Piętno Midasa

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Wszystko poszło szybko i sprawnie. Staruszka machała synowi przez okno, dostrzegła ciemną postać, jakieś zamieszanie przy wsiadaniu do samochodu, a potem… Jedynie niepokój, dlaczego jej syn nie odjeżdża. Gdy byłem już na opłotkach miasta, zapewne na małej, cichej uliczce rozległ się głośny krzyk matki, tulącej do piersi martwe ciało syna.

Cóż.

Musiałem dodać gazu, chciałem zdążyć na kolację.

[1] Jesteś moim diabłem,

przychodzisz do mnie z wysoka,

by przynieść mi nienawiść.

Sepultura, album „Revolusongs”, 2003 r.

ROZDZIAŁ 4

Lacuna Coil „Our Truth”

Trying to forget (wasting my time)

We’re falling right through

Lying to forget (telling more lies)

We’re raising our truth [1]

Anna nie widziała swojego sąsiada od pamiętnej kolacji. Cały czas o nim myślała, rozpamiętywała każdą chwilę, którą spędziła w jego towarzystwie. Czuła się inaczej, jakby przebywała na innej planecie, gdzie nie było tego całego chorego małżeństwa, brutalności, szantaży, podejrzanych spraw i życia pozbawionego wartości. I w tym wszystkim nie było w jej myślach pragnień, aby zbliżyć się do niego w taki sposób, w jaki kobieta zbliża się do mężczyzny. Odczuwała zainteresowanie, to fakt, Jakub był bardzo przystojnym facetem, w taki szorstki nieco i niezbyt ostentacyjny sposób. Miał w sobie siłę, której na pierwszy rzut oka można było nie dostrzegać, ale wystarczyła chwila, kilka spojrzeń, rozmowa, aby zrozumieć, że jest to człowiek, którego charakter przeszedł wielką próbę i ukształtował się mocno i trwale. To jakieś niepisane zapewnienie, słowa, które wypowiedział, jego obecność tuż za ścianą… Wszystko razem sprawiło, że Anna poczuła się silniejsza, pewniejsza siebie, bezpieczniejsza.

Mariusz wyjechał na kilka dni. W tym czasie odpoczywała, nie musiała gotować tłustego żarcia, które jej mąż uwielbiał, czytała, oglądała seriale i słuchała głośno muzyki, której nie trawił.

„Wyłącz to wycie!” – Sam wył, a ona miała ochotę rozbić mu jeden z głośników na łysej głowie. Kupiła sobie ipoda i słuchała ulubionych piosenek przez słuchawki, zwłaszcza gdy szła do pracy i z niej wracała.

„Wyłącz ten debilny serial!” – krzyczał, a ona przełączała na program motoryzacyjny albo na muzyczny.

Gdy szedł spać, oglądała swoje ulubione filmy i seriale w Internecie. I marzyła. Zaczęła nawet pisać opowiadanie, które powoli rozrastało się do rozmiarów książki. Oczywiście nie miała zamiaru nikomu go pokazywać, sama dla siebie kreowała świat i bohaterów, którzy wprawdzie mieli wiele problemów i dotykało ich wiele nieszczęść, ale byli dla siebie oparciem i darzyli się ogromną miłością. Nikt jej nie zabroni marzyć, wymyślać i opisywać świata tak różnego od tego, w którym żyła na co dzień. To była jej ucieczka, wentyl bezpieczeństwa, gdy na chwilę przenosiła się na karty, a właściwie na komputerowy ekran własnej opowieści.

A jednocześnie, niczym stalkerka, nasłuchiwała każdego szmeru na korytarzu, a potem wyglądała przez okno, aby choć na chwilę zobaczyć sąsiada z naprzeciwka. Doszło nawet do tego, że gotowa była wyjść, niby przypadkiem, spotkać się z nim przelotnie, zamienić choć jedno słowo, zapytać, co słychać.

Tej nocy Mariusz wrócił wściekły. Jakiś biznes mu nie wypalił i okazało się, że jest w plecy kilka ładnych tysięcy. Wparował do mieszkania jak szarżujący byk, rzucił sportową torbę i rzucając bluzgi, otworzył lodówkę.

– Gdzie moje piwo? – ryknął, budząc Ankę, która zasnęła w fotelu, gdy czytała książkę. Kobieta poczuła strach, ale wzięła głęboki oddech i śmiało ruszyła do kuchni.

– Myślałam, że wrócisz jutro… – odparła cicho, otulając się szlafrokiem. W jakimś artykule przeczytała, jak odpowiadać na agresję. Nigdy samą agresją. Należy ściszyć głos, mówić spokojnie, łagodnie, to może wyciszyć napastnika. Do dupy z takimi radami! Mariusz trzasnął drzwiami od lodówki, aż zatrzęsły się kubki wiszące na metalowym stojaczku tuż obok. Ruszył w stronę Anki, wpatrując się w nią ze złością.

– Myślałam… Znowu robisz błąd. Myślisz!

– Jutro…

– Zamknij się! – Złapał ją za kark i popchnął do sypialni. – Teraz ubierzesz się i polecisz do nocnego po piwo! Rozumiesz, głupia kurwo?!

– Nigdzie nie pójdę – odparła spokojnie, chociaż w środku cała się trzęsła. Sama nie wiedziała, dlaczego wypowiedziała te słowa, nie rozumiała siebie. W tej chwili, w tym momencie była kim innym. Może bohaterką własnej opowieści, może grała główną rolę w jednym z seriali, może… Nie była sobą, Anną, zrezygnowaną i gotową na przyjmowanie nawet najgorszych potwarzy, obelg, z cierpliwością znoszącą obrazę i bluzgi, czekającą na lepsze jutro, które miało nigdy nie nadejść. Teraz na pewno nie była sobą. Bo gdyby była, obudziłoby się w niej coś, co zwie się instynktem samozachowawczym. Tymczasem jedyne, czego pragnęła, to obudzić w tym mężczyźnie, jej mężu, zwierzę, tak do końca, do granic wytrzymałości, była gotowa na atak, nawet go pragnęła. Gdzieś podświadomie liczyła na to, że może uderzy raz a dobrze, i wszystko się skończy. Wówczas on poniesie najwyższą karę. Często myślała, jak by to wyglądało. On stoi nad jej zakrwawionymi zwłokami, ktoś wzywa karetkę, policję, lekarz stwierdza zgon, wyprowadzają go w kajdankach, które wrzynają się w jego grube nadgarstki. Na łysym karku lśni pot, w oczach widnieje przerażenie.

– Co zrobiłem? Przekroczyłem granicę…

Och, jakie by to było wspaniałe! Jednak teraz, gdy szedł w jej stronę z nienawiścią wypisaną na zaczerwienionej twarzy, momentalnie straciła rezon. Cofnęła się do drzwi w przedpokoju i w tym momencie poczuła mocny cios w twarz. Upadła, ale podniósł ją jak piórko i złapał za włosy. Krzyknęła, a wówczas uderzył ją w brzuch. Poczuła ostry ból w lewym boku. Nie mogła złapać oddechu. Znała się na anatomii. Wiedziała, że złamał jej żebro. Sycząc bluzgi, złapał ją za kark i wypchnął na korytarz. Zamknął drzwi na klucz i poszedł do salonu. Tam wyciągnął z barku wódkę i łyknął z gwinta na uspokojenie.

– Zmarznie ci dupa, to inaczej zaczniesz rozmawiać, suko – warknął, wiedząc, że ona jest po drugiej stronie, po czym runął zmęczony na łóżko w sypialni.

Jakub znowu włączył muzykę przez słuchawki. Nie chciał słyszeć trzasków i wyzwisk dochodzących z mieszkania sąsiadów. Nie powinien reagować. Nie może. Po prostu musi się od tego odciąć. Niepotrzebnie się z nimi zapoznawał, szedł na tę kolację, rozmawiał z Anką. Dobrze wiedział, że to może ściągnąć na jego głowę zbędne zaangażowanie i kłopot, a przecież miał tyle innych rzeczy do zrobienia. Nie uratuje całego świata.

„Kto ratuje jedno życie, ratuje cały świat”[2].

Cytat pojawił się w głowie, nie wiadomo skąd. Jakub, zniecierpliwiony, rzucił słuchawki na biurko i potarł oczy. W mieszkaniu panowała idealna cisza, było dobrze po pierwszej w nocy. Chwilę nasłuchiwał, ale nic nie słyszał. U sąsiadów już się uspokoiło. Miał zamiar położyć się do łóżka i jak zawsze nie spać do czwartej rano.

W przedpokoju doszedł go jakiś szmer. Ktoś był na korytarzu. Momentalnie się spiął, jak drapieżnik, gotów do ataku, do skoku. Na palcach podszedł i przyłożył ucho do drzwi. Teraz słyszał wyraźnie. Ktoś płakał. Powoli otworzył.

Na schodach siedziała kobieta. Jej ramiona drgały, nie wiadomo, czy z zimna, czy od rozpaczliwego łkania.

– Anna?

Dziewczyna pochyliła głowę, jakby chciała się schować, zniknąć, stać się niewidzialna. Jakub był boso. Nie zważając na zimno bijące od betonu na klatce schodowej, podszedł do płaczącej sąsiadki. Uniosła głowę i spojrzała na niego. I w tym momencie wiedział, że cały jego plan związany z tym, aby unikać konfrontacji i kłopotów spalił na panewce. Gdy spojrzał na jej poobijaną twarz, zdał sobie sprawę, że będzie musiał zrewidować swoje poglądy dotyczącego tego, aby nie mieszać życia zawodowego z prywatnym. Nie tym razem. Będzie musiał zrobić odstępstwo.

– Chodź – powiedział cicho, podając jej rękę. Patrzyła na niego przez chwilę, po czym, krzywiąc się, wstała i złapała go za rękę. Zorientował się, że rozcięta warga i siny policzek to nie jedyne obrażenia, jakie odniosła.

– Ja chyba… – szepnęła, nie mogąc złapać oddechu.

– Oddychaj płytko. I nic nie mów.

Skurwiel złamał jej żebro! Jakub niejednokrotnie miał wątpliwą przyjemność łapania oddechu po ciosach zadawanych w różnych okolicznościach, więc orientował się, w czym rzecz. Powoli wprowadził Annę do swojego mieszkania i posadził na sofie w małym salonie. Nic nie mówiąc, wyciągnął skórzaną walizkę, a gdy ją otworzył, oczom dziewczyny ukazał się cały sanitarny arsenał, jaki mało kto posiadał w mieszkaniu, ot tak, na podorędziu. Chyba że był… chirurgiem wyjazdowym. A Jakub raczej nim nie był.

– Ja… przepraszam…

– Anno, zamknij się. – Jakub kucnął przed siedzącą na sofie dziewczyną. – Musisz się rozebrać. Delikatnie cię zbadam. Ale najpierw połknij to. – Podał jej dwie białe pastylki. Sięgnął po butelkę z wodą, stojącą na niskiej ławie.

– Co to?

– Środki przeciwbólowe. – Wymienił nazwę.

– Na receptę. Mocne. – Pokiwała głową i połknęła lekarstwo.

– Teraz ściągnę szlafrok i uniosę koszulkę. Dobrze? – Spojrzał jej w oczy. Widział w nich obawę, ale i zaufanie.

– Dobrze – odparła cicho.

Delikatnie zdjął z niej cienki szlafrok. Uniósł ją lekko i podwinął bawełnianą koszulkę z napisem „Good night”. Zbadał ją sprawnie, zakrywając górą materiału piersi. Jego dotyk był ciepły, pewny i pozbawiony dwuznaczności. Kilka razy prosił ją o wzięcie głębszego oddechu, poradziła sobie z tym. Także delikatnie zakaszlała, zabolało, ale nie aż tak bardzo. Gdy skończył, pomógł jej się ubrać, ułożył na wysokich poduszkach i nakrył kocem. Popatrzył jej w oczy.

 

– To tylko pęknięcie. Nie mam rentgena w oczach, ale tak mi się wydaje. Powinnaś jechać na pogotowie. Trzeba zrobić prześwietlenie.

Gdy kończył wypowiadać te słowa, zobaczył w jej oczach upór.

– Nie. Żadnych lekarzy.

– Anno, powinnaś zrobić obdukcję lekarską.

– Nie.

– Nie chcesz go ukarać?

– Chcę, oj, nawet nie wiesz, jak bardzo… – Uśmiechnęła się.

Pomyślał, że ta kobieta ma w sobie siłę, o której posiadanie nie posądzał jej nawet przez ułamek sekundy.

– Wiem, że to jest dla ciebie trudne, ale gdyby więcej kobiet…

– Co? Zgłaszało? Szykowało materiał dowodowy? A co potem? Co zrobię? Gdzie pójdę?

Jakub popatrzył na nią uważnie.

– Przecież pracujesz, masz zawód, poradzisz sobie.

Anna westchnęła. Potarła czoło.

– Inaczej to załatwię. On ma kolegów, ale ja też mam znajomych.

– I co chcesz zrobić? – Kuba usiadł w fotelu, objął się ramionami, białe rękawki opięły opalone ramiona. Dopiero teraz dostrzegła, że ten facet to zbitka mięśni i siły. Takiej prawdziwej, nie pozornej, wyklepanej na siłowni i po zażyciu suplementów dla koni.

– Jak zapłacisz, to jesteś w stanie załatwić wszystko. I wiesz co? Jestem w stanie wydać ostatni pieniądz, żeby na trochę się go pozbyć.

– Aha. Czyli chcesz wynająć kilku chłopaków z dzielni, żeby obili twarz twojemu mężowi?

– Tak. Niech poślą gnoja do szpitala!

– Okej. Rozumiem. – Jakub pokiwał głową. – A co potem?

– Kiedy?

– Gdy wyjdzie.

– Może sobie przemyśli.

– Posłuchaj. Najprawdopodobniej będzie tak, że jeśli się do kogoś z tym zwrócisz, twój małżonek dowie się szybciej, niż ty zdążysz powiedzieć: „Obijcie mu mordę”. A wówczas nie wiadomo, czy jakikolwiek szpital będzie w stanie ci pomóc. Zresztą nawet jeśli jakiś młody żołnierzyna się na to zgodzi i faktycznie w pięciu zasadzą się na twojego rosłego przecież małżonka, to on potem i tak się o tym dowie.

– Jezu, skąd ty wiesz, jak to działa? – Anna patrzyła na swojego wybawcę szeroko otwartymi oczami.

– Popytałem tu i tam. Wiem, czym zajmuje się twój mąż i jakie ma kontakty. To średni szczebel w hierarchii na mieście, ale ma wejścia i coś tam znaczy. Uważam, że powinnaś to załatwić zgodnie z prawem.

– Nie masz pojęcia, jak to jest… żyć w takim czymś. Z kimś takim…

Jakub poczuł ukłucie. Przełknął ślinę przez wysuszone gardło. Pragnął powiedzieć, że dokładnie wie, jak to jest i jak wygląda takie życie. A właściwie jeszcze gorsze życie. Którego nawet nie można nazwać życiem, a raczej wegetacją i trwaniem w wiecznym strachu i głęboko pielęgnowanej nienawiści. Oczywiście nie mógł tego powiedzieć, bo umiejętnie chował te wszystkie złe rzeczy z własnej przeszłości, które przecież go naznaczyły i dzięki którym w tej chwili był tym, kim był. Na chwile powrotu do tego, co było, pozwalał sobie podczas wielu bezsennych nocy, kiedy zastanawiał się nad tym, co robi, czym się zajmuje, kim jest dla siebie, dla innych. To były jego osobiste rozliczenia, porachunki z własnym sumieniem, które na co dzień tkwiło w nim głęboko, uśpione, jakby w stanie zawieszenia, odłożone na bok, na półkę z napisem „na później”. Bo działając, będąc na pełnych obrotach, nie potrzebował zastanawiać się nad sensem wszystkiego. Wówczas był maszynerią z doskonale naoliwionymi częściami, idealnie pasującymi i działającymi trwale oraz bez usterek. Każdy ruch niespokojnej myśli mógłby go zgubić. Ale gdy był sam… nocą. Wówczas wszystkie szufladki umysłu otwierały się i omamy przeszłości atakowały go ze zdwojoną siłą, pokazując, że tak naprawdę jest słaby, że wystarczy jedno spojrzenie wstecz, a on już leży pokonany i bez sił, przeklinając świat i to, czym się stał, jaki był.

– Może i nie wiem – odparł spokojnym tonem – ale nie pomożesz sobie, wchodząc głębiej w bagno, z którego chcesz się wydostać.

– W tej chwili nie wiem, czego chcę. Kiedyś chciałam, aby mnie zabił i poniósł za to karę. A teraz to ja mam ochotę strzelić mu między oczy.

– Masz z czego?

– Co?

– Pytam, czy masz z czego strzelić? Macie broń w domu?

– On ma. Nielegalną oczywiście.

– Zobacz, jak wiele rzeczy o nim wiesz. Przecież mogłabyś się go pozbyć bez wynajmowania kogokolwiek.

Anna uśmiechnęła się.

– Wiesz co? Najchętniej pozbyłabym się go tak raz na zawsze. Definitywnie. Przecież sam mówisz, że on ma różne kontakty, obraca się w podejrzanym towarzystwie. To mogłyby być jakieś porachunki, wendetta, cokolwiek. Szast-prast i problem z głowy.

– Chyba proszki zaczęły działać, bo mówisz od rzeczy.

– Być może. – Anna przymknęła oczy, zaczynała zasypiać. – Ale byłoby to dla mnie najlepsze rozwiązanie. Najlepsze.

– Jesteś zmęczona. Śpij.

– Jakub… – Jej powieki były coraz cięższe.

– Tak?

– Przepraszam, że cię wtedy pocałowałam. Nie jestem…

– Wiem. Śpij. – Pochylił się nad leżącą dziewczyną i delikatnie pocałował ją w czoło. – Śpij.

– Dziękuję…

Gdy zasnęła, Jakub przykrył ją jeszcze dodatkowym kocem i poszedł do swojej sypialni. Położył się w ubraniu na łóżku nakrytym kapą i przeleżał do piątej rano, myśląc o tym, co wydarzyło się w nocy i o tym, co powiedziała Anna. Gdy zaczynało świtać i śniło mu się to, co zwykle…

– Idź do matki po kasę! No już, spadaj stąd, gówniarzu! – Ojciec tupnął, jakby odganiał natarczywego psa sąsiadów, czepiającego się nogawek wszystkich przechodniów.

Kumple starego Króla, z którymi grał w pokera, siedząc przy oblepionym nie wiadomo czym stole, roześmieli się.

– Idź, młody, idź, może któraś z koleżanek mamy da ci coś więcej.

– A gdzie tam. To pizda jest! Tylko książki mu w głowie.

– Yntelygent znaczy? – Szczerbaty Jasiek z parteru parsknął, plując na karty, szklanki z tanim winem i brudny stół rozmoczonymi kawałkami chleba, które memłał w bezzębnych prawie ustach.

Jakubowi zrobiło się mdło na sam widok. Potrzebował kilku złotych na zrobienie paczki mikołajkowej, gdyż robili w klasie losowanie i wyciągnął Darię Klimas, najfajniejszą dziewczynę. Z tych oczywiście, z którymi rzadko, bo rzadko, ale rozmawiał. Był w pierwszej klasie liceum, uczył się dobrze, mimo że czasami przychodził głodny, a do niektórych przedmiotów nie miał podręczników. Trochę pomogła pani psycholog, opieka społeczna i udało się skompletować wszystkie niezbędne książki. Najgorsze były ciuchy. Na te kasy nie miał, chociaż pomagał staruszce z oficynki, chodził jej po zakupy, zawsze parę groszy mu oddawała. Ale to i tak zbyt mało. Niejeden raz był zaczepiany przez Cygana, który na dzielnicy handlował ziołem i usiłował wciągnąć w to wysokiego, szczupłego chłopaka w okularach. Myślał, że byłoby fajnie mieć takiego mądralę w swojej ekipie. Ale młody Król zawsze grzecznie odmawiał. Chłopcy Górskiego mieli ochotę spuścić mu zdrowy wpierdol, bo przecież szefowi się nie odmawia, ale ten lubił chłopaka i w sumie imponowała mu jego postawa.

– Dajcie spokój. Matka kurwa, ojciec hazardzista, a chłopak do liceum chodzi. W końcu sam zobaczy, że bez pracy u mnie nie ma kołaczy. I przyjdzie pierwszy. Zobaczycie.

Jakub wyszedł z mieszkania, na podwórku-studni bawiło się kilkoro dwunasto- i trzynastoletnich dzieciaków. Jeden z nich, syn szczerbatego Jaśka, sam też już bez stałej jedynki, zrobił posuwisty ruch ręką przy twarzy i krzyknął:

– Do mamci lecisz, Król?

Jakub wziął głęboki wdech, nie patrząc na rechoczących i wykrzykujących obleśne teksty gnojków, przeszedł do bramy wjazdowej i znalazł się na ulicy. Nieopodal znowu stał ten samochód. Czarny mercedes z przyciemnionymi szybami. Widział go już koło szkoły, gdy kilka dni wcześniej opuszczał budynek, potem natknął się na niego przy domu, a także koło klubu Trzynastka, gdzie pracowała matka. To nie przypadek. I nie był to ktoś od Górala, nie ta liga. To było coś większego. Podążył w kierunku Komuny Paryskiej i wszedł do bramy z czerwonymi drzwiami. Ochroniarz go znał, poklepał więc chłopaka po plecach i wpuścił do środka.

Gdy zamykały się drzwi, zerknął w stronę ulicy. Czarny merol stał z włączonym silnikiem. Czekał.

Odebrałem zamówienie. Arkadiusz Szwajka. Znałem to nazwisko, facet zarządzał dużą firmą komputerową, był z Wrocławia, miał żonę i córkę. Brał udział w przetargu na dostarczenie sprzętu państwowej firmie ubezpieczeniowej. Do konkursu stanęły dwie firmy, szło o wielką kasę, naprawdę kolosalną. Czy dlatego ktoś, czyli konkurencja, chciał go sprzątnąć? Wkurzały mnie takie pobudki. Zdrada, nienawiść, nawet spadek. Okej, to było w jakiś sposób usprawiedliwione. No dobrze, wiadomo, że mam nieco inne spojrzenie na ten temat, w sumie nie wiem, co to współczucie, empatia, ich ból w moim sercu, że tak poetycko się wyrażę. Ale czy naprawdę tak jest? W każdym razie nie podobało mi się to zlecenie. Ostatnio coraz bardziej zastanawiałem się nad sensem tego, co robię. Może czas przejść na emeryturę? Ech, wiedziałem, że to niemożliwe. Poza tym… wciągnąłem się. Lubiłem ten dreszczyk emocji. A w dodatku uznawałem swoją robotę za społecznie potrzebną i uzasadnioną. W przeważającej części. Jednak w przypadku tego faceta targały mną pewne wątpliwości. Obejrzałem zdjęcia, które mi dostarczono. Ładna rodzina, fajna żona, malutka córeczka. Poczułem ukłucie tam, gdzie nie powinienem nic czuć. Kiedyś… był pewien facet, który także… miał rodzinę. Otrząsnąłem się z tych rozpraszających myśli, które nie powinny mnie nawiedzać, bo sprawiały, że zaczynałem się zastanawiać, analizować, a z tego nie mogło wyjść nic dobrego. Ale jednak umówiłem kontakt, bo musiałem się z nim spotkać. Z nim. Który był dla mnie jak ojciec.

Niespodziewane to wezwanie.

Patrzył na mnie spokojnym wzrokiem. Jego niebieskie oczy były uważne i trochę rozbawione. Zawsze traktował mnie jak syna, czasami nieznośnego, wymagającego naprowadzenia, ale ukochanego syna, którego nigdy nie miał. Dobrze mi z tym było, naprawdę dobrze.

– Czy to zamówienie jest nieodwołalne? – spytałem cicho, pijąc espresso.

– A skąd takie pytanie? – Uniósł brew, nadal patrząc rozbawionym wzrokiem.

– Tak sobie pomyślałem, czy ma uzasadnienie…

– A czy to ważne?

– Może powinniśmy…

– Midas. – Jego wzrok był już poważny. A w tonie pojawiła się nuta, na dźwięk której większość ludzi kuliła się w sobie. Nie ja, ale większość osobników, których znałem.

– Grabarz – odparłem tym samym tonem.

Starszy mężczyzna uśmiechnął się. Potrafiłem go rozbroić jednym słowem.

– Jesteś porządnym facetem, wiem o tym. Tego cię nauczyłem. Ale nie wnikaj za bardzo w to, co robisz, pamiętaj, co ci mówiłem. To wszystko jest poza tobą, pobudki, emocje, instynkty. Robisz swoje i wracasz do własnego życia. Na chwilę pożyczasz siebie samego, wędrujesz do tego świata, który tak naprawdę nie jest twoim światem, wykonujesz zadanie i koniec. Wracasz i zapominasz. Jeśli wejdziesz w to głębiej i zaczniesz analizować, jesteś stracony. Pamiętasz o tym?

– Tak – mruknąłem i kiwnąłem głową.

– Więc powtarzaj to sobie jak mantrę: jestem tu tylko przejazdem.

– Powtarzam.

– I dobrze. A zlecenie nie ulega przedawnieniu.

– I dobrze. Zatem Arkadiuszowi Szwajce został tydzień na nacieszenie się piękną rodziną…

[1] Próbując zapomnieć (marnujesz mój czas)

Spadamy wprost przez

Zapomniane kłamstwa (mów więcej kłamstw)

Pozyskujemy naszą prawdę

Lacuna Coil, album „Karmacode”, 2006 r.

[2] Talmud Babiloński, Sanhedryn 4, 5.