Dziewczyny z konspiry

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

III Bała się o syna Janina Bielecka

Bała się. Nie ukrywała tego przed innymi ani przed samą sobą. Odczuwała prosty, ludzki, matczyny strach. Bała się o syna. Ten nieustannie towarzyszący jej lęk nie był jednak paraliżujący, a wręcz przeciwnie – dopingował do działania. Dopiero wtedy, gdy sama znajdowała się w niebezpieczeństwie, te namolnie dręczące ją obawy przycichały, nieco blakły, pozwalały nie myśleć o najgorszym. Lęk o siebie nie miał nic wspólnego z ustawicznie ją nękającym, perfidnie powracającym, szczególnie w nocy, strachem o los syna. To było tylko chwilowo wzmożone napięcie, które zaraz po zmianie sytuacji opadało, bez żadnych późniejszych reperkusji. Szum w uszach, nogi z waty, lekki zawrót głowy ustępowały i następnego dnia już nawet o nich nie pamiętała. Tak było, gdy wraz z Janką pojechały do Gdańska 13 sierpnia 1982 roku. Jak zwykle zabrały ze sobą ich osobisty „podsłuchiwacz”. Zaparkowały i udały się w stronę pomnika Stoczniowców. Wszędzie tłumy, wiadomo – trzynasty – obchodzona jak co miesiąc rocznica wprowadzenia stanu wojennego. Zbliżyły się do stoczni, ale dalej już nie wpuszczano.

– My do Ośrodka Zdrowia – bez zmrużenia oka skłamała, zawsze zachowująca przytomność umysłu, Janka.

Milicjant żąda pokazania dowodów osobistych. Pani Janina błyskawicznie wyjmuje swój, mając nadzieję, że Jance dadzą już spokój. Ona ma przecież w torbie „podsłuchiwacz”. Pewnie nie zdążyła go jeszcze schować głębiej i sprzęt leży na samym wierzchu. Z przerażeniem zauważa, że dziewczyna w dodatku nie wyjęła z uszu słuchawek. Zimny dreszcz przeszył jej kręgosłup. Zagaduje do zomowca, uśmiecha się nawet. Żeby tylko skończyło się na dowodach, bez przeglądania toreb… Niestety! Janka pierwsza otwiera swój bagaż. Nie zauważył? Nie poznał, do czego służy to urządzenie? W ogóle nie zwrócił na nie uwagi! Albo dureń, albo… Udało im się dojść do samego pomnika. Wszyscy czekają, bo niebawem ma przemawiać Anna Walentynowicz. Nie dochodzi jednak do tego, gdyż pracę kończy druga zmiana, dołącza się do czekających i pochód rusza. Takiej ilości ludzi ZOMO się nie spodziewało. Na pomoc milicji wzywane jest wojsko. Pały idą w ruch, a gaz wdziera się do oczu i nosa. Co chwila świst petard rozdziera błony bębenkowe. Pani Janina i Janka wbiegają do kawiarni. Jak to dobrze, że mają się gdzie schronić. Postanawiają, że dalej nie idą. To zbyt ryzykowne z urządzeniem, które Janka ma w torbie. I tak cudem uniknęły zatrzymania. I dopiero wtedy, kiedy tłum przeszedł, a one wracały do malucha, pani Janina zachwiała się, bo „waciane” nogi nie chciały jej dalej nieść. W dodatku upał, duszno i powietrze przesycone gazem. Słabość po kilku minutach ustąpiła. Już w domu dowiedziała się, że walki uliczne trwały do samego wieczora. Tylko pozostawione barykady świadczyły o tym, co działo się w mieście.

Kolejny stres, chyba najsilniejszy w tamtym czasie, przeżyła pani Janina 1 maja 1983 roku. Już kilka dni przed tą datą nasiliły się aresztowania. Esbecja robiła wszystko, by nie dopuścić do kontrmanifestacji, która mogłaby przyćmić tę rządową. Do Trójmiasta sprowadzono nawet posiłki ze szkoły milicyjnej w Szczytnie. Do Gdańska dojechały koło południa. Oficjalny pochód już trwał, ten ich ruszył o godzinie 12.30. Na przedzie biało-czerwone flagi. Pani Janinie łzy płyną po policzkach, nie próbuje ich ukryć. Druga część pochodu idzie z naprzeciwka, by tłum mógł zlać się w jedną grupę. Nagle między nimi wyrasta zapora z zomowców. Na wielu latarniach widać zainstalowane kamery – będzie można zidentyfikować wichrzycieli. Milicja i wojsko robią wszystko, by dwa skrzydła manifestujących nie spotkały się. W czasie kolejnego ataku pałkarzy pani Janina wbiega do bramy. Stamtąd widzi, jak zomowiec uderza cegłą w głowę młodego człowieka leżącego na trotuarze. Z bezsilności, przerażenia i wściekłości pani Janina zaczyna krzyczeć, nie do końca sama zdając sobie z tego sprawę. Gdyby słuchała tego z boku, pewnie nawet nie poznałaby swego głosu.

– W tym momencie – zapisała później we wspomnieniach – też byłabym zdolna do bicia.

Naraz przez jezdnię przebiega chłopak. Goni go zomowiec z tarczą. Ciężki wóz transportowy z rozpędu, właściwie nie hamując, wpada na funkcjonariusza, przewraca go i przejeżdża po nim całą szerokością gąsienic, a potem zaraz cofa się, odsłaniając zmiażdżone ciało. Z pojazdu wyskakują koledzy zmasakrowanego, pochylają się nad nim, a tłum wokół bije brawo i krzyczy z radości. Pani Janka stoi oniemiała, tym razem nie mając chęci na wydobycie z siebie jakiegokolwiek głosu.

– Koszmar, to straszne! – zanotowała później. – Co oni z nas zrobili? Jacy będziemy po tej szkole nienawiści?

Po krótko trwającej konsternacji zomowcy powracają do działań, które stają się wyjątkowo ostre i radykalne, jakby chcieli odegrać się za śmierć kolegi. Tylko na kim? Przecież nie na sobie samych. Tego dnia w rękach manifestujących nie było kamieni, chcieli spokojnie przemaszerować przez miasto. To strona rządowa sprowokowała tę bitwę.

Dwa dni później, 3 maja, choć to urodziny syna, pani Janina, znów ze swą towarzyszką, jedzie do miasta. Trzecim, stałym kompanem ich wypraw jest nieoceniony „podsłuchiwacz”. Wokół kościoła św. Brygidy rusza procesja. Na jej czele Lech Wałęsa. W jednym ręku trzyma świecę, druga wzniesiona do góry ze znanym wszystkim znakiem victorii. Po mszy tłum błyskawicznie organizuje się w kolumnę i płynie ulicą w spokojnym tempie, a one jadą samochodem za nim, by nasłuchiwać, czy esbecja czegoś nie szykuje. Nim zdążyły włączyć nasłuch, z przecznicy wytaczają się ciężkie transportery mające pochodowi odciąć możliwość cofania się. Jeden z nich naciera w szybkim jak na taki pojazd tempie wprost na ich malucha.

– Nie mamy szans – myśli pani Janina. – Za chwilę nas staranuje.

W ostatnim momencie, kiedy czoło potwora niemal dotyka zadu autka, Janina skręca gwałtownie na trawnik i samochód wjeżdża na chodnik. Tam jest już za wąsko dla szerokich gąsienic. Zatrzymują się. Janka, blada jak papier, mówi drżącym głosem:

– Zdaje się, że nie był to przypadek, umyślnie chcieli nas zmiażdżyć.

* * *

Pani Janina nie mogłaby znaleźć sobie miejsca w domu, gdyby w rocznicę porozumień sierpniowych, 31 sierpnia 1983 roku, nie wyruszyła do Gdańska. Janka czuła podobnie. Nim wysiadły z samochodu, zobaczyły, że tych, którzy nieśli kwiaty, zgarnia się do suk, a liczba milicyjnych pojazdów ustawionych w gigantycznym wężu jest naprawdę imponująca.

– Boją się już nawet kwiatów – z sarkazmem rzuca Janka.

Przed „Brygidą” tłum owacyjnie wita Lecha. Bez namysłu biegną w tę stronę. Coś przyciąga do tego człowieka, z nim wszystko nabiera większego sensu. Prawdziwy trybun!

– Prowokatorzy są wśród nas. – To ksiądz Jankowski przez megafony ostrzega zebranych. Długo czekają, ale wreszcie msza się rozpoczyna. Sądząc po transparentach, w kościele zebrały się delegacje z całej Polski. Po końcowym błogosławieństwie wierni spokojnie, ale nadzwyczaj wolno, ze względu na ilość zebranych, opuszczają świątynię. Wałęsie w miarę szybko udaje się wyjść na zewnątrz i odjeżdża. Niektórzy są zawiedzeni, nie rozumieją, dlaczego on nie chce nadal być z nimi. Szerokim szpalerem ruszają ku pomnikowi. Nagle zatrzymują się jak sparaliżowani. Żadna, nawet najsurowiej i najgłośniej wypowiedziana komenda nie dałaby rady spowodować natychmiastowego unieruchomienia takiej rzeszy ludzi. Dokonało tego ostre, oślepiające światło reflektorów. W oddali widać poruszające się jak mechaniczne zabawki ludziki. To zomowcy po zadaniu wstępnego ciosu wyskakują z wozów i nacierają zwartym kordonem na idących. Bliższy z nimi kontakt unaocznia, że rzeczywiście działają jak nakręcone ręką perfidnego przeciwnika ołowiane żołnierzyki. W oczach pustka, twarze bez wyrazu, a jeśli już jakiś się pojawia, jest to przede wszystkim pierwotna dzikość. Działają jak w hipnotycznym czy narkotycznym transie, biją na oślep, często po latarniach i wystających częściach budynków. Nie trudno byłoby ujść tym razom, ale ścisk to uniemożliwia. Pani Janina i Janka wpadają na chwilę do suchego kanału Raduni. Tam siepacze na razie nie sięgają. Potem obrzeżami ulicy kobiety dobiegają do samochodu, by włączyć nasłuch. Chcą zorientować się, z której strony jest „najczyściej”. Ale nie ma takiej! Wszędzie pełno sygnałów zwołujących esbeków do walki. Nie ma gdzie uciekać, zaraz zostaną zatrzymane. Opuszczają więc auto i chronią się w kościele. Jest tam już wiele grup młodzieży i kobiet. Ksiądz Jankowski wydaje polecenie, by zamknąć wrota. One jednak, wiedzione przeczuciem i pewnym już doświadczeniem, bocznymi drzwiami wydostają się na zewnątrz i kryją w gęstych, otaczających budynek krzakach. Będąc niewidocznymi, mogą teraz śledzić, co się dzieje. Przed bramę zajeżdża sześć ciężkich wozów. Ksiądz przez megafon beznamiętnym głosem prosi, by pozwolono ludziom spokojnie wrócić do domu. Po tym apelu pierwszy przed kościół wychodzi młody, szczupły człowiek. Od razu spadają na niego cięgi. Osuwa się na ziemię. Ksiądz wzywa pogotowie. Nikt nie przeszkadza w przejeździe karetki.

Jest już 22.00. Tłum stoi nadal, zomowskie pojazdy również. Pat. Co robić? Kobiety postanawiają dotrzeć do samochodu. Krzaków, w których się ukrywają, nie rozświetla na szczęście przykry blask zimnych „szperaczy”. Wskakują do auta, nie zamykając do końca drzwi, by nie narobiły hałasu. Janka skręca ostro i zdecydowanie, ale bez pisku opon rusza i z miejsca. Udało się, nie zatrzymali ich! Oddychają z ulgą.

Takich epizodów w konspiracyjnym życiu pani Janiny zdarzyło się wiele, ale stres nimi wywołany był nieporównywalnie mniejszy niż codzienny lęk o syna, strach, którego apogeum przeżyła 17 grudnia 1981 roku. To był czwarty dzień stanu wojennego, kolejne godziny niepewności, całkowitej niewiedzy, co dzieje się z Krzysztofem. Ciągle ktoś z „Solidarności” wpadał do niej, pytał o syna, a jako że obydwie strony nie miały sobie nic do powiedzenia, szybko pędził dalej, zaś jej robiło się na duszy coraz ciężej i ogarniały ją wątpliwości, czy ta walka ma sens. Dla pani Janki te wszystkie odwiedziny podczas ustawicznego wyczekiwania przybierały postać błyskawic na moment rozświetlających ciemność. Po południu przybiegła synowa z informacjami od księdza Jankowskiego. To były pierwsze wiadomości, które do niej dotarły od 13 grudnia. Wedle nich Krzysztof nadal przebywał w stoczni, z bardzo już przetrzebioną grupą strajkujących, która postanowiła się nie poddawać i była na tyle zdesperowana, że brała w rachubę wysadzenie się wraz z acetylenownią. Pani Janinie pociemniało w oczach.

 

– Straszne… Boże, mój syn ma tak zginąć? – pytała siebie w duchu. – Czy to wszystko na pewno jest warte takiego poświęcenia? A jeśli to nic nie da, oni i tak zwyciężą, a jego już nie będzie?

Nie mogła zasnąć, a nawet gdy przychodziła krótka drzemka, wydawało jej się, że wali głową w mur, że jest otoczona przez jakieś bestie, że uwięzła w trzęsawisku i jest zbyt słaba, by się zeń wydostać. Jedyna pociecha leżała na tapczanie i, zaróżowiona, słodko spała. Starała się odpędzać te chwile pełne koszmarów i czuwać nad snem dwuletniego wnuka. Musiała zachować spokój, by rano, gdy malec się obudzi, nie udzielił mu się jej nastrój, jej paniczny strach.

Jednak nie wytrzymała tego niepokoju ani dnia dłużej. Na szczęście mąż mógł zostać z wnukiem, więc pojechała do Gdańska. Postanowiła, że musi wejść do stoczni i jeśli będzie trzeba, zginie razem z synem, bo jego śmierci i tak by nie przeżyła. Miasto wyglądało tak jak w 1970 roku. Ślady walki – kamienie, petardy, połamane płoty, ławki, ale także te niewidoczne: resztki gazu drażniące oczy i nos. Oczywiście nie wpuszczają jej do stoczni. Spotyka wielu znajomych i wszyscy twierdzą, że tam już nikogo nie ma. Natyka się też na Jankę, którą poznała dwa dni wcześniej. Jej mąż również uczestniczył w strajku i już jest w domu, uciekł przed zomowcami barką. A Krzysztof? Nikt go nie widział, nikt o nim nie słyszał, wszyscy pocieszają, że go tam nie ma, ale ona nie wierzy nikomu. A jeśli ta acetylenownia?… Ziarno zasiane… Wraca do domu, tam przecież ktoś na nią czeka. W Wolnej Europie mówią, że jeszcze w wielu miastach trwają strajki.

* * *

Jankę poznała 16 grudnia, kiedy po raz pierwszy od wprowadzenia stanu wojennego pojechała do Gdańska. Poprzedniego dnia synowa przywiozła do niej wnuka i wiadomość, że Krzysztof jest w komitecie strajkowym w stoczni. Chciała zobaczyć, co się tam dzieje. Wiedziała, że rano czołgiem rozwalili zabarykadowaną bramę, zniszczyli portiernię, wdarli się do środka i zaczęli usuwać stoczniowców. Pani Janina biegała naokoło budynku, mając nadzieję spotkać syna. Widziała wiele grup strajkujących prowadzonych przez zomowców. Zwieszone głowy, smutek rezygnacji na twarzach. Jego wśród nich nie było. Jakoś dziwnie nikt jej nie zatrzymywał, kiedy tak błąkała się w rozpaczy, co rusz ocierając się o funkcjonariuszy wyposażonych w tarcze i pałki. Wokół stoczni zbierało się z minuty na minutę coraz więcej ludzi, właściwie stał tam już niezły tłum. Starzy, osoby w średnim wieku, młodzi, a nawet dzieci. Tuż obok chłopak z wysoko uniesioną flagą. Zomowcy prosto w tłum kierują petardy. Co sprawniejsi odrzucają je tam, skąd nadleciały, i wszyscy skandują: „Ge-sta-pow-cy, ge-sta-pow-cy”. Po chwili rozlega się hymn. W tym momencie jedna z petard trafia w chłopca z flagą. Pada na ziemię, a pani Janina słyszy swój własny krzyk: „Gestapowcy!”. Powietrze przesiąka zwiększającą się dawką gazu. Oczy łzawią, trudno wydobyć z krtani głos. Manifestujących przybywa, już są nie tylko wokół stoczni, ale i w prowadzących do niej bocznych uliczkach. Nad głowami nisko latają helikoptery wojskowe, prowokując gniewne, przepełnione nienawiścią komentarze. Pani Janina próbuje się dostać jak najbliżej rozwalonej bramy. Przepędzają ją. Staje i zastanawia się, co robić dalej. Obok zauważa młodą blondynkę ze znaczkiem „Solidarność” przypiętym do bluzki. Okazuje się, że dziewczyna szuka męża. Wspólne zadanie łączy kobiety. Dalej idą już razem. Pomyślnie pokonują dwa kordony milicji i docierają pod sam pomnik Trzech Krzyży.

– Chcemy tylko złożyć kwiaty – mówi blondynka.

O dziwo, o więcej nie dopytują i przepuszczają je. Pod pomnikiem już mnóstwo kwiatów i palących się zniczy, ale wokół pusto, bo nikogo teraz tam nie dopuszczają. Poczuły się dziwnie wyróżnione, ale i zagrożone. Klękają. Dziewczyna szeptem proponuje:

– Zostańmy tu trochę, pod pozorem modlitwy możemy się rozejrzeć.

Z miejsca, w którym klęczą, doskonale widać wyprowadzanych ze stoczni strajkujących. Obydwie przyglądają się, czy to nie poszukiwani przez nie mężczyźni. Nagle przez megafon rozlega się głos:

– Jeśli chcecie się modlić, to idźcie do domu!

Wstają i powoli opuszczają plac. Naokoło walki zomowców z coraz liczniejszym tłumem. Nie sposób dostać się do kolejki, więc pani Janina wsiada do tramwaju, by wrócić do Sopotu. Przed wejściem do domu skurcz niepewności. Przez myśl przelatuje iskierka nadziei – może Krzysztof jest na górze? W drzwiach wita ją wnuczek.

– Jakże on podobny do ojca – szepcze rozczarowana.

Spotkanie tych dwóch kobiet miało w sobie coś z odgórnie planowanych zrządzeń losu. W dodatku jeszcze to samo imię… Od modlitwy pod pomnikiem utrzymywały stały kontakt, a młodsza stopniowo wciągała starszą w konspiracyjną działalność. Początkowo Krzysztof nie miał pojęcia, co robi jego matka, a i później nie był wtajemniczany w szczegóły.

– Jak Kuba Bogu… – usprawiedliwiała się przed samą sobą pani Janina, urażona tym, że nic nie wie o działaniach syna.

Początkowo Janka dostarczała podziemne wydawnictwa i prasę, stopniowo przybliżając imienniczce szczegóły akcji, które przeprowadzała. Aż do momentu, kiedy pani Janina też zaczęła w nich uczestniczyć. Na pierwszy wspólny „wywiad” pojechały w połowie lutego ‘82 roku. W maluchu wiozły radioaparat, tak ustawiony, że można było podsłuchiwać esbecję. Wtedy odkryły, że ktoś przy ulicy Wybickiego w Sopocie jest notorycznie, dzień i noc, inwigilowany. Zadaniem pani Janiny było ustalenie tożsamości szpiegowanego i uprzedzenie go o zagrożeniu. Przechadzała się więc z psem po Wybickiego to w jedną, to w drugą stronę, bacznie wszystkiemu się przyglądając, a czworonóg był zachwycony niespodziewanie długim spacerem. Po wielogodzinnej obserwacji stwierdziła, że tylko przy jednym z budynków cały czas parkuje samochód, całkiem normalny, cywilny, ale jednak… nie rusza się z miejsca i nie ma rejestracji podobnej do tych, jakie spotyka się w tej dzielnicy. Okazało się, że w domu tym mieszka były rektor Wyższej Szkoły Morskiej, wybrany i popierany przez „Solidarność”. Obydwie były zgodne, że z pewnością chodzi o niego. Teraz trzeba było dotrzeć do będącego w niebezpieczeństwie i w porę go ostrzec. Pani Janina przypomniała sobie, że zna lekarkę zaprzyjaźnioną z rektorem. Po złożeniu jej wizyty odetchnęła z ulgą.

– Zadanie wykonane, może czemuś złemu zapobiegłam – pomyślała z satysfakcją. W takich momentach czuła się szczęśliwa, potrzebna, ważna. Młodniała i mniej odczuwała swoje lęki. Chciało jej się z kimś podzielić radością, ale wiadomo – konspira, musiała to zachować dla siebie.

Działały nie tylko w Sopocie, ale na terenie całego Trójmiasta. Kiedyś wykryły, iż pilnie śledzony jest jeden z segmentów w Gdyni. Okazało się, że pan domu, dopiero co zwolniony z obozu internowanych, mimo to wciąż drukuje z synami podziemną prasę.

Innym razem tuż przed Wielkanocą ustaliły, że podsłuchiwana jest i ustawicznie śledzona lekarka, jedna ze znajomych pani Janiny. Kiedy do niej weszły, piekła właśnie wraz z córką mazurki dla internowanych.

Dzielne Janki czuwały też nad bezpieczeństwem czołowych działaczy „Solidarności”: Bogdanów Lisa i Borusewicza, z sukcesem się ukrywających, na których esbecja nieustannie polowała. Krzysztof był z obydwoma panami w ścisłym kontakcie i nawet nie zdawał sobie sprawy, że jego matka w pewnym sensie czuwa nad ich bezpieczeństwem.

Przyszedł taki moment, że zorientowały się, iż funkcjonariusze musieli odkryć ich działania. Nie namierzyli konkretnie ich samych, lecz zorientowali się, że ktoś ich podsłuchuje. Świadczyło o tym wprowadzenie szyfru. Każdy z inwigilowanych oznaczony został numerem. Dzięki zdobytemu doświadczeniu bez większego trudu zdołały kontynuować działalność – szyfr przestaje przeszkadzać, kiedy znajdzie się do niego klucz. Zbyt poważnie traktowały tę misję, by z błahego powodu ją przerwać, choć doskonale wiedziały, że jeśli je nakryją, grozi im kara co najmniej trzech lat więzienia.

Nie był to jedyny wątek konspiracyjnej pracy pani Janiny. Wynajdywała też miejsca na kryjówki dla poszukiwanych działaczy, co nie było proste, gdyż często spotykała się z odmową. Ludzie bali się restrykcji. Gdy się udało, pod osłoną nocy transportowała ukrywających się do miejsca przeznaczenia. Przepisywała też ulotki, pisma, instrukcje, między innymi taką, w której strona rządowa instruowała swych popleczników, w jaki sposób należy zwalczać „Solidarność”. Jej konkluzja – im podlejsza metoda, tym lepsza – wzbudziła w pani Janinie tak negatywne emocje, że aż sama się ich przestraszyła. Nie potrafiła zdławić w sobie nienawiści. Zaciskała pięści, jakby gotowe do bicia.

– Nie, to nie uchodzi – mówiła do siebie. – Spokojnie, nie można dać się zeszmacić. To trudne, ale musimy wykrzesać w sobie wyrozumiałość i nadzieję.

To, co przepisywała, rozwoziła potem w różne znane jej i nieznane miejsca. Pisywała teksty do podziemnych gazetek oraz „wojenne” notatki, jak je nazwała, które miały być świadectwem tego, co przeżywała. Brała też udział w akcjach określanych przez nią dziecinadą, które dawały jednak poczucie wspólnego oporu przed terrorem i wzajemnej opozycyjnej solidarności. Bojkotowała na przykład godzinę milicyjną, umyślnie później wychodząc na spacer z psem, i raz była o krok od zatrzymania przez patrol. Nieco spuściła z tonu, od kiedy kolegę z pracy, właśnie za tę przewinę, dotkliwie pobito i okradziono, choć miał oficjalną przepustkę, bo wracał z dyżuru. Cały czas, w zgodzie z opozycyjną modą, wpinała w ubranie maleńki opornik, który potem zamieniono na guzik przyszyty w najbardziej nieoczekiwanym miejscu. W wyznaczonych terminach zapalała też w oknie świecę, jako jedna z nielicznych w swojej kamienicy, zamieszkanej głownie przez starszych, bojących się takich akcji, ludzi. Ten słaby, migoczący płomyk działał na nią wyjątkowo kojąco, był wątły, ale nie gasł, podobnie jak jej kołacząca się wciąż matczyna nadzieja, że synowi nic się nie stanie.

Aktywność pani Janiny musiała zostać przez drugą stronę odnotowana i zaczęto jej to dawać do zrozumienia. Najpierw pojawiły się dziwne telefony o różnych porach dnia i nocy, często wybijające ze snu wnuka. Kiedy podnosiła słuchawkę, rozbrzmiewał w niej drażniący chichot, niezrozumiały bełkot albo głucha, świszcząca niemal cisza. Anonimowy rozmówca przekazał jej też wiadomość o rzekomej śmierci papieża Jana Pawła II, a było to przeszło rok po zamachu na jego życie. W ten sam sposób poinformowano ją o fakcie, na szczęście również nieprawdziwym, iż aresztowano jej syna. Pewnego razu zaś zatelefonowała jakaś kobieta i przestrzegała ją przed wychodzeniem z domu. Pani Janina, długo się nie zastanawiając, natychmiast wybiegła z mieszkania na ulicę.

W związku z tym drobnym, ale ustawicznym nękaniem rewizja nie zaskoczyła pani Janiny. Żałowała tylko, że nie było jej wtedy w mieszkaniu. Ta kontrola była inna niż zwykle, bowiem nie szukano obciążających przedmiotów, ale ludzi. Sprawdzano, czy ktoś się u niej nie ukrywa, czy oprócz domowników ktoś obcy, niemeldowany przypadkiem tam nie nocuje. Kontrolowali liczbę płaszczy wiszących w przedpokoju. Interesowali się też żywo tym, gdzie znajduje się pani Janina. Trudno było z tego wszystkiego wywnioskować, czy rewizja dotyczyła działalności Krzysztofa, czy jego matki.

Kolejną przeżyła osobiście, ale w mieszkaniu syna. Była tam tylko ona i wnuk. Około 10.00 rano najpierw ostry dzwonek do drzwi, a potem krzyk z klatki schodowej:

– Milicja, otwierać!

Trzech barczystych, wysokich drabów, z których jeden od razu profesjonalnie nogą blokuje drzwi. Pani Janina żąda nakazu, choć wie, że nie jest to wymagane w stanie wojennym. Zaczyna się rewizja. Skrupulatnie, metodycznie przeszukują każde pomieszczenie. Pani Janina bacznie ich obserwuje, pilnuje, by czegoś nie podrzucili. Wnuk siedzi na podłodze, bawi się beztrosko i radośnie, szczerze uśmiechając się do niespodziewanych gości. Pani Janina cała drży, ale stara się, by przede wszystkim malec tego nie dostrzegł.

 

– Gdzie jest pani syn? – pada pytanie.

– Nie wiem. – Nie musi kłamać, bo Krzysztof od dawna nie mówi jej, dokąd wychodzi. W tym momencie pani Janina po raz pierwszy docenia ścisłe stosowanie zasad konspiracji. Nie denerwuje się dodatkowo, że mogłaby wyjawić jakąś tajemnicę.

Nie wierzą jej i wciąż zadają to samo pytanie. Po dwóch godzinach buszowania, w czasie którego na szczęście niczego nie zniszczyli i nie zrobili nadmiernego bałaganu, wydają się zawiedzeni, iż nic obciążającego nie wpadło im w ręce. Na odchodnym jeszcze raz zadają jedyne interesujące ich pytanie.

Gdy wyszli, pani Janina przysiadła w kuchni na stołku. Nie chciała, by bawiący się w pokoju wnuk spostrzegł jej słabość. Musiała odreagować i zastanowić się, co dalej. Powinna była ostrzec syna, bo przecież mogą czekać na niego gdzieś w pobliżu, ale zupełnie nie miała pojęcia, gdzie się znajduje. Późnym wieczorem wyszedł z żoną do przyjaciół i mieli wrócić około północy. Było już po południu dnia następnego, a oni nadal nie wrócili. Nic sensownego nie przyszło jej do głowy, więc zajęła się dzieckiem i pracami kuchennymi. Po jakimś czasie kolejny dzwonek do drzwi.

– Chyba nie wrócili, by powtarzać rewizję – pomyślała. – A może to funkcjonariusze z innej grupy przyszyli wykonać swe zadanie, nie orientując się, że koledzy już tu byli. Powinnam wywiesić na drzwiach tabliczkę: „Już po rewizji”. – Przez myśl pani Janiny przemknął absurdalny pomysł.

Zrezygnowana otworzyła. Na szczęście za drzwiami stali przyjaciele Krzysztofa. Wiedzieli już o niezbyt przyjemnej wizycie, mówili więc szeptem, spodziewając się, że w mieszkaniu założono podsłuch. Przywieźli jedzenie dla dziecka, a dla zestresowanej babci odrobinę koniaku. Jeden z nich zaczął czegoś szukać i wyglądało na to, że jest doskonale zorientowany w rozkładzie mieszkania. Pani Janina przerażona zobaczyła, że zza pudła, w którym znajdowały się za małe już na wnuka ubrania, wyciąga nadajnik radiowy.

– Gdyby to znalazła esbecja! – pomyślała ze zgrozą.

Jak na jeden dzień wydarzyło się zbyt dużo. Była zmęczona, do niczego się nie nadawała. Dwóch przyjaciół miało zostać do świtu, inni poszli szukać Krzysztofa. Krzątała się po mieszkaniu jak automat, dużo czasu poświęcając dziecku.

– Ono jest najważniejsze – mówiła do siebie.

Nie mogła sobie pozwolić na histerię, choć teraz była już pewna, że jego rodziców aresztowano. Wciąż nie nadchodziły żadne wiadomości. Kiedy wieczorem kładła małego spać, dziecko pewnym i pełnym spokoju głosem stwierdziło:

– Babciu, oni są w więzieniu.

By chłopiec zasnął, zaczęła opowiadać mu ulubioną bajkę. Wtedy drzwi do pokoju cicho się otworzyły i stanął w nich syn. Po chwili dołączyła do niego synowa. Chwila niedowierzania, a potem wielka radość. Okazało się, że u przyjaciół, do których wybrali się wieczorem, był kocioł. Wszystkich zabrano na komisariat, ale po dwudziestu czterech godzinach wypuszczono.

– Spokojnie, mamo, nic się nie stało – uspokajał Krzysztof. – Poprzednio trzymali nas znacznie dłużej.

To poprzednie zatrzymanie miało miejsce blisko rok wcześniej, na samym początku stanu wojennego.

O jego ogłoszeniu pani Janina dowiedziała się dopiero o 18.00 13 grudnia 1981 roku. Wtedy z przerażeniem pomyślała:

– To trwa już osiemnaście godzin! Godzina milicyjna, odcięcie od świata i prawdziwych wiadomości. Skąd ja to znam?

W Gdańsku odbywał się właśnie zjazd „Solidarności”. Jej działaczy, skupionych w jednym miejscu, zabrano z sopockiego Grand Hotelu.

– Gdzie jest mój syn? – To pierwsze pytanie, które sparaliżowało myśli pani Janiny po wysłuchaniu telewizyjnego komunikatu. Rozpoczynał właśnie działalność w Komisji Krajowej „Solidarności”, choć prosiła go, by to na razie odłożył. Nie mogła się poszczycić przenikliwą intuicją, ale tym razem podskórnie niemal czuła, że wydarzy się coś niedobrego. – A może to on ma rację? – zastanawiała się. – Myśli o mnie: starsza kobieta, przyzwyczaiła się już do jarzma, nie chce zmian, bo się ich boi. Nie, tchórzem nigdy nie byłam i nigdy nie chcę nim zostać!

Zadrżała, zrobiło jej się zimno i zaczęła się cała trząść. Opanowała się dopiero, gdy z sąsiedniego pokoju dobiegł ją płacz wnuka. Przed kilkoma godzinami przywiozła go synowa, a sama pobiegła szukać męża. Pani Janina położyła się koło małego. Tak jak dawniej koło jego ojca. Do trzeciej nad ranem nie zmrużyła oka, tylko wpatrywała się w dwulatka i myślała o synu. Jego kolegę zabrali z domu i chcieli skuć kajdankami, lecz zrezygnowali ze względu na ostry sprzeciw żony. Gdzie jest Krzysztof? – to pytanie wciąż bombardowało jej myśli. To samo było dnia następnego. Brak jakichkolwiek wieści. Od przyjaciół dowiedziała się, że zatrzymano dziewięćdziesięciu działaczy „Solidarności” z Trójmiasta. Lecha wzięli z jego mieszkania, wcześniej wyważając drzwi. Mówiło się też, że z siedziby Komisji Krajowej we Wrzeszczu wywożą wszystko, co mogą, między innymi maszyny drukarskie podarowane przez zagranicę. Niszczą też książki, druki i całą dokumentację. Członkowie „Solidarności” podkradają się tam głównie nocą, by uratować, co się jeszcze da. Ktoś ponoć widział tam Krzysztofa w chwili, kiedy wynosił powielacz. Pani Janina nie ufała żadnym informacjom.

– Uwierzę, kiedy zobaczę go na własne oczy – pomyślała. Zresztą, to wyjaśnia niewiele, bo właśnie z tym powielaczem mogli go przecież zatrzymać.

Noc. Gdy tylko wybija godzina milicyjna, główną aleją Sopotu przetaczają się, tak jak poprzedniego dnia, długie kolumny czołgów. Czy każdej nocy planują taki pokaz siły? Pani Janina drży, zimno wdziera się do każdej komórki jej ciała. Zimno wyobrażone, nie realne.

– Gdzie jest Krzysztof? – wciąż zadaje sobie to pytanie. – Już go internowali czy jeszcze nie? A jeśli tak, to w jakich warunkach go przetrzymują? Jest przecież zima. Mróz, śnieg…

Lepiej nie myśleć. Matczyny lęk próbuje przekuć w babciną miłość. Kiedy patrzy na wnuka, robi jej się cieplej, a myśli nie są takie ponure.

– Muszę się trzymać, dla niego – postanawia.

W ósmym dniu stanu wojennego, około 17.00 – dzwonek do drzwi. Ten dźwięk, podobnie jak za czasów okupacji niemieckiej, zaczynał nabierać już niezbyt przyjemnych konotacji. Pani Janina niepewnie podeszła do drzwi. Odetchnęła głęboko i powoli je otworzyła. Na progu stał jej syn. W pomiętym ubraniu, brudny, nieogolony, ale cały i zdrowy. Łzy popłynęły jej po policzkach, a w oczach pojawił się dawno niewidziany blask.

Zabrali go ze stoczni 16 grudnia z samego rana, wraz z dwudziestoma ośmioma innymi strajkującymi. Wszystkich skuli w kajdany i zawieźli do więzienia w Stargardzie, a tam upchnęli w dziesięcioosobowej celi. Przez osiem godzin nikogo nie wypuszczali na zewnątrz, nawet do toalety. Potem dwudniowa głodówka i dopiero trzeciego dnia zatrzymani dostali po talerzu więziennej zupy. W nocy wzywali ich na przesłuchania, nocą odbyło się także kolegium i Krzysztofowi zasądzono 3 tysiące grzywny. Na szczęście pieniądze dostarczyła mu krewna, więc został zwolniony. Z celi jednak wyszedł ostatni, bo jak twierdził, tam solidarność też obowiązuje.

Wnuk, rozpromieniony, chce wciąż być jak najbliżej ojca. Przysuwa się do niego, przytula. Radość! Krzysztof jednak, gdy tylko uspokoił najbliższych swą obecnością, znów znika. I tak będzie już stale. Niespodziewane pojawianie się i równie raptowne rozpływanie w konspiracyjnej rzeczywistości. Nigdy nie mówił, skąd wraca i dokąd zmierza. Nie wymagał też tego od pani Janiny. Stopniowo stawał się coraz bardziej zamknięty w sobie, oschły. Gdy go kiedyś zapytała: