem z tego zrezygnować? Jak? I w sumie… po co mi były te studia?

***

– O kurczę… – Krzysiek odstawił pustą butelkę, ale Łukasz skoczył szybko na dół i zaraz pojawiła się następna.

– No, takie były początki. Podobało mi się takie życie. Nie będę cię okłamywał, Krzysiek. Ale tak przecież było. Wiesz, nienawidziłem narkotyków, uzależnienia. Od czegokolwiek. Ale… – Łukasz uśmiechnął się z przekąsem i spojrzał bratu prosto w oczy. – Przecież ja sam byłem doskonałym przykładem uzależnienia. Od tego całego bagna, w którym spędziłem kilkanaście ładnych lat.

– Gdy zrezygnowałeś ze studiów…

– No właśnie, à propos… Studia. Z tym też było wesoło. – Łukasz uśmiechnął się swoim dawnym, Lukasowym uśmiechem i zapatrzył w przybrudzoną ścianę.

***

Ojciec chciał mnie widzieć. Odkąd Wasyl dał mi to mieszkanie na mieście, nie mieszkałem już w domu. Wpadałem od czasu do czasu pogadać z Krzyśkiem i z mamą. Z ojcem niekoniecznie. A teraz on chciał znowu porozmawiać. No dobrze. Przyjechałem, ciekawy, co tym razem wymyślił, jak tym razem będzie mnie przekonywał do powrotu.

Najpierw poszedłem do brata, który właśnie wrócił z przejażdżki rowerowej. Krzysiek nauczył się jeździć na rowerze, gdy miał cztery lata, i od tamtego czasu to była jego ulubiona zabawa. W sumie to ja nauczyłem go jeździć. Kiedyś spędzaliśmy dużo czasu razem, teraz, oddalając się od tego domu, oddaliłem się też od mojego młodszego brata, i to mnie bardzo martwiło. Porozmawiałem z Krzysiem, przejrzałem jego zeszyty, zostawiłem mu trochę ekstrakasy i obiecałem, że przyjadę za tydzień i pojedziemy na wycieczkę. Zszedłem na dół, wiedząc, że w gabinecie czeka na mnie ojciec. Wziąłem głęboki wdech i wszedłem do środka.

– Witaj – powiedziałem, siadając na wskazanym przez ojca krześle po drugiej stronie dębowego biurka.

A więc byłem nikim więcej jak tylko petentem. Klientem.

– Widzę, że w końcu znalazłeś czas, żeby się ze mną spotkać. To dobrze.

– O co chodzi?

– Załatwiłem ci przeniesienie na Uniwersytet Warszawski. Wyjedziesz do Warszawy, mój kolega, mecenas Żak, zgodził się wziąć cię pod swoje skrzydła. Trzeci rok zaczniesz tam.

Patrzyłem na niego ze zdumieniem, które odbierało mojej twarzy wszelkie ślady inteligencji.

– Potem będziesz mógł u mecenasa Żaka robić aplikację.

– To też już załatwiłeś? – Odzyskałem wreszcie głos.

– Oczywiście.

– Super. Egzamin na aplikację też już za mnie zdałeś?

– Nie musisz silić się na złośliwość. Daję ci szansę.

– Na co?

– Na wyrwanie się stąd, z tego środowiska, w jakim się teraz obracasz. Myślisz, że nie wiem, czym się zajmujesz, gdzie bywasz i z kim?

– Myślę, że doskonale wiesz, ale średnio mnie to obchodzi. – W kłamstwach byłem jednak mistrzem.

– Po raz kolejny udowadniasz, że się co do ciebie nie myliłem. – Ojciec zmierzył mnie surowym wzrokiem.

– To znaczy?

– Jesteś głupi i nieodpowiedzialny. Marnujesz sobie życie, zachowując się jak szczeniak.

– Jasne. Wiesz, że w życiu musi być równowaga? – Pochyliłem się w jego stronę i oparłem łokcie na kosztownym dębowym biurku. – Przez dwadzieścia lat zachowywałem się jak dorosły, teraz czas na trochę zabawy.

– Łukasz, daj spokój. – Ojciec zorientował się chyba, że uderzył w złą strunę, bo teraz, dla odmiany, postanowił zagrać dobrego glinę.

– Tobie? Nawet od zaraz. Tylko czy ty dasz spokój mnie?

– Łukasz, kupiłem ci nowe auto, kluczyki leżą w twoim pokoju. Jest tam też coś specjalnego. Idź i zobacz. Zrób to. Jeśli nie dla mnie, to dla matki – dodał szybko, widząc moją zaciśniętą szczękę.

Jak zawsze wykorzystywał moją słabość. Matkę. Krzyśka. Zerwałem się z krzesła i pobiegłem do pokoju. Najchętniej wybiegłbym z tego domu, wsiadł do auta i odjechał w cholerę, ale nie chciałem robić przykrości bratu. Otworzyłem drzwi i spojrzałem na łóżko. Widok, jaki ukazał się mym oczom, sprawił, że ogarnęła mnie tak wielka wściekłość, tak ogromny, obezwładniający żal i gniew tak potężny, że jednocześnie pragnąłem osunąć się na podłogę i płakać oraz stanąć na środku i rozwalić wszystko w drobny mak. Bo na łóżku oprócz kluczyków do bmw leżał nowiutki, błyszczący saksofon.

– Kurwa… – szepnąłem, szarpnąłem się w tył, o włos unikając zderzenia z framugą, i przeskakując po trzy schody naraz, zbiegłem na dół. Wpadłem do gabinetu ojca, oparłem się na jego biurku i powiedziałem głosem zbyt spokojnym jak na emocje, które wciąż mną targały:

– A więc na tyle mnie wyceniasz. Samochód i saksofon? Myślisz, że to wystarczająca zapłata za to, co spierdoliłeś trzy lata temu? Gdy zostawiłeś mnie na tej ciemnej ulicy, odjeżdżając z moimi marzeniami? Mnie się nie da kupić, mecenasie Borowski. Ja jestem Lukas, chłopak z miasta, a na mieście zasady są proste – oko za oko, ząb za ząb. I bądź pewien, że jeszcze ci się nie odpłaciłem. A te dwie łapówki – wskazałem palcem w górę – przekaż biednym. Albo jakiemuś innemu obiecującemu studentowi prawa, bo ja już nim nie jestem. Tato!

Rozdział 3

Łukasz zamyślił się na chwilę, a Krzysiek przetrawiał informacje, którymi uraczył go brat. Pamiętał tamten okres niezbyt dobrze, jedyne, co utkwiło mu w głowie, to to, że z jego starszym bratem był jakiś kłopot. Ojciec wieszał na nim psy, mama płakała, a on sam tęsknił. I cieszył się każdą chwilą, jaką udało mu się z nim spędzić. A było ich coraz mniej, w miarę jak Krzysiek rósł, a Łukasz coraz głębiej i głębiej wchodził w ten swój nowy świat. A potem… poznał Gośkę i wszystko całkiem się spieprzyło.

– Zamyśliłeś się. – Łukasz spojrzał na młodszego brata.

– Jak poznałeś Gośkę? – spytał Krzysiek nieoczekiwanie.

Łukasz drgnął na sam dźwięk jej imienia. Wiedział, że nigdy nie będzie w stanie spokojnie myśleć o dziewczynie, która była jego pierwszą miłością. Pokręcił głową.

– Opowiem ci. Ale później. Zanim ją poznałem, w moim życiu działo się wiele chorych, dziwnych, a czasami – szalonych rzeczy.

***

Gdy przyjąłem propozycję Wasyla, bo osobom takim jak Wasyl się nie odmawia, moja pozycja się umocniła. Miałem zapewnione wejście do niemal każdego klubu, coraz więcej wolnych strzelców chciało się do nas przyłączyć, a moi szefowie szykowali się do rozszerzenia zarówno naszego zasięgu, jak i rodzaju świadczonych usług. Choć i tak mieliśmy niewąski wachlarz, dla każdego coś dobrego. Oczywiście, rozrastająca się paleta przyjemności powiększała naszą sferę wpływów, a na to miałem bezpośredni wpływ. Dlatego też, zanim ukończyłem dwudziesty pierwszy rok życia, jeździłem już najnowszym modelem BMW, który kupiłem sobie sam, bez pomocy ojca. Kupiłem też w śródmieściu mieszkanie, które wyremontowałem i urządziłem wedle własnego pomysłu. Pod moim kierownictwem działało już sześć klubów we Wrocławiu. W jednym z nich urządziłem swoje biuro i generalnie byłem cholernie zadowolony z życia. Kasa nie stanowiła problemu. Fazi został moją prawą ręką i dowodził grupką zaufanych żołnierzy. Fazi nie był głupi, o nie. Ale znał hierarchię i podporządkował się jej bez szemrania. Za to naszymi ludźmi od czarnej roboty zarządzał naprawdę doskonale. Można by powiedzieć, urodzony kierownik. A chociaż byłem dyrektorem działu, Wasyl zaś – dyrektorem departamentu, to nadal nie znałem prezesa. Ale bardzo chciałem go poznać. I z tego, co wiedziałem, on coraz bardziej chciał poznać mnie. Jaro przestał się liczyć i widziałem, że czasami miał do mnie o to pretensje, ale nigdy nie zrobił nic, co spowodowałoby jakąkolwiek reakcję z mojej strony. Lubiłem gościa i wolałem nie psuć układów między nami. Lepiej, żeby on także tego nie chciał. Bo nie byłem już człowiekiem, który by się kierował sentymentami. Nie w tym życiu i nie w tym biznesie. Czy byłem zimnym draniem? Wtedy byłem pewien, że tak. Z czasem wiele się zmieniło, ale wówczas, na początku mojej drogi… Tak. Byłem świetnym kumplem, szczerym aż do bólu, zawsze można było na mnie liczyć. Potrafiłem wszystko załatwić i szybko budowałem sobie szacunek. Ale gdy ktoś mnie wkurwił… Nie było zmiłuj. I tak zostało do dzisiaj. Oczywiście, nie wszystko szło jak po maśle. Takie życie było niezwykle ryzykowne. I nie chodziło tylko ze strony stróżów prawa, z którymi, jak na razie, nie miałem na szczęście do czynienia. Wiedziałem jednak, że już wkrótce znajdę się na ich liście i stanę się obiektem może nie tyle zainteresowania, ile obserwacji. Wiedziałem o tym i pogodziłem się z tym. Można by powiedzieć: efekt uboczny albo, jak kto woli, ryzyko zawodowe. Ale oprócz oczywistego ryzyka wiążącego się z życiem na granicy prawa pojawiały się również inne zagrożenia. Tak jak w normalnej organizacji: kiedy pniesz się w górę, musisz uważać na zazdrosnych konkurentów. Podobnie było i w naszej zorganizowanej grupie, przez niektórych zwanej przestępczą. Zupełnie niesprawiedliwie. Przecież my tylko dawaliśmy ludziom to, czego chcieli. Zapewnialiśmy im rozrywkę i przyjemności. Ochronę i bezpieczeństwo. Byliśmy polisą ubezpieczeniową, czasem nawet nie trzeba było płacić składek. Wystarczyło, że właściciel klubu zgodził się zatrudnić naszych chłopców do ochrony, a nasze dziewczyny do towarzystwa. I tak się właśnie zarabiało. Dziewczyny sprzedawały przyjemności, chłopcy umożliwiali handel rozmaitościami, a zyski z tego wpadały do naszych kieszeni. Udoskonaliłem tę działalność, a najwyższym szefom spodobało się to tak bardzo, że zaczęli wprowadzać podobny system u siebie na Wschodzie i Południu. Gdybym pracował w normalnej firmie, na normalnym stanowisku, dostałbym pewnie awans i jakąś podwyżkę. A w naszej organizacji otrzymałem w sumie to samo. Tylko o wiele większej wartości. Bo kasa na pewno była o niebo lepsza, a i stanowisko wyższe. No i jeszcze te wartości dodane. Imprezy integracyjne, na których integrowałem się z żeńską częścią personelu wielokrotnie i w różnorakich konfiguracjach. A niekiedy nawet robiłem sesje grupowe, bo uważałem, że skoro amatorek integracji jest tak wiele, to należy uwzględnić je wszystkie, i to nawet w tym samym czasie. Tak. Byłem naprawdę hojnym i otwartym szefem.

 

Lecz gdy ja rosłem w siłę i cieszyłem się poważaniem u szefów, rosła także grupa osób, która życzyła mi źle i która chętnie widziałaby mnie na dnie rzeki. Zdawałem sobie z tego sprawę i mocno pilnowałem tyłów. Dbanie o dupsko to była podstawa w tym biznesie.

Wprowadzaliśmy właśnie nową partię towaru: trawa, koka, LSD. Nie bawiłem się w szkolnych detalistów, bo może nie byłem mistrzem moralności, ale uważałem, że dilowanie pod szkołami to kurewstwo. I zabraniałem tego moim ludziom. Ale jeszcze nie miałem aż tak wielkiej władzy, żeby łudzić się, że wszyscy byli bezwzględnie posłuszni. A poza tym nasi ludzie też korzystali z usług płotek, często uczniów szkół średnich, którzy starali się podnieść nieco swoje kieszonkowe. Na to też nie pozwalałem, moi najbliżsi współpracownicy doskonale o tym wiedzieli. Wasyl śmiał się z tego mojego „dziwactwa”, ale nie starał się jakoś specjalnie na mnie wpłynąć, wiedząc, że i tak nic by nie wskórał. A na zyski z tego, co mu dostarczałem, narzekać nie mógł. Ale nie wszystkim się to podobało. I pewnego pięknego dnia, wracając do swojego mieszkania w śródmieściu, mijałem sąsiadujące z moją ulicą liceum. Zobaczyłem jednego z ludzi Buźki, który przechadzał się przed szkołą tam i z powrotem. Wkurwiłem się, zatrzymałem gwałtownie samochód, wyskoczyłem z niego i podbiegłem do kolesia. Nawet nie wiedziałem, jak go nazywają, ale nie to było teraz ważne. Gdy mnie zobaczył, ujrzałem w jego oczach strach. Wiedział, kim jestem. Chciał uciec, ale dopadłem go w pół sekundy i wrzuciłem do auta. Nie chciałem robić przedstawienia na ulicy. Usiadłem za kierownicą i spojrzałem na chłopaka. Mógł mieć góra dziewiętnaście lat.

– Dla kogo pracujesz? – spytałem cicho. Ci, którzy mnie znali, wiedzieli, że gdy mówię cicho, nie jest dobrze.

– Dla Buźki.

Czyli i tym razem się nie pomyliłem.

– Sam to wymyśliłeś?

– Nie, skąd, Lukas, on mi kazał. Zawsze tutaj diluję. – Chłopak się trząsł.

– Buźka ci zlecił ten teren? – upewniłem się.

– Tak, Lukas, przysięgam…

Czy drżały mu ręce?

– Dobra, wierzę ci. Oddawaj towar i spierdalaj!

Chłopak bez słowa oddał torbę i uciekł tak szybko, że przez chwilę zastanawiałem się, czy nie ma jakichś nadprzyrodzonych mocy. Pojechałem do domu, a wieczorem miałem zamiar podjechać do kasyna, które należało do Buźki. Stwierdziłem, że najwyższy czas obić mu jego śliczną buźkę. Wiedziałem, że Wasyl wkurzy się na mnie o taką samowolną akcję, ale miałem to w dupie. Byłem szefem Buźki, a ten wyraźnie nie przestrzegał zasad, które wprowadziłem. I musiał ponieść karę. Nie mogłem przecież mu dać, kurwa, nagany!

Wieczorem umówiłem się z Fazim, który, oczywiście, o nic nie pytał. Powiedziałem mu, że jedziemy do Marka, bo muszę z nim pogadać. Fazi dobrze mnie znał i domyślał się, jakiego rodzaju rozmowę mam na myśli. Był naprawdę doskonałym żołnierzem. Przyjechaliśmy do klubu, gruby ochroniarz wpuścił nas bez szemrania. Jeśli nawet ktoś jeszcze nie wiedział, jak wyglądam, wystarczyło, że usłyszał moją ksywkę, a od razu drzwi stawały przede mną otworem. Coś jak baśniowe „Sezamie, otwórz się”. Udaliśmy się na górę, do kanciapy, w której urzędował szef tego gównianego kasynka. W środku był Buźka i jego trzech przydupasów. W jednym z nich rozpoznałem dilera spod szkoły.

– Lukas, stało się coś? – Marek uśmiechał się niewyraźnie, a w jego oczach zobaczyłem wrogość.

– Dobrze wiesz – odparłem cicho, nie spuszczając z niego wzroku. – Chyba się trochę zgubiłeś.

– Nie wiem, o czym mówisz. – Buźka skrzyżował ramiona na piersi i patrzył na mnie już bez uśmiechu.

– Mam ci wyjaśnić? – Uniosłem brew. – Naprawdę tego chcesz?

– Lukas, przychodzisz do mojego klubu i od wejścia się przypierdalasz. Robię, co do mnie należy.

– Łamiesz zasady – powiedziałem, obserwując jego ludzi, którzy spoglądali na mnie niepewnie.

– Weź wyluzuj, Lukas. Świata nie zbawisz. Dzieciaki i tak kupią towar, jak nie od nas, to od ludzi Myszaka. Tego chcesz? Nie wiem, czy Wasylowi by się to spodobało.

– Wasyla zostaw mnie. Ty masz wykonywać moje polecenia, rozumiesz? Czy naprawdę chcesz, żebym się poważnie wkurwił? – Oparłem się dłońmi na jego biurku i patrzyłem na niego z góry. Zauważyłem, że zaczął się pocić.

– Lukas, daj spokój. Chłopak się zapędził pod szkołę. – Buźka uderzył w miękkie tony.

Widziałem, jak chłopaczek, któremu zabrałem towar, popatrzył na mnie z autentycznym przerażeniem.

Uśmiechnąłem się.

– Buźka, czy to znaczy, że nie miałeś pojęcia, że twój leszcz diluje pod szkołą?

– Oczywiście, że nie. Przecież wiem, że masz na tym punkcie zajoba. No co ty, Lukas… – Marek wyszczerzył zęby, wstał i wyciągnął do mnie rękę.

Zignorowałem go. Zmierzyłem chłopaka wzrokiem, widząc, jak jego przerażone oczy patrzą to na mnie, to na Buźkę.

– Znaczy, że mogę go teraz zapakować do bagażnika i wywieźć? – spytałem cicho, wpatrując się w Marka.

Ten spojrzał na mnie szybko, zacisnął zęby i wzruszył ramionami.

– Lukas, to nie mój biznes. Jeśli gówniarz złamał zasady, ukarz go.

Widziałem, jak chłopaczyna prawie się posikał w gacie. Kiwnąłem w stronę Faziego, a ten wziął gówniarza za ramię i pokierował go w stronę wyjścia. Spojrzałem jeszcze na Buźkę i powiedziałem cicho:

– Pilnuj się.

I wyszedłem.

W samochodzie chłopak próbował coś tłumaczyć Faziemu. Ten siedział nieruchomo na swoim miejscu i zachowywał się, jakby w aucie poza nim nie było nikogo. Usiadłem z tyłu, koło chłopaka. Spojrzał na mnie szeroko otwartymi oczami. Mimo że był niewiele młodszy ode mnie, wyglądał bardzo dziecinnie, jak uczniak z podstawówki.

– Ale Lukas, ja naprawdę… – chciał się tłumaczyć, zmarszczyłem jednak brwi i pokręciłem głową.

– Jak masz na imię? – spytałem.

– Andrzej, mówią na mnie Jędras.

– Widzisz, Jędras. Dałeś się wmanewrować jak dziecko. Chciałeś się bawić w gangsterów. A to nie jest zabawa. Tacy jak Buźka zjedzą cię i wyplują, nie zastanawiając się nawet przez sekundę. Wiesz, co teraz powinienem z tobą zrobić? – mówiłem cicho i spokojnie.

Chłopak cały się trząsł.

– Kurwa, Lukas, ja bym nigdy nie zrobił nic przeciwko tobie, przysięgam.

– To jeśli nie chcesz znaleźć się w moim ulubionym lesie na Osobowicach, zostaw to, Jędras. Masz jakąś pracę?

– Nie mam. Nie dostałem się na studia, zdawałem na AWF, ale nic z tego.

– Nie bądź miękkim kutasem. Zdawaj za rok. Masz tutaj numer do mojego znajomego.

Zapisałem numer na karteczce i podałem chłopakowi. Wziął ją drżącą ręką. Jezu… W ciągu roku wąchałby kwiatki od spodu. Kompletnie się nie nadawał do tej roboty.

– Powiedz, że jesteś ode mnie. Koleś prowadzi stację benzynową, na pewno będzie miał coś dla ciebie. I jak cię, kurwa, zobaczę na ulicy, to już taki miły nie będę.

Chłopak patrzył na mnie, jakbym mu właśnie zaproponował małżeństwo. Westchnąłem.

– Rozumiesz, co do ciebie mówię? – spytałem łagodniejszym tonem.

Jędras zamrugał i niepewnie skinął głową.

– T-tak – odpowiedział.

– Powtórz! – rozkazałem.

– Mam… mam zadzwonić do tego kolesia i powiedzieć, że jestem od ciebie. I nie pokazywać się na ulicy –odpowiedział nadspodziewanie składnie.

– Dokładnie. A teraz spadaj. – Kiwnąłem głową i chciałem wysiąść.

Jędras złapał mnie za ramię, ale zaraz zabrał rękę.

– Dzięki – powiedział szybko i już go nie było.

Przesiadłem się do przodu, za kierownicę. Ruszyłem w stronę naszego klubu, czując na sobie wzrok Faziego. Zerknąłem na niego i burknąłem:

– Co?

Fazi wyprostował się i odpowiedział dudniącym głosem:

– Nic, szefie. – Wzruszył ramionami.

Ale widziałem, że lekko się uśmiechnął. Ja też się uśmiechnąłem. Czasami… czasami dobrze było być Świętym Mikołajem. Czasami. Kiedy widziałem, że takie prezenty mogą odnieść spodziewany skutek. Ale zdarzało się to niezmiernie rzadko.

***

Krzysiek patrzył na uśmiechniętą twarz brata.

– Zadziwiasz mnie.

– Wiem. – Łukasz błysnął jeszcze szerszym uśmiechem.

– I załamujesz jednocześnie. Uratowałeś niewiele młodszego od siebie chłopaka, a sam…

– Stoczyłem się?

– No, może nie do końca. Ale przecież niedługo później cię zamknęli…

– No, jeszcze trochę. A w kiciu nie było źle.

– Pamiętam. Mama cię odwiedzała. – Krzysiek pokiwał głową.

– Tak, mama tak… – Łukasz przygryzł wargę, jakby wrócił w przeszłość. Po chwili otrząsnął się i zwrócił do brata: – Ale nie zawsze byłem takim filantropem, altruistą i kim tam sobie jeszcze chcesz. Generalnie wykorzystywałem ludzi, ich strach i potrzeby. Tak to działało, Krzysiek, i ja się w tym wszystkim świetnie odnajdywałem.

– Byłbyś doskonałym szefem korporacji. – Krzysiek uśmiechnął się lekko.

– No nie? Wprost idealnym. Też tak sądzę…

– A co się stało z tym Jędrasem?

– No a jak myślisz? Nie wrócił do biznesu. Zaczął pracować u tego mojego kumpla, rok później dostał się na studia, skończył AWF i z tego, co wiem, uczy w liceum wuefu. A także prowadzi mały sklep ze sprzętem sportowym. Ma żonę, dziecko.

– Czyli można powiedzieć, że go uratowałeś? – Krzysiek objął się ramionami i patrzył na brata.

 

– Tak… Chociaż jego…

***

Od zajścia w klubie Buźka zaczął mnie wyraźnie unikać. Generalnie wisiało mi to, ważne, że rozliczał się w terminie i zajmował swoim terenem. Wiedziałem, że był na mnie wkurwiony o to, że, jakkolwiek patrzeć, upokorzyłem go przy jego ludziach. I domyślałem się, że nie należał do grona moich wielbicieli. Ale nie szukałem przyjaźni. Nie ta grupa docelowa.

Czas płynął, skończyłem dwadzieścia dwa lata i handlowałem już praktycznie wszystkim. Mieszkałem w śródmieściu, zarabiałem mnóstwo forsy i korzystałem z życia. Niekiedy odwiedzałem matkę, która na początku starała się jeszcze ze mną rozmawiać i przekonywać mnie do zmiany trybu życia, powrotu na studia, do domu, do ojca. Może gdybym nie był tak młody, zawzięty i zbuntowany. Zraniony. Może. Teraz, z perspektywy lat, wygląda to inaczej. Ale wtedy nie chciałem nawet o tym słyszeć. Powiedziałem jej, że ma nie poruszać tego tematu, jeśli chce, żebym jeszcze kiedykolwiek ją odwiedził. Przestała rozmawiać o moim życiu i tylko patrzyła na mnie pełnym smutku wzrokiem. Za to jej zranione spojrzenie miałem ochotę nieraz sobie przywalić w swój popieprzony łeb. Ale nauczyłem się o tym nie myśleć i powoli stawałem się coraz bardziej obojętny. I coraz bardziej oddalałem się od rodziny. Od matki, brata… od ojca odsunąłem się już dawno. Uciekałem od nich, bo wiedziałem, czułem, że oni naprawdę mnie kochają. Że martwią się o mnie. Że się troszczą. Jezu! Nie chciałem tego. Nienawidziłem tego, nienawidziłem siebie, nienawidziłem ich. Czasami tęskniłem i przez chwilę wierzyłem, że mogłoby się udać. Że jeśli się postaram, wybaczą mi, a ja im. Że znów będziemy rodziną. Ale natychmiast dusiłem te myśli, ścierałem na proch te zalążki wyrzutów, żalu, chęci powrotu. Bo mnie nawiedzały. Oczywiście, że tak. Zacząłem ograniczać wizyty w domu, wiedząc, że za każdym razem jest mi trudniej stamtąd wyjść. Zwłaszcza gdy widziałem zraniony wzrok matki i tęsknotę w oczach mojego młodszego brata. Na mieście, które teraz było moim domem, rządziły twarde zasady i sentymenty nie były mi potrzebne. Rodzina mnie osłabiała, musiałem się od niej odciąć. I właśnie to, systematycznie, krok po kroku, robiłem. Odsuwałem się. Uważałem, że tak będzie najlepiej. I dla nich, i dla mnie. Wbrew temu, co podpowiadało mi serce, wmawiałem sobie, że czuję się z tym doskonale.

Co do miłości i troski, to w sumie miałem jej trochę wokół. Oprócz przypadkowych lasek, które przewinęły się przez moje łóżko, pojawiały się też dziewczyny na dłużej. Z ich perspektywy związki ze mną kończyły się stanowczo za szybko, ale dla mnie trzy miesiące z jedną to było już za duże zobowiązanie. Moja powierzchowność odstraszała wrogów, a przyciągała większość przedstawicielek płci przeciwnej, mogłem więc przebierać w tym towarze jak w koszu ze świeżymi mandarynkami. Wybierałem tylko te najświeższe i najdorodniejsze. I mogę przysiąc, że każdą z nich kochałem. Tyle że ta moja miłość mijała tak szybko, że zanim się zorientowałem, byłem znudzony i zmęczony. A gdy jeszcze dziewczyna zaczynała przebąkiwać coś o wprowadzeniu się do mnie, uciekałem, aż się za mną kurzyło. Czy byłem tchórzem? Pewnie tak. Ale patrząc z perspektywy lat, czasem myślę, że tak było dla nich lepiej. Potrafiłem się świetnie bić, manipulowałem ludźmi jak Machiavelli, ale to, co potrafiłem najlepiej, to ranić. Tak, w tym byłem mistrzem.

Tak jak byłem mistrzem marketingu bezpośredniego.

Wpadałem do klubu lub restauracji z Fazim i resztą ludzi. Oni otwierali drzwi do biura właściciela i trzymali go w czułych objęciach. A ja sprzedawałem nasz towar. A właściwie nasze usługi. I jeśli propozycja handlowa nie przynosiła spodziewanego efektu, stosowałem marketing bezpośredni. A że przy swoich dwóch metrach wzrostu i łapach jak pół bochenka wiejskiego chleba byłem naprawdę wielkim skurwysynem, kto oparłby się mojemu darowi przekonywania? No, pokażcie mi takiego. Oczywiście, zdarzyło się kilku samobójców, ale wycieczka w bagażniku mojego samochodu na moją ulubioną polankę w Lasku Osobowickim zmieniała strategię zarządzania każdego z nich. I po pewnym czasie nie było klubu czy knajpy w centrum miasta, które nie znajdowałyby się w zasięgu naszego wpływu. Tak, to był w większości mój osobisty sukces. Czułem się jak pierdolony najeźdźca, zajmujący coraz to nowe tereny. Starożytni Rzymianie, te sprawy. Można by powiedzieć, że byłem Hannibalem naszych czasów. Taaak. Wiele można o mnie powiedzieć, ale na pewno nie to, że byłem skromny. Ta moja odwaga, połączona z pewnością siebie, twardą pięścią i nieco filozoficzną naturą, sprawiła, że Wasyl poczuł we mnie konkurenta. Wiedział, że wiele mi zawdzięcza, ale był też świadomy, że szefowie ze Wschodu coraz częściej dopytują się o Lukasa. I dlatego postanowił się mnie pozbyć na jakiś czas, licząc, że gdy wrócę, wiele się zmieni, a szefostwo o mnie zapomni. A przy tym skurwiel musiał mi ufać, wierząc, że nie sypnę nikogo z naszej cudownej grupy. Co do tego akurat się nie mylił. Nie byłem kapusiem i nigdy bym na nikogo nie doniósł. Ale nie mógł wiedzieć, że ludzie tak łatwo nie zapominają, szczególnie jeśli wziąć pod uwagę to, czego dokonałem przez te kilka lat mojej działalności w terenie. I szacunek, jaki sobie zbudowałem na mieście. I lojalność, jaką darzyli mnie moi – i nie tylko moi – ludzie. Wasyl się przeliczył, a jednocześnie wyświadczył mi ogromną przysługę. A także ukręcił na siebie wielki, mocny, gruby bat.