Mazurskie LatoTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

W końcu się roześmiałam. Tak szczerze i beztrosko. Gdzieś w środku poczułam ukłucie wyrzutów sumienia, ale nie miałam już okazji zrejterować, gdyż Krzysiek złapał mnie za rękę i pociągnął w stronę tańczącego tłumu. Tam złapał mnie w pasie, ujął moją prawą dłoń i zaczęliśmy spokojnie krążyć w rytm bluesowego kawałka, który grał nowy zespół. Tańczyliśmy, trochę rozmawialiśmy, śmiałam się z dowcipów Krzyśka i zanim się zorientowałam, było grubo po północy. Widziałam Zuzę pląsającą po parkiecie, zauważyłam także Filipa stojącego przy barze, a Arkadiusz siedział przy stoliku i patrzył na tańczących ludzi. Przed nim stał kufel z piwem.

– Idziemy do Arka. – Krzysiek zauważył mój wzrok, pociągnął mnie w kierunku samotnie siedzącego bibliotekarza. – Stary, jeszcze jedno piwo? – spytał mężczyznę, a ten z ochotą przystał na propozycję.

– Super graliście – powiedział, kiedy Krzysiek zamówił u kelnerki jeszcze po piwie, a dla mnie kolejnego drinka.

– Ty dalej ze swoją ulubioną książką? – Spojrzałam na Arka, który trzymał w ręku Mistrza i Małgorzatę.

Mężczyzna pogładził wytartą okładkę i uśmiechnął się.

– To ulubiona powieść mojej żony. Kupiłem jej tę książkę trzydzieści lat temu, gdy poznaliśmy się w ostatniej klasie podstawówki. Poszedłem do małego antykwariatu w Warszawie i tam dostałem ten wysłużony egzemplarz, wyczytany, a przez to jeszcze bardziej cenny. Moja Ania znała tekst niemal na pamięć. – Uśmiechnął się smutno. Spojrzałam na Krzyśka, który poważnie spoglądał na naszego towarzysza.

– Gdzie jest teraz twoja żona? – spytał spokojnie, pochylając się ku bibliotekarzowi.

– Odeszła – odpowiedział i westchnął. W jego głosie było tyle smutku, bólu, że poczułam go niemal fizycznie. Jakże znajomo brzmiał jego głos, jakże bliskie mi było jego spojrzenie. Dokładnie tak samo czułam się przez ostatnie miesiące.

– Przykro mi – powiedziałam cicho i lekko dotknęłam dłoni Arkadiusza. On drgnął i spojrzał na mnie oczami pełnymi bezkresnego żalu.

– Byliśmy razem dwadzieścia lat. A nagle ona poznała innego mężczyznę, młodszego. Zostawiła mnie. W zeszłym tygodniu podpisałem papiery rozwodowe. I przyjechałem tutaj. Muszę sobie wszystko poukładać.

Byłam nieco zaskoczona, bo Arek tak wypowiadał się o żonie, że myślałam, iż ona… A tymczasem prawda była całkiem inna.

Kelnerka postawiła przed nami alkohol, przerywając tym samym nasz smutny dialog, nowy zespół zaczął grać, zrobiło się głośno i wesoło.

– Dawaj, Arek. Napijmy się. – Krzysiek stuknął w kufel z piwem i uśmiechnął się. Arkadiusz odłożył książkę i też sięgnął po trunek.

– A teraz chyba musimy zatańczyć. – Spojrzałam na Arka.

– Nie, nie… – wzbraniał się.

– Dawaj, nie ma co się smucić. W końcu jesteśmy na Mazurach, w Mikołajkach! To przecież imprezownia! – Krzysiek śmiał się.

Przewróciłam oczami, ale także się roześmiałam. Wyciągnęłam dłoń w kierunku Arka.

– No zapraszam.

– Nie dasz się chyba prosić pięknej kobiecie? – Stojący za mną Krzysiek huknął nam nad uszami.

– Okej. Dawno tego nie robiłem.

– Dawaj. Tego się nie zapomina!

Tańczyliśmy w trójkę, wygłupialiśmy się, potem Arek zaczął tańczyć ze mną w parze. Okazał się utalentowanym tancerzem, prowadził pewnie i z wprawą, wirowaliśmy na parkiecie jak w jakimś Tańcu z gwiazdami.

– No, jesteś całkiem niezły. Jak Fred Astaire! – zaśmiałam się.

– A ty jak Ginger Rogers!

Tańczyliśmy i rozmawialiśmy w sumie do trzeciej nad ranem, kiedy to już w barze zostały same niedobitki. Miałam trochę w czubie, ale na tyle, aby wciąż mieć kontrolę. Arek też był wstawiony, natomiast Krzysiek sprawiał wrażenie, jakby w ogóle nic nie pił.

Kiedy poszliśmy na górę, najpierw pożegnał się z nami Arek, który całkiem wyluzował i wyglądał na nieźle rozbawionego.

– Dzięki, młodzi, że mnie wyciągnęliście! Nie ma się co mazać.

– Dokładnie tak, stary. – Krzysiek przybił piątkę Arkowi, a ja podeszłam i pocałowałam go w policzek.

– Do zobaczenia na śniadaniu – uśmiechnęłam się.

– Jak wstanę! – Arek roześmiał się tubalnie.

Gdy zniknął u siebie, weszliśmy na kolejne piętro, gdzie znajdowały się nasze pokoje. Spojrzałam na Krzyśka. Wpatrywał się we mnie i widziałam błysk w jego niebieskich oczach. Poczułam jakieś dziwne drżenie, gdzieś na wysokości żołądka. Niespodziewane oczekiwanie połączyło się ze strachem i nagłym napływem wyrzutów sumienia. Odsunęłam się na bezpieczną odległość.

– No cóż, wieczór przybrał wygląd misji ratunkowej. – Krzysiek mrugnął do mnie.

– No tak, najpierw ty ratowałeś mnie przed pójściem zbyt szybko spać, a potem oboje powstrzymywaliśmy Arka przed pogrążeniem się w głupich wspomnieniach o eks.

– Ty też mnie uratowałaś. – Krzysiek przysunął się bliżej i spojrzał na mnie z góry.

Przełknęłam ślinę i uniosłam głowę, patrząc na niego z bliska. Widziałam drobne piegi na jego nosie i brązowe plamki na jego tęczówkach. To sprawiało, że z bliska jego oczy były jeszcze ciemniejsze.

– Przed czym? – spytałam, chociaż wiedziałam, że nie powinnam tego ciągnąć, nie powinnam stać tak blisko i nie powinnam myśleć, że ten mężczyzna tak cudownie pachnie.

– Przed tym, co było wczoraj – powiedział szeptem, pochylił się i poczułam jego usta na policzku. Jego wargi były ciepłe, pachniał dymem, korzennymi perfumami i sobą. Moje serce dziko zadudniło w gardle, a potem w żołądku poczułam twardą, zbitą kulę pożądania.

– To, co było wczoraj, zawsze będzie w nas tkwiło – odparłam enigmatycznie.

Ale on zdawał się wszystko rozumieć.

– Będzie. Może jednak okaże się, że wszystko będzie łatwiejsze. – Wpatrywał się we mnie z bliska, jego nozdrza rozszerzyły się, a wargi rozwarły. Wiedziałam, co chce zrobić. Och, ja także tego chciałam, ale… Nie mogłam. Po prostu nie mogłam.

– Dobranoc – szepnęłam i odsunęłam się. Poszłam w głąb korytarza, do mojego pokoju. Czułam na sobie wzrok Krzysztofa. Nie odwróciłam się ani razu. Wiedziałam, że on tam wciąż stoi i patrzy na mnie. Kiedy zamknęłam się w pokoju, oparłam się plecami o drzwi i powoli osunęłam po nich w dół.

– Jasna cholera… – szepnęłam i pochyliłam głowę. Bałam się. Na nowo zacząć żyć. To okazywało się naprawdę bardzo trudne.

* * *

Następnego dnia wstałam dopiero około dziewiątej. Szybko doprowadziłam się do porządku, a kiedy zeszłam na dół, okazało się, że przy moim stoliku siedzi tylko Zuzanna.

– Zaspałam. Dzień dobry – uśmiechnęłam się do sąsiadki.

– Wczoraj była niezła imprezka. – Opalona na mahoń kobieta smarowała grzankę dżemem. – Balowałam do północy, ale widziałam, że nasz pan Arek nieźle wywijał na parkiecie.

– A tak, rozruszał się.

– I dobrze. Dzisiaj rano wziął kijki i poszedł spacerować naokoło Jeziora Mikołajskiego.

– To dobrze. A gdzie reszta panów? – spytałam na pozór spokojnie, chociaż tak naprawdę chodziło mi w sumie tylko o jednego z nich.

– Pan Krzyś dzisiaj rano gdzieś pojechał na tym swoim motocyklu. A pan Filip zjadł śniadanie i powiedział, że idzie na kajaki.

– Ach, rozumiem.

Próbowałam oszukiwać się, że wcale nie zrobiło mi się przykro, że nie zobaczyłam się rano z Krzyśkiem. Ale jednocześnie poczułam ulgę, bo sama nie wiedziałam, czy chcę się z nim widzieć, czy może lepiej nie.

– A jakie ma pani plany na dzisiaj? – Zuzanna spojrzała na mnie z zainteresowaniem.

– Może przejdźmy na ty. Będzie łatwiej – zaproponowałam.

– Super. Zuza jestem. Albo Frytka. – Blondynka podała mi rękę.

– Miło mi, Natalia. – Uścisnęłam jej dłoń. – Nie wiem – odpowiedziałam na jej pytanie. – Chciałam iść do miasteczka na spacer.

– Możemy iść razem. Niedaleko placu Wolności znajduje się pyszna lodziarnia. Zawsze tam chodzę na deserki.

– Często bywasz w Mikołajkach?

– W sumie co roku. A od kilku lat przyjeżdżam do Mazurskiego Lata. Lubię wracać w to samo miejsce. Znam tutaj prawie wszystkich, a gdy wchodzę do sklepów, ludzie pozdrawiają mnie, jakbym tutaj mieszkała. To bardzo miłe. Poza tym… kiedyś przyjeżdżałam do Mikołajek z córką.

– Masz córeczkę?

– No, już jest dorosła – westchnęła. – Wyjechała do Kanady. Poznała chłopaka na studiach, zakochała się i fruuu… – Zrobiła gest dłonią, naśladując odlatujący samolot.

– Tęsknisz za nią? – uśmiechnęłam się.

– Oj tak. Poza tym, wiesz… wychowałam ją bez niczyjej pomocy. Byłyśmy bardzo blisko, aż tu nagle… zostałam sama. Łatwo nie jest.

– Rozumiem. Nigdy nie jest łatwo, jak człowiek zostanie sam. – powiedziałam. – To o której na te lody? – zmieniłam szybko temat, bo nie chciałam odpowiadać na niewygodne pytania.

– Kiedy chcesz. Ja kocham słodycze. – Zuzanna uśmiechnęła się szeroko.

– Możemy w sumie iść koło południa. Jest piękne słońce, chętnie się ochłodzę. Poza tym chciałam kupić jakieś pamiątki dla przyjaciółki.

– Świetnie, zatem w południe!

Dokończyłyśmy śniadanie, potem wzięłam jeszcze filiżankę kawy i usiadłam na tarasie pensjonatu Mazurskie Lato, naprawdę czując to lato każdym porem skóry. Słońce przyjemnie pieściło moje ciało, zamknęłam oczy i poddawałam się jego promieniom. Wówczas usłyszałam niski pomruk motocyklowego silnika. Bardzo newralgicznie reagowałam na ten odgłos, ale teraz, oprócz strachu, który przywoływał nieprzyjemne wspomnienia, poczułam także coś jeszcze. Jakieś dziwne oczekiwanie, ucisk w dole żołądka, uśmiech, który mimowolnie chciał wystąpić mi na twarz.

– Co jest, do diabła? – mruknęłam, wsunęłam okulary przeciwsłoneczne na nos i obserwowałam, jak Krzysiek parkuje przed wejściem do pensjonatu.

Ubrany był w dżinsy, biały podkoszulek i skórzaną kamizelkę z naszywkami motocyklowego klubu z Wrocławia, do którego należał. Ściągnął z głowy kask orzeszek, potarł twarz i – jakby przyciągnięty moim spojrzeniem – spojrzał w górę. Wpatrywał się we mnie przez chwilę, w końcu na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech, którym tak często obdarzał mnie ostatniego wieczoru. Także się uśmiechnęłam i nieśmiało pomachałam mu w geście przywitania. On wskazał na mnie palcem, dając znak, że zaraz do mnie przyjdzie.

 

Och… Poczułam obawę, ale i radość. I jednocześnie złość na siebie, że zachowywałam się jak jakaś napalona idiotka. Ale to była prawda. Ten facet bardzo mi się podobał. Działał na mnie. Od dwóch lat z nikim nie byłam. Jednak wciąż i wciąż czułam olbrzymie wyrzuty sumienia. Co mnie w równym stopniu smuciło, jak i wkurzało. Może… czas już z tym skończyć? Ale… nie. Nie. Nie kolejny motocyklista!

– Dzień dobry. – Krzysiek wszedł na taras, odłożył torbę i kask, po czym podszedł do mnie. – Jak po nocnych szaleństwach?

– Zadziwiająco dobrze – odparłam, starając się brzmieć swobodnie. – A jak u ciebie?

– Oj, ja już z samego rana byłem w Mrągowie u klienta.

– Tatuaż?

– Cover. To znaczy, że zakrywałem stary tatuaż, którego facet chciał się pozbyć. Tak to jest, jak się tatuuje imię dziewczyny, która potem już tą dziewczyną przestaje być.

– Ach… no fakt. Tutaj trzeba być na sto procent pewnym.

– No, zdecydowanie.

Zerknęłam na zegarek i zorientowałam się, że powinnam szykować się do wyjścia z Zuzą.

– Spieszysz się gdzieś?

– Tak, umówiłam się z Frytką, znaczy z Zuzą.

– A, okej. Chciałem zabrać cię na kajaki. – W głosie Krzyśka brzmiał zawód.

– Może innym razem – odparłam trochę sucho.

– Hej, wszystko gra? – Kiedy chciałam odejść, Krzysiek zatrzymał mnie, kładąc delikatnie dłoń na moim ramieniu. W miejscu, gdzie jego silne palce dotknęły mojej skóry, poczułam mrowienie. Przełknęłam szybko ślinę.

– Tak. Nie przepadam za kajakami. Na razie – powiedziałam szybko i uciekłam z tarasu, jakby się paliło.

No cóż. Zachowywałam się irracjonalnie. Może… on zorientuje się, że ze mną coś nie tak, i da mi spokój. Co oczywiście wcale fajne nie będzie, ale nie mogłam się oszukiwać. Byłam skażona przez przeszłość i przez to, co stało się dwa lata temu. I nie potrafiłam sobie z tym poradzić, wyzwolić się z okowów przeszłości, wybaczyć sobie i jemu i… spróbować zacząć z nadzieją patrzeć w przyszłość. Nie miałam takowej. A na pewno nie z jakimkolwiek mężczyzną. Musiałam to w końcu przyznać sama przed sobą.

W pokoju szybko przebrałam się w sukienkę, na nogi wsunęłam klapki, włosy zaplotłam w warkocz, wzięłam duży koszyk udający torbę, wrzuciłam tam portfel, telefon, chusteczki i butelkę wody. Kiedy zeszłam na dół, Zuzanna już na mnie czekała. Ubrana w kwiecistą suknię do ziemi, japonki, na głowie miała kapelusz z kwiecistą apaszką. Wyglądała bardzo ładnie, ten styl idealnie jej pasował.

– Chodź, kochanie, połapiemy trochę słońca, a jak wrócimy, to lecę na pomost w porcie, trochę się poopalać. I pooglądać młodych ratowników! – zachichotała.

Nie chciałam jej mówić, że chyba powinna sobie odpuścić opalanie, była spalona na mahoń, a poza tym… Kurczę, przecież to nie było zdrowe! Ale nie zamierzałam pouczać nowo poznanej kobiety, co jest dla niej dobre, a co złe. Uśmiechnęłam się i wyszłyśmy z pensjonatu. Po drodze minął nas Filip, który chyba wracał z kajaków. Kiwnął do nas głową i pobiegł na górę. Gdy zeszłyśmy ze schodków prowadzących do pensjonatu, minęłyśmy harleya Krzysztofa. Na ten widok coś zakłuło mnie w okolicy serca. Odwróciłam głowę, aby jednocześnie usunąć z niej i wspomnienia, i teraźniejszość. Skupiłam się na monologu Zuzanny.

– Kocham Mazury, a w szczególności Mikołajki. Chciałabym kiedyś przyjechać tutaj z moją córką. Ona ma na imię Zofia. Urodziłam ją, jak miałam dwadzieścia pięć lat. Byłyśmy przyjaciółkami, a teraz… No cóż, muszę sobie radzić z nową rzeczywistością. Wiesz, podobno przeżywam syndrom opuszczonego gniazda. To chyba właśnie to. O, chodźmy Mrągowską, przejdziemy na drugą stronę miasteczka.

– Jasne. Widzę, że dobrze znasz Mikołajki. Fajnie, przynajmniej się nie zgubię.

– Ze mną, Natalko, to ci na pewno nie grozi. Jak kiedyś będę miała więcej forsy, to się tu przeprowadzę.

– A czym się zajmujesz?

– Prowadzę mały zakład kosmetyczny w Warszawie. Mam też solarium.

No tak, teraz w sumie już wszystko było jasne.

– To spotykasz wiele kobiet – odparłam, żeby coś powiedzieć.

– No tak. Ale nie tylko. Nawet nie wyobrażasz sobie, jak wielu mężczyzn do mnie przychodzi. Nie tylko na solarkę. Także na manikiur, pedikiur, masaże twarzy, parówki, oczyszczanie. Fajnie, że faceci dbają o siebie. Jest ich coraz więcej.

– Jasne.

– A ile historii zawsze usłyszę! Wiesz, fryzjer czy kosmetyczka to taka namiastka psychoterapii. Ludzie przychodzą, kładą się bądź siadają i opowiadają o tym, jak minął im tydzień, co żona zrobiła, co u dzieci w szkole, jaki szef jest wkurzający. A ja to wszystko przyjmuję. Ale czasami też jestem zmęczona – westchnęła. – Dlatego zawsze jadę na Mazury. Poza tym mam nadzieję, że w naszym Mazurskim Lecie znajdę swoją drugą połówkę.

– A czemuż to? Znaczy… – Zmieszałam się, bo przecież to pytanie było zupełnie nie na miejscu.

Zuzanna zatrzymała się i spojrzała na mnie z uśmiechem.

– Och, nie znasz historii naszego pensjonatu i tawerny na dole?

– Jakiej historii? – uśmiechnęłam się także.

Zuza pokręciła głową, ujęła mnie pod ramię i powoli ruszyłyśmy w stronę małego mikołajskiego rynku.

– No przecież Mazurskie Lato znane jest z tego, że poznało się tam najwięcej par. W tawernie, w której wczoraj się bawiliśmy, wiszą zdjęcia ludzi, którzy spotkali się właśnie tam, a teraz są szczęśliwymi zakochanymi. Niektórzy są już po ślubie, narodziło się też kilkoro dzieci. Nasza tawerna to taki… ten, no, ta aplikacja, gdzie się poznają ludzie…

– Tinder – dokończyłam, myśląc jednocześnie, że chętnie zadzwoniłabym do mojej przyjaciółki i zamordowała ją przez telefon. To samo w sobie jest niemożliwe, ale co bym jej teraz nagadała, to moje! Do Tindera w realu mnie wysłała! Super!

– No właśnie. Tak więc coś podobno jest w tym mazurskim powietrzu, jakieś feromony czy coś, w każdym razie Mazurskie Lato połączyło już wiele par.

– Naprawdę w to wierzysz? – uśmiechnęłam się.

Zuzanna wzruszyła lekko ramionami.

– Wiesz, przyjeżdżam tu co roku i jakoś chyba nie działa. Ale fama poszła i to już swego rodzaju legenda. A poza tym… trzeba mieć nadzieję. – Zuza zabrzmiała nostalgicznie.

– Jesteś ładną kobietą, na pewno znajdziesz swoją drugą połówkę – powiedziałam to zupełnie bez przekonania, bo nie wierzyłam w żadne romantyczne bzdury. Życie było brutalne, prozaiczne i nie miało w sobie nic z romantycznej komedyjki dla naiwniaków.

– W sumie sama nie wiem, czy potrafiłabym z kimś być. Ale… co ma być, to będzie. Tymczasem… zapraszam na lody! – Podeszłyśmy do małej, przytulnej lodziarni.

– Ale ja stawiam.

– Następnym razem!

* * *

Zrobiłyśmy kółko, po drodze kupiłam pamiątki i wróciłyśmy kładką pieszo-rowerową. Kiedy weszłyśmy do pensjonatu, w tawernie na dole było już sporo ludzi. Dostrzegłam Filipa siedzącego z jakimś chłopakiem, prawdopodobnie to był ten jego brat, na którego czekał. Kiedy mijałam parking, spojrzałam w stronę zaparkowanych motocykli, od razu poznałam harleya należącego do Krzyśka. Moje serce zadudniło dziko w piersi, a ja samą siebie po raz kolejny wyzwałam od idiotek. Bo tak się zachowywałam. On chyba zrozumiał przekaz, na jego miejscu uciekałabym od siebie, bo naprawdę zachowywałam się irracjonalnie. Ale kiedy zeszłam na obiad, Krzysiek siedział przy naszym stoliku i uważnie mnie obserwował. Cud jakiś, że nie potknęłam się w drodze do stolika.

– I jak żyjesz? – spytał spokojnie, patrząc na mnie tymi niesamowitymi oczyskami.

– A jakoś. Zuza wyciągnęła mnie do miasta na lody.

– Słyszałem. A dasz się zaprosić wieczorem nad jezioro? Naprawdę nie gryzę i nie jestem zboczeńcem ani seryjnym mordercą. – Pochylił się do mnie, poczułam korzenny zapach jego perfum, które dobrze już znałam, i wiedziałam, że chyba już zawsze będą kojarzyć mi się z tym mężczyzną. I… łapałam się powoli, że zapominałam już, jak pachniał… on. To mnie przeraziło. Ale jednocześnie… och, mój Boże… to było jak objawienie i uwolnienie się od przeszłości. Czy… nie nadeszła już pora, żebym o tym w końcu zapomniała?

– Ja… – zająknęłam się. Oczywiście, że chciałam iść z nim nad jezioro, ale… Wciąż obawa, wyrzuty sumienia, których już serdecznie nienawidziłam, jakiś dziwny wewnętrzny opór, nie pozwalały mi uzewnętrznić swoich pragnień, tak jakby rozmowa z tym mężczyzną mogła sprawić, że poczuję się jeszcze gorzej. A przecież już wiedziałam, że wówczas poczuję się lepiej. Och, zaczynałam wkurzać się na samą siebie!

– Natalio. – Krzysztof powiedział to cicho, nie spuszczając ze mnie wzroku. – Nie wiem, co cię trapi, ale każdy z nas ma jakieś osobiste strachy, które nas męczą. Czasami… – zacisnął na moment usta. – Czasami jest po prostu łatwiej i prościej, jak się podzielimy nimi z drugim człowiekiem. I nie wierz w te bzdury, że w Mazurskim Lecie swatają pary, takie tam. Ja też nie przyjechałem tutaj w tym celu. Ale miło mi się z tobą rozmawiało, jeszcze fajniej tańczyło. Zapraszam cię nad jezioro, tam będzie party, popływamy kajakiem, wieczorem będziemy puszczać lampiony z życzeniami do nieba. Kto wie – uśmiechnął się kącikiem ust. – Może któreś z naszych życzeń się spełni?

– Wierzysz w to? – Ułożyłam symetrycznie sztućce przed sobą i spojrzałam na Krzyśka.

– Nie bardzo. Ale są wakacje, piękna pogoda, cudowne jezioro, możemy się oszukiwać, że coś magicznego jest w tym całym obrzydliwie romantycznym i nieprawdziwym obrazku.

Zaśmiałam się głośno. Krzysztof patrzył na mnie bez słowa. Widziałam, jak jego oczy wpatrują się w moje, a potem skupiają się na moich ustach. Dostrzegłam, jak gwałtownie przełknął ślinę. Przez całe moje ciało przebiegł dreszcz. O tak. Pragnęłam tego mężczyzny i wiedziałam, że on pragnie mnie. Dlaczego zawsze tak wszystko cholernie utrudniałam? Dlatego, że dwa lata temu on… zginął? Odchorowałam to. Może… czas na wyleczenie się?

– Okej, to o której nad to jezioro?

Widziałam ulgę i radość na twarzy Krzyśka.

– Dwudziesta, przy porcie. Weź długie spodnie i jakąś bluzę, bo mogą się zdarzyć komary.

– No co ty, lato na Mazurach i komary. Niespotykana rzecz! – uśmiechnęłam się.

– No nie? Ale ostatnio było jakoś mało komarów, niemniej jednak, jak będziemy pływać niedaleko sitowia, to może się zdarzyć jakaś chmara krwiopijców.

– Okej, damy radę.

Potem przyszła reszta naszego towarzystwa, zjedliśmy obiad, rozmawiając na różne tematy, a jeszcze później poszłam do siebie, bo musiałam odpocząć. Zadzwoniłam też do Patki, dziękując jej za wysłanie mnie do żywego Tindera. Zaśmiała się i powiedziała, że mam korzystać i nie wybrzydzać, bo to ostatni taki przybytek w kraju. Wszystko się do online’a przeniosło, a to takie mało romantyczne. No w sumie, chyba coś w tym było.

Po kolacji, na której niestety nie było Krzyśka, poszłam się przebrać, jednocześnie czując niepokój, czy on będzie tam w porcie, czy może coś się zmieniło, a nie zdążył mnie powiadomić. W głowie oczywiście pojawiło się trylion scenariuszy, zawsze tak miałam, że szukałam rozwiązań na siłę i rysowałam w głowie różne możliwe i niemożliwe opcje, które mogłyby się wydarzyć.

Kiedy dotarłam do portu, impreza zaczynała się rozkręcać. Przy marinie ustawiono małą scenę, na której grał jakiś zespół. Wokół rozstawiono stoliki, dwa bary, wszystko było oświetlone lampionami, kelnerki uwijały się jak w ukropie, zewsząd dobiegały: gwar rozmów, śmiech, muzyka, okrzyki. Rozejrzałam się wokół trochę zagubiona i przytłoczona tym hałasem i tłumem. Nagle usłyszałam nawołujący mnie głos.

– Nata! Natalia! Tutaj!

Spojrzałam na pomost i dojrzałam Krzyśka, który układał kapoki na dnie kajaka. Machał jednocześnie do mnie.

Wzięłam głęboki wdech i siłą skierowałam swoje kroki do czekającego na mnie mężczyzny. Bo znowu miałam ochotę zrejterować i uciec w przeciwnym kierunku. Wówczas na pewno utwierdziłabym go w przekonaniu, że jestem niestabilna emocjonalnie. A ja po prostu… wciąż miałam ogromne wyrzuty sumienia po śmierci faceta, którego kochałam i który zginął przeze mnie.

– Naprawdę nie jestem groźny. Mam też papiery ratownika wodnego. Jakbyś się bała pływać czy coś. – Krzysiek trzymał kapok w ręku, patrzył na mnie i zdałam sobie sprawę, że chyba musiał coś wcześniej do mnie mówić.

 

Potrząsnęłam głową i uśmiechnęłam się.

– Sorry, tutaj taki hałas… – próbowałam się idiotycznie wytłumaczyć.

– A już myślałem, że znowu dasz nogę.

– Nie zamierzałam – skłamałam gładko.

– To zapraszam.

Krzysiek wyciągnął rękę w moim kierunku, ujęłam jego dłoń, była duża i ciepła. Usadowiłam się w kajaku, włożyłam kapok.

– Wyglądam śmiesznie, jak ludzik Michelin – parsknęłam.

Odwrócił się do mnie i powiedział z lekkim uśmiechem.

– Jak bardzo ładny ludzik.

Coś gorącego rozlało się w moim żołądku.

Musiałam to zatrzymać, nie chciałam, aby to coś wzięło mnie we władanie.

Pożądanie.

Pragnienie.

Chęć bycia z kimś.

Potrząsnęłam głową, aby odrzucić te wszystkie niechciane, a może i chciane myśli.

– Możemy się tutaj zatrzymać. – Krzysiek zerknął na mnie, wskazując małą wysepkę z drewnianym, nieco rozklekotanym pomostem.

– Okej – zgodziłam się.

Podpłynęliśmy, Krzysiek wyskoczył z kajaka. Miał gołe stopy i krótkie spodenki. Patrzyłam na jego wysoką, zgrabną sylwetkę. Podobał mi się, uznałam, że nie ma co się oszukiwać.

Podciągnął kajak na mieliznę i podał mi rękę. Wskoczyłam na pomost i zeszłam na małą piaszczystą plażę.

– Wziąłem coś do picia i małą przekąskę. – Tuż za mną rozbrzmiał niski głos Krzysztofa. Odwróciłam się zaskoczona.

– Ale się przygotowałeś. – Pokręciłam głową. – Myślałam, że to tylko taka przejażdżka.

– No bo nią jest, ale to nie znaczy, że mamy być głodni. Lub spragnieni. – Mrugnął do mnie. Rozłożył na deskach pomostu koc, z plecaka wyjął dwa piwa, słone przekąski i wodę.

– No powiem ci, że fajna taka kolacja. Pod mazurskimi gwiazdami. – Usiadłam obok niego i przyjęłam butelkę z piwem, którą mi podał.

– Średnio romantyczna, ale widok równoważy brak szampana, truskawek i takich tam.

– Ej, przecież to nie randka! – zaoponowałam i zaraz poczułam złość na samą siebie, że tak bezczelnie z nim flirtuję.

– Są różne definicje randek – uśmiechnął się. Wrzucił słonego paluszka do ust, przeżuwał i obserwował mnie spod zmrużonych powiek. Był bardzo przystojny, ujmujący, miał poczucie humoru i… Był tu i teraz. Nie wiem, nad czym się zastanawiałam.

– A więc jesteś tatuażystą. I pięknie rysujesz. – Odchrząknęłam, nieco zdenerwowana.

– A tak. Mój ojciec także miał zdolności plastyczne. Nie wiem, czy to się dziedziczy, ale w moim przypadku chyba tak właśnie było.

– Powiedziałeś… miał? – spytałam ostrożnie.

Krzysztof westchnął.

– Zmarł w zeszłym roku. Rak płuc. Przez ostatnie pięć lat jeździliśmy razem po Mazurach, często też bywaliśmy w Mazurskim Lecie. Ojciec liczył, że spotka tam swoją drugą połówkę. – Krzysiek pokręcił głową z uśmiechem i potarł kark. – Słyszałaś o tej bzdurze?

– Tak – zaśmiałam się nerwowo. – Na przyjazd tutaj namówiła mnie przyjaciółka. Już do niej dzwoniłam i dziękowałam za tego Tindera w realu.

– Ha, ha, Tinder w realu, dobre. A nie pomyślałem. W każdym razie mój staruszek wierzył, że czeka na niego jego pani, którą będzie woził na swoim harleyu.

– Też jeździł na motocyklu?

– Tak, to on mnie wciągnął.

– A twoja… mama?

– Mama nas zostawiła, gdy miałem siedem lat. Mam z nią kontakt, bardzo sporadyczny, ale wiesz, bez żadnej bliskości.

– To…

– Dziwne? No tak, bo z reguły ojcowie zostawiają. U mnie było inaczej. Mój tato poświęcił się wychowywaniu mnie. Prowadził we Wrocławiu mały sklep z częściami motoryzacyjnymi, radziliśmy sobie. Byliśmy kumplami. Na początku trochę mi brakowało matki, ale szybko mi przeszło. Natomiast teraz… – Krzysiek potarł twarz. – Nie jest łatwo. Od roku jestem praktycznie w trasie. Jeżdżę od miasta do miasteczka, mam sporo znajomych, gościnnie dziaram ludzi, zarabiam, aby przeżyć. Nie potrzebuję wiele. Tak naprawdę… – Krzysiek spojrzał na ciemnogranatowe niebo upstrzone jasnymi gwiazdami. – Niewiele potrzebujemy. Lecimy na łeb na szyję, kupując nowe smartfony, telewizory, samochody, modne ciuchy, eleganckie buty, laptopy z terabajtami, których nigdy nie zapełnimy. Po co? – Spojrzał na mnie. Widziałam w jego oczach ogrom smutku. Takiego starego smutku, który zapewne pozostanie w nim na zawsze. Poczułam ukłucie w sercu. Przecież… on tak bardzo przypominał mnie. Ale jednocześnie był całkiem inny. Bo jakoś sobie radził, nie zamykał się na świat i ludzi, jak ja.

– Nie wiem. – Wzruszyłam ramionami, zgodnie z prawdą. Nie wiedziałam, po co to wszystko. Marek był młody, pełen wrażeń, kochał szybką jazdę i szalone wyprawy na motocyklu. A teraz go nie ma. A ja wciąż oskarżam siebie. I po co to wszystko?

– Ty też masz w sobie sporo smutku. I uciekasz od ludzi. Uciekasz ode mnie. Kiedy cię spotkałem, coś we mnie drgnęło. Coś się zmieniło. Może to mazurskie lato? Może to aura wakacji? Może to te jeziora? – Rozejrzał się z uśmiechem wokół. Lecz gdy z powrotem utkwił wzrok we mnie, był już poważny. – A może to całkiem coś innego?

– Nie wiem – szepnęłam.

– Nigdy nie wiemy. Możemy jednak spróbować się przekonać.

– Ja… – Przełknęłam ślinę. – Też kogoś straciłam. Był moim narzeczonym. Bardzo to przeżyłam i nie potrafiłam sobie poradzić. Ale musiałam. To już dwa lata, a ja wciąż pamiętam i… – Nie potrafiłam powiedzieć wszystkiego. To było zbyt bolesne, za bardzo we mnie siedziało, a poza tym… przecież Krzysiek był prawie obcym facetem. Który mi się podobał. Nie… nie potrafiłam… Może nigdy nie będę umiała o tym mówić? Może już zawsze zostanę sama? Może…

Przestałam walczyć z napływającymi ponurymi, rysującymi szarą kreską moją przyszłość myślami, gdyż poczułam ciepłe i miękkie usta na swoich. Twarda dłoń dotknęła mojego policzka, a opuszki palców gładziły moją skórę.

Patrzyłam na niego szeroko otwartymi oczami, on także na mnie patrzył, a jego usta wciąż dotykały moich. W końcu zrobiłam to. Przysunęłam się nieznacznie i wtedy on objął mnie w pasie i już śmiało przygarnął do siebie. Przekrzywiłam głowę, otworzyłam usta i wpuściłam jego język do środka. Całowaliśmy się namiętnie, szaleńczo, nasze usta pożerały się wzajemnie, moje palce przeczesywały jego gęste i zaskakująco jedwabiste włosy. Jego dłonie zwiedzały moje plecy, aż w końcu zacisnęły się na moich biodrach, uniosły mnie bez wysiłku i posadziły na kolanach. Kiedy jego usta zjechały na moją szyję, a dłoń dotknęła piersi, zesztywniałam i odsunęłam się delikatnie.

– Za szybko? – Gorący oddech owiał mój policzek. Widziałam błyszczące oczy i półotwarte wargi. Wyglądał namiętnie i pragnęłam go całą sobą.

– Nie… Tylko… od dwóch lat z nikim nie byłam.

– Ja od pół roku. – Krzysiek delikatnie przejechał dłonią po moim policzku. – Wiem, że to nie jest łatwe. Zrób jedynie to, czego pragniesz. Tylko to, Natalia.

– Pragnę… ciebie – powiedziałam śmiało. Objęłam dłońmi jego policzki, wyczuwając na nich ślad zarostu. – Po prostu. Teraz chcę jedynie tego.

Uśmiechnął się, pochylił się i pocałował mnie delikatnie, jednocześnie kładąc na pomoście. Nie było mi wygodnie, ale nie myślałam o tym. Zrzucił z siebie koszulkę, ukazując mi swoje piękne ciało. Zrobiłam to samo, moja bluzka wylądowała gdzieś obok. Rozebraliśmy się w błyskawicznym tempie. Czułam chłód nocy, cykady szalały, komary brzęczały gdzieś nad głową, gwiazdy i księżyc oświetlały słabym blaskiem nasze nagie ciała.

Krzysiek całował mnie całą, pieścił każdy skrawek mojej skóry, która – uwrażliwiona na jego dotyk – zdawała się płonąć. Kiedy jego usta zjechały na dół, kiedy wsunął we mnie palce, wygięłam się w łuk i otworzyłam oczy. Patrzyłam w gwiazdy, on pieścił mnie nieprzerwanie, a ja krzyczałam. Puściły wszelkie hamulce, wyrzuciłam wszystko z głowy, to, co mnie dusiło, gnębiło, przypominało. Chociaż teraz, na chwilę, w tym momencie. W tej chwili tylko czułam, odlatywałam, nie myśląc o niczym. Chciałam tylko czuć i to właśnie się działo. Cholernie mocno i intensywnie. Kiedy przestałam drżeć, poczułam jego gorące ciało na sobie.