Piętno Midasa

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Na Mazury przyjechałem po części przygotowany. Mój kumpel miał naprawdę szerokie kontakty, nie, inaczej, on po prostu miał nieograniczone możliwości. Część tak zwanego rozpoznania robiłem sam, ale często mi pomagał, załatwiając tym samym połowę zadania i znacznie skracając czas wykonania zlecenia. Oczywiście, nie robił tego z sympatii do mnie. Dostawał grzeczną prośbę o przyśpieszenie i wówczas zajmował się zbieraniem danych, abym mógł praktycznie w ciągu jednego dnia wszystko załatwić.

Dzisiaj wieczorem mój cel miał imprezę z okazji osiemnastych urodzin córki. Przygotował dla niej party w klubie. Wiedziałem, że rodzice planowali bawić się do około dwudziestej, potem młodzież miała zostać sama, a facet i jego żona chcieli wyjechać do domku nad jeziorem. Postanowiłem tam na nich, a właściwie na niego, zaczekać.

Tym razem musiałem działać w ukryciu. Wolałbym, aby pani hurtowniczka nie zobaczyła mojej twarzy, bo zlecenie miałem tylko na jedną osobę, a bardzo nie lubiłem wątków pobocznych. Liczyłem się też z tym, że koleś zdaje sobie sprawę z kłopotów, jakie na niego spadły w związku z sąsiadami zza wschodniej granicy. Dlatego domyślałem się, że przyjedzie z gorylem, o którym wiedziałem wszystko. Ale miałem także informację, że goryl sprawdzi, czy domek jest bezpieczny, i zostawi swojego pracodawcę. Potem będzie się tłumaczył, że ktoś do niego zadzwonił i kazał mu jechać skontrolować, co się dzieje w klubie. O tym też wiedziałem.

Faktycznie, przyjechali we trójkę. Ochroniarz sprawdził wszystko, tak jak miał przykazane, i gdy gruby facet oraz jego ładna żona weszli do środka, bezkarkowiec posiedział jeszcze chwilę w samochodzie i po jakichś piętnastu minutach cicho odjechał. Mimo braku szyi nie był takim idiotą, na jakiego wyglądał, i wiedział, że jak nie on, to inny, a głowę ma się jedną.

Założyłem kominiarkę i wszedłem do środka od strony kuchni. Oczywiście byłem tu wcześniej, rano, sprawdziłem rozkład pomieszczeń. Wprawdzie miałem plan domku, ale zawsze trzeba było się liczyć z przebudową, przemeblowaniem… Wolałem sprawdzić, niż potem natknąć się na zamurowane drzwi albo ścianę w miejscu, gdzie na planie widniało wejście do któregoś z pokoi.

Przeszedłem przez kuchnię, widziałem poświatę telewizora dochodzącą z salonu. Wyciągnąłem broń, przykręciłem tłumik. Zawsze nosiłem buty na gumowej podeszwie, żeby poruszać się bezszelestnie. Całe szczęście podłoga była wyłożona grubą wykładziną, więc nie obawiałem się skrzypiących desek i innych tego typu niespodzianek. Mój cel siedział na niskiej sofie, pstrykał pilotem i pił koniak. Jego żony nie było, po odgłosach dobiegających z łazienki domyśliłem się, że brała prysznic.

– Jan Kaliciak?

Mężczyzna drgnął przestraszony, z dłoni wyleciał mu kieliszek, a brunatny płyn wyciekł na jasną miękką wykładzinę.

– Co… – Broda mu się trzęsła, a na spodniach wykwitła ciemna plama.

– Jan Kaliciak? – powtórzyłem cierpliwie.

– Ttak… Ale, poczekaj, dogadajmy się, błagam… – Trząsł się jak galareta, upadł przede mną na kolana, wszystko w nim się trzęsło, drżało. Poczułem niesmak.

– Jestem Midas. Do widzenia.

Trzy strzały były cichsze niż odkorkowanie butelki szampana. Gdy wychodziłem, dostrzegłem, że w wejściu do salonu stoi żona hurtownika. Na ułamek sekundy nasze spojrzenia się skrzyżowały. Już w drodze do Wrocławia zastanawiałem się, czy dobrze odczytałem to, co ujrzałem w jej oczach. Ten świat był jednak strasznie porąbany… Tak, ona patrzyła na mnie… z wdzięcznością.

Karolina leżała w łóżku i spoglądała na śpiącego obok mężczyznę. Ciemne włosy lekko zakręcały mu się na końcach, co sprawiało, że twarz miała nieco młodzieńczy wygląd. W ogóle sprawiał wrażenie takiego wiecznego chłopca, przypominał jej trochę Hugh Granta, który w dodatku miał jeszcze spojrzenie zagubionego szczeniaczka. Rafał za to patrzył zawsze radośnie, nieco psotnie, i to chyba sprawiło, że tak łatwo uległa jego urokowi.

Ich romans trwał od półtora roku, sama nie wiedziała, jak dała się wmanewrować w coś takiego. Miał żonę, pięcioletnią córkę, widziała ich kiedyś, cholera, normalna rodzina. Żona, Iwona, była malarką, artystyczną duszą. Ubierała się z fantazją, miała długie rude włosy, nosiła szerokie, malowane ręcznie chusty. Tak bardzo różniła się od niej, Karoliny, która ceniła minimalizm. Jasne, krótkie włosy, szczupła i wysportowana sylwetka, długie nogi. Całkowite przeciwieństwo pani Czarnowskiej. Może dlatego Rafał zwrócił na nią uwagę?

Czasami, gdy zostawała sama, zastanawiała się nad tym, rozmyślała, analizowała. A może wcale nie kierował się niczym innym, tylko wygodą? Miał w końcu dwie kobiety. Które go kochały, zaspokajały, wielbiły. Mój Boże. Była taka głupia.

– Nie patrz tak na mnie, bo uduszę się we śnie! – Rafał rozciągnął swoje długie ciało i uśmiechnął się szeroko.

– Tak się zamyśliłam…

– A o czym?

– O nas.

Widziała, że się spiął. Na moment. Za chwilę znowu patrzył na nią spojrzeniem niegrzecznego chłopca.

– Widzę, że muszę zająć się tymi myślami. Za chwilę – pochylił się i zaczął ssać jej sutek – zaczniesz myśleć o czymś innym. Karola…

[1] Varius Manx, album „Elf”, 1995 r.

ROZDZIAŁ 3

Sepultura „Angel”

You are my devil

Come from way below

to bring me hate [1]

Jakub piłował deski w piwnicy Janiny i montował je na hakach, robiąc w ten sposób prowizoryczne półki. Stare deski zmurszały i groziły spadnięciem, a starsza pani miała pokaźny zapas dżemów, soków i innych przetworów własnego wyrobu. Dlatego obiecał jej, że gdy wróci z kolejnego wyjazdu, zajmie się tym. I teraz walczył z piłą w ręku przy akompaniamencie muzyki wydobywającej się z małego odtwarzacza mp3.

Muzyka była jego prawdziwą przyjaciółką. Towarzyszyła mu niemal zawsze, przynajmniej w chwilach, gdy czuł się swobodnie i bezpiecznie. Robiąc tak prozaiczne rzeczy, jak na przykład budowa piwnicznych półek, na chwilę zapominał o tym, co siedziało głęboko w nim, i niemal z zachwytem konstatował, że takie zwykłe życie to naprawdę coś wspaniałego.

Gdy zapamiętale szlifował przyszłą półkę pod specjały Janiny, usłyszał jakiś szmer. Ktoś szedł po schodach. Dojrzał tylko długie jasne włosy i już wiedział, kto właśnie znalazł się w piwnicy. Anka spojrzała na niego, kiwnęła głową w geście powitania i weszła w boczny korytarzyk, gdzie znajdowała się jej skrytka. Słyszał, jak mocuje się z zamkiem, mamrocze pod nosem, wreszcie dobiegło go jej głośne westchnienie. Zastanawiał się, czy zaproponować pomoc, bo ewidentnie miała problem z otwarciem kłódki, jednak już do niego podchodziła.

– Bardzo przepraszam, że zawracam panu głowę, ale nie mogę otworzyć drzwi.

– Proszę o klucz – powiedział krótko, wyciągając rękę.

Klucz był ciepły, nagrzany od jej ciała. Zacisnął na nim palce i po chwili drzwi stały otworem.

– Trzeba lekko podważyć. – Oddał jej pordzewiały klucz.

– No tak, to stara kłódka, jeszcze po poprzednich lokatorach. Ja… My niedawno się sprowadziliśmy. – Kobieta uśmiechała się, ale wyraźnie unikała kontaktu wzrokowego.

– Wiem.

Stał obok i patrzył na nią spod zmrużonych brwi.

– No tak. To… dziękuję raz jeszcze. – Ominęła go i wówczas w końcu podniosła wzrok, by spojrzeć mu w oczy. Przez chwilę patrzyli na siebie, dziewczyna zacisnęła dłoń na kluczu i miała wrażenie, że nie jest w stanie się ruszyć. Jakub miał zupełnie obojętny wyraz twarzy, ale to, co działo się w jego głowie… jakie obrazy podpowiadała mu wyobraźnia… O nie! Tego w życiu nie powie na głos, a gdy wróci do domu, będzie musiał uświadomić sobie, że już nigdy więcej nie może dopuścić do takiej sytuacji. Ale gdy Anna go w końcu minęła… sam nie wiedział, dlaczego odwrócił się do niej i powiedział te słowa:

– Gdy będziesz potrzebowała pomocy, jestem tuż obok.

Dziewczyna kiwnęła głową i uśmiechnęła się, a jej oczy roziskrzyły się radością. To… było zupełnie nieoczekiwane. Wówczas zdał sobie sprawę, że jest piękna. Naprawdę piękna. Śliczna. Delikatna. Zacisnął zęby i wrócił do swojej pracy przy piłowaniu desek. Nie widział, gdy wyszła z piwnicy, teraz nie widział już nic. Tylko jej uśmiech. Pełen wdzięczności. I niemej prośby. Tylko to widział. I w zapamiętaniu szlifował deski, aż były gładkie jak marmur. Bo teraz zrobiłby wszystko, aby nigdy nie zobaczyć tego błagającego spojrzenia. Proszącego. O pomoc.

Wieczorem poszedł do sąsiadki z parteru na kolację. Starsza pani chciała się jakoś odwdzięczyć za naprawienie półek. Poza tym lubił wieczory spędzane wspólnie z Janiną, która, oprócz tego, że świetnie gotowała, była naprawdę wdzięcznym kompanem do niezobowiązujących i odprężających rozmów.

Gdy zjedli wspólnie posiłek, Jakub opowiedział swojej przyjaciółce o planowanej wycieczce do zamku Czocha, który już kilka razy był bohaterem jego fotograficznych reportaży, ale miejsce to miało w sobie coś magicznego, co sprawiało, że chętnie wracał tam o różnych porach roku.

Przed dwudziestą drugą pożegnał się ze starszą panią i wyszedł na korytarz. Tam usłyszał dźwięk otwieranej bramy i ujrzał wchodzących sąsiadów z naprzeciwka. Gruby wielkolud szedł pierwszy, za nim podążała Anka. Jakub przepuścił ich w wąskim przejściu, prowadzącym do schodów. Gdy kobieta go mijała, rzuciła mu krótkie spojrzenie i lekki uśmiech. Wbrew sobie także się uśmiechnął i ruszył za nimi na pierwsze piętro. Słyszał głośne sapanie mężczyzny i zastanawiał się, jak facet mógł się tak zapuścić. Myślał też o tym, że pomimo iż był o głowę niższy od tego buldożera, powaliłby go pewnie w dwie minuty. Albo i w minutę. Nie wiedzieć czemu, zrobiło mu się wesoło.

 

– Hm, pan tu mieszka? – Nagle doszedł go basowy głos sąsiada z naprzeciwka, który chyba dopiero teraz go dojrzał.

– Tak – odparł krótko Jakub, otwierając drzwi.

– Szymański jestem. Mariusz Szymański. Widziałem, że jeździ pan tym czarnym volviakiem. Mam hurtownię opon, felg, jakby coś było potrzeba, załatwię dla sąsiada w dobrej cenie! – Grubas zarechotał, podając Jakubowi rękę.

Ten uścisnął ją mocno i skinął głową.

– Dzięki. Będę pamiętał.

– A to moja żona, Anka. – Kiwnął głową w kierunku stojącej obok blondynki.

Ona także podała dłoń Kubie.

– Miło mi. – Uśmiechnęła się.

– Mnie także. Jakub Rojalski. – Jej dłoń była chłodna, cała zginęła w jego ręce.

– Jakby sąsiad miał ochotę na wspólne piwko, to tego… wystarczy zapukać. Anka robi dobre żeberka, możemy zrobić, ten tego… wieczór integracyjny.

Nagle Kubie przeszła przez głowę pewna myśl. Zanim zdążył się zastanowić, odparł:

– Super. Proszę tylko powiedzieć kiedy, lubię żeberka i piwo.

Kolejne kłamstwo. Ale cóż. Jego życie to przecież ciągłe kłamstwa.

– No to git. Może w sobotę? Co, Anka? – spojrzał na żonę, która patrzyła na ciemnowłosego sąsiada z mieszaniną radości i strachu.

– Oczywiście, zapraszamy! – Pokiwała głową, nieco zbyt energicznie.

– To do soboty. Dziękuję. – Kuba także kiwnął głową i wszedł do siebie.

Anka siedziała w kuchni i gotowała obiad na jutro. Wzięła drugą zmianę za koleżankę, więc miała spędzić w aptece cały dzień, a Mariusz musiał mieć ciepły posiłek. Tak więc włożyła pieczeń w rękawie do piekarnika i czytała książkę. Jej mąż, wypiwszy cztery drinki, zasnął przed telewizorem. Chrapał głośno, a ona zachowywała się cicho, aby go nie budzić. Czasami potrafił spać tak do rana, wówczas miała łóżko dla siebie i jednocześnie pewność, że nie będzie niczego od niej chciał. Zresztą ostatnio coraz rzadziej uprawiał z nią seks. Wiedziała, że zaspokaja się gdzie indziej i śmiać jej się chciało. Dostawała napadów nieopanowanej wesołości, myśląc, że mąż zapewne ją zdradza, a ona się z tego cieszy. To było chore. Tak jak całe jej małżeństwo. Wiedziała, że musi wytrzymać, nie miała w tej chwili innej opcji. Nie widziała wyjścia z patowej sytuacji, nie mogła znaleźć rozwiązania innego niż to, aby po prostu… wytrzymać.

I do tej pory godziła się jakoś ze swoim losem, zaciskała zęby i parła do przodu. Dopóki… dopóki nie spotkała jego. Było coś dziwnego w tym mężczyźnie. Jakub. Imię też miał ładne. O nim nie można było powiedzieć, że jest ładny. Raczej odznaczał się nieco szorstką urodą. Miał około metra osiemdziesięciu wzrostu, był raczej szczupły, ale gdy robił te półki w piwnicy, zauważyła, że jest zbudowany praktycznie z samych mięśni. Jednak nie tak jak koledzy jej męża, którzy mieli nawet problem z trzymaniem komórki przy uchu, bo napuchnięte bicepsy skutecznie im to uniemożliwiały. Jakub był po prostu bardzo… sprężysty. Tak, smukły i silny. Włosy miał ciemne, niemal czarne, oprawę oczu także, dostrzegała również ciemny ślad zarostu na policzkach. Pewnie gdy nie golił się przed dwa dni, wówczas od razu jego twarz pokrywała się ciemną szczeciną. Skórę miał śniadą, usta zapewne ładnie wyglądały, gdy ich właściciel się śmiał. Lecz tego jeszcze nie miała okazji doświadczyć. To znaczy takiego szczerego, głośnego śmiechu. A bardzo chciała. I teraz czuła ogromny zamęt i niepewność. Bo to nieoczekiwane zaproszenie ze strony Mariusza… Jej mąż był taki prosty, nieskomplikowany. Pewnie nawet przez myśl mu nie przeszło, że zaprasza najbliższego sąsiada, który pewnie niejeden raz słyszał awantury, jakie odbywały się w ich mieszkaniu. Mariusz lubił się bawić, miał mnóstwo kumpli, pewnie sądził, że w dobrym tonie jest zaprzyjaźnić się z sąsiadem z piętra. A poza tym można przy tym ubić jakiś interes.

Zastanawiała się, czy Jakub z kimś mieszka. Nigdy nie widziała nikogo u jego boku, oprócz tej starszej kobiety z parteru. Może to jego matka? Kiedyś widziała, jak przyjechali jego czarnym volvo, jak Jakub otwierał przed nią drzwi, niósł zakupy. Wtedy, w aptece, recepty także były na Janinę Krasicką. A on nazywa się Rojalski. Więc nie syn. Pokręciła głową. Co za myśli przychodziły jej do głowy, może jeszcze zacznie go szpiegować? Wiedziała jedno. Bała się tej soboty cholernie. A jednocześnie… nie mogła się doczekać jej nadejścia.

Zespół Karoliny nadal pracował nad sprawą zabójstwa Milewicza. Ale już wiedzieli, że to nie będzie takie proste. Nie mieli praktycznie nic. Zero świadków, zero śladów. Motyw? Szukali powiązań z bratem zabitego, ale nie było to zbyt łatwe ze względu na wysoką funkcję państwową tego człowieka. A z drugiej strony ciągle czuli na plecach oddech prasy, ministra i komendanta. To sprawiło, że wszyscy chodzili podminowani i zdenerwowani. Bo nic tak nie przytłaczało, jak kręcenie się w kółko i niemożność znalezienia jakiegokolwiek punktu zaczepienia.

– To ewidentnie wygląda na robotę Midasa… – Andrzej pochylił się nad aktami sprawy.

– Kurczę, ten gość jest jak duch. Odkąd namierzyliśmy jego sposób działania, ile to już? Osiem lat? – Rafał spojrzał na brata, a ten kiwnął głową. – No, to cholera… największy chojrak i specjalista powinien popełnić jakiś błąd. A tu… nic. Czysta kartka. Cholerny Copperfield.

– Pamiętasz wtedy? Z Warszawy przyszedł ślad, że ktoś może wiedzieć, jak facet naprawdę się nazywa.

– Jasne. Szkoda, że ten ktoś nie dożył następnego dnia. – Rafał pokręcił głową.

– Gość jest kryty. Przez kogoś potężnego. To pewne.

– To pewne…

– Chłopaki, kolejne zabójstwo. To przyszło dzisiaj rano z wojewódzkiej z Olsztyna! – Karolina weszła jak burza do pokoju i rzuciła na biurko dokumenty. – Zamordowany to właściciel kilku hurtowni mięsnych i innych firm, miejscowy milioner i jedyny pracodawca w okolicy. Zastrzelono go w jego domku nad jeziorem.

– Niech zgadnę, dwa w głowę, jeden w serce? – Andrzej mruknął, spoglądając na papiery.

– Dokładnie. Jedziemy tam. Żona widziała sprawcę.

– Co? O kurwa! Jedziemy! – Rafał poderwał się jak oparzony.

– Jadę z Andrzejem, ty zostajesz i piłujesz temat Milewicza. – Karolina usadziła go jednym gestem.

– Ale…

– Nie dyskutuj. Andrzej, pojedziemy na noc, rano będziemy w Olsztynie – zwróciła się do drugiego z mężczyzn.

– Jasne, szefowo. Będę po ciebie koło siódmej.

Karolina wyszła, nie patrząc na Rafała, który z ponurą miną nie spuszczał z niej wzroku. Potem przeniósł spojrzenie na brata.

– No co?

– Nic. Ale wiesz… to twoje życie i szkoda by było, żebyś je do końca spieprzył – odparł spokojnie Andrzej.

– Właśnie! To moje życie. Nie zapominaj o tym! – Rafał zerwał się z krzesła i wybiegł, trzaskając drzwiami.

Jakub zdawał się nie zauważać kalendarza. Wolał nie patrzeć na mijające dni i nie liczyć w myślach czasu, jaki pozostał do wizyty w mieszkaniu naprzeciwko. Ciężko mu było przyznać się przed sobą samym, że chyba nie była to do końca przemyślana decyzja. Z drugiej strony nie lubił się oszukiwać i w związku z tym uświadomił sobie, że cholernie mu zależy na tym spotkaniu. Chciał zobaczyć Annę, pragnął dać jej jakiś znak, sygnał, że dziewczyna może na niego liczyć. To było ryzykowne, niebezpieczne, ale pierwszy raz od lat czuł coś takiego i dlatego nie był w stanie z tego zrezygnować.

Przyniósł Janinie zakupy i usiadł w kuchni na krześle, prosząc o kawę. Kobieta krzątała się przy kuchence, a Jakub westchnął i powiedział:

– Idę do tych z naprzeciwka na kolację. Jutro.

Starsza pani popatrzyła na niego uważnie.

– Do tego niesympatycznego faceta i jego przygaszonej żony?

Jakub uśmiechnął się.

– Jesteś niezwykłą kobietą, Janino. I bardzo spostrzegawczą.

– Nie ma w tym nic niezwykłego. Trochę już przeżyłam, jestem wyczulona na innych. I tyle.

– To dar.

– Być może. Ty też masz taki dar.

– Mam. – Jakub pił, parząc usta. Uwielbiał gorącą kawę.

– Jesteś pewien, że chcesz się z nimi zaprzyjaźnić? Słyszałam… to i owo.

– Właśnie dlatego chcę.

Janina usiadła na drugim krześle i zaczęła bawić się frędzelkami serwetki.

– Wolałabym, abyś nie ściągał na siebie kłopotów. Ten grubas… to chodzące problemy.

– Nie martw się. Poradzę sobie. Pyszna kawa. – Jakub uśmiechnął się.

– Wiesz… jesteś jakiś inny.

– Jak to?

– Po prostu… inny. Bardziej otwarty.

Gdy wrócił do swojego mieszkania, długo zastanawiał się nad tym, co powiedziała jego przyjaciółka. Czy to możliwe, że… spotkanie jej, Anny, coś w nim ruszyło? I już sam nie wiedział, czy ma się z tego cieszyć, czy spakować torbę, wrzucić do auta i wyjechać stąd na długi, długi czas. Zamknął oczy i przez chwilę znowu znalazł się daleko stąd. W przeszłości, do której nigdy nie chciał wrócić, a w której ciągle żył.

Mężczyzna siedzi w ciemnym samochodzie. Mija niemal cała noc, odkąd zaparkował w pobliżu wejścia do obdrapanej bramy, w której znajduje się popularny i tani burdel. Okna, zakryte czerwonymi płachtami, uniemożliwiają dojrzenie, co dzieje się wewnątrz. Ale i tak wszyscy to wiedzą. Okoliczni mieszkańcy przyspieszają kroku, mijając bramę pod „trzynastką”. Mężczyźni, niezdrowo zaczerwienieni, zerkają spod nisko opuszczonych głów, niby zbulwersowani, ale tak naprawdę podnieceni obrazami, które malują się w ich głowach. Kobiety, dźwigające ciężkie siaty z zakupami, oburzone, obruszone, ale także niezdrowo ciekawe, pragnące czegoś więcej w swoim smutnym i prostym życiu. I dzieciaki, zafascynowane, czasami rzucające kamieniami w drzwi, dopóki nie wybiegnie z nich wielki jak góra ochroniarz i nie wyzwie ich od małych skurwysynów. Mężczyzna widział to wszystko wielokrotnie. W końcu tu się urodził. I w bramie pod „trzynastką” pracowała jego matka. Teraz… już dawno zamieniła się w niepozorną kupkę popiołu, a on wiedział, że zaraz zrobi coś, co powinien zrobić dawno temu. Rozpierdoli tę budę w drobny mak. Zostanie tylko pył. Popiół. Tak jak z jego matki. I… z nich.

Anka szykowała poczęstunek dla sąsiada z naprzeciwka. Mariusz już od popołudnia wprawiał się w dobry humor, pił chyba czwartego drinka i dziewczyna zastanawiała się, jak dotrwa do wieczora, kiedy miał przyjść Jakub. A właściwie to chciała, żeby szanowny małżonek zasnął, jak zwykle, w fotelu, a ona mogłaby chociaż przez chwilę pobyć sam na sam z normalnym mężczyzną. Który nie będzie z niej szydził, poniżał, który nie będzie zaciskał grubych paluchów na jej przedramionach, zostawiając sine ślady.

Żeberka były prawie gotowe, sałatka też, naszykowała jeszcze chipsy, paluszki, włożyła piwo do lodówki. Równo o dziewiętnastej usłyszała lekkie pukanie do drzwi. Poderwała się, ale Mariusz, o dziwo, był pierwszy.

– Otworzę – burknął i poszedł chwiejnym krokiem do przedpokoju.

– Dobry wieczór. – Jakub podał rękę zataczającemu się wielkoludowi.

– Cześć, sąsiad. Właź, żarełko czeka. – Mariusz potrząsnął ramieniem wchodzącego, specjalnie ściskając mocno jego dłoń. Nie zrobiło to na Jakubie większego wrażenia, a tylko utwierdziło, że ten człowiek należy do tych, do których przemawia tylko jeden argument. Siła. Znał takich. Wielokrotnie miał z nimi do czynienia. I wiele razy przemawiał ich językiem. Z powodzeniem.

– To dla ciebie. – Podał Annie butelkę czerwonego wina.

– Dziękuję. – Kobieta uśmiechnęła się i wycofała do kuchni.

– Anka też piwo żłopie. Jak smok – zarechotał grubas, prowadząc gościa do salonu. Mieszkanie było urządzone ze smakiem. Jakub dostrzegł w tym rękę zapewne Anny, nie podejrzewał gospodarza o jakikolwiek gust w tej dziedzinie. A chyba i w żadnej innej.

– Niezły telewizor! – Kuba skomentował wielką plazmę wiszącą na ścianie. Wiedział, że dla takich ludzi dobra materialne są wszystkim, są wyznacznikiem ich pozycji, pokazem siły i władzy.

– Od kumpla za dług dostałem. Się wie, jak kręcić to i owo. – Mariusz uśmiechnął się szeroko, odsłaniając brak lewej czwórki. Jakub zastanawiał się przez moment, jak sąsiad wyglądałby bez jedynek, a nawet dwójek i trójek. Ten obraz wprawił go w lekkie rozbawienie. Uśmiechnął się, co siedzący w fotelu gospodarz wziął za dobrą monetę.

 

– No nie? Dobra, sąsiad, pijemy?

– Pijemy.

– Ankaaaaa – ryknął grubas, nie ruszając się z miejsca.

Blondynka weszła do pokoju, wnosząc półmisek z parującymi żeberkami.

– Jedzenie gotowe – powiedziała, patrząc na gościa.

– Pachnie smakowicie – odparł Jakub, zabierając od niej naczynie.

– Piwo dawaj! – Mariusz od razu złapał za tłuste żeberko i zaczął je jeść.

– Pomóc ci w czymś? – Kuba patrzył uważnie na drobną kobietę.

– Nie, częstuj się. Ja też zaraz z wami siadam.

Przez chwilę jedli, rozmawiając o tym, jak się mieszka w nowym domu, Mariusz przytoczył kilka historii związanych z różnymi „zadymami” z jego kumplami, głośno przy tym rechocząc i oblizując tłuste od mięsiwa palce. Jakub pił piwo i obserwował sąsiada, raz po raz rzucając jakąś uwagę lub kwitując opowieść Mariusza słowem aprobaty. Butelek ubywało, Anka donosiła nowe, aż w końcu jej mąż zmęczony trudami dnia zasnął w fotelu, chrapiąc głośno i efektownie.

– Przepraszam cię. – Anka rozłożyła ręce.

– Nie masz za co. Chodź, pomogę ci posprzątać. – Kuba wstał i zaczął zbierać brudne talerze.

W kuchni pozmywali razem, zgodnie wycierając naczynia i układając je w szafce.

– Dziękuję. Rzadko kiedy ktoś mi pomaga. – Anka nie patrzyła na niego.

– Wiem.

Dziewczyna drgnęła i spojrzała na stojącego obok mężczyznę. Było w jego wzroku coś dziwnego. Coś jakby żal połączony ze złością. Pomyślała, że nie do końca ten człowiek jest takim łagodnym „lamusem”, jak określał go jej głupi mąż. Wiedziała od razu, że w tym mężczyźnie jest coś… niepokojącego. I pociągającego zarazem. Potrząsnęła głową, mając nadzieję, że to, o czym myślała, nie znalazło odzwierciedlenia w jej twarzy.

– Chciałbym ci jakoś pomóc… – Jakub patrzył na nią uważnie. Sprawiał wrażenie, jakby dobrze wiedział, o czym przed chwilą myślała.

– Ale w czym? – Uśmiechnęła się i odwróciła wzrok.

– Dobrze wiesz. – Jego spojrzenie było twarde i bezkompromisowe.

– Słyszałeś… – szepnęła i nagle poczuła, że opuściła ją cała odwaga. Chciała, żeby sobie poszedł, żeby nie patrzył takim świdrującym wzrokiem, a ona wówczas mogłaby się zawinąć w koc, wtulić twarz w poduszkę i płakać nad sobą i swoim życiem. Nie chciała pomocy. Nie mogła chcieć.

– Tak – odparł krótko, patrząc na nią z góry i obejmując się ramionami. Nie dostrzegła, że miał zaciśnięte pięści. Musiał powstrzymywać się całą siłą woli, aby jej nie przytulić, aby nią nie potrząsnąć i nie błagać, by się obudziła, by dała sobie pomóc, by przestała… Ale co? Co potem?

– Przepraszam, nie moja sprawa – powiedział cicho i już na nią nie patrzył.

Anna wzięła głęboki wdech.

– Wiem, że to wygląda… tak jak wygląda. Kolejna żona, która myśli, że jej mąż się zmieni. Wiesz, jak to mówią: „dobry jest, bije tylko raz w tygodniu”. – Pokręciła głową.

Jakub stał nieruchomo i nie spuszczał z niej wzroku.

– Nie wiem, jak to jest – skłamał.

– Nie jestem taka. Muszę… – westchnęła i objęła się ramionami – muszę jeszcze trochę wytrzymać.

– Jesteś od niego w jakiś sposób zależna? – Zmarszczył brwi.

– W pewnym sensie. – Nie okazała zdziwienia jego przenikliwością.

– Ma coś na ciebie?

Uniosła głowę i spojrzała w jego oczy. Nie odwróciła wzroku. Stali przez chwilę i wpatrywali się w siebie.

– Ma.

Jakub westchnął i złapał ją za ramiona. Przyciągnął do siebie, a ona wtuliła się w niego i przez chwilę poczuła się naprawdę szczęśliwa. Tak po prostu. Nie było w tym pożądania, chociaż wiedziała, że ten mężczyzna bardzo na nią działa. Teraz chciała tylko przez chwilę poczuć spokój. I on to właśnie jej dawał.

– Długo jeszcze?

– Jeszcze sześć lat. Chyba że… że go wypuszczą – powiedziała cicho, z twarzą ukrytą w jego koszuli.

– Kogo?

– Mojego brata.

W urywanych zdaniach opowiedziała o sobie, o małżeństwie, o rodzinie. Jakub nic nie mówił, tylko słuchał. Gdy przedstawiała swoją rodzinę, poczuł się, jakby ktoś uderzył go pięścią w brzuch. Wszystko było takie… podobne. Z tym że on nie miał rodzeństwa, dlatego też ojciec mógł wyżywać się tylko na nim. Do czasu…

– Anno – odsunął się i spojrzał w jej smutne oczy – rozumiem. Wszystko rozumiem. Ale jestem tuż obok. I pamiętaj, że zawsze ci pomogę.

– Możesz mieć kłopoty – odparła niewyraźnie.

O tak, wiedział o tym doskonale. Ale nie mógł tej dziewczyny zostawić bez zapewnienia, że w każdej chwili może się do niego zwrócić o pomoc. A powinien odpuścić. O tym też wiedział. Jednak nie mógł.

– Pewnie tak. Ale z różnymi kłopotami już sobie radziłem. Daj mi numer swojej komórki. – Wyjął z kieszeni telefon. Anka podała mu numer, on wpisał go do telefonu i puścił jej sygnał.

– Gdyby coś się działo, dzwoń lub pisz.

– Dobrze.

– Obiecujesz? – spytał ciepło, dotykając palcami jej policzka.

– Obiecuję.

Coś dziwnego działo się z jego sercem. Drgnęło, jakby przypomniało sobie, co to znaczy bić w rytmie uczuć, ale nie tych złych, tylko dobrych, normalnych, ludzkich. Myślał, że już nigdy tego nie odzyska, ale teraz… Znowu to czuł. I sam nie wiedział, czy się tego boi, czy jednak go to cieszy. Anna niespodziewanie przysunęła się bliżej i musnęła wargami jego usta. Jej wargi były ciepłe i wilgotne i tak bardzo… tak bardzo pragnął zatopić się w nich głębiej, poczuć ją, jej ciało, jej skórę. Nie mógł. Pragnął, ale nie mógł.

– Pójdę już. – Uśmiechnął się. Jej oczy były smutne.

– Przepraszam.

– Nie przepraszaj. To było bardzo… miłe. Nie, to było… cudowne. Ale muszę iść. – Pogłaskał ją po policzku.

– Wiem. Rozumiem. – Pokiwała głową.

– Obawiam się, że nie. Ale nie w tym rzecz. Pamiętaj, co mi obiecałaś. Pracuję w domu, jestem zawsze tuż obok.

– Dobrze.

– Popatrz na mnie.

Anna uniosła głowę i spojrzała w jego brązowe oczy.

– Zawsze ci pomogę. Pamiętaj o tym.

– Będę.

Gdy zamknęły się za nim drzwi, Ania oparła się o nie plecami i osunęła na dół. Była pewna, że w jej życiu właśnie coś się zmienia, nie wiedziała tylko, czy na lepsze, czy na gorsze.

Kolejne zlecenie związane było z głośną sprawą o malwersacje finansowe w jednej ze znanych firm finansowych. Zresztą nie interesowałem się tym tak bardzo, ważniejsze dla mnie były informacje, które pozwoliłyby mi na jak najlepsze usytuowanie się i wykonanie zadania. Cel nazywał się Ignacy Celownik, nader adekwatnie. Doprawdy, los czasem płatał szczeniackie figle. Celownik mieszkał w Poznaniu, ale dostałem potwierdzoną wiadomość w zaszyfrowanym e-mailu (który najpierw okrążył pół świata, zanim trafił do mnie), że będzie jechał do Wrocławia i na pewno zatrzyma się w Rawiczu, bo tam mieszka jego matka. Nie chciałem tego robić na oczach staruszki, ale to była jedyna okazja, aby ustrzelić go na w miarę neutralnym terenie. Wiedziałem, że będzie sam, we Wrocławiu miał kobietę, do której jeździł w nieregularnych odstępach czasu. Nie miałem świadomości, jaki układ był pomiędzy nimi, ale przecież wcale mnie to nie interesowało. W ogóle starałem się nie przyswajać zbytnio informacji niezmieniających ogólnego oglądu sytuacji. Matka, żona, dziecko. Cóż. Jeśli nie miało znaczącego wpływu na planowany przebieg wypadków, na ściśle rozrysowany plan, na szczegóły, które składały się na większą całość i były niezwykle ważne… nie przyjmowałem tego do wiadomości, nie skupiałem się na tym, usuwając te dane do głębokich szufladek umysłu. Nie likwidowałem ich całkowicie, ale trzymałem w bezpiecznym oddaleniu, aby nie zaburzyły mojego osądu i nie uniemożliwiły sprawnego wykonania zadania. Wszelkie drgania serca były raczej niepożądane. Zresztą… od lat nie miałem z tym problemu.

Teraz stałem nieopodal willi z lat siedemdziesiątych, którą zamieszkiwała starsza pani Celownik. W sumie mogłem załatwić sprawę już wcześniej, ale uznałem, że należy się im to ostatnie spotkanie. Coś jak ta ostatnia niedziela, o której śpiewał Fogg. Czasami byłem porąbanym romantykiem, innym razem wyłączałem resztki człowieczeństwa, które gdzieś tam czasami dawały o sobie znać. Nie lubiłem tego uczucia, przeszkadzało mi i sprawiało, że zaczynały się we mnie budzić te… cholerne… wątpliwości. A przecież, jeśli ma się jasno wytyczony cel, jeśli idzie się twardo do przodu, to nie można wątpić w końcowy efekt i w raz podjęte decyzje. Dlatego… czasami bardzo się na siebie wkurzałem, bo to było zbędne i niebezpieczne. Na szczęście zdarzało mi się to niezwykle rzadko. Dzisiaj miałem jeden z tych lepszych, a może groźniejszych dni, dlatego cierpliwie czekałem, aż Ignacy pożegna się ze swoją matką i wyjdzie na spotkanie przeznaczenia. Czyli mnie.