Po drugiej stronie jeziora. Tom 1Tekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Dobra, dobra! Już tłumaczę – powiedział skruszony i uśmiechnął się przepraszająco. – Drzewa są tylko przejściem do prawdziwego Treehide, które tak wygląda w rzeczywistości. – Wskazał dłonią na obszar wokół nas. – Wejście zostało kilkadziesiąt lat temu zabezpieczone, aby mogły wejść tu tylko osoby upoważnione. Treehide, które widziałaś przed przyjściem tutaj, to tylko zasłona…

– Zasłona? Przed czym? – zapytałam.

– Raczej przed kim – poprawił mnie Rex.

Zatrzymaliśmy się teraz przy najbardziej barwnym stole, pełnym najróżniejszych dań. Nałożyłam sobie kilka małych kuleczek ryżu, zawiniętych w liście, oraz kruche ciasteczko na lawendowym spodzie. Od ostatniego posiłku, jaki zaserwowała Kleo, minęło już sporo czasu, a bolesne ssanie w żołądku drażniło moje nerwy.

– No więc, przed kim? – powtórzyłam, smakując ich dania.

– Oczywiście, przed królową Elajzą. Rada twierdzi, że chce ona utworzyć armię i zaatakować pozostałe miasta, dlatego teraz wysyła szpiegów. Na szczęście, w większości nasze królestwa są bardzo dobrze strzeżone zaklęciami, tak jak tu, bądź też murami, jak w przypadku Topos. Moje miasto Crump chroni najwyższej klasy stalowa konstrukcja, wzmocniona wybuchami, a wejście do Fem jest doskonale ukryte.

Kiwnęłam głową w zamyśleniu. Znów ta cała Elajza… koniecznie muszę dopytać Rango, kim jest ta kobieta.

Nakładając na talerz kolejne kruche ciasteczko, kątem oka dostrzegłam wojownika z Hideout. Stał przy stoliku z napojami, ale nie zauważyłam, aby częstował się czymkolwiek. Patrzył w moim kierunku przez dłuższą chwilę, do momentu, gdy stojąca obok niego blondynka podała mu złoty kieliszek, zasypując go lawiną słów. Teraz widziałam dokładnie jego uzbrojenie.

Faktycznie, miał przy sobie spory zapas broni. Zza pleców wystawała wąska rękojeść miecza. Przy pasku znajdowały się co najmniej trzy krótkie sztylety, a boki ciemnych spodni zdobiły szurikeny, takie same, jakie widziałam na filmach o ninja. Jakby tego było mało, nogawki czarnych spodni zdobiły niewielkie noże, zabezpieczone grubym materiałem. Ten widok nieco mnie przeraził, więc z powrotem odwróciłam się do swojego rozmówcy, który właśnie nakładał sobie tony jedzenia na i tak już przepełniony talerz.

– Zjesz to wszystko? – zapytałam, wytrzeszczając oczy.

– Teraz muszę dobrze jeść, bo podczas misji mogę nie mieć czasu na takie pierdoły jak przerwa na posiłek – odpowiedział z powagą, co ponownie wywołało uśmiech na mojej twarzy.

– Och, rozumiem…

Już miałam dorzucić jakąś kąśliwą uwagę, kiedy w szklanych drzwiach ujrzałam przerażoną twarz Kleo. Najwyraźniej kogoś szukała, gdyż błądziła wzrokiem po zgromadzonych gościach. Nerwowo odwracała głowę w prawo i w lewo.

– Mia, czy to nie twoja znajoma? – zapytał Rex.

– Zgadza się – przytaknęłam. – Lepiej do niej pójdę, nie wygląda najlepiej.

To powiedziawszy, szybkim krokiem podążyłam w stronę zrozpaczonej blondynki. W pewnym momencie mijałam Irmę, która spojrzała na mnie niby przypadkiem, po czym wróciła do swojej rozmowy towarzyskiej. Kolejna pokerowa twarz. Przeszłam także obok Rango, który porozumiewawczo kiwną do mnie głową i dalej konwersował z wysokim mężczyzną.

Na kamiennych schodach siedziała Kleo. Pogrążona w czarnej rozpaczy, obejmowała swoje kolana drobnymi ramionami, a kiedy tylko usłyszała moje wołanie, natychmiast wstała i rzuciła mi się w ramiona.

– Och, Mi! Tak się o ciebie bałam! Proszę, wybacz mi! Wybacz! – szlochała.

– Ale co się… – zaczęłam, jednak nie dała mi dokończyć.

– Myślałam tylko o sobie, kiedy w złości wyszłam z sali obrad. Dopiero w drodze powrotnej przypomniałam sobie, że przecież nie dasz rady samodzielnie wrócić do domu! Zostawiłam cię samą w tym otoczeniu, wśród ludzi, których nie znasz. Musiałaś mnie znienawidzić przez ten czas… – Kleo pociągnęła nosem.

– Oj, nie przejmuj się tak! Przecież ty też nie jesteś w najlepszej sytuacji. W końcu zajęłam twoje miejsce, przepraszam – pocieszyłam ją, nie mogąc dłużej tłumić w sobie poczucia winy.

– Ach, głupolu, nie masz mnie za co przepraszać, przecież to nie twoja wina! – zawołała Kleo, potrząsając mnie za ramiona. – Czy wszystko z tobą dobrze? Nikt ci nic nie zrobił? Nie powiedział nic niemądrego, nie obraził cię w żaden inny sposób?

– Nie! – przerwałam jej potok słów. – Zajął się mną Rex. Wiesz, ten chłopak, który siedział obok.

– No tak, kojarzę. – Zamyśliła się. – Pójdę mu podziękować!

Kleo odwróciła się na pięcie i pociągnęła mnie za rękę.

Koniecznie muszę jej zwrócić uwagę, by więcej tak nie robiła, gdyż mój bark dłużej tego nie wytrzyma.

Po chwili stanęła w miejscu i popatrzyła na mnie, a jej zdezorientowana mina mówiła sama za siebie:

– Wiesz może, gdzie on teraz jest?

Z rozbawieniem kiwnęłam głową i wyprzedziłam ją.

Prowadząc Kleo pomiędzy zgromadzonymi i rozweselonymi od złotego trunku gośćmi, dostrzegłam, że przy stoliku, przy którym stałam wcześniej z Rexem, zdążyła się już zgromadzić niemała grupka. Rozpoznałam Irmę, Rango, Torona oraz Rexa. W tę samą stronę zmierzał także Zayn Latency. Grupa wybranych, wprost cudownie!

Dlaczego nigdy nie potrafię wyczuć dobrego momentu? Karcąc się w duchu, zwolniłam kroku, by wziąć trzy głębokie wdechy. Zayn stanął obok Rango, przysłuchując się rozmowie.

– O, proszę! Trafiłyśmy w dobrym momencie – zawołała Kleo. – Wszyscy już są.

– Faktycznie – skwitowałam bezemocjonalnie, marząc, aby w cudowny sposób ziemia się pod nami rozstąpiła i uniemożliwiła dalszą konfrontację.

Podeszłyśmy bliżej, co zwróciło uwagę Rango.

– Dobrze, że już jesteś, Mia! – zawołał. – …i Kleo – dodał niepewnie, a blondynka spuściła wzrok, ignorując przywitanie. – Właśnie miałem mówić o jutrzejszym spotkaniu, tak więc cieszę się, że możemy teraz wszystko ustalić.

– Przejdźmy do sedna, Rango – ostro zarządziła Irma, splatając ręce na piersiach.

– Jestem za! – dorzucił Rex, a w jego zaokrąglonych oczach znów pojawił się wyraz ekscytacji.

– Dobrze – przewodniczący odchrząknął i wziął głęboki wdech. – Chciałbym, aby jutro wieczorem w moim domu odbyło się spotkanie, na którym pojawi się cała wasza piątka. Jest to spotkanie tajne, proszę więc o dyskrecję i przybycie na miejsce o zachodzie słońca.

– Dobra, to tyle? – rzucił Toron, widocznie się śpiesząc, aby dołączyć do swoich kompanów, którzy teraz śmiali się w głos, rozlewając drinki na kamienną posadzkę.

– Nie. Chciałbym też, abyście potraktowali zarówno tę wyprawę, jak i każde spotkanie jej dotyczące, bardzo poważnie. – Teraz Rango zmienił ton, a jego wcześniej spokojne i radosne oczy zdawały się prześwietlać każdą osobę na wylot, sprawiając, że nawet Irma rozprostowała splecione na piersi ramiona.

Przez cały czas stałam nieruchomo, bałam się choćby głośniej oddychać, by nie zwrócić na siebie niepotrzebnej uwagi. Patrzyłam na Rango jak w obrazek, ponownie czując, że wszystko to, co się teraz dzieje, musi być jakąś straszną pomyłką.

Jako pierwszy odszedł Toron, który machnięciem ręki pożegnał się z rozmówcami, a w krok za nim ruszyła Irma, odwracając się na pięcie z dumnie podniesioną głową. Po chwili Rango, zawołany przez starszego Ragedon, także opuścił miejsce narady i udał się w stronę kamiennych schodów.

Staliśmy tak naprzeciw siebie: Rex, Zayn, Kleo i ja. Powietrze pomiędzy nimi nagle się przerzedziło, a podmuch chłodnego wiatru przyjemnie chłodził moje rozpalone policzki. Dopiero teraz poczułam, jak mocno pulsuje mi krew w żyłach.

– Dlaczego Rango nie rusza na wyprawę razem z nami? – zapytałam, patrząc za przewodniczącym, który w szybkim tempie oddalał się od nas.

– Wciąż mówi, że na kogoś czeka, poza tym jego podeszły wiek nie sprzyja długim wędrówkom – odpowiedziała Kleo.

– Podeszły wiek? – powtórzyłam.

– Rango ma już ponad sześćdziesiąt cztery lata. – Stwierdziła Kleo. – Wiem, nie wygląda, ale niektórzy już tak mają: nie widać po nich prawdziwego wieku. – Wzruszyła ramionami.

– No, na przykład po mnie! – zawołał radośnie Rex, próbując przybrać poważny wyraz twarzy.

Spojrzeliśmy na niego z nieskrywanym rozbawieniem.

– Zgadza się, ty wyglądasz na dwanaście – usłyszeliśmy lekceważący głos Zayna, który niewzruszony patrzył w przestrzeń. Stał z dłońmi schowanymi w kieszeniach ciemnej kurtki, co potęgowało jego nonszalancki styl bycia.

Rex speszył się na te słowa, zaś Kleo splotła ręce na piersi w geście protestu. Tylko ja bezskutecznie próbowałam ukryć rozbawienie i pohamować roztrzęsione od niemego śmiechu barki. Zwróciło to uwagę Zayna, który popatrzył na mnie zagadkowo. Nie potrafiłam odczytać jego emocji, miałam jednak dziwne przeczucie, że chyba go lubię.

Kleo sprzedała mi kuksańca w bok i szepnęła:

– To nie było miłe!

– Wiem, ale musisz przyznać, że zabawne – odparłam, usiłując zdusić w zalążku wzbierające rozbawienie.

– Nie, nie było. – Spojrzała na mnie wilkiem.

– Jak nie? Sama się uśmiechnęłaś – ciągnęłam, walcząc z sobą, by nie roześmiać się w głos.

– Wcale nie! – oburzyła się.

– A jednak! – Nie dawałam za wygraną.

Sprzeczkę przerwał Zayn, który wymamrotał coś pod nosem, po czym kiwnięciem głowy pożegnał się z nami i odszedł w stronę, z której przyszedł, czyli do blondynki o wzroku bazyliszka.

– To na razie – rzuciła chłodno Kleo.

– Nie będę się z nim żegnał – żachnął się Rex, zaplatając ręce wysoko na piersiach i dumnie odwrócił głowę w przeciwnym kierunku.

 

Hamulce mi puściły i dałam upust atakowi rozbawienia.

Tego dnia późno wróciłyśmy do domu wuja Rango. Niemal do rana rozmawiałyśmy z Rexem, popijając złoty napój, śmiejąc się przy tym do rozpuku. Momentami udawało mi się zapomnieć o całej tej niezrozumiałej sytuacji, w której tkwiłam od dwóch dni. Dałam się ponieść opowieściom o tym, jak wspólnie z tatą chodziłam nad jezioro, gdzie uczyłam się pływać, a czasem dawałam się nawet namówić na wędkowanie. Rex także dzielił się z nami swoimi historiami. Z rozbawieniem opowiadał o tym, jak pierwszy raz wsiadł na szybkolot, który, jak zrozumiałam, był czymś na kształt latającego motocyklu, zaś historia związana z jego tygodniowym pobytem w łóżku po nieudanym lądowaniu rozbawiła nas do łez.

Nie widziałam już ani Zayna, ani jego blondwłosej kompanki, Envy.

4.

Słońce chyliło się ku zachodowi, a kolejny ciężki dzień, spędzony na poznawaniu życia mieszkańców Treehide, dobiegał końca. Od rana miałam ręce pełne roboty, nie wspominając o zakwasach, jakich nabawiłam się przez Kleo, kiedy zmuszała mnie do katorżniczego wysiłku fizycznego.

Nie tylko musiałam biegać po lesie, lecz także omijać przeszkody, wspinać się na przeraźliwie wysokie gałęzie i przeskakiwać nurty rwących rzek. Znałam już położenie każdego mięśnia w swoim ciele, a także różne zastosowania liścianych opatrunków, jakie stosowano tu w przypadku uszkodzenia skóry, które, nawiasem mówiąc, zajmowały teraz niemałą część mojego ciała. Najbardziej bolesna okazała się rana na policzku, którą spowodowała wściekła gałąź, atakująca mnie podczas zeskakiwania z wysokiego dębu. Ale, oczywiście, jak powiedziała Kleo: „Wszystko to dla twojego dobra, przecież misja ma być wyprawą w nieznane, a nie wycieczką krajoznawczą”. Gdyby tylko wiedziała, jak bardzo nie chciałam w nią wyruszyć…

W tym momencie cieszyłam się jednak, że powrót do domu trochę potrwa, gdyż wolałam, aby rodzice nie widzieli mnie w takim stanie. Nie lubiłam odpowiadać na uciążliwe pytania w stylu: „Jak to się stało?”, „Dlaczego nie uważałaś?” czy pretensjonalnego: „Gdzieś ty miała oczy, kaleko?”

Rango wszedł do salonu i zaapelował doniosłym głosem, jakby słuchała go cała wioska, a nie tylko my dwie:

– No, no, zbliża się nasza drużyna, czas na naradę! – Zakasał rękawy wyprasowanej karmelowej koszuli i zatarł dłonie. – Kleo, pomóż mi wnieść dodatkowe krzesła, a ty, Mia, poczekaj spokojnie na resztę, zaraz wrócimy – powiedział, odwracając się do mnie, po czym w mgnieniu oka oboje ulotnili się z salonu. Jego ton onieśmielił mnie na tyle, że nie zapytałam nawet, co powinnam zrobić, kiedy wejdą pozostali.

Po prostu świetnie!

Zanim zdążyłam zastanowić się nad powitaniem, usłyszałam pierwsze pukanie do drzwi, gwałtowne i mocne, a po chwili, nie czekając na zaproszenie, stanął w nich Toron wraz z Irmą. Perspektywa spędzenia czasu w ich onieśmielającym towarzystwie przerażała mnie nie na żarty.

– Dobry wieczór – powiedziałam na tyle cicho, że po chwili sama zastanawiałam się, czy mój głos doleciał do uszu przybyłych gości.

– Ach… witaj – odparł zaskoczony Toron. Spojrzał najpierw na mnie, a potem mechanicznie prześwietlił wzrokiem całe wnętrze chatki.

Zielarka natomiast, ledwo dostrzegalnie, skinęła głową w geście powitania. A może po prostu intensywnie myślała, gdyż

jedynie jej podbródek opuścił się delikatnie w dół, a zamyślone oczy wciąż bacznie rozglądały się po niewielkim, zagraconym pomieszczeniu.

Stanęli bliżej stołu, jednak nie zajęli wolnych miejsc. Ja także postanowiłam, że nie będę siadała – miałam w sobie jeszcze coś z dobrego wychowania.

Po chwili wszyscy zwrócili twarze w stronę wciąż niedomkniętych drzwi, skąd dobiegał chaotyczny szelest suchych liści, a za nim przeraźliwy dźwięk skrzypiącego drewna. W drzwiach stanął Rex. Podpierał się dłońmi o kolana, zmachany szybkim tempem biegu, a na jego czole lśniły kropelki potu.

Rozbawił mnie ten widok – dokładnie tak samo wyglądałam kilka godzin temu, kiedy weszłam do domu po treningu z tyranką Kleo.

– Przepraszam, jeśli się spóźni… – urwał chłopak, dysząc głośno, po czym podniósł wzrok i zamilkł. – A gdzie reszta? – zapytał wyraźnie zdezorientowany.

– I czemuś tak pędził, młody? – zaśmiał się Toron, któremu ten obraz widocznie poprawił humor.

– Pomyliłem te wszystkie drzewa i zabłądziłem. – Wskazał na przestrzeń za swoimi plecami, wciąż łapiąc powietrze. – Myślałem, że spotkanie już się zaczęło… – dodał i podszedł do wolnego krzesła tuż obok mnie, które najwyraźniej upatrzył sobie wcześniej Toron, gdyż twarz mężczyzny nieco spochmurniała. Rex zajął miejsce, po czym bez skrępowania rozprostował nogi, a jego zabłocone buty najwidoczniej nie robiły na nim wrażenia. Spojrzał wprost na mnie.

– Cześć! Jak się masz? – zawołał z uśmiechem, a jego obcesowe zachowanie uszło wszelkiej uwadze gości.

Wciąż stałam jak na szpilkach, szczerze żałując, że i ja nie jestem tak wyluzowana. Przez moment rozważałam nawet, czy nie usiąść, ale po chwili odsunęłam tę myśl, zerkając na stojącą z założonymi rękoma Irmę. Ta kobieta totalnie mnie onieśmielała, a przecież nawet nie zamieniłam z nią słowa.

– Cześć! – odpowiedziałam z niewymuszonym entuzjazmem. – Mam się całkiem… dobrze – dodałam, widząc, jak bada spojrzeniem mój poraniony policzek.

– Coś ty sobie zrobiła na twarzy? – zapytał, wyciągając rękę w moim kierunku. Przez moment miałam nieodparte wrażenie, że Rex chce dotknąć mojego policzka, jednak po chwili wycofał się i postanowił podrapać się po głowie. Najwidoczniej zdał sobie sprawę, że chyba nie jesteśmy na tyle blisko, by aż tak się o siebie troszczyć.

Już zbierałam się do wyjaśnienia, kiedy wyczułam na sobie wzrok nowo przybyłego gościa. Nie musiałam patrzeć – wiedziałam, kto przyszedł.

Zayn stał w drzwiach, a zachodzące za jego plecami słońce wdzierało się teraz do pomieszczenia. Mrużąc oczy, nie widziałam dokładnie jego twarzy, mimo to mogłabym przysiąc, że wyczułam na sobie przenikliwe spojrzenie jego ciemnych oczu. Wypuściłam z siebie wstrzymywane przez tę krótką chwilę powietrze i pognałam spojrzeniem w przeciwnym kierunku, ignorując przyśpieszający pod skórą puls. Byłam na siebie zła, że moje ciało reaguje w taki sposób na jego widok.

Chłopak podszedł bliżej stołu, ale także nie zajął wolnego krzesła. Skinieniem głowy powitał pozostałych gości, pomijając tylko Rexa.

Kątem oka spostrzegłam, że jego sylwetka z bliska wydaje się nie tylko smuklejsza, lecz także bardziej wysportowana, o czym świadczyły rysujące się pod ciemną koszulką naprężone mięśnie. Na przedramionach widać było niebiesko-zielone pulsujące żyły, będące śladem po silnym wysiłku fizycznym. Tego samego nie można było powiedzieć o twarzy, która przedstawiała niemal nieskazitelną oazę spokoju i zamyślenia. Idealnie gładka śniada cera nie zdradzała nawet fragmentu zaczerwienienia czy kropli potu, świadczących o choćby najmniejszym zmęczeniu.

Świetnie dogadywaliby się z Kleo – ona też nie zna takiego słowa, jak „zmęczenie”.

– Miałam dzisiaj trening z Kleo… i ja także nie polubiłam tutejszego lasu – rzuciłam usprawiedliwiająco do Rexa, na co chłopak zaśmiał się krótko.

Gdyby nie fakt, że blondyn wciąż na mnie patrzył, niemal zapomniałabym o pytaniu Rexa.

– Już jesteśmy – dobiegł do nas donośny głos Rango. Po chwili stanął wraz z Kleo na środku salonu, dumnie unosząc w dłoniach dwa krzesła, niczym wyrwane z paszczy smoka kły. – Musieliśmy się dokopać do piwnicy – tłumaczył się, rozkładając krzesła wokół stołu.

– Tak, i jeszcze je umyć – dodała uszczypliwie Kleo, wyraźnie z tego powodu niezadowolona.

Dostrzegłam chytry uśmiech Irmy, która popatrzyła na przewodniczącego, kręcąc nosem z widocznym niesmakiem. Po chwili podeszła do wolnego krzesła i zajęła je z dużą dozą nonszalancji. Pozostali goście także zajęli miejsca, łącznie z Kleo, która szybko przysiadła po mojej drugiej stronie.

– Wuj pozwolił mi wziąć udział w Radzie, żebym nie siedziała sama w pokoju, z resztą, i tak o wszystkim wiem – szepnęła rozradowana, a po jej wczorajszym podłym nastroju nie było już ani śladu.

– Nawet nie wiesz, jak się cieszę! – odparłam, czując, jak opuszcza mnie napięcie.

Teraz mogłam chociaż na chwilkę się rozluźnić. Znałam to miejsce, wiedziałam, gdzie jest łazienka, wiaderko z ciepłą wodą oraz gdzie szukać kartki i ołówka w razie potrzeby. To zawsze jakaś przewaga nad pozostałymi, którzy intensywnie lustrowali architekturę nowego wnętrza.

– Drodzy goście, jesteśmy w małym gronie, myślę więc, że czas, aby ustalić pewne reguły i plan misji – zaczął Rango, tym razem siedząc na krześle i opierając złożone dłonie na stole. – Może lepiej, jeśli wszyscy zaczniemy mówić sobie po imieniu, będzie mniej formalnie… – kontynuował, a na jego twarzy pojawił się zachęcający uśmieszek.

– Mi tam pasi – wtrącił Rex, nim gospodarz zdążył skończyć myśl.

Toron i Zayn kiwnęli głowami na znak, że także się zgadzają, a ja poszłam w ich ślady. Tylko Irma siedziała nieruchomo, by po chwili prychnąć i przewrócić oczami. Rango zdawał się nie przejmować tą rekcją. Odchrząknął i ponownie poprosił, by wszyscy członkowie wyprawy postarali się być dla siebie wsparciem i spróbowali sobie zaufać.

Zaufać osobom, które zna się zaledwie dzień? Niemożliwe! Miałam wrażenie, a nawet byłam przekonana, że Rango wymaga zbyt wiele. Nie wspominając o tym, że dopiero co dowiedziałam się, że nie jestem we Wrocławiu. Ba, nie jestem nawet w Polsce, a w jakimś dziwnym świecie, innym wymiarze, krainie Locus czy czym tam jeszcze…

Głos rozsądku podpowiadał jednak co innego. Musiałam jakoś przetrwać. Brak perspektyw popychał mnie do absurdalnego poddania się woli przewodniczącego.

– Rango, ja wszystko rozumiem, ale przejdźmy do konkretów. Gadki o przyjaźni i miłości zostawmy sobie na potem – powiedział Toron, a jego ton, mimo że przyjazny, wzbudzał we mnie nieznaną dotąd niechęć.

– Plan jest następujący – zaczerwienił się Rango, kierując temat na inne tory. – Jutro o świcie wyruszycie w drogę do Topos – zaczął, a ja uświadomiłam sobie brutalną prawdę. Nie mam nawet żadnego podręcznego bagażu.

Znacząco popatrzyłam na Kleo.

– To już jutro? – szepnęłam.

– Tak. Spokojnie, twoja spakowana torba już czeka na wyprawę – odparła dumna z siebie dziewczyna.

Chyba czytała w moich myślach. Byłam jej wdzięczna, że użyczyła mi swoich ubrań i przyborów higienicznych. Gdybym miała jak, odwdzięczyłabym się po stokroć, ale w chwili obecnej musiało jej wystarczyć moje nieme „dziękuję”.

Rango kontynuował swoją wypowiedź, więc szybko się otrząsnęłam, by nie pominąć ważnych informacji.

– …zbierzcie się obok placu głównego, weźcie z sobą tylko najpotrzebniejsze rzeczy, aby nie opóźniać drogi ciężkimi bagażami. Kiedy dotrzecie na miejsce, otrzymacie niezbędne wskazówki dotyczące przedostania się do Memris. Dostaniecie także prowiant na dalsze dni i konieczne akcesoria.

Toron wydał się niebywale zadowolony, że pierwszym miejscem, do którego mamy się udać, jest jego rodzime miasto. Kleo także była nadzwyczaj poruszona tym planem, mimo że nie brała bezpośredniego udziału w misji. Przez moment zastanawiałam się nawet, jakich środków zażywa, skoro potrafi tak diametralnie zmienić swój nastrój. Z chęcią pożyczyłabym je od niej.

– Potem miniecie Crump, w którym także zatrzymacie się na kilka dni, by zregenerować siły – kontynuował gospodarz.

– O, tak! – zawołał Rex, zaciskając pięść z entuzjazmem, a ja znów stłumiłam w sobie rozbawienie. – Zobaczycie, co to jest prawdziwa zabawa, szybkość, energia, emoooocje! – zawołał i rozejrzał się po pozostałych, jednak nikt nie podzielał jego radości. No, może z wyjątkiem Kleo, której endorfiny wciąż nie odpuszczały po dzisiejszym biegu.

Zdecydowanie cieszyłam się, że blondyn będzie towarzyszył mi podczas tej pieszej męki.

– Najtrudniej będzie przedostać się do Fem, a potem do Hideout. Jest naprawdę dobrze ukryte, a góry bywają niebezpieczne. Szczególnie odradzam podążanie szczytem Monsloctus, gdyż królowa Elajza ma wielu szpiegów w tamtych rejonach – relacjonował przewodniczący.

– To prawda – teraz odezwał się Zayn, a jego głos zabrzmiał pewnie i donośnie. Pierwszy raz usłyszałam go w pełnej krasie, a moja uwaga skupiła się wyłącznie na jego słowach. – Znam przejście przez przełęcz. Droga jest nieco dłuższa, ale bardziej bezpieczna – dodał, patrząc pewnie na Rango. Toron i Irma kiwnęli głowami, zgadzając się z nim w pełni.

 

– O tym właśnie mówiłem! – zaśmiał się dumnie Rango, wskazując na wojownika. – Ten człowiek zna wszystkie drogi w pobliżu Memris. Wiedziałem, że można na niego liczyć!

Na chwilę wyłączyłam się z rozmowy, słysząc słowo „ niebezpieczne”, po czym moja głowa dołożyła jeszcze: „zginąć, umrzeć, wpaść w otchłań bezdenną”. Zaraz, zaraz, nie byłam przygotowana na taką ewentualność! Poza tym, jaka znowu Elajza? Nikt mi nie powiedział, o co chodzi z tą śmieszną królową! Krew gotowała się w moich żyłach, a ja czułam, że nie nadążam za tempem rozwoju sytuacji.

– Jeśli dotrzecie bezpiecznie do miasta Hideout, zbierzecie kolejne cenne informacje – Rango recytował mapę z pamięci.

Jak to, „jeśli”? Moje myśli pędziły jak szalone, powodując nagłe drżenie rąk.

– Zakładam, że po tej całej zabawnej wycieczce wreszcie dotrzemy do Fem – zabrzmiał dystyngowany głos Irmy, która wreszcie wykazała jakiekolwiek zainteresowanie.

– Jakiej zabawnej wycieczce? – Toron niemal wstał z krzesła.

– Daj spokój, Toronie, wszyscy wiemy, że prawdziwe niebezpieczeństwo czai się dopiero w pobliżu Memris, czyli w drodze z Fem do Hideout i z Hideout do Memris. Poza tymi terenami jest tu raczej spokojnie – wyjaśniała opanowanym głosem kobieta, machnięciem ręki zniechęcając rozmówcę do dalszej walki słownej.

– Wcale nie! – Nie poddawał się mieszkaniec Topos. – Tu także kręcą się szpiedzy Elajzy! – dodał szybko, patrząc to na Kleo, to na Rango, szukając u nich potwierdzenia swoich słów.

– Zgadza się… to znaczy, tak było kilkanaście lat temu. Ale kto wie… lepiej uważać i być ostrożnym w każdym miejscu. – Rango popatrzył na pozostałych, filtrując wzrokiem każdego, tylko nie Irmę, która wydawała się być urażona słowami gospodarza. Wydęła czerwone wargi w grymasie niezadowolenia i uparcie milczała.

Siedziałam na krześle, a moje nogi zaczynały nerwowo potakiwać. Tyle informacji! Tyle zachodu o powrót do jakiegoś jeziora! Czemu nie mogłam skorzystać z przejścia, które znajduje się w Treehide? Nie rozumiałam, dokąd oni wszyscy chcą iść, a ta niewiedza przerażała mnie jeszcze bardziej. Jak miałam się bronić, skoro nie wiedziałam przed czym?

Jednak gdzieś w środku mnie tliła się iskierka ekscytacji na myśl o poznaniu obcego świata i przeżyciu niesamowitej przygody. Czy nie takie właśnie było moje życzenie urodzinowe? Mimo wszystko, lęk przed nieznanym skutecznie ją hamował. W tej chwili chciałam jedynie wrócić do domu. Tak, zdecydowanie potrzebowałam bezpieczeństwa.

Gwałtownie wstałam, zaciskając kurczowo dłonie na drewnianym stole. Krzesło uderzyło z hukiem o posadzkę. Mój oddech gwałtownie przyśpieszył, a serce wyrywało się z piersi.

– Czemu nikt mi nie powie, po co idziemy na tę całą wyprawę?! – wypaliłam. Powinnam ugryźć się w język, ale wzbierająca we mnie fala gniewu znacznie mi to utrudniała. – Czemu rozmawiacie o niebezpieczeństwie, szpiegach, misji, a nie wyjaśnicie mi celu? Mam dość słuchania tego wszystkiego, bo nic z tego nie rozumiem – jęknęłam i opadłam na krzesło, wyczerpana własnym wybuchem.

Nie chciałam się rozklejać, nie mogłam tym razem pokazać słabości. Modliłam się w duchu, by mój głos nie zabrzmiał jak wołanie małej dziewczynki o cukierka. Byłam tu, choć nie chciałam, szłam na tę całą misję, choć nie miałam pojęcia gdzie, zachowywałam się tak, jakbym wiedziała o wszystkim, a nie wiedziałam o niczym.

Kiedy ponownie podniosłam wzrok, spostrzegłam, że moja nagła wylewność wywołała duże poruszenie. Toron świdrował wzrokiem przewodniczącego, a Irma sztyletowała mnie swoimi szafirowymi oczami. Rex wyglądał jakby tylko czekał na dodatkowy popis moich spektakularnych umiejętności aktorskich, a Zayn bez wyrazu przetwarzał moją wypowiedź, zerkając na mnie w zamyśleniu.

Wtem Kleo wstała i objęła moje ramiona, tłumacząc reszcie, że przybyłam z daleka i nie zostałam doinformowana. Brzmiało to absurdalnie, ale nikt nie negował tych słów.

Spojrzałam na zgromadzonych zaczerwienionymi od wzbierających łez oczami.

– Przepraszam – szepnęłam, czując się w obowiązku odpokutować.

– Oczywiście! Ależ ze mnie gapa! – zaśmiał się Rango, przerywając niezręczną ciszę. – Zapomniałem o naszej drogiej Mii. – Popatrzył na mnie wymownie. – Kleo, proszę, pójdźcie we dwie do pokoju i przekaż jej wszystkie informacje, a ja dokończę spotkanie – dodał, zdobywając się na wymuszony uśmiech.

– Nie płacz, proszę. – Kleo klęczała obok łóżka, na którego krańcu usiadłam. Podawała mi kolejne chusteczki, które po chwili lądowały zużyte w śmietniku.

– Zrobiłam z siebie idiotkę, a co gorsza, zepsułam spotkanie… znowu! – łkałam.

Byłam na siebie naprawdę wkurzona. Nieczęsto zdarzały mi się takie wybuchy, a już na pewno nie w towarzystwie obcych ludzi. Nie wiedziałam, co we mnie wstąpiło.

– Nie zepsułaś spotkania, wuj powinien ci wcześniej powiedzieć, jak to wygląda, ale widocznie nie miał czasu. Jest ostatnio bardzo zajęty, to moja wina – pocieszała mnie.

Nic nie odpowiedziałam w obawie przed tym, że znów się rozkleję. Pociągnęłam nosem i otarłam łzę z policzka. Zapiekła mnie wciąż niezagojona rana.

– Teraz posłuchaj uważnie. – Kleo wzięła głęboki oddech i popatrzyła na mnie pocieszająco. – Celem wyprawy jest Memris, najdalej położone miasto na północny wschód od Treehide. Żyje tam królowa Elajza… – zaczęła, starannie dobierając słowa, bym mogła zrozumieć tok wydarzeń.

Z całych sił pragnęłam skupić się na opowieści, ale na wspomnienie o swoim karygodnym wystąpieniu poczułam zawstydzenie. Nie mogąc wymazać z pamięci tej sceny, postanowiłam wziąć głęboki oddech i zatrzymać go na moment w płucach.

– …Elajza nie należy do najmilszych istot na świecie. Ale od początku – ciągnęła Kleo, najwidoczniej nie dostrzegając mojej wewnętrznej walki. – Kiedyś wszystkie nasze miasta: Topos, Crump, Hideout, Fem i największe – Memris, żyły w zgodzie, tworząc krainę Locus.

– A Treehide? – zapytałam, analizując słowa rozmówczyni.

– Treehide nie istniało, to młoda wioska. Takich malutkich wiosek jest więcej, ale oczywiście nikt nie traktuje ich poważnie, ponieważ znikają szybciej, niż się pojawiają – kontynuowała Kleo. – W każdym razie, zanim Elajza zaczęła rządzić Memris, królem był jej świętej pamięci ojciec, Notus.

– Co się z nim stało?

– Jak to co? Umarł. A jego miejsce zajęła córka, wtedy jeszcze młodziutka księżniczka Elajza. Popsuła relacje między naszymi miastami. Pozrywała wszelkie sojusze, a jeśli którekolwiek z miast nie chciało zgodzić się na jej zmiany i poddanie jej bezwzględnej władzy, wysyłała swoją armię, aby przejąć królestwo i dać mu nauczkę. To przez nią nie możemy swobodnie podróżować z miasta do miasta, ani też w spokoju żyć w Treehide. Elajza wciąż poluje, szuka zakładników, chce zagarniać jak najwięcej miast pod swoje panowanie. Nikt tego głośno nie mówi, ale wszyscy drżymy na samą myśl o tym, że armia, którą tworzy, może być silniejsza niż sądziliśmy dotychczas – powiedziała blondynka z wyrzutem.

– Co za podła baba! – oburzyłam się i zrobiłam miejsce dla Kleo obok siebie. – Usiądź tutaj, będzie ci wygodniej – poprosiłam.

Dziewczyna posłusznie zajęła miejsce. Wyglądała na zadowoloną, że udało jej się mnie uspokoić. Opowieść była znacznie ciekawsza niż spotkanie, na którym Irma mierzyła mnie ostrym jak brzytwa spojrzeniem, a Toron ignorował moją obecność. W mig cała zamieniłam się w słuch.

– Doszło do tego, że dzięki potędze swojej wytresowanej armii zmiotła niektóre miasta niemal całkowicie z powierzchni ziemi.

– Które? – zapytałam głośno.

– No właśnie chcę powiedzieć, ale ciągle mi przerywasz – zaśmiała się Kleo.

Gestem dłoni zamknęłam swoje usta i wyrzuciłam wyimaginowany klucz za siebie. Kleo ponownie zachichotała, po czym ciągnęła opowieść: