Klub niewiernychTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Kobieta wybaczy ci wszystko oprócz jednego:tego, że jej nie kochasz.

Alfred de Musset

Spis treści

Prolog

1. Justyna i Piotr

2. Piotr i Dominika

3. Dominika

4. Marta, Arek i Bartek

5. Piotr i Dominika, Piotr i Justyna

6. Piotr i Justyna

7. Urszula

8. Janek i Kaja

9. Justyna i Dawid

10. Piotr, Urszula i Beata

11. Piotr i Kaja

12. Piotr i Kaja

13. ON

14. Piotr, Dominika i Justyna

15. Dominika, Urszula

16. ON

17. Justyna, Piotr i Dawid

18. Kaja i Piotr

19. Edyta

20. Beata, Mateusz, Justyna, Dawid

21. ON

22. Justyna i Piotr

23. Piotr i Kaja

24. Kaja i ON

25. Justyna i Piotr

26. Justyna i Dawid

27. Dominika i Piotr

28. Edyta i Mariusz

29. Justyna i Dawid

30. Beata i Mateusz

31. Justyna i Piotr

32. Beata, Mateusz, Urszula

33. Urszula i Dominika

34. Justyna i Piotr

35. Mateusz i Beata

36. Piotr i Dominika

37. Justyna i Dawid

38. Piotr

39. ON

40. Justyna, Dawid, Piotr

41. Edyta i Piotr

42. Justyna i Dawid

43. ON

44. Piotr i Justyna

45. Beata i Mateusz

46. Piotr

47. Justyna i Arek

48. Urszula i Beata

49. Dominika, Edyta

50. Beata i Mateusz

51. Justyna i Dawid

52. Edyta

53. Justyna i Ewa

54. Justyna i Dominika

55. ON

56. Justyna, Dominika i Dawid

57. ON i Dominika

58. Justyna i Dawid

59. Ewa i Dawid

60. Beata i Mateusz

61. Piotr

62. Justyna

63. Justyna, Edyta

64. Justyna i Arek

65. Piotr, Beata, Urszula

66. ON

67. Beata i Mateusz

68. Piotr i Justyna

69. Piotr i Justyna

70. Beata, Urszula

71. Beata i Mateusz

72. Justyna

73. ON

74. Mateusz

75. Justyna, Urszula, ON

76. Edyta i Justyna

77. Beata i Mateusz

78. Arek i Justyna

79. Mateusz, Urszula, Beata

80. Justyna i Arek

81. Piotr

82. Piotr, Beata, Urszula

83. Beata i Urszula

84. Justyna, Dawid

85. Urszula, Mateusz

86. Justyna i Dawid

87. Mateusz, Beata

88. Piotr

89. ON, Urszula

90. Beata

91. Mateusz

92. Justyna

93. Dawid

94. Edyta

95. Justyna, Piotr

96. Beata

97. Justyna, Piotr

98. Piotr

99. Justyna

Prolog

Nie, Aneta nigdy wcześniej nie zdradziła męża.

Bo przecież trudno zakwalifikować jako zdradę rozmowy na czacie, podczas których jacyś anonimowi rozmówcy rozpalali jej wyobraźnię, a ona, rozbudzona, zachęcana przez nich do dotykania różnych wrażliwych miejsc, sprawiała swojemu ciału drobne przyjemności.

Ale wszystko miało się zmienić tego wieczoru. Adam poleciał wczoraj służbowo do Monachium na trzy dni, więc nadarzała się okazja, żeby zrealizować fantazję spotkania z nieznajomym. Czuła taką ekscytację, że nie musiała nawet specjalnie odsuwać od siebie myśli o ryzyku czy późniejszych wyrzutach; ustąpiły same.

Kochała Adama, była do niego przywiązana, ale coraz bardziej nudził ją w łóżku. Od zawsze zresztą był pozbawiony szczególnych umiejętności i nie odczuwał potrzeby eksperymentów, ale gdzieś po drodze zdarzyło mu się coś jeszcze gorszego – zgubił namiętność. Uprzedmiotowił Anetę.

Małżeństwem byli od pięciu lat, a decyzję o dziecku odłożyli na później, coraz bardziej skłaniając się ku myśli, że być może wcale nie jest im do szczęścia potrzebne.

On – pracownik sektora bankowego, ona – wzięta architekt.

Karola poznała na czacie Klub Niewiernych. Kiedy zdradziła mu swój wiek, przyznał się, że jest od niej pięć lat młodszy, ale dla żadnego z nich nie stanowiło to problemu. Wymienili się zdjęciami. On komplementował jej ładną, inteligentną twarz i zgrabną figurę, a ona jego wysportowane ciało.

 

Dobrze im się rozmawiało, ale wiedzieli, że tutaj nie chodziło o zaspokajanie potrzeb emocjonalnych czy jakąś formę terapii. Umówili się więc po prostu na seks.

Kiedy zaproponował jej, żeby zrobili to u niego, odczuła pewien dyskomfort, ale ostatecznie się zgodziła. Nie bez znaczenia był tutaj dreszczyk emocji. Jego dom znajdował się na przedmieściach i taksówkarz miał niemały kłopot, żeby zlokalizować podany adres.

Zadzwoniła, wpuścił ją do środka. Zdjęcie, choć nie pokazywało wszystkiego, nie kłamało. Faktycznie był przystojny i zadbany. Poza tym miał zniewalający uśmiech i dobre maniery.

To się nie dzieje naprawdę, myślała, czując się jak bohaterka filmu erotycznego, której tajemniczy, seksowny partner otwiera drzwi do świata intensywnych, nieznanych wcześniej wrażeń.

Gdy tylko zamknął drzwi, nagle przekonana o swojej atrakcyjności, przylgnęła do niego, spragniona wszystkiego naraz – pocałunków, dotyku, czułości, ostrego rżnięcia wreszcie. Ich usta połączyły się, ale tylko na chwilę, bo on niespodziewanie, choć zarazem delikatnie, odsunął ją od siebie.

Poczuła się nieco speszona, wręcz zażenowana własnym pośpiechem. Miała nadzieję, że niczego nie zepsuła. Zastanawiała się, czy zaproponuje jej wino, wciągnie w jakąś rozmowę, stworzy klimat.

Ale zamiast tego powiedział jej, żeby się rozebrała. Spojrzała na niego skonsternowana. Nagle poczuła wewnętrzny opór, ale powoli zaczęła się przed nim obnażać. On tylko się przyglądał. Kiedy niepewnie zdjęła stanik, natychmiast, zawstydzona, zakryła piersi rękoma.

– Nie bój się – powiedział spokojnie i delikatnie rozchylił jej ręce. – Są cudowne. Na pewno już to słyszałaś…

Odpowiedziała tylko pełnym zakłopotania uśmiechem.

Pozostała w samych majtkach. Ostatni bastion wstydu, ostatnia granica, która została do przekroczenia. Trwała wyczekująco, zastanawiając się, dlaczego on sam nie zaczął się jeszcze rozbierać. Co to wszystko miało znaczyć?

– Wystarczy – stwierdził nagle.

Czyżby prowadził z nią coś w rodzaju erotycznej gry? A jeśli tak, o co w niej chodziło? Zamierzał ją zaciekawić, zmusić do uległości? Chciał, żeby sama się o to prosiła?

Z jakiegoś powodu, mimo że spotkała go po raz pierwszy w życiu, potrafiła mu zaufać. Przynajmniej na razie. Była więc gotowa pozwolić mu się prowadzić. Poza tym cała ta sytuacja tylko wzmagała podniecenie i sprawiała, że jej oczekiwania i wyobrażenia narastały. Była skłonna podjąć ryzykowną grę.

– Chodź ze mną – powiedział, podając zachęcająco dłoń.

Jego nieskazitelny uśmiech uśpił wszelkie obawy. Dała mu się poprowadzić do sypialni, czując, jak mocno bije jej serce.

W sypialni kazał jej się położyć. Pościel była biała, pachniała świeżością. Od razu zwróciła uwagę, że na stoliku nocnym znajdowały się różnego rodzaju dilda.

– Zaufasz mi? – spytał i nie czekając na jej odpowiedź, dorzucił: – W każdej chwili możesz powiedzieć „stop”. Wówczas spróbujemy czegoś innego albo po prostu się rozejdziemy. Dobrze?

Skinęła głową.

W jego dłoniach pojawiły się nagle kawałki sznurka.

Zrozumiała, że zamierzał zrealizować scenariusz fantazji seksualnej, o której mu wcześniej opowiadała. Był na to przygotowany.

Pozwoliła, żeby przywiązał jej ręce i nogi do krawędzi łóżka. Robił to powoli, aby nie sprawić jej bólu. Miała trochę swobody, a ucisk nie wydawał się zbyt mocny. Przez ten czas niemal nie spuszczał z niej oczu. Wydawało się jej, że się do niej uśmiecha, choć niezbyt ostentacyjnie, bo nie pasowałoby to do jego władczej, dominującej roli.

Czuła, jak jej podekscytowane ciało drży, wyrażając gotowość i zniecierpliwienie. On tymczasem sięgnął po dildo i zaczął przesuwać nim po jej wilgotnych z podniecenia majtkach, stymulując ją w ten sposób. Zaczęła pojękiwać. Jej błagalny wzrok wyrażał pragnienie, żeby przeszedł do konkretów, żeby jej wreszcie wsadził, nieważne, czy od razu swoją męskość, czy na razie chociaż tego gumowego fiuta, którego miał w ręku.

Podrażnił ją jeszcze chwilę, a potem brutalnie zdarł z niej majtki. Dokładnie tak, jak to opisała w swojej fantazji.

Odłożył dildo.

– Poczekaj… – powiedział.

– Nigdzie się… nie wybieram… – wyrzuciła z siebie, a potem zaśmiała się nerwowo. Miała jednak nadzieję, że nie każe jej na siebie zbyt długo czekać, że to nie nadprogramowy element gry, który trudno jej będzie wytrzymać.

Wrócił jednak szybko. W ręku trzymał ścierkę, właściwie coś w rodzaju szmaty.

Tego nie było w moim scenariuszu, pomyślała przestraszona, ale zanim zdołała wypowiedzieć swój sprzeciw, wepchnął jej ten kawałek brudnego, cuchnącego materiału do ust.

Jej krzyk był niemy, stłumiony. Skrępowane kończyny szarpnęły gwałtownie. Poczuła, że ucisk niespodziewanie się wzmocnił, tak że miała teraz mniej swobody.

Jej oczy wyrażały gniew, później paniczny strach, a potem, kiedy w jego ręku pojawił się myśliwski nóż, już tylko pełne histerii błaganie, żeby przestał, cokolwiek chciał uczynić.

Kręciła głową, próbując nieskutecznie wykrzykiwać na przemian prośby i groźby. Do jej oczu napłynęły łzy, ale on był na nie nieczuły.

Może oszukiwała się jeszcze, że to tylko perwersyjna gra, że chce ją porządnie przestraszyć, że nie ma wobec niej złych zamiarów.

Ale powoli uświadamiała sobie, że wpadła w pułapkę. Że sponiewiera ją i zgwałci, a ona dostanie w ten sposób za swoje i odbierze brutalną lekcję, której nigdy nie zapomni.

Przyglądał się jej, jakby się jeszcze wahał, co z nią zrobić. Był taki przystojny, zniewalający, że nawet teraz nie mogła zobaczyć w nim potwora, a widziała przede wszystkim atrakcyjnego mężczyznę.

Nagle podszedł i niezbyt głęboko naciął jej w kilku miejscach skórę. Z nóg, rąk, brzucha, piersi i twarzy popłynęła krew. Biała pościel zaczęła szybko nasiąkać czerwienią.

Aneta, w szoku, najpierw się naprężyła, a potem zaczęła się ciskać w panice i bólu. Bezskutecznie. Sznur trzymał mocno, a ścierka tłumiła krzyk. Nikt nie mógł jej zobaczyć, nikt nie mógł usłyszeć, nikt nie mógł przyjść z pomocą.

A on stał i w milczeniu obserwował, jak cierpi. Rzucała mu spojrzenia przepełnione na przemian strachem, wściekłością, to znów smutkiem i błaganiem, ale zdawało się to nie robić na nim absolutnie żadnego wrażenia.

A potem, jakby znudzony tym spektaklem, który sam wyreżyserował, zostawił ją znowu samą.

Przez krótką chwilę zapomniała o bólu. Pomyślała o Adamie. O tym, co mu powie, jeśli zdoła się oswobodzić lub ktoś ją znajdzie, zanim się wykrwawi. Czy będzie ją jeszcze chciał, taką okaleczoną, zbrukaną, upodloną?

Najpierw straciła nadzieję, a potem przytomność.

1. Justyna i Piotr

Poniedziałek w korpo. Wszyscy z wolna wchodzą w rytm pracy po weekendzie, który, jak zwykle, minął zbyt szybko. Tylko niektórzy „führerzy” – menedżerowie – zachowują się, jakby to był środek tygodnia, już podkręcają tempo, już zakreślają nowe deadline’y, już histeryzują z powodu opóźnień, już rozdzierają szaty przez niekompetencję swoich podwładnych, już wieszczą koniec świata.

Justyna oddzielona jest od Dawida małą ścianką. Kiedyś przeszkadzało jej to, że tylu ludzi pracuje w jednym pomieszczeniu, ale przez te wszystkie lata zdołała się jednak przyzwyczaić, choć do pewnych osób i ich zachowań nie sposób tak do końca przywyknąć.

Dawid, który przed kilkoma miesiącami zastąpił odpychającą, denerwującą i przytłaczającą Ankę, rozsiewającą wokół zarazki i głupie teksty, był niezwykle cennym nabytkiem, nie tylko z punktu widzenia pracodawcy, ale także Justyny.

Stała się ona jego przewodniczką po firmie, wprowadzając go nie tylko w szczegóły techniczne, ale i towarzyskie. Mieli podobne poczucie humoru, czynili podobne obserwacje i w ogóle łatwo znajdowali wspólny język. Był dla niej jak stary, sprawdzony kumpel, którego obecność sprawia, że chociaż na chwilę zapomina się o problemach codzienności.

Poza tym, co niezwykle ważne, odnotowała, że nie ma między nimi niezdrowej fascynacji czy myśli z podtekstem erotycznym.

Ona bardzo kochała swojego męża i choć nie układało się między nimi tak, jak by sobie tego życzyła, nie dopuszczała myśli, że mogłaby przenieść swoje zainteresowania, nawet przelotnie, na innego faceta.

On z kolei podkreślał w rozmowach z nią, że jest szczęśliwym mężem i ojcem dwójki dzieci, co odebrała jako wyraźny sygnał wyznaczający pewien zdrowy dystans.

Dzisiaj Justyna była roztrzęsiona za sprawą nieudanego weekendu. W sobotę z „gospodarską wizytą” wpadły teściowa Urszula i szwagierka Beata, która wciąż mieszkała z matką. Justyna prosiła Piotra, żeby gdzieś wyjechali, najlepiej na cały dzień, bo wiedziała, że wszystko skończy się jak zwykle kłótnią, ale on upierał się, żeby podjęli jego rodzinę obiadem, by „podtrzymać najlepsze relacje”.

No i Justyna, która w kuchni raczej nie błyszczy, wymyśliła sobie kisz, który potem Urszula skrytykowała, nie przebierając w słowach, a z kolei Beata dała wyraz swojemu niezadowoleniu, robiąc cierpką minę i pozostawiając na talerzu spory kawałek.

Teściowa skarciła ją też za nieporządek w domu. A potem dodała jeszcze:

– Strach pomyśleć, jak sobie ze wszystkim poradzisz, kiedy wreszcie urodzi wam się dziecko.

Beata zaś wciągnęła Piotra do długiej rozmowy, podczas której, niemalże ignorując obecność Justyny, opowiadała na przemian o swoich dwóch kotach i o licznych problemach zdrowotnych mamy.

Justyna czuła się nieswojo, więc dała wyraz irytacji i zniecierpliwieniu. Kiedy Urszula i Beata, demonstrując urażenie, zabrały się wreszcie i sobie poszły, Piotr urządził żonie awanturę, że nie potrafi trzymać nerwów na wodzy. Próbowała się usprawiedliwiać, udowodnić, że to ona w tym układzie była ofiarą, a nie sprawcą, ale Piotr był głuchy na argumenty. Oskarżył ją, że znowu wszystko popsuła i że nie szanuje jego rodziny. Wyprowadzona z równowagi, zdobyła się na wyartykułowanie swoich pretensji, że on z kolei stawia swoją rodzinę ponad nią, ale Piotr zbył ten zarzut machnięciem ręki. Przestał się do niej odzywać. Zamknął się w swoim pokoju i spędził tam noc.

W niedzielę wyjechał dokądś przed południem, mówiąc jej wcześniej, że potrzebuje chwili oddechu, i zapowiedział, że wróci dopiero wieczorem. Kiedy wrócił, zaczął zachowywać się pojednawczo, a ona, szukając upragnionego spokoju, jak zwykle gotowa była wszystko puścić w niepamięć. Choć mąż do końca dawał jej odczuć, że to raczej on wybaczył jej niż odwrotnie. Dzięki temu, że nie chcieli rozstrzygać tej kwestii ani tego, kto tak naprawdę miał prawo czuć się obrażony, udało im się wrócić do normalności.

Zasnęli nawet razem, wtuleni w siebie.

Dzisiaj przed pracą zjedli razem śniadanie. Nie wracali już do wczorajszego dnia ani do soboty. Uśmiechali się do siebie, żartowali, a przed jej wyjściem pocałowali się, życząc sobie udanego dnia.

A ona znowu była gotowa wybaczyć mu wszystko, nawet część winy wziąć na siebie, choć nosiła w sobie zadrę i żal.

Teraz na szczęście całe to zbieranie, analiza oraz wysyłanie danych, którymi to czynnościami w głębi duszy gardziła jako bezsensownymi, sprawiały, że nie miała zbyt dużo czasu na snucie rozważań.

Mimo tego i mimo dodającej jej otuchy obecności Dawida, nie potrafiła się skupić.

***

Podczas przerwy dopadła ją chandra. Poszła na papierosa z Gabrysią z HR-u, przed którą zwykła się otwierać.

Gabrysia nie owijała w bawełnę:

– Kochanie, musisz mu powiedzieć: Albo rodzina, albo ja!

– On kocha swoją rodzinę. Ja to rozumiem. Sama pochodzę z rozbitej i… – Urwała zakłopotana.

Justyna miała świadomość, że matka i siostra Piotra mają mu za złe, że zdecydował się na ślub z dziewczyną z patologicznego domu, z rodziny dotkniętej problemem alkoholowym.

– Chyba się o to nie obwiniasz?

Gabrysia zdawała się czytać w jej myślach.

– Nie, ale…

– Żadnego „ale”. Nikt mu nie każe porzucać swojej rodziny, ale ożenił się z tobą, a nie z mamą czy siostrą – stwierdziła Gabrysia. – Ma wobec ciebie obowiązki. Przede wszystkim obowiązek lojalności. Nie może być tak, że one zatruwają ci życie, a on to toleruje.

No nie może. W myślach Justyna przyznała jej rację. Ale nie bardzo wiedziała, co w związku z tym zrobić.

– A w ogóle, co to znaczy, że Piotr sobie gdzieś pojechał w niedzielę? – atakowała dalej Gabrysia.

Justyna odpowiedziała jej milczeniem.

– Pytałaś go, gdzie był?

– Próbowałam… – bąknęła.

– Powiedz sama, nie interesuje cię to?

– Interesuje, ale mu ufam.

– Kochana, tu nie chodzi o zaufanie. To jest małżeństwo, a nie wolna amerykanka.

– Pewnie pojechał do kumpli. Wiesz, niespecjalnie zależy mi na ich poznawaniu. Mamy wspólnych znajomych, ale on ma też swoje środowisko lekarskie…

 

– A jeśli ma kogoś na boku?

– Co? – Justyna zrobiła wielkie oczy. Patrzyła z oburzeniem na przyjaciółkę.

– Ja tylko głośno myślę – zastrzegła Gabrysia, nieco speszona jej reakcją.

Ale słowa zostały już rzucone i atmosfera zgęstniała.

– On by mnie nie zdradził – stwierdziła z przekonaniem Justyna. – Wiem to na pewno.

Gabrysia nie odpowiedziała. Paliły chwilę w milczeniu.

– Wybacz… Nie chciałam… – odezwała się zmieszana Gabrysia. – Wcale nie chciałam tego powiedzieć.

Chciałaś, pomyślała Justyna, ale dobrotliwym spojrzeniem dała przyjaciółce do zrozumienia, żeby się nie przejmowała.

Jej gniew na Gabrysię nieco osłabł. Nie, żeby nagle zaczęła podejrzewać o coś Piotra, ale musiała się zgodzić z tym, że miała prawo oczekiwać od niego wyjaśnień, zwłaszcza że zdarzyło mu się to nie pierwszy raz i zaczynało ją z różnych powodów martwić. Nigdy wcześniej jednak na poważnie nie myślała o tym, że jest to ucieczka do kogoś, a nie od czegoś.

Ale teraz… Słowa Gabrysi chyba jednak zrobiły swoje i poruszyły dziwne struny w jej sercu i umyśle.

A co, jeśli Piotr kogoś miał?

Boże, to po prostu niemożliwe!

Jej Piotr. Był jej dumą i sensem, całym życiem. Drażnił ją czasem, ale przecież on nie mógłby…

Na pewno nie on.

2. Piotr i Dominika

Piotr wyszedł spod prysznica z ręcznikiem zawiązanym w pasie.

Dominika leżała w łóżku nago, kusząco eksponując rozmaite atuty swojego młodego, ciągle nienasyconego ciała.

Ale Piotr był za bardzo zmęczony, żeby zostać dłużej. Poza tym i tak się już zasiedział u kochanki, a przecież obiecał żonie, że dzisiaj nie zostanie zbyt długo w pracy i obejrzą wspólnie jakiś film.

Justyna nie zadawała na razie zbyt wielu pytań i szanowała jego autonomię, ale bał się, że jeśli on poczuje się zbyt pewnie, ona zacznie coś podejrzewać i zmieni nastawienie. A wówczas jego eskapady będą mocne utrudnione, będzie musiał bardziej kombinować, żeby znowu uśpić jej czujność.

Ubierał się szybko, odnotowując, że Dominika nie spuszcza z niego wzroku i uśmiecha się zalotnie, do końca prowokując.

– Nie pocałujesz mnie na pożegnanie? – rzuciła rozczarowana, nie przestając się do niego wdzięczyć.

– Spieszę się trochę… – odparł, z trudem skrywając nagłą irytację. Nachylił się jednak, żeby ją pocałować.

– Szkoda, że idziesz – stwierdziła zasmucona.

Miał z Dominiką pewien kłopot. Spotykał się z nią dla seksu, od początku dając jej do zrozumienia, że to tylko układ, ale ona zaczynała wyobrażać sobie coraz więcej. A może nawet – odnosił czasem takie wrażenie – zakochała się w nim, choć zapewne „zabujała” byłoby w tym wypadku trafniejszym określeniem.

Poznał ją na czacie Klubu Niewiernych, ale okazało się, że ona nie była „niewierna”. Miała za sobą kilka nieudanych związków i doszła do przekonania, że łatwiej jej będzie upolować żonatego mężczyznę niż łudzić się, że jako trzydziestolatka znajdzie kogoś wartościowego i niezajętego zarazem.

Zwierzała mu się, że jej ostatni obiecujący związek z jakimś żonkosiem zakończyła z powodu oporów moralnych. Mimo że jej na nim zależało, nie chciała, żeby zostawił dla niej rodzinę. Potem okazało się, że i tak porzucił swoich bliskich, tyle że dla innej, więc swojego wyrzeczenia nie traktowała już jako czegoś chwalebnego, ale jako wyraz życiowej naiwności.

A teraz powtarzała Piotrowi jakieś patetyczne teksty, że w miłości trzeba być egoistą i nie oglądać się na szczęście innych, a skupiać się na sobie i swoich potrzebach, realizując je wbrew wszystkim przeszkodom i ograniczeniom.

Początkowo uznawał te słowa za formę jej autoterapii, próbę „wygadania się”. Potakiwał, zdobył się na jakieś luźne komentarze. Teraz jednak skłonny był myśleć, że robiła to celowo, ujawniając w ten sposób pośrednio swoje zamiary względem niego, a zarazem starając się wybadać jego reakcję na wiadomość, że ona oczekuje czegoś więcej.

Wyszedł z jej mieszkania i skierował się w stronę parkingu.

Seks był udany, ale czuł się struty. Może powinien dać sobie spokój z Dominiką, skoro zacierała granice, zapominała o podstawie tego układu. Wcale nie zamierzał się z nią wiązać.

Wcale nie zamierzał porzucać Justyny.

Po prostu chciał się trochę zabawić. Wierzył, że mu się to należało.

***

Po śmierci ojca, wojskowego, był wychowywany żelazną ręką przez matkę, która ofiarowała mu dużo miłości i poświęcenia, ale miała też swoje wymagania, w tym oczekiwanie bezwzględnego posłuszeństwa i podporządkowania syna.

Wymarzyła sobie, żeby poszedł do jednego z najlepszych liceów w Polsce, a potem na studia medyczne, oczywiście dla jego dobra, więc zrobił to, wbrew sobie, bo nie czuł się szczególnie uzdolniony w tym kierunku. Tyle że zamiast zostać upragnionym przez matkę chirurgiem, został „jedynie” laryngologiem. Ale i tak nie kryła dumy. A on uczył się i studiował tak ciężko, w dodatku trzymany pod kloszem przez matkę wspieraną przez przemądrzałą siostrę, że zapomniał o zwykłym życiu, używkach, przyjemnościach, łajdactwach. Jego życie było szare, toczyło się monotonnym rytmem.

Chociaż był przystojny, odstraszał dziewczyny swoimi kompleksami, sztywną gadką, powściągliwym zachowaniem i przesadnymi wymaganiami. Kiedy poznał Justynę, wydała mu się kobietą, którą trzeba się zaopiekować, a nie taką, która chciałaby zaopiekować się nim. I od razu poczuł się lepiej. Wreszcie mógł realizować męskie powołanie, a nie dawać się ugniatać w kobiecych rękach jak plastelina, której nadaje się dowolny kształt.

Poza tym Justyna była wycofana, czuła się gorsza, bo pochodziła z biedniejszej, a w dodatku – było nie było patologicznej – rodziny. Z ulgą zdjął gorset oczekiwań, jaki nakładała na niego matka. Nie chciał i nie zamierzał – więcej: uważał, że nie powinien – już nikomu niczego udowadniać. Może oprócz tego, że chciał i potrafił być sobą i że było w nim coś atrakcyjnego, co naprawdę mogło pociągać i pozwalało zatrzymać kobietę na dłużej.

Justyna była w stanie się przed nim otworzyć, bezpretensjonalną szczerością szybko zdobyła jego zaufanie i serce. Z jednej strony wycofana, z drugiej, kiedy już zebrała się na odwagę, uczciwa i bezpośrednia w wyrażaniu emocji. Pokochał ją, jak nie kochał wcześniej żadnej kobiety, i poczuł, że jest to osoba, z którą może spędzić resztę życia. Ale zwlekał z oświadczynami, bo wciąż bał się reakcji matki.

A pani Urszuli nic się w Justynie nie podobało – uważała, że zakręciła się przy nim, żeby ułożyć sobie życie, że Piotr powinien znaleźć sobie „lepszą partię”. Nie obchodziło jej, że ci dwoje się kochali, snuli plany i wydawali się ze sobą szczęśliwi. Dla niej Justyna była fałszywa – udawała, żeby owinąć sobie jej syna wokół palca. W sukurs matce przyszła Beata, która sama była starą panną pracującą w bibliotece i dorabiającą zleceniami w branży wydawniczej. Obie liczyły na to, że związek ten nie przetrwa okresu narzeczeństwa.

Ale przeliczyły się, bo Piotr postawił na swoim. Pani Urszula bardzo to odchorowała. Nawet na ślubie i weselu nie potrafiła się powstrzymać przed aplikowaniem toksyn państwu młodym.

Nie zrezygnowała również potem. Ostatnio poszło o dziecko. Piotra to zaskoczyło. Oczekiwał, że matka raczej będzie trzymać kciuki za rozpad jego małżeństwa z nielubianą przez siebie synową niż oczekiwać potomka, który scementuje związek. A oni z Justyną, na razie, do odwołania, dziecka nie planowali i byli co do tego dość zgodni. Pani Urszula nie posiadała się z oburzenia, kiedy jej syn któregoś dnia po prostu jej to zakomunikował. Potem, żeby udobruchać matkę, wycofał się z tego stwierdzenia, łagodząc jego wymowę fałszywą, zupełnie nieprzekonującą zapowiedzią, że już w przyszłym roku będą chcieli zostać rodzicami.

***

A potem trafił się ten cholerny wyjazd służbowy. Po kilku drinkach w hotelowym barze atmosfera się rozluźniła. Patrycja zajmowała pokój na tym samym piętrze co on. Wrócili do siebie, ale chwilę potem usłyszał pukanie do drzwi. Nie chciał, żeby to się tak skończyło, ale nie potrafił się jej oprzeć i okazał słabość.

Seks z żoną bywał lepszy lub gorszy, ale nie było w nim już niczego, co mogłoby go zaskoczyć. Tutaj stała przed nim właściwie obca kobieta, teren nieznany, który pozwalał mu przeżyć przygodę, stać się odkrywcą i zdobywcą jednocześnie. Kobieta zamężna, czego świadomość miała mu pomóc z jednej strony zwalczyć w sobie poczucie winy, z drugiej zaś wydawała się na swój sposób podniecająca.

Patrycja pozwalała mu na wiele, sama czerpała z tego wielką przyjemność, a jednocześnie wykazywała się inicjatywą i… pomysłowością. To, co tego wieczoru odbyło się w jego pokoju, śmiało można uznać za maraton seksualny, z krótkimi przerwami na regenerację. Byli tak wyczerpani, że oboje pogrążyli się w błogim śnie, a rano obudzili się zbyt późno, żeby zdążyć na śniadanie. Spóźnili się także na konferencję, przerywając czyjąś prelekcję. Weszli razem, co nie umknęło uwadze niektórych. Pojawiły się zjadliwe uśmieszki. Na pewno się wtedy zaczerwienił. A trochę później, kiedy profesor Garkiewicz opowiadał o migdałkach, do niego powoli dochodziło, że zdradził żonę i zawiódł jej zaufanie. Obiecał sobie, że to pierwszy i ostatni raz. Że wykasuje Patrycję z telefonu i pamięci.

Jednak obietnicy nie dotrzymał. Znowu zachował się nie tylko nielojalnie, ale i nieprofesjonalnie, tym razem ryzykując jeszcze więcej, bo nawiązał przelotny romans z jedną z pacjentek. Po kilku spotkaniach dała mu do zrozumienia, że to koniec, że chce wrócić do męża, z którym pozostawała wówczas w separacji.

Ten drugi incydent uświadomił mu pewną bolesną prawdę.

– Wiesz – powiedział kiedyś w rozmowie ze swoim serdecznym przyjacielem Staszkiem – to niesprawiedliwe. Ktoś bawi się życiem, posuwa panienki, sięga po używki, a potem, jak już mu się to wszystko znudzi, pobożnieje, zakłada rodzinę, staje się wzorowym mężem i ojcem. I wszyscy przechodzą do porządku dziennego nad jego przeszłością. A ktoś taki jak ja, wychowywany pod kloszem, ciągle przejęty nauką i ocenami, stroniący od złego towarzystwa i złych nawyków, zakłada rodzinę i… nagle uświadamia sobie, że nigdy tak naprawdę nie żył. Że się nie wyszalał. Najpierw wraz z tą świadomością przychodzi przekonanie, że będzie się musiał z tym pogodzić. Że jego czas minął. Ale potem odzywa się w nim przekora buntownika. I zadaje sobie pytanie, czy naprawdę ma się znowu poddać rygorowi? Dlaczego innym było wolno wcześniej, a jemu nie wolno teraz? Gdzie tu równowaga? Tak, prędzej czy później dogania człowieka potrzeba robienia rzeczy, nazwijmy to, poza schematem… Potrzeba, której trzeba ulec – dla zdrowia psychicznego.

No i odezwał się w nim poszukiwacz erotycznych przygód, łowca okazji i koneser kobiecych ciał.

A potem usłyszał o czacie Klub Niewiernych, który szybko stał się jego obsesją.

Wśród podobnych sobie czuł się mniej winny i bardziej anonimowy. A przez to – odważniejszy i bardziej podatny na pokusy.