Dziewczyny z konspiry

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

W ponownie zarejestrowanej „Solidarności” rzuciła się w wir pracy. Weszła w skład nowo wybranej Komisji Zakładowej i została jej delegatem do Regionu. Natychmiast po powstaniu Komitetu Obywatelskiego zaangażowała się w jego prace. Czwartego czerwca, w dniu pierwszych niekomunistycznych wyborów, zasiadała w Komisji Wyborczej w Klarysewie. Tak jak każdy cieszyła się, kiedy się okazało, że niemal we wszystkich okręgach wyborczych zwyciężyła opozycja. Był to dla niej niezwykle ważny moment na długiej drodze starań, podejmowanych w różnym wieku i różnymi metodami, o wolną od sowieckiego dyktatu Polskę. W chwilach zadumy żałowała tylko, że nie doczekała tego mama, która – choć sama nie była czynnie zaangażowana w opozycyjne działania – swoje przecierpiała i sekundowała wiernie córce, często narażona na większy stres niż ona.

Po powrocie do Polski dwukrotnie musiały rozstać się na dłuższy czas. Najpierw, kiedy Hanna odsiadywała wyrok w więzieniu, i później, gdy po odbyciu kary postanowiła zostać pielęgniarką i wyjechała z Bydgoszczy do Warszawy, by uczyć się w szkole pielęgniarskiej. Po zdobyciu zawodu zawsze już szukała pracy, w ramach której oferowano mieszkanie na tyle duże, by mogły w nim razem żyć. Najczęściej przebywał z nimi jeszcze trzeci lokator – pies, obie bowiem uwielbiały zwierzęta i uważały, że w najmniejszym nawet lokum znajdzie się miejsce dla czworonożnego przyjaciela.

Ale na chwile wspomnień i zadumy Hanna nie miała wówczas wiele czasu. Po wyborach tak intensywnie pracowała w Związku, że zrzekła się stanowiska przełożonej i przeszła tam na etat. Została sekretarzem Komisji Zakładowej i dokładała wszelkich starań, by pozytywnie rozwiązywać problemy najbliższego otoczenia. Słynna była batalia jej koła o dom dla chorych na AIDS, który senator Zofia Kuratowska założyła w jednej z konstancińskich willi. Okoliczni mieszkańcy początkowo nie chcieli się zgodzić na takie sąsiedztwo, była nawet próba podpalenia domu i członkowie stocerowej „Solidarności” czuwali przy nim dzień i noc. Jednak akcja informacyjna i umiejętności perswazyjne Hanny załagodziły spór tak dalece, że ostatecznie sąsiedzi pomagali nawet w wyposażaniu willi. W ten sposób funkcjonowała Hanna do końca 1990 roku. Wtedy, z ramienia Komitetu Obywatelskiego, została kandydatką na radną i z rekordowym poparciem wyborców znalazła się w Radzie Gminy Mokotów.

– To, nie tylko według mojej opinii, była najlepsza i najskuteczniejsza rada, jaką można sobie wyobrazić. Zaczynaliśmy dopiero działalność samorządową, niczego o tym nie wiedzieliśmy, więc w trybie pilnym wszyscy staraliśmy się uczyć, ale byliśmy odważni przy sporządzaniu projektów i równie nieustraszeni w procesie ich realizacji. Przede wszystkim pozostawaliśmy pełni zapału i naprawdę chcieliśmy coś dobrego zrobić – podsumowuje te samorządowe początki Hanna.

Była przewodniczącą komisji pomocy społecznej, ale intensywnie pracowała też w komisjach zdrowia, kontaktów z organizacjami pozarządowymi i oświaty. Zależało jej na tym, by powstało jak najwięcej organizacji pozarządowych, i przyczyniała się do tego, załatwiając im lokale, w których mogły działać. Szczególnie ciągnęło ją do pokrzywdzonych przez los dzieci. Między innymi udało jej się doprowadzić do powstania na Mokotowie Ogniska imienia Kazimierza Lisieckiego „Dziadka”, bo choć część tych, znanych jeszcze sprzed wojny i świetnie realizujących cele opiekuńczo-wychowawcze, placówek reaktywowano, w tej dzielnicy nie funkcjonowała żadna. I właśnie wtedy, w czasie prac nad ogniskiem, zetknęła się po raz pierwszy z fundacją Synapsis, zajmującą się dziećmi i dorosłymi z autyzmem oraz ich rodzinami. Fundacja dopiero raczkowała, ale problem, wtedy całkowicie w Polsce zaniedbany, wydał się Hannie na tyle ważny, a ludzie skupieni wokół niego tak odpowiedzialni i pełni poświęcenia, że postanowiła im pomóc. Najpierw udało jej się wywalczyć – a wcale to łatwe nie było – działkę pod budowę. Ogromnie ucieszył ją moment podpisania aktu notarialnego o dzierżawie wieczystej terenu. Potem zaczęła zabiegać o fundusze na wzniesienie ośrodka dla tych nierozumianych przez ogół społeczeństwa ludzi. Kilkakrotnie pieniędzy zabrakło i budowa musiała stanąć, co było swoistym marnotrawstwem, gdyż przestój takiego przedsięwzięcia też kosztuje. Wreszcie, w 1999 roku, u progu nowego tysiąclecia, ośrodek uroczyście otwarto, a Hanna była tak szczęśliwa, jakby otrzymała prezent, o którym latami marzyła i którego już nie spodziewała się dostać. Była to pierwsza tego typu placówka w Polsce i właściwie od niej dopiero rozpoczęto u nas tworzenie systemu pomocy osobom z autyzmem i, co nie mniej istotne, ich rodzinom. Hanna poświęciła temu zagadnieniu dwadzieścia lat swego osobistego i samorządowego życia, wykorzystując w tym celu wszelkie swe umiejętności organizacyjne i znajomości wśród kompetentnych autorytetów w tej dziedzinie. Na co dzień uczestniczyła w funkcjonowaniu ośrodka, znana tam jako ciocia, do której zawsze można było zwrócić się o pomoc. Własnych dzieci nie miała, toteż z wychowankami pozostawała w serdecznych, rodzinnych niemal stosunkach.

Kiedy osoby represjonowane w okresie stalinowskim objęte zostały ustawą o prawach kombatantów, Hanna nie zamierzała dołączać do tej grupy, bowiem nie czuła się aż tak pokrzywdzona. Te dwa więzienne lata traktowała jako niezwykle pouczającą lekcję życia, w jakiś sposób dla niej pożyteczną.

– Być może szereg rzeczy, które potem udało mi się zrobić – mawiała – zawdzięczam temu, co tu ukrywać, dość ponuremu okresowi.

Potem przyszła refleksja, że trzeba jednak zgłosić się dla celów historyczno-badawczych, by potomni mieli pojęcie o tym, jak to wszystko wyglądało. Po wizycie w urzędzie, wstrząśnięta, obiecała sobie, że nigdy tam nie wróci. Podczas zebrania trwała żenująca licytacja na cierpienia i zasługi. Nie mogła tego znieść i oburzona wyszła. Gdy później dowiedziała się, jak duże grono kombatantów lat 80. domaga się odszkodowań za swoje cierpienia, ogarnęła ją wściekłość i zadecydowała, że również wystara się o te pieniądze, ale przeznaczy je na szczytny cel. Oczywiście od początku znała adresata darowizny, ale innych poinformowała o tym dopiero, gdy niezbyt duża kwota znalazła się na jej koncie. Tak powstał Fundusz Wieczysty Centrum Dziecięcego Synapsis, będący fundacją kapitałową. Dołożyli się do niej inni darczyńcy, wspierający działania na rzecz autystycznych dzieci. Gdy już powstał, Hanna zaczęła grać w totolotka, by móc go nadal zasilać. Żyła przyszłością, bez jakichkolwiek ciągot martyrologicznych, powoływania się na trudne dzieciństwo, przerwaną młodość. Była potrzebna tym małym istotom, i to było dla niej najważniejsze.

Czasem zastanawiała się, dlaczego działalność w opozycji i solidarnościowy zryw doprowadziły ją do tego właśnie miejsca i do aktywności, która wypełniała teraz większość jej życia. Istnieje jakaś analogia pomiędzy więziennym odosobnieniem a alienacją wynikającą z zatrzaśnięcia się w autystycznej skorupie.

II Rodzinna „Solidarność” Marta Urniaż Ligia Urniaż-Grabowska Małgorzata Grabowska-Kozera

To pani? Pani jest od perkoza? – wykrzyknął więzień, zrywając się z krzesła w lekarskim gabinecie.

– Tak… Ach, już wiem, to do pana dzwoniłam w sprawie mojego Piątka – odparła zdziwiona i radośnie zaskoczona lekarka, stając naprzeciw pacjenta.

– Jak on się ma?

– Nauczył się jeść, przetrwał jakoś pierzenie, ale kiedy latał nad stawem, nadleciał helikopter i tak go ta maszyna przestraszyła, że odleciał i już nie wrócił. Szukałam go wszędzie, ale bezskutecznie. A był już taki oswojony. Na zawołanie wylatywał z wody i siadał mi na kaloszach.

– I tak dokonała pani wielkiej sztuki. Wychowanie pisklęcia tego ptaka rzadko się udaje.

Dłuższa rozmowa na ten, pasjonujący obie strony, temat była niemożliwa, scena rozgrywała się bowiem w specyficznym i niezbyt przyjemnym miejscu. W więzieniu w Łowiczu przebywali wówczas, oprócz „normalnych” kryminalnych, internowani działacze „Solidarności”. Baraki tych dwóch jakże odmiennych grup więźniów oddzielone były tylko wąskim pasem trawy, więc współpraca między nimi kwitła. Co tydzień przyjeżdżały lekarki z Prymasowskiego Komitetu Pomocy Osobom Pozbawionym Wolności i ich Rodzinom, by sprawdzać stan zdrowia przetrzymywanych. Naczelnik zakładu, wbrew obowiązującej praktyce, pozwalał na badanie internowanych bez obecności funkcjonariuszy i honorował skierowania wystawiane przez lekarki do szpitali i specjalistów. Dzięki temu udało się wielu ludzi uwolnić. Doktor Ligia nie wiedziała, że kolejny pacjent, sympatycznie wyglądający okularnik z siwiejącą bródką, to jej telefoniczny znajomy. On poznał ją po głosie. Przeszło pół roku wcześniej zatelefonowała do niego, dyrektora ZOO w Płocku, w sprawie swego skrzydlatego podopiecznego znalezionego przez dzieci nad Wigrami. Teraz spotkali się w okolicznościach niesprzyjających wymianie zoologicznych doświadczeń. Doktor Ligia, chcąc pomóc Tadeuszowi Taborskiemu, który zajmował się z wielkim oddaniem nie tylko zwierzętami, ale odgrywał czołową rolę w płockim podziemiu, skierowała go do szpitala. Szybko znalazł się w Warszawie, na oddziale neurologii, skąd do więzienia już nie wrócił. Wdzięczny pacjent do dziś przysyła jej kartki na święta.

Po pewnym czasie Służba Bezpieczeństwa zorientowała się w uprawianym przez lekarki procederze. A ponieważ większość internowanych trafiała do Szpitala Miejskiego w Łowiczu, wszystkich przewiezionych tam z zakładu karnego pewnego dnia przetransportowano sukami na oddział zamknięty szpitala psychiatrycznego. Na szczęście doktor Ligia akurat była wtedy w Łowiczu. Dzięki jej szybkiej interwencji u biskupa Rozwadowskiego w Łodzi udało się ich stamtąd wydostać. Takich ocalonych przez nią dzięki jej lekarskiej pozycji, ale przede wszystkim dzięki niepokornemu usposobieniu i odwadze, było więcej. Należy do nich również Andrzej Celiński. Jako że psychicznie nie najlepiej znosił internowanie, pomysłowa lekarka nauczyła go, jak symulować perforację wrzodu, a kiedy wezwano ją do wijącego się w bólach opozycjonisty, zaordynowała natychmiastowe powiadomienie pogotowia i przewiezienie go do szpitala. Delikwent w ostatniej chwili chciał się wycofać, ale było już za późno. Komendant obozu, alkoholik, pałający do internowanych szczerą nienawiścią, zorientowawszy się, że akcja była ukartowana, wrzeszczał na całe gardło:

 

– Ja tę babę zgnoję! Zrobię wszystko, by odebrali jej prawo wykonywania zawodu!

Nie zniechęciło to doktor Ligii, dla której ratowanie z opresji potrzebujących było naczelnym celem wszelkich działań. Była wszędzie, gdzie mogła w jakiś sposób pomóc. Jej opozycyjna aktywność rozpoczęła się już w 1969 roku, wraz z podjęciem pracy zawodowej.

– Wyniosłam to chyba z domu – zastanawia się, szukając w pamięci źródeł swej nieugiętej postawy. – Ojciec był żołnierzem AK, a matka łączniczką w powstaniu warszawskim. Walczyła na Czerniakowie. Gdy wszystkich wyprowadzano do obozu w Pruszkowie, ona uciekła z kolumny i przez kilka godzin czołgała się rowami. Od dziecka nasiąkałam atmosferą konspiracji, uczyłam się, jak sobie radzić, gdy staje się przeciwko narzucanym przez kogoś regułom.

Pierwsze kontakty z antypeerelowskim środowiskiem niepodległościowym nawiązała dzięki Antoniemu Macierewiczowi i wspominanemu już Andrzejowi Celińskiemu. Później wpływ na kształtowanie jej światopoglądu mieli bracia Andrzej i Benedykt Czumowie, założyciele Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela, którego wydawnictwa pilnie rozprowadzała. Aż nadszedł rok 1980. Doktor Ligia, za sprawą przyjacielskich kontaktów z czasów studiów na wybrzeżu, wzięła udział w sierpniowym strajku w Stoczni Gdańskiej. Niezwykle przejęta wydarzeniami, chłonęła idee przyświecające zrywowi. Zaraz po powrocie do podwarszawskiego Legionowa, gdzie mieszkała i pracowała, rozpoczęła konsekwentny proces zarażania najbliższego, a potem i szerszego otoczenia solidarnościowymi wartościami. Rozpoczęła budowę struktur Niezależnego Związku Zawodowego „Solidarność” również w Nowym Dworze Mazowieckim.

– W domu było istne szaleństwo – wspomina Małgorzata, córka doktor Ligii. – Mama zakładała „Solidarność”, a ja akurat zdawałam na studia. W dodatku nagle, po sześćdziesięciu latach, odnalazła się prababcia. Przyjechała z Moskwy i szeroko otwierała oczy, patrząc na to, co się u nas dzieje. Znalazła się w środku czegoś, czego absolutnie nie mogła pojąć, bo przecież tam, skąd przyjechała, takie rzeczy były nie do pomyślenia. I do tego – nasz Piątek, wymagający mnóstwa zachodu. Mama codziennie przed pracą woziła go nad Zalew Zegrzyński, żeby mógł popływać, a po pracy zabierała go do domu. Jak ona to ogarniała, nie wiem do dziś. Ale wtedy wszystko było możliwe. Cały czas panowała atmosfera wielkiego święta. Karnawał to dobre określenie na te niezwykłe miesiące. Przemiana duchowa większości społeczeństwa zdarza się w historii rzadko. To czuło się wszędzie, na ulicach, w sklepach, w urzędach… Polacy byli dla siebie życzliwi. Kto tego nie przeżył, nie będzie w stanie zrozumieć.

Doktor Ligia pracowała wtedy w dużej, nowoczesnej jak na owe czasy przychodni. Szybko stała się ona głównym punktem informacyjnym dla mieszkańców Legionowa. Jej ściany oblepione były brystolami, na które Małgorzata przepisywała co ciekawsze artykuły z podziemnej prasy. Gdy ktoś postronny, nieorientujący się w temacie, tam zaszedł, jego oczom ukazywał się wielce osobliwy obraz. Zamiast denerwować się w kolejce do rejestracji, czy dziś jeszcze lekarz ich przyjmie, pacjenci siedzieli na przynoszonych przez siebie rozkładanych stołkach i przepisywali wybrane teksty. Często po to, by podawać je dalej. W ten właśnie sposób, przy okazji działalności mamy, rozpoczęła swą opozycyjną aktywność córka. Już nieco wcześniej wypowiedziała swe pierwsze obywatelskie „nie”, kiedy pod wpływem widywanych tu i ówdzie ulotek zdecydowała się nie brać udziału w wyborach. Teraz z młodzieńczym entuzjazmem i niewątpliwym błogosławieństwem rzadko bywającej w domu rodzicielki zaangażowała się całą sobą w solidarnościowy zryw. Skoro za pierwszym razem nie dostała się na wymarzone studia w Akademii Sztuk Pięknych, zaczęła działać w Niezależnym Zrzeszeniu Studentów na Wydziale Prawa Uniwersytetu Warszawskiego, gdzie miała przyjaciół. Nie opuściła żadnego marszu czy manifestacji, nawet gdy odbywały się poza Warszawą. W tym czasie doktor Ligia przewodniczyła już Komisji Zakładowej NSZZ „Solidarność” Służby Zdrowia w Legionowie, będąc równocześnie w tamtejszym Zarządzie Oddziału „Solidarności” i w Zarządzie Regionu „Mazowsze”. W ramach Duszpasterstwa Służby Zdrowia rozpoczęła również bliską współpracę z księdzem Jerzym Popiełuszką i współuczestniczyła w organizacji I Pielgrzymki Ludzi Pracy na Jasną Górę. Zainicjowała także wraz z Andrzejem Kicmanem, późniejszym prezydentem Legionowa, powstanie Społecznego Komitetu Budowy Szpitala. Właśnie ta inicjatywa przyczyniła się do silnej integracji mieszkańców miasta.

W następnym roku Małgorzata dostała się na Akademię Sztuk Pięknych i jak przystało na opozycjonistkę z dziada pradziada, rok akademicki rozpoczęła od strajku. Oczywiście od razu znalazła się w Komitecie Strajkowym, w którym zlecono jej zajmowanie się aprowizacją.

– Wtedy wydawało mi się, że wszyscy stoją po jednej stronie, że tej drugiej w ogóle nie ma. Choć czasy pod względem zaopatrzenia w najprostsze produkty żywnościowe były trudne, nie miałam żadnych problemów z załatwieniem czegokolwiek. Na każdym kroku spotykałam się z życzliwością, wszyscy chcieli mi pomagać.

W grudniu, po ostrej pacyfikacji Wyższej Oficerskiej Szkoły Pożarniczej na warszawskim Żoliborzu, na Politechnice rozpoczął się strajk rotacyjny, w którym brali udział między innymi studenci WOSP. Małgorzatę wysłano tam jako delegata ASP. I właśnie w murach zabytkowego budynku, zaprojektowanego przez Stefana Szyllera w stylu włoskiego renesansu i baroku, zastało ją wprowadzenie stanu wojennego. Cała noc z 12 na 13 grudnia była pełna nerwów i niepokoju. Najpierw przestały działać telefony. Potem pojawili się ludzie z mazowieckiego regionu „Solidarności”, będącego już w trakcie pacyfikacji, z naręczami papierów, które trzeba było zniszczyć. Przeważnie podpalano je w szybach, którymi przemieszczały się windy. Wydawało się, iż najbardziej narażeni na zatrzymanie są studenci z WOSP, więc rektor w natychmiastowym trybie wystawił im politechniczne legitymacje, po czym zostali rozwiezieni do akademików. O świcie Małgorzata, w towarzystwie kolegi o przezwisku „Walet”, którego wcześniej nie znała, wyruszyła na rekonesans po mieście. Czuła się odpowiedzialna za zdanie dokładnej relacji pozostałym, więc w notesiku zapisywała nawet liczbę wozów pancernych, które napotkali po drodze. Bez przeszkód dotarła do swego mieszkania w Legionowie i zawiadomiła śpiącą w najlepsze mamę o tym, co się stało. Zaskoczona, spontanicznie reagująca na wszystko, doktor Ligia w nocnym stroju wybiegła na śnieg, by skłonić córkę do pozostania w domu. Ta jednak nie zamierzała słuchać jej przestróg i wróciła na Politechnikę. Nim władzom uczelni udało się wynegocjować sposób bezpiecznego opuszczenia gmachu przez studentów, Małgorzata była świadkiem sceny, którą dziś pamięta jak przez mgłę, a która śmiało znaleźć by się mogła w jakimś filmie akcji. Oto doktor Ligia w swym słynnym trabancie, z nieodłącznym stetoskopem na szyi, przejeżdża tuż pod budynkiem przy Noakowskiego, wzdłuż szpaleru zomowców przybyłych tam, by nadzorować ewakuację studentów. Musiała sprawdzić, co dzieje się z córką. Lęk o nią był jednym z najsilniejszych uczuć towarzyszących jej w tych pełnych emocji dniach. Jak widać, odwagi i iście ułańskiej fantazji też jej bynajmniej nie brakowało.

– Ileż to razy wracałyśmy grubo po godzinie milicyjnej do domu, wioząc w samochodzie kontrabandę, czyli kanister pełen benzyny – wspomina Małgorzata. – Ona jechała pewnie, z uśmiechem na twarzy, a ja byłam mokra ze strachu.

Noc, w trakcie której ogłoszony został stan wojenny, doktor Ligia wyjątkowo spędziła we własnym domu. Od kilku już bowiem tygodni ukrywała się i niemal każdej nocy starała się spać gdzie indziej. Taki konspiracyjny tryb życia zaczęła prowadzić od momentu wyjścia ze szpitala, gdzie spędziła blisko miesiąc z pękniętą czaszką i połamanymi żebrami. Był to wynik brutalnego pobicia przez, jak oficjalnie stwierdzono, nieznanych sprawców, którzy dla upozorowania teoretycznie zwykłego, bandyckiego napadu ukradli jej kożuch. Z pewnością pomysłodawcy zdarzenia byli niepocieszeni, iż próba zastraszenia nieugiętej lekarki nie powiodła się. Zaraz po powstaniu Prymasowskiego Komitetu Pomocy pobiegła na Piwną, do klasztoru św. Marcina, z ofertą włączenia się w jego prace. W punkcie informacyjnym, do którego najpierw trafiali wszyscy potrzebujący, dyżurowała trzy razy w tygodniu po cztery godziny. Nie żałowała czasu i wysiłku, przekonana, że dzięki istnieniu Komitetu ludzie zyskali choć trochę poczucia bezpieczeństwa. Mogli mieć nadzieję, że w razie aresztowania nie znikną bez śladu i że zawsze będzie jakaś szansa na odnalezienie bliskich. Jeszcze przed Bożym Narodzeniem, czyli w niespełna dziesięć dni od telewizyjnego przemówienia generała, do wielu internowanych dotarły pierwsze paczki, co było ważne nie tyle ze względu na ich zawartość, ile dla podtrzymania morale uwięzionych. Przesłano im w ten sposób sygnał, że są ludzie, którzy o nich myślą.

Jednym ze stałych zajęć doktor Ligii było wówczas przygotowywanie materiałów i pisanie artykułów do pism podziemnych wydawanych przez środowisko medyczne, takich jak „Głos Medyka” czy „Zeszyty Niezależnej Myśli Lekarskiej”. Pracowała również przy rozdzielaniu leków, które przywożono z zagranicy. Kiedy ich transport docierał do Warszawy, pilotowała go na Żoliborz, do kościoła św. Stanisława Kostki, gdzie nad punktem rozdawnictwa medykamentów czuwał ksiądz Jerzy Popiełuszko. Z kapłanem „Solidarności” miała stały kontakt już od włączenia się w prace Duszpasterstwa Służby Zdrowia oraz rozpoczęcia współpracy z Komitetem Prymasowskim. Często przychodził na Piwną, by wyrecytować z pamięci listę nazwisk podopiecznych, którzy potrzebowali jakiejś pomocy. Gdy po raz pierwszy spotkała księdza, nie miała pojęcia, że jej mama już od dawna jest jedną z jego najbliższych znajomych. Niektórzy nawet byli przekonani, że to jego prawdziwa babcia, bowiem tak właśnie się do niej zwracał, a ona, mieszkając w pobliżu parafii św. Stanisława Kostki, niemal codziennie przynosiła aktywnemu dwadzieścia cztery godziny na dobę duchownemu kulinarne specjały. Ale działalność babci Marty nie ograniczała się do dokarmiania mizernie wyglądającego kapłana. Mógł na nią liczyć również w wielu innych, daleko trudniejszych i bardziej odpowiedzialnych sprawach. Będąc łączniczką powstania warszawskiego, znakomicie sprawdzała się w zadaniach stricte konspiracyjnych. Ukrywała na przykład uciekiniera z rosyjskiej armii, którego potem, w kontenerze, udało się przewieźć na Zachód. Roznosiła ulotki w budynku prokuratury przy Krakowskim Przedmieściu i robiła to w tak przemyślny sposób, że w tej jaskini wroga nikt jej nigdy nie nakrył. Z polecenia księdza wyjeżdżała też na misje poza Warszawę. Pojechała do Miętnego, małej miejscowości koło Garwolina, w której uczniowie Zespołu Szkół Rolniczych protestowali przeciwko zdjęciu ze ścian ich szkoły krzyży. Ksiądz Jerzy gorąco popierał tę akcję, ale ponieważ cały czas śledzony był przez SB, nie mógł stawić się osobiście, a jedynie wysłał do nich list wspierający, który w specjalnie wykonanym na tę okazję gipsie dostarczyła nieoceniona konspiratorka. Nic dziwnego, że nazywał ją „Babcią Tysiąclecia”. Tak pilnie przestrzegała zasad działania w podziemiu, nabytych w życiu powstańczym, że o wszystkich tych akcjach córka i wnuczka dowiedziały się dopiero po ‘89 roku. Kiedyś doktor Ligia zapytała kapłana, czy tak częste przebywanie babci Marty na plebanii mu nie przeszkadza, a on z ciepłym uśmiechem odparł:

– Ona stara się zastępować mi matkę. I świetnie jej to wychodzi.

Dzięki babci Małgorzata w pierwszych dniach stanu wojennego miała do dyspozycji małe mieszkanko przy Kopernika, należące do babcinej przyjaciółki, w którym przez ponad tydzień koczować mogli przywódcy NZS po opuszczeniu budynku Politechniki. Był wśród nich Teodor Klincewicz, współtwórca NZS i pierwszy jego przewodniczący na Politechnice Warszawskiej.

– Teoś to cudowna postać – wspomina z rozrzewnieniem w głosie Małgorzata. – Najbardziej znacząca dla mnie osoba spośród wszystkich opozycyjnych działaczy, z którymi się zetknęłam. Nieustannie w ruchu, niemal nieodpoczywający. Cera ziemista, oczy podkrążone, jąkający się i mówiący przez nos, ale tak pełen serdeczności dla każdego, że wszyscy go kochaliśmy. Miał tysiące pomysłów, które czasem wydawały się wręcz nierealne, ale urzeczywistniał je swoiście kresową (bo stamtąd pochodził) fantazją. Wśród dziewczyn wzbudzał odczucia opiekuńcze, a dla facetów był znakomitym kumplem.

 

Małgorzata bardzo blisko współpracowała z Teodorem, była – jak mówi – jego telefonem komórkowym. Robiła wszystko, co w danej chwili trzeba było wykonać, a do czego jeszcze nikt się nie zgłosił. Pozostawała przez całą dobę do dyspozycji. Pracowała z równą aktywnością w strukturach NZS-u, jak i później, w założonych przez Klincewicza Grupach Oporu „Solidarni”. Nie było dla niej istotne to, w ramach jakiej organizacji działa, lecz sam fakt, by dobrze wykonać powierzone jej zadania. Szczególnie w pierwszym okresie stanu wojennego jej dzień liczył średnio osiemnaście godzin. Studiowanie rozpoczęła co prawda od strajku, ale w nielicznych wolnych od opozycyjnego „knucia” chwilach starała się i tej dziedziny nie zaniedbywać. Jednak mimo młodzieńczej żywiołowości i otrzymanego w genach dynamizmu mniej więcej w połowie marca poczuła się zmęczona. Jako że bliscy jej przyjaciele również byli wyczerpani, w pięcioosobowej grupie wyruszyli na narty do Zakopanego. Gdy zbliżali się już do Doliny Chochołowskiej, odgrodzonej wówczas szlabanem, zatrzymali ich dwaj funkcjonariusze wojsk pogranicza. Zarządzono rewizję plecaków. U Małgorzaty znaleźli tekst Warszawianki i Śpiewnik warchoła. To wystarczyło. Nie pomogły żadne tłumaczenia. Wszyscy zostali aresztowani. Najpierw zabrano ich na strażnicę. Tam, gdy na moment została tylko z koleżanką, Małgorzata wyrwała trefną kartkę z notesu i zaczęła ją zjadać, ku przerażeniu Beaty, nieorientującej się, o co chodzi. Kartka, zawierająca kilka kontaktów, była gruba, więc nie udało jej się całej połknąć, ale to, co najważniejsze, czyli długopisowy tusz, z niej zniknął. Cały weekend spędzili „na dołku” w Zakopanem, w prymitywnych warunkach, znacznie gorszych od tych, które oferowały normalne więzienne cele.

– Zawszona prycza i jedzenie pachnące rzygowinami. – Tak podsumowała to miejsce Małgorzata.

Podczas przesłuchań, na które wzywano ją co kilka godzin, ubek czytał fragmenty ze Śpiewnika warchoła, a ona usilnie starała się go przekonać, że stanął po złej stronie, ale ma jeszcze szanse, by to zmienić. W przerwach między tymi mało przyjemnymi rozmowami Małgorzata na ścianach ciemnicy wypisywała wiersze o patriotycznej treści i cała trzęsła się z obawy, czy jej zatrzymanie nie odbije się echem w Legionowie. Nie miała możliwości uprzedzić mamy, a w ich mieszkaniu zakazanych materiałów nie brakowało. Koledzy z zatrzymanej grupy znacznie lepiej wspominali ten wypad, gdyż wypili cały przywieziony alkohol w towarzystwie, wdzięcznych za poczęstunek, mundurowych. Może ta libacja, a może wywody Małgorzaty sprawiły, iż do Warszawy nie przekazano wieści o zatrzymaniu piątki podejrzanych studentów, i to, czego obawiała się najbardziej, nie nastąpiło. Po czterdziestu ośmiu godzinach, niezbyt wypoczęci mimo weekendu spędzonego w górach, wrócili do domów.

Małgorzata jako trzecia z rodziny nawiązała kontakt z księdzem Popiełuszką, nie wiedząc zresztą początkowo o jego powiązaniach z babcią i mamą. Wylegitymowała się przed kapłanem dokumentem wydanym przez Klincewicza, stwierdzającym, że należy do Komisji Krajowej NZS. Dbając, by papier nie uległ zniszczeniu, zaszyła go w staniku. Po kilku praniach nie wyglądał jednak najlepiej. Gdy pokazywała go księdzu, był jeszcze w dość dobrym stanie. Jako niedoszłą plastyczkę kapłan zatrudnił ją do działań wymagających zdolności manualnych i estetycznego zmysłu. Robiła dla niego między innymi odręczne ogłoszenia o mszach za ojczyznę i dekoracje na ich inaugurację – w postaci mapy Polski z zaznaczonymi na niej wszystkimi obozami dla internowanych. Wierni byli zaskoczeni ich liczbą i faktem, że niektóre znajdowały się w dawnych obozach niemieckich. Kolejnym zamówieniem, wykonywanym wspólnie z Maciejem Dowgiałłą, była mapa Polski opleciona drutem kolczastym. Namalowała też kopię sztandaru „Solidarności” Huty Warszawa, obawiano się bowiem, że oryginał może ulec zniszczeniu, gdyż robotnicy przywozili go na każdą mszę u Stanisława Kostki. Już w wolnym kraju dowiedziała się, że to jej dzieło zostało pochowane razem z księdzem.

W domu doktor Ligii często bywała esbecja. Dokonywano szczegółowych rewizji, z wysypywaniem na podłogę cukru, mąki, soli, kasz i makaronu. Na początku znajdowali sporo podziemnych wydawnictw. Zabierali je oczywiście, ale nie ruszali ich właścicielki, która była przekonana, że to dzięki glejtowi z Prymasowskiego Komitetu.

– Widocznie nie chcą jeszcze bezpośredniej konfrontacji z Kościołem – myślała.

Rekwirowanie wydawnictw niosło ze sobą nieprzyjemne konsekwencje, była bowiem zobowiązana do rozliczania się z nich, a po takiej akcji brakowało zarówno konkretnych egzemplarzy, jak i pieniędzy.

Cała opozycja z czasem nabierała konspiracyjnego doświadczenia, toteż przed obchodzonymi świętami i rocznicami, kiedy nieprzyjemne wizyty najczęściej miały miejsce, nie nocowało się u siebie, a bibuła była skrzętnie ukrywana. Większość ludzi odnosiła się wówczas do siebie życzliwie, toteż kiedy rewizja zdarzyła się w innym niż zwykle terminie, pani doktor spuszczała materiały na balkon sąsiadów. Z ramienia Komitetu Prymasowskiego, wyposażona w niemałe pieniądze, chodziła na kolegia, by wykupywać sądzonych. Często towarzyszyła jej córka. W czerwcu 1982 roku były właśnie na takiej rozprawie w sądzie przy ulicy Wójcika. Po jej zakończeniu zostały zatrzymane. W samochodzie zostawiły sporo obciążających je materiałów, ale już nie pozwolono im do niego wrócić. Zawieziono je do komisariatu przy Cyryla i Metodego. Małgorzatę zwolniono po przepisowych czterdziestu ośmiu godzinach, zaś dla jej mamy nastał czas wielkiej próby. Za wszelką cenę chciano ją złamać i, jak sama twierdzi, o mało im się to nie udało. Perfidne metody ubeckie celnie trafiały w najczulsze punkty przeciwnika. Pewnego dnia doktor Ligia usłyszała:

– Dziś zawieziemy cię na identyfikację ciała twojej córki.

Po tym doświadczeniu nigdy już nie oceniała nazbyt surowo tych, którzy załamali się w czasie śledztwa.

– Łatwo oceniać, gorzej to przetrzymać – mówiła.

Pomogła jej przetrwać między innymi pomysłowość i odwaga Małgorzaty, która całkiem przypadkowo wysłuchała historii pewnego człowieka o tym, jak w czasie drugiej wojny światowej wszedł bez żadnych formalności do siedziby gestapo przy Szucha.

– Jak można było tak ograć gestapo, to dostanie się do komisariatu MO nie powinno stanowić problemu – pomyślała.

Chodząc codziennie pod posterunek przy Cyryla i Metodego, zwróciła uwagę na jednego ze strażników. Był starszym człowiekiem i wzbudził w niej zaufanie. Poprosiła go o pozwolenie na wejście choć na chwilę do środka, by mogła krzyknąć coś do mamy, żeby ta wiedziała, iż jej córka żyje. Funkcjonariusz nie tylko spełnił jej prośbę, ale wywołał zatrzymaną do sprzątania korytarza, dzięki czemu kobiety mogły się przez chwilę zobaczyć. Obydwie odetchnęły z ulgą, a doktor Ligii pozwoliło to przetrwać ustawiczne próby złamania jej.

Na Cyryla i Metodego siedziała najczęściej, ale by nie powstał zarzut o przekraczaniu obowiązujących przepisów, co czterdzieści osiem godzin przewożono ją, w kajdankach, do innego komisariatu. Trwało to dwa tygodnie. Przeważnie siedziała z prostytutkami, pijaczkami i narkomankami, w celach tak przepełnionych, że o spaniu nie mogło być mowy, bowiem cały czas musiały siedzieć pod ścianą w kucki. Kryminalistki były nastawione do niej dobrze, okazywały jej nawet pewien szacunek. Milicjanci i strażnicy również zachowywali się przeważnie przyzwoicie. Częstowali papierosami, a nawet, po kryjomu przynosząc jabłko czy pomidory, cichcem mówili: