Szósty Po latach

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Co ty mówisz? Co ty do mnie mówisz???

Wówczas Jacek uśmiechnął się smutno i robiąc krok do tyłu, powiedział cicho:

– On obiecał… obiecał… Poczekasz na niego, ale go odnajdziesz. Wybacz… – I odszedł, znikając z jej pola widzenia, jakby nigdy go nie było, jakby był tylko snem.

Alicja siedziała teraz na łóżku, zaciskając dłonie na jego koszuli, i myślała o tym, co jej się właśnie przyśniło. Przypominała sobie słowa, które powiedział, i zastanawiała się nad tym, co one mogą oznaczać. W końcu to sobie wytłumaczyła. Po prostu jej podświadomość, która nie chciała dopuścić do siebie prawdy o jego śmierci, o tym, że ona, Alicja, została sama, sprawiła, że śniły się jej rzeczy, które chciała widzieć, a które nigdy nie będą rzeczywistością. On nie żyje, a ona jest sama. I to jest prawdziwe, a nie jakieś chore sny.

***

Marcin kończył już rehabilitację i czekała go tylko komisja lekarska, która miała ocenić, czy jego stan zdrowia pozwala na powrót do pracy. Ale z tego, co mówił jego lekarz prowadzący, nie powinno być z tym większego problemu. Wszystkie wyniki miał niemal doskonałe, cały czas trenował, aby nie wyjść z formy. Po prostu za bardzo intensywnie ostatnio pracował i gdyby podczas omdlenia nie upadł tak gwałtownie, cała sprawa zakończyłaby się może na podstawowych badaniach w szpitalu. Wiedział, że wówczas na pewno nie miałaby miejsca ta dziwna sytuacja, ów dziwny sen, spotkanie z nieznajomym mężczyzną, który mówił do niego te niesamowite rzeczy. I najgorsze, a raczej najbardziej nieprawdopodobne było to, że gdy się przebudził, wtedy w szpitalu… ujrzał tę piękną kobietę o niesamowicie zielonych oczach, z których przebijał bezbrzeżny smutek, a także jeszcze coś, czego nie mógł w żaden sposób zrozumieć. Jedynie odniósł wrażenie, że ona nie jest mu całkiem obca i na pewno skądś ją zna. Potem… potem o tym zapomniał. Aż do zeszłego tygodnia, kiedy zaczęły się te sny. Zawsze pojawiała się w nich ona, wysoka blondynka o zielonych oczach. O smutnym uśmiechu. Wypowiadająca te same słowa: „Czekam na ciebie”.

Zupełnie nie wiedział, co to miało oznaczać. Teraz, gdy mijały kolejne dni, a on dochodził do siebie, odnosił wrażenie, że ten dziwny sen z nieznajomym mężczyzną był jakimś chorym majakiem, spowodowanym wypadkiem, lekami i stanem letargu, w jakim się przez krótki czas znajdował. I chociaż usiłował sobie przypomnieć, co dokładnie powiedział mu wówczas ten dziwny człowiek, niestety nie był w stanie tego zrobić. Dlatego postanowił zostawić to w spokoju i nie zastanawiać się nad tym już więcej. Bo był daleki od tego, aby wierzyć w jakieś nadprzyrodzone rzeczy, które uważał za bajki dla dzieci. Ale nawracającego snu z tajemniczą kobietą nie mógł złożyć na karb wypadku czy działania leków, bo przecież doszedł do siebie, a lekarstw już nie zażywał. Starał się o tym w ogóle nie myśleć, skupiając się na pracy i na ponownej szansie wyjazdu na szkolenie do Quantico. Był wdzięczny swojemu szefowi, że nie zapomniał o nim i nie przekreślił jego szansy na udział w tym szkoleniu.

Teraz koncentrował się na nowej sprawie. Śledztwo, które rozpoczął tamtego pechowego dnia, zostało już zakończone przez jego sekcję i aresztowano dwóch członków śląskiego gangu. Zajmowali się wymuszaniem haraczy od obywateli obcych państw, handlujących, legalnie bądź nie, na śląskich targowiskach. Marcin i jego ludzie wiedzieli, że złapano podstawione płotki, które zostały wystawione przez bossów, i będzie bardzo trudno dostać się do rdzenia takiej zorganizowanej grupy. Niemniej dwóch przestępców siedziało w areszcie i zostały im przedstawione zarzuty zabójstwa ze szczególnym okrucieństwem. To tyle, jeśli chodzi o sprawiedliwość.

Marcin wrócił do pracy, szykował się do testów kwalifikujących do wyjazdu na szkolenie, jednocześnie obiecując sobie, że gdy tylko jego sprawy zawodowe się wyprostują, on zajmie się dziewczyną ze snu. I odkryje, kim ona była. A także jaki ma związek z tym nieznajomym. I w końcu – jaki ma związek z nim… Marcinem.

***

Ona nie żyła…

Co zrobiłem…

Co zrobiłem, że ona odebrała sobie życie?

I… czy ja to zrobiłem? Czy to była moja wina?

Przecież tak bardzo ją kochałem…

Nic nie mogłem na to poradzić, to było silniejsze niż cokolwiek na tym świecie.

I ona powinna to zrozumieć.

Przecież jej wytłumaczyłem… wyjaśniłem…

I ona się zgodziła… pozwoliła…

Ale kłamała.

Okazała się taką samą kłamliwą suką jak one wszystkie.

A teraz się zabiła.

Leży nieruchomo. Jej piękne zielone oczy już nigdy na mnie spojrzą.

Jej długie jasne włosy straciły swój niepowtarzalny blask.

Jej drobne dłonie, splecione na piersiach, już nigdy nie dotkną mojej skóry.

Dlaczego???

Dlaczego to zrobiłaś?!

Teraz będziesz już zawsze płonąć. Twoja dusza nie zazna nawet chwili spokoju, tylko dlatego, że wolałaś śmierć niż mnie. Chociaż mówiłaś, że mnie rozumiesz, że mnie chcesz.

Kłamałaś.

Ale ci wybaczę.

Bo cię kocham i zawsze będę kochał.

I obiecuję…

Pomogę ci.

Uwolnię cię.

Zbawię cię.

Bo byłem, jestem i będę dla ciebie najważniejszy.

Jedyny.

Pierwszy.

Byłem, jestem i będę twoim bogiem, który da ci wieczny spokój.

Ale… to będzie wymagało ofiar.

I ja ci je dam.

Bo mam do tego boskie prawo.

Rozdział 4

Sześć lat później…

Obserwował ją.

Wiedział o niej wszystko.

Miała dwadzieścia cztery lata, mieszkała z koleżanką w wynajętym lokum. Studiowała na uniwersytecie, pracowała w jednym z modnym klubów. Trzy razy w tygodniu chodziła na fitness, dwa razy w tygodniu miała zajęcia, w pozostałe dni pracowała. Była wysoka, szczupła, miała jasne króciutkie włosy i zielone oczy. Te krótkie włosy stanowczo mu się nie podobały, ale intensywny kolor zielonych oczu rekompensował wszystko.

Już się zdecydował…

Miała zostać kolejną wybraną do zbawienia…

Zbawienia tej, którą ukochał dawno temu.

Na wieczność…

***

Inspektor Langer siedział w swoim gabinecie i rozmawiał przez telefon. Jego prawa ręka, komisarz Adam Malicki, czekał, aż szef przestanie rozmawiać, bo miał dla niego kolejne informacje. Gdy Marcin Langer skończył, popatrzył na swojego przyjaciela spod zmarszczonych brwi i zapytał:

– Co mamy?

– Kolejne zaginięcie. Anna Skotnicka, lat dwadzieścia cztery, studentka ostatniego roku na Uniwersytecie Śląskim. Cztery dni temu nie wróciła z pracy. Zaginięcie dopiero dzisiaj zgłosiła koleżanka, z którą dziewczyna wynajmowała wspólnie mieszkanie.

– Czemu tak późno? – Marcin nadal marszczył brwi.

– Podobno czasami urywała się gdzieś ze swoim chłopakiem i nie zostawiała wiadomości. Ale to chłopak przyjechał do mieszkania i jej szukał… – Adam wymownie rozłożył ręce.

– Skąd pewność, że może być związana z naszą sprawą? – Marcin potarł palcami zmęczone oczy.

– Popatrz na zdjęcie. – Adam położył na biurku kolorowe zdjęcie i przesunął je po gładkim blacie w kierunku swojego szefa.

Marcin spojrzał na zdjęcie i już wiedział.

Tak.

Kolejna.

Czwarta w ciągu czterech miesięcy.

Blondynka z zielonymi oczami.

Może to był zbieg okoliczności.

A może nie.

Jeśli wziąć pod uwagę sposób działania zabójcy… na pewno nie był.

– Przesłuchajcie jej znajomych, bliskich, pracodawcę. Sprawdźcie parking przed jej miejscem pracy, porozmawiajcie ze studentami z jej roku. Może ktoś coś widział. Może kręcił się koło niej jakiś facet, może się z kimś spotykała. Macie przesłuchać każdego cholernego człowieka, który ją znał albo widział. Albo tylko mijał na ulicy! – Marcin wstał i chodził po swoim gabinecie, zaciskając zęby ze złości.

– Wiesz, że jeśli to on, mamy tylko dwa dni? Albo, jak pójdzie źle, jeden? – Adam popatrzył na swojego szefa, który jednocześnie był jego przyjacielem.

– Wiem! – Marcin uderzył pięścią w stół. – I dlatego musimy zrobić wszystko, żeby ją znaleźć. Absolutnie wszystko!

– Jasne. – Adam kiwnął głową, wziął teczkę z aktami i czym prędzej wyszedł z pokoju, już od drzwi wydając polecenia swoim ludziom.

Marcin usiadł ciężko w fotelu i zaczął przeglądać akta, dotyczące dotychczasowych morderstw młodych kobiet. Pierwsza ofiara zaginęła niemal pod swoim domem. Wyszła przestawić samochód i zniknęła. Miała dwadzieścia siedem lat, męża i maleńkiego synka. Została znaleziona po tygodniu, wszystko wskazywało na to, że została zamordowana szóstego dnia po zniknięciu. A wcześniej zgwałcona.

Wtedy jeszcze nic nie wskazywało na to, że grupa Marcina będzie miała do czynienia z seryjnym mordercą.

Dopiero przy drugim zabójstwie wszystko stało się jasne. Druga ofiara miała lat dwadzieścia i pracowała w klubie nocnym jako kelnerka. Któregoś wieczoru nie dotarła do pracy i okazało się, że w wynajmowanym mieszkaniu także jej nie ma. Siostra zgłosiła zaginięcie następnego dnia, a ciało znaleziono po tygodniu. Okazało się, że została zabita szóstego dnia od momentu zniknięcia. A wcześniej zgwałcona. I była blondynką z zielonymi oczami, tak samo jak pierwsza ofiara. Wtedy Marcin i jego ludzie zrozumieli, że to nie może być przypadek. Potem Marcin dostał list. A w nim tekst wyglądający jak tani anonim z gangsterskich filmów, złożony z powycinanych z gazety liter.

 

W szóstym dniu Bóg stworzył człowieka – mężczyznę i kobietę. W szóstym dniu… odbiorę Ci życie, bo ja jestem twoim bogiem…

I wtedy wszyscy agenci Śląskiej Grupy Śledczej już wiedzieli.

Wiedzieli, że zaczyna się nowa rozgrywka, nowy wyścig, w którym kartą przetargową jest życie niewinnych ofiar, a wygrany może być tylko jeden.

Powstała wówczas grupa operacyjna w sprawie „Szóstego”, jak został nazwany zabójca dwóch młodych dziewczyn.

Niestety śledztwo na razie nie posuwało się w obiecującym sukces tempie. Ofiary nie miały ze sobą nic wspólnego, może oprócz podobnej fizjonomii.

Gdy minął kolejny miesiąc i pojawiła się trzecia zamordowana zielonooka blondynka, Marcin zwrócił się do centrali o przysłanie profilera, czyli specjalisty od tworzenia portretów psychologicznych. Poprosił o najlepszego speca, jakim dysponowała śląska policja. Ich poprzedni profiler, który współpracował przy szeregu wcześniejszych spraw, wyjechał do Stanów, gdzie pomagał w tworzeniu kooperacyjnej grupy śledczej. Od tamtej pory Marcin miał korzystać ze specjalistów przysłanych przez górę, ale na szczęście do tej pory ich nie potrzebował.

Spec okazał się policjantką, starszym aspirantem Alicją Szymczak, z którą Marcin miał się spotkać nazajutrz i która została oddelegowana do jego grupy na czas trwania śledztwa w sprawie „Szóstego”.

Alicja nie mogła o sobie powiedzieć, że nie stresowała się jutrzejszym spotkaniem z osławionym szefem Śląskiej Grupy Śledczej. Od dawna chciała współpracować z tą grupą i wiedziała, że teraz, gdy zwrócono się do niej o pomoc, była to jej szansa. Czuła się pewnie, jeśli chodzi o swój profesjonalizm. Odbyła specjalne szkolenie w siedzibie FBI w Quantico, na które wyjechała równo rok po wypadku, w którym zginął jej nowo poślubiony mąż. Szkolenie zakończyła z najwyższymi notami i wiedziała, że jest dobra w tym, co robi. A nawet bardzo dobra. Bo praca to jej całe życie. Innego nie miała i nie chciała mieć. Była trzydziestodwuletnią wdową, która oprócz swojego zmarłego męża nie miała żadnego innego mężczyzny. I czuła się z tym dobrze. Jej matka zaprzestała już wszelkich prób układania swojej córce na nowo życia, wiedząc, że te starania nic nie dadzą, dopóki ona sama nie będzie chciała czegoś zmienić. A na razie nie chciała. I nic nie zapowiadało, żeby miało się to zmienić. Alicja, po powrocie ze Stanów, kupiła małe mieszkanko, bo kawalerka, w której mieszkali z Jackiem przed ślubem i krótko po nim, została zabrana przez jego rodzinę. Jeśli chodzi o rodzinę jej męża, to kontakt urwał się w momencie, gdy Alicja poleciała na szkolenie, ale żadna ze stron nie odczuwała z tego powodu najmniejszego dyskomfortu.

Teraz Alicja przygotowywała się do jutrzejszego spotkania. Pojawił się trzykrotny zabójca młodych kobiet, więc Śląska Grupa Śledcza potrzebowała profilera. Była zadowolona, że trafiło na nią.

Wreszcie…

Usiadła w swoim ulubionym fotelu i oddała się lekturze podręcznika o zabójcach i ich ofiarach, podstawowego źródła wiedzy dla zawodowych profilerów. Przygotowywanie profilu przestępcy było czymś na kształt prezentowania wyników badań i wystawiania diagnozy chorobowej. Lecz Alicja nie dysponowała „wynikami badań”, dzięki którym mogłaby określić, co komuś dolega. Na postawie dostarczonych informacji przez śledczych musiała określić prawdopodobny wiek, stan społeczny, pochodzenie, tryb życia, przejawy zachowań, sposób bycia sprawcy. Wszystko zależało od tego, czy informacje były na tyle konkretne, że dzięki nim mogła wytypować sprawcę z analizowanej grupy populacji. Była to żmudna praca, wymagająca głębokiej analizy każdego elementu i nigdy niegwarantująca, że przedstawiony profil okaże się zgodny z rzeczywistością lub choćby do niej zbliżony. Skupiała się zarówno na cechach fizycznych, jak i psychologicznych. Na podstawie analizy materiału dowodowego z miejsca zbrodni, analizy wiktymologicznej, autopsji ofiary i raportów policyjnych starała się określić kompozyt behawioralny zabójcy.

Kochała to, co robiła, czuła się dobrze wśród tych strasznych, niekiedy chorych, spraw. Jej rodzina i znajomi kompletnie tego nie rozumieli. Nawet jej przyjaciółka Aśka nie mogła pojąć, jak po osobistej tragedii Alicja mogła dalej robić to, co robiła, i skupiać się wyłącznie na pracy, zapomnieć całkowicie o sobie i o prywatnym życiu. Bo takiego teraz w ogóle nie miała.

Wiedziała jedno… To praca dała jej siłę, żeby przetrwać ten straszny okres, kiedy Jacek odszedł, a ona została sama. Musiała się w coś zaangażować, jeśli nie chciała pogrążyć się w rozpaczy i kompletnie oszaleć. Bo czuła, że to nadchodzi i jest już bardzo blisko. Zatem jeśli czegoś nie zrobi, czemuś się nie poświęci, nigdy nie będzie w stanie w miarę normalnie funkcjonować. A że była sama? Była. I już się do tego przyzwyczaiła. Bo wiedziała, że nigdy w życiu nie pokocha nikogo tak, jak kochała swojego męża. Nigdy…

***

Patrzyła na krzątającego się mężczyznę i próbowała ponownie nie stracić przytomności, bo wówczas zupełnie nie miałaby szansy zrobienia czegokolwiek, żeby się stąd wydostać. Nie wiedziała, jak długo trzyma ją w tym dziwnym miejscu. Przypuszczała, że jest tutaj cztery albo pięć dni. A może więcej? Usiłowała sobie przypomnieć wszystkie szczegóły z tej nocy, kiedy ją porwał. Wyszła z pracy około trzeciej nad ranem, poszła w kierunku przystanku, aby dojechać do domu nocnym autobusem, tym co zwykle. Koło przystanku… tak, koło przystanku, stał samochód z podniesioną maską i zobaczyła mężczyznę, który cicho przeklinając, pochylał się nad silnikiem. Wyprostował się i popatrzył na nią, jednocześnie wycierając brudną ręką czoło i zostawiając na nim czarną smugę. Wyglądał… tak śmiesznie i niegroźnie, że Anna poczuła się pewnie, a nawet na swój sposób bezpiecznie, że nie jest sama na tej pustej ulicy. I nawet pierwsza zapytała mężczyznę, czy może mu w czymś pomóc. Wtedy on spytał, czy ma może komórkę, bo nie dość, że zepsuł mu się samochód, to jeszcze padła mu bateria w telefonie. Uśmiechał się nieśmiało i patrzył na nią łagodnymi, brązowymi oczami. Nie miała powodu, żeby mu nie ufać. Podeszła bliżej i pochyliła głowę, szukając telefonu w przepastnej torbie.

Poczuła silny uścisk, coś spadło na jej twarz, uniemożliwiając oddychanie, i po chwili osunęła się w mdlącą ciemność. Gdy odzyskała przytomność, leżała w jakiejś ciemnej piwnicy, skuta kajdankami i przywiązana do żelaznych ram starego łóżka. Zupełnie nie wiedziała, co się dzieje. Czuła zawroty głowy i suchość w gardle. Ale najgorsze wydawało jej się to, że była kompletnie naga. Gdy odzyskała przytomność, zobaczyła wpatrzone w siebie brązowe oczy nieznajomego mężczyzny, któremu chciała użyczyć swojego telefonu komórkowego. I już wiedziała, że jego obecność na jej przystanku to nie mógł być przypadek. Że on wcale nie chciał jej pomocy – chciał jej. Widziała to w jego oczach, które śmiało oglądały każdy skrawek jej ciała. Kiedy się nad nią pochylił i głębokim głosem powiedział: „Jesteś moja, Nino, tylko moja. Już wkrótce cię uleczę…”, po czym pocałował ją w usta, niemal miażdżąc jej wargi, wtedy krzyknęła i znowu zapadła w letarg.

Teraz, gdy ponownie odzyskała przytomność, zobaczyła swojego oprawcę, który zniknął na chwilę za niewielkim przepierzeniem i po chwili pojawił się z powrotem, niosąc dużą miednicę, wypełnioną aromatyczną pianą. Bez słowa postawił to koło łóżka, zamoczył w misce myjkę i zaczął obmywać jej twarz. Próbowała się odsuwać i wyrywać, ale on bez słowa zacisnął dużą dłoń na jej gardle i spojrzał na nią takim wzrokiem, od którego zrobiło się jej słabo. Wtedy pierwszy raz poczuła, że nie ma szansy na to, aby ją uwolnił, nie robiąc jej przedtem krzywdy. Leżała posłusznie, a on skrupulatnie umył jej całe ciało, nie omijając piersi ani miejsc intymnych. Zamknęła oczy, zacisnęła zęby i pięści i starała się odsunąć od siebie świadomość, że leży naga, związana i skuta kajdankami, a jej ciała dotyka jakiś psychol, bo inaczej już go nie mogła nazywać. Tylko cudem powstrzymywała się od wydania z siebie histerycznego krzyku, który rósł w jej piersiach.

A gdy skończył, gdy spojrzał na nią z góry, gdy zrzucił z siebie T-shirt, odsłaniający muskularne, pokryte bliznami ciało i gdy zaczął rozpinać pasek i zamek startych dżinsów, nie wytrzymała i wydała z siebie przeraźliwy krzyk. Krzyk, który zaraz został zduszony przez silny, niemal duszący, uścisk dłoni. Krzyczała w dłoń miażdżącą jej twarz, cały czas, kiedy w nią wchodził i kiedy się w niej poruszał, szybko i gwałtownie. Po wszystkim usłyszała jakiś dziwny dźwięk, jakby krótki świst, i dotarły do niej jego słowa:

– W szóstym dniu Bóg stworzył człowieka – mężczyznę i kobietę. W szóstym dniu… odbiorę ci życie, bo ja jestem twoim bogiem…

I po chwili poczuła przeraźliwy ból, jakby coś zimnego i ostrego rozdarło jej serce na kawałki. Otworzyła szeroko oczy i zanim odleciała w nicość, zobaczyła jego piękną twarz, pokrytą łzami, które płynęły gęstymi strumieniami z łagodnych, brązowych oczu.

***

Marcin późnym wieczorem wyszedł z centrali, wsiadł do czarnego audi i pojechał do domu. Od tamtej pory, od czasu wypadku, starał się zachowywać umiar i dbać o swoje serce, które już raz mu zasygnalizowało, że dłużej nie zniesie takiego stylu życia. Ale było mu coraz trudniej utrzymywać ten stan, zwłaszcza że jego praca nie należała do najlżejszych. I oprócz tego, że pracował głową, myśląc o prowadzonych sprawach dwadzieścia cztery godziny na dobę, to jeszcze musiał dbać o swoje ciało, utrzymując je w niezmiennej, wysokiej formie.

Jechał do domu, wiedząc, że Angela czeka na niego z późną kolacją. Po wielu zawirowaniach, po jej wyjeździe do Paryża, myślał, że nic z tego nie wyjdzie. Ale ona po miesiącu wróciła, twierdząc, że nie mogła sobie tam poradzić, że chce być z nim, że nie będzie już marudzić na temat jego pracy w policji. Potem on, po dwudziestu miesiącach od wypadku, wyjechał na szkolenie do Quantico i Angela przez cały czas poprzedzający wyjazd bardzo go wspierała i chwaliła się wszystkim swoim znajomym, jakiego ma genialnego chłopaka. Potem, po jego powrocie, dostał dwie trudne sprawy: seryjnego zabójcy starszych kobiet i sprawę zabójstwa na zlecenie jednego z czołowych śląskich biznesmenów. I jego sekcja rozwiązała te sprawy, w rekordowym niemal tempie. Wówczas jego przełożony, inspektor Dworzak, odchodząc na emeryturę, wskazał właśnie jego na swojego potencjalnego następcę. W ten sposób dwa lata temu Marcin Langer został awansowany na stopień inspektora i jednocześnie objął stanowisko szefa Śląskiej Grupy Śledczej.

Grupa pod jego dowództwem rozwiązała kilka kolejnych trudnych spraw, jej członkowie zasłużyli na miano elitarnych agentów, jak ich potocznie nazywano, a o dostaniu się do ich grona marzył niemal każdy policjant w kraju.

Wówczas zauważył, że ojciec Angeli całkowicie zmienił swój stosunek do niego. Teraz, dla odmiany, zaczął naciskać na nich oboje, nieustannie roztaczając przed nimi wizję hucznego i bogatego wesela, jakie chciałby im w końcu wyprawić. Angela otworzyła klub nocny, potem restaurację. Z modelki przemieniła się w prężną i piękną bizneswoman, która po ojcu odziedziczyła żyłkę do interesów. Rok temu zamieszkali razem, w większym mieszkaniu, na osiedlu apartamentowców, w które Marcin także zainwestował część pieniędzy. Swoje mieszkanie wynajął, jakby słuchając jakiegoś wewnętrznego głosu, który mu podpowiadał, że to nie jest prawdziwy on i to nie jest jego prawdziwe życie.

Bo ciągle… ciągle śniła mu się ta tajemnicza kobieta ze szpitala. Wiedział, że to właśnie ona. I był pewien, że powinien wykorzystać własne kontakty i umiejętności, by spróbować odkryć jej tożsamość. I może ją odnaleźć. Porozmawiać.

Ale…

Cholera!

Był gliniarzem, widział już takie chore sytuacje, prześladowania, śledztwa zafascynowanych facetów, które potem w najlepszym razie kończyły się oskarżeniami o prześladowanie. Jak mógł zrobić coś podobnego, jak mógł wytłumaczyć tej nieznajomej kobiecie pobudki czy próby odnalezienia właśnie jej? Jakimiś chorymi snami? Taaaak. Już widział jej wzrok pełen niedowierzania, które niemal natychmiast zmieniłoby się w strach, w przerażenie. I w sumie nie można by się jej było w ogóle dziwić.

 

Dlatego zostawił to wszystko, pozwalając tylko szaleć atakującym go myślom i prześladującym go snom. Nigdy nikomu o tym nie mówił, nawet swojemu bratu, który był jego najlepszym przyjacielem.

Bo co miał powiedzieć?

Że od lat śni o nieznajomej kobiecie?

Która stała się jego obsesją?

I chociaż nie przyznawał się do tego, podświadomie wiedział, że to wszystko ma jakiś głębszy sens, z którym kiedyś przyjdzie mu się zmierzyć…

Czekał na to.

Z cholerną niecierpliwością.

Gdy dotarł do domu, Angela wciąż trwała przy elegancko zastawionym stole. Kolacja grzała się w ciepłym piecyku, a szampan chłodził w kubełku, wypełnionym lodem. Marcin ściągnął kurtkę, zdjął broń, pochował wszystko do szafki i podszedł do uśmiechniętej Angeli.

– Witaj. – Przytulił ją i pocałował we włosy.

– Czekałam na pana, panie inspektorze. Zaraz będzie ciepła kolacja.

– Daj mi chwilę, pójdę się umyć. – Uszczypnął ją lekko w policzek i poszedł do łazienki.

Gdy wyszedł odświeżony i przebrany w białą koszulkę i dżinsy, Angela podawała już do stołu. On zajął się szampanem. Jedli, Angela opowiadała o planach otwarcia kolejnej dyskoteki, tym razem w Krakowie. Informację o konieczności odbywania częstych podróży między Krakowem a Katowicami Marcin przyjął z aprobatą i pokiwał głową.

– To świetny pomysł, Angie. Ty jednak masz głowę do interesów.

– Wiem. – Dziewczyna uśmiechnęła się i obrysowała szczupłym palcem brzeg kieliszka.

– Pyszna kolacja, naprawdę. – Marcin oparł się całym ciężarem ciała o krzesło i patrzył na nią uważnie, czując, że ona wyraźnie do czegoś zmierza.

– Kochanie, słuchaj. – Angela odstawiła kieliszek i pochyliła się ku niemu, patrząc prosto w jego brązowe oczy. – Długo o tym myślałam. Analizowałam wszystko. – Starała się ostrożnie dobierać słowa. – Marcin… Mam dwadzieścia osiem lat, jestem z tobą od ośmiu. Czy nie uważasz, że powinniśmy podjąć w końcu jakieś decyzje co do naszego związku? – Utkwiła w nim pytający i oczekujący wzrok.

– Angie, rozumiem. – Marcin kiwnął głową, czując jednocześnie, że zasycha mu w gardle. – Tylko…

– Tylko co? – Angela patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami.

– Tylko… daj mi czas. Wiesz, że pracuję teraz nad bardzo skomplikowaną sprawą, prawda? – Podszedł do niej, kucnął i ujął jej dłonie w swoje. – Przed tobą też pojawiła się perspektywa tego nowego klubu. Dokończmy to, a wtedy wezmę urlop i się zaręczymy. Będziesz mogła planować swój ślub. Twoja mama na pewno ci pomoże.

– Nasz ślub – poprawiła szybko dziewczyna, marszcząc brwi.

– Oczywiście, że nasz. – Marcin uśmiechnął się, wstał i przyciągnął ją do siebie. – Wszystko się ułoży, zobaczysz. – Nigdy wcześniej nie czuł się tak podle jak w tej chwili. Bo czuł… czuł, że nie do końca wierzy w to, co mówi. I cały czas oszukuje sam siebie. Ale z drugiej strony… był już z nią tak długo, że powinien dążyć do jakiejś stabilizacji w życiu. I będzie musiał to w końcu zrobić. Bo nie można wiecznie żyć w zawieszeniu.

***

Alicja przyjechała do centrali Śląskiej Grupy Śledczej, która miała swoją siedzibę w Centralnym Biurze Śledczym w Katowicach. Po wylegitymowaniu została skierowana na trzecie piętro, gdzie urzędował inspektor Langer. Weszła do kancelarii i pokazała urzędującej tam kobiecie swoją policyjną odznakę, jednocześnie mówiąc, kim jest. Okazało się, że centrala ŚGŚ była doskonale poinformowana. Kobieta, która była asystentką szefa grupy, uśmiechnęła się i poprosiła Alicję, aby chwilę poczekała. Alicja usłyszała, jak zgłasza swojemu szefowi, że starszy aspirant Alicja Szymczak już jest. Po chwili odłożyła słuchawkę i kiwnęła do niej, wskazując jednocześnie brązowe drzwi i mówiąc:

– Inspektor Langer czeka na panią.

Ja na niego też… nie wiedzieć czemu chciała odpowiedzieć Alicja, ale w porę ugryzła się w język, uśmiechnęła się z wdzięcznością do asystentki i otworzyła masywne drzwi, by wejść do środka. Już po chwili zobaczyła najprzystojniejszego mężczyznę na ziemi. I zdała sobie sprawę z dwóch rzeczy.

Że już go kiedyś spotkała.

I że nie zdoła zapanować nad zdaniem, które cisnęło się jej na usta.

I zanim zdążyła w porę zareagować, usłyszała swój głos, wypowiadający słowa:

– Czekałam na pana, inspektorze Langer…