Wszyscy pragnęliśmy miłości

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wszyscy pragnęliśmy miłości
Wszyscy pragnęliśmy miłości
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,85  47,88 
Wszyscy pragnęliśmy miłości
Wszyscy pragnęliśmy miłości
Audiobook
Czyta Elżbieta Kijowska
29,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Prolog


Na chwilę otworzyła oczy. Biel sufitu była blisko. Wcześ­niej wydawało się jej, że jest przyszarzały, jak wszystko dookoła. I wysoki. Choć z tą wysokością sprawa była zmienna.

Kiedy pierwszy raz weszła do tego pokoju, patrzyła tylko na czubki swoich znoszonych brązowych pantofli. Nie podnosząc wzroku, obserwowała, jak obok nich, na miodowym parkiecie, ląduje niebieska spódnica z cienkiej wełny, kremowa halka i jasnoróżowa bluzka z białym kołnierzykiem. Potem przymknęła oczy, by nie widzieć, jak na tę kupkę spływają biustonosz, pończochy, pas i majtki.

Położyła się na łóżku i zaczęła wpatrywać się w sufit. Tak, na pewno był lekko szary, bo przecież pościel była biała. Pamiętała ten kontrast; powinno być odwrotnie – niewinność wyżej, gdzie wznosiła wzrok, pospolitość, użycie niżej, gdzie…

Poduszka pachniała kaczym pierzem; słodko-zwierzęco. Teraz zapach uleciał. A może to z jej powonieniem było coś nie tak?… Delikatnie wciągnęła powietrze nosem – nic, jakby była w jakimś sterylnym miejscu pozbawionym oznak zwykłego życia.

Lekko się przekręciła. Materac też wydał się jej trochę inny. Bardziej miękki. Komfortowy. Komfortowy, mój Boże!… Przecież wtedy, za pierwszym razem, o żadnym komforcie nie było mowy!… Wiedziała, co ją czeka. I w żaden sposób nie mogła temu zapobiec.

Leżała, po prostu leżała. Zostawiwszy na drewnianej podłodze wszystko prócz wstydu. Wojna ją nauczyła, że rzeczy niemożliwe mogą się jednak wydarzać. Każdy prawie dzień przynosił potwierdzenie tej tezy. Wtedy też; to jej ciało leżało na tapczanie, na białym prześcieradle, z głową na tym kaczym pierzu obleczonym w wykrochmaloną poszewkę, a Irena szybowała do sufitu i oddzielała się od ciała. To, co ciało Ireny robiło, czy raczej: to, co on robił z ciałem Ireny, nie miało z samą Ireną nic wspólnego.

Po wszystkim znowu się połączyły. Irena sfrunęła, wślizgnęła się w swoje ciało, wstała z łóżka i w kolejności odwrotnej niż poprzednio się na niej pojawiły, z podłogi zniknęły bielizna i ubrania. Poprawiła włosy i, wciąż oglądając czubki swoich brązowych butów, nawet na moment nie podnosząc głowy, by na niego nie spojrzeć, wyszła z mieszkania.

W ciszy. To wszystko wydarzyło się w kompletnej ciszy, nie licząc oczywiście odgłosów, które się w takich razach zdarzają: skrzypnięć, stuknięć, szmerów, szelestów, westchnień, jego przyspieszonego oddechu oraz jej tłukącego się serca. Ona się jednak nie odezwała, on także nie.

Kolejny raz był podobny. I kolejny, i kolejny, i…

Przychodziła, rozbierała się, kładła się na łóżku, a na niej kładł się on.

Zawsze w ciszy. Potem, wiele, wiele lat po wojnie, przeczytała artykuł o mowie ciała. Człowiek może się nie odezwać, ale zrobi to za niego jego ciało. I ono, w przeciwieństwie do człowieka, zawsze jest szczere.

Znowu otworzyła oczy. Tak, sufit był biały. Więc może się pomyliła z tą szarością? Może ten brudny kolor wziął się z tego pierwszego razu i nie był prawdziwy, tylko był wyobrażeniem Ireny na temat tego, co się działo?… Bo potem, trudno jej było powiedzieć kiedy, szarość zaczęła zanikać. Być może dlatego, że Irena już nie obserwowała jej z tak bliska, ponieważ odfruwała od własnego ciała coraz niżej, aż w końcu przestała je opuszczać.

A przestała je opuszczać, bo…

Przymknęła powieki. W głowie miała ciszę; cisza była niezmienna, nie licząc tych odgłosów z łóżka i tego, co z zewnątrz wpuszczały okna. Teraz też cicho buczało, tak jednostajnie, jakby sznur aut ciągnął.

Przestała więc opuszczać swoje ciało, bo… bo zaprag­nęła mu towarzyszyć, doznawać tego, czego ono doświadczało.

Mowa ciała. Mowa ciała, które nie kłamie. Jej ciało przytrzymało jej ducha – żeby on nie uciekał, żeby też doświadczał.

Mocniej zacisnęła powieki, jakby nie chciała patrzeć na obrazy, które się pod nimi pojawiały.

– Och. – Westchnęła, jakby wolała się nie przyznawać, jakie emocje w niej budziły.

„Boże”, pomyślała, jakby chciała, żeby to On za nią zdecydował, co w jej życiu było dobre, a co złe. Co było złudą, a co – prawdą.

Drżała. Czuła, jak pulsuje w niej krew, jak serce nieregularnie się obija w jej piersi.

Jej oddech przyspieszył.

Widziała go teraz wyraźnie – jego twarz, opadające na czoło włosy, gładki tors i obsypane piegami, szerokie ramiona. Czuła jego ciepło. Drżała pod jego naciskiem. Przytłaczające i złe, tak powinna to czuć, ale nie miała wpływu na to, że w pewnym momencie jej odczucia się zmieniły. Zaczęło jej być dobrze. Z nim. Teraz też miała wrażenie, że opuszcza ciało, ale nie po to, żeby od niego uciec, tylko dlatego, że to, co czuła, było nie tylko fizycznie, naskórkowo przyjemne, lecz także duchowe, uwznioślające, unoszące właśnie.

Wszystko zaczęło wirować, jakby na karuzeli, a może to ona, oni się tak kotłowali w tym łóżku?…

Karuzela!… Aż nią wstrząsnęło; przecież była i inna karuzela, ta, która się wesoło kręciła, podczas gdy nieopodal działa się codzienna tragedia. I tak ją to bolało; i tak mocno była wtedy duchem z prześladowanymi, była po właściwej stronie, a potem…

„Wszyscy pragnęliśmy miłości”; po latach zrozumiała, że to był ten motor, ta siła sprawcza wszystkich wydarzeń; siła, która wtedy utrzymywała ich przy życiu, ale potem…

Zaczynało brakować jej tchu. Tętno znowu pogalopowało. Jeszcze nigdy tak bardzo z nim… Czuła, że tak może być, przecież ciała nie da się oszukać, próbowała mu wmówić, że nie, komu innemu je ofiarowała, ale ono wiedziało.

O tak, ono wiedziało bardzo dobrze, do tego stopnia, że…

Och! Zaraz chyba zemdleje!…

– Pani Ireno. Pani Ireno!

Kto to mógł być? Kobiecy głos, ale nie matka i nie Krysia, zresztą one nie miały przecież pojęcia, nikt nie miał.

Resztką sił otworzyła oczy. Jakaś rozmazana kobieca twarz, biały fartuch.

– Pani Ireno, napędziła mi pani strachu. Zaraz przyjdzie doktor.

Zdumiona patrzyła na tę obcą kobietę. „Doktor”. Jaki doktor?

– Gdzie?… – Była tak zmęczona, że nie dokończyła. Zresztą sama nie wiedziała, o co chciała zapytać.

Tamta jednak zrozumiała po swojemu.

– W szpitalu. Jest pani w szpitalu, pani Ireno. Niedługo przyjdzie pan Emil, może z panem Krzysztofem…

„Emil?”, zadrżała zdenerwowana. „Emil nie może o niczym wiedzieć. A Krzysztof? Krzyś?… Dlaczego ta kobieta ją dręczy?…”

Nie chciała nikogo prócz niego.

Zamknęła oczy.

Wróciła do swojego świata.

Rozdział pierwszy


– To było w wigilię święta Pesach – powiedział cicho Krzysztof i podszedł do okna. Z dziewiątego piętra bloku przy ulicy Zielnej czterdzieści pięć w Warszawie miał doskonały widok na okolicę: kościół Wszystkich Świętych, plac Grzybowski, błyszczące w wiosennym słońcu apartamentowce na Królewskiej. On jednak zatrzymał wzrok na pobliskiej ulicy Próżnej.

– W Wigilię? – Jedenastoletni Maciek podniósł głowę znad książki. – No jak w Wigilię, dziadku? Przecież tu jest napisane, że powstanie w getcie wybuchło w kwietniu. Święta ci się pomyliły, to chyba o Wielkanoc chodzi. – Był zdziwiony. Dziadkowi rzadko co się myliło. W sumie to chyba nigdy.

Krzysztof się odwrócił. Uśmiechnął się do wnuka.

– Ty masz jednak doskonały słuch. Co prawda, twoja mama twierdzi inaczej – że jak cię prosi, i to całkiem głośno i z bliska, żebyś już odłożył telefon albo śmieci wyrzucił, to nie słyszysz.

– To się nazywa słuch wybiórczy. – Maciek też się uśmiechnął.

Lubił dziadka. Jego dziadek, jak już się zdążył zorientować, nie bardzo przypominał typowych dziadków, to znaczy był zdrowy, w dobrej formie, nie miał w zwyczaju opowiadać o chorobach ani tym bardziej chorować. Był ciekaw świata, zwłaszcza tego, który, jak on to mówił, „galopował”, i który czasem trudno mu było dogonić – miał tu na myśli przede wszystkim różne techniczne sprawy; w tym to tata Maćka i czasem sam Maciek mu pomagali. No ale były sprawy, w których to dziadek Krzysiek był świetnym przewodnikiem, na przykład w historii, zresztą z innych przedmiotów dziadek też był naprawdę niezły, na przykład z matmy, i dlatego Maciek przyjeżdżał do niego z Ursynowa i niekiedy wspólnie odrabiali lekcje. Tym razem miał się przygotować z powstania w getcie.

– O, mam. Tu jest napisane, że… – znowu pochylił się nad książką – „W nocy z osiemnastego na dziewiętnastego kwietnia czterdziestego trzeciego roku getto zostało otoczone pierścieniem niemieckiej żandarmerii i policji granatowej”. Co to była granatowa policja? – Popatrzył na dziadka.

– Polska Policja Generalnego Gubernatorstwa, podporządkowana niemieckiej policji. Wcielano do niej na siłę.

– Taka zła policja?

Krzysztof kiwnął głową.

– Ano zła. Pilnowali porządku w getcie, a ten porządek polegał na tym, żeby coraz mniej Żydów w nim było i w coraz gorszej formie. A to, co przeczytałeś, znaczy, o tym dziewiętnastym kwietnia, to właśnie było święto Pesach. Żydzi obchodzą je na pamiątkę wyjścia z niewoli egipskiej.

 

– Mieliśmy to na historii w zeszłym roku! – Maciek się ucieszył, że jednak coś pamiętał.

– Właśnie. – Krzysztof też się ucieszył, że ta wiedza przetrwała w Maćkowej głowie, zwłaszcza że miał w tym swój udział. – Więc, wracając do tematu, w kwietniu czterdziestego trzeciego roku w getcie warszawskim było około trzydziestu pięciu tysięcy Żydów.

– To chyba dużo?… – Maciek nie był pewien, jak rozszyfrować tę liczbę.

– Zależy, jak na to spojrzeć. W czterdziestym pierwszym było ich około czterystu sześćdziesięciu tysięcy.

– Czterystu… prawie pół miliona? – Wnuk spojrzał na niego z niedowierzaniem.

– Tak było. Przed wojną Żydów w Warszawie było mniej, potem spędzano ich tu z różnych innych miejsc. Wytyczono granice getta, znasz je zresztą.

Maciek kiwnął głową. Wiedział więcej niż jego koledzy, bo przecież pradziadek Emil był Żydem. Tyle tylko, że z pradziadkiem się o „tym” nie rozmawiało. „Bolesny temat”, mówił tata. Mama potakiwała. Prababcia Irena… Pewnie też by potakiwała, ale od kilku lat chorowała i nie zawsze zachowywała się tak, jak zwyczajni dorośli. Zresztą to też był „bolesny temat”, tyle że o nim można było mówić trochę więcej, dlatego Maciek wiedział, że to alzheimer i babcia coraz częściej znajduje się w innym świecie niż oni. W sumie to dziadek był najbardziej otwarty.

– Ten obszar wyjściowo nie był duży, a potem go zmniejszono, to też wiesz. Ścisk był okropny. Ludzie mieszkali po kilkanaście osób w jednym pokoju. Później zorganizowano wielką akcję wysiedleńczą, to znaczy zaczęto wywozić Żydów. Zostało ich mniej niż dziesiąta część tego, co było w najbardziej ludnym okresie.

– A kto został?

– Przede wszystkim młodzi mężczyźni. Byli potrzebni jako darmowa siła robocza, ale też tylko do czasu, potem i ich wywożono. W styczniu czterdziestego trzeciego podczas kolejnej próby Żydzi stawili opór. Utworzyli organizację bojową, zaczęła się partyzantka. To wszystko i tak nie miało szans powodzenia, bo przecież rozkład sił był jasny i nierówny, ale próbowali.

– A… – Maciek chciał o coś zapytać, ale się zatrzymał. W końcu jednak się przemógł. – A twój tata?… On też walczył?

Krzysztof spojrzał na wnuka. Co można powiedzieć jedenastolatkowi? Ile można mu powiedzieć? I to w sytuacji rodzinnego oporu przed „rozgrzebywaniem historii”? Zresztą ten opór był wybiórczy, bo przecież na czerwiec mieli zaplanowany wyjazd do Izraela. Dla każdego z nich to był pierwszy raz: dla Emila, Żyda cudem ocalałego z warszawskiego getta, dla Krzysztofa, dla Andrzeja, młodszego brata Krzysztofa, dla Piotra, syna Krzysztofa, i dla Maćka właśnie. Męska wyprawa do źródeł, jak ją nazwał Emil. Krzysztof się cieszył, uważał, że to ważne, żeby zobaczyć to źródło, ale myś­lał również, że pozostawianie białych plam w historii ich rodziny nikomu nie wyjdzie na dobre. Pamiętał, jak on się dowiedział, że jest Żydem. Pół-Żydem, uściślając, bo przecież jego mama była Polką. W sumie, gdyby tak sztywno trzymać się doktryny, to Żydem jest się po matce, więc… No ale jego rodzina nie trzymała się żadnej doktryny, bo ten temat po prostu nie istniał. Nie znaczyło to jednak, że nie istniał również dla postronnych; „ludzie mówią”, „ludzie wiedzą”. Im starszy był Krzysztof, tym częściej spotykał się z tym sposobem przepływu informacji w społeczeństwie. Zawsze ktoś coś wiedział, a potem to już szło. Zresztą, co dotarło do niego z opóźnieniem, wygląd ojca był „mówiący”. Jasne, widział różnice między rodzicami – mama jasnowłosa, niebieskooka, ojciec – heban włosów, brąz oczu. Ale że to tak ich zdradzało?… No więc dowiedział się od kolegów. „Ty byś się uchował, ale Andrzej…” – i znaczące miny. Fakt, Andrzej to skóra zdjęta z ojca – ciemne włosy, ciemne oczy i ten nos. Krzysztof był słowiański, po matce. Właśnie, mama… Wyjazd z założenia był męski, jakoś tak to ojciec wymyślił. Może z powodu jego tradycyjnego patrzenia na świat, gdzie od poznawania i podróży są przede wszystkim mężczyźni. Historia rodziny też się opierała, według ojca, na mężczyznach. To oni byli jej nośnikiem; kobiety były gdzieś obok. Wreszcie powody praktyczne – to kosztowna wyprawa, trudno byłoby zebrać pieniądze dla większej liczby uczestników. Krzysztof miał w planach dokładną dokumentację fotograficzną, pisanie dziennika, a potem opowieści dla tych, którzy nie pojechali, przede wszystkim dla mamy. Nie miał jednak pewności, czy Irena będzie mogła w nich świadomie uczestniczyć. Ostatnio znowu nastąpiło tąpnięcie – gwałtowne pogorszenie się pamięci, funkcji poznawczych. Jedną nogą już była w innym świecie, do którego nie mieli wstępu, teraz dostawiała tam drugą. Na domiar złego pojawiły się problemy kardiologiczne. Jego też teraz zakłuło serce. Bardzo kochał mamę. Ojca również, jasne, ale właśnie tak to wyglądało: ją kochał, jego też. Bo najpierw, w dziecięcej gradacji ważności i miłości, była ona – delikatna, troskliwa, wrażliwa. A potem on – zdecydowanie mocniej zahartowany przez los. I mniej wrażliwy, zwłaszcza w niektórych kwestiach…

– Dziadku?… – Głos wnuka wyrwał go z zamyś­lenia.

Otrząsnął się. Ale go naszło na wspominki. „Nie ma co”, pomyślał, „było, minęło”. Teraz trzeba się skupić na tym, co im jeszcze zostało. Głośno zaś powiedział:

– Nie walczył. Podczas tej drugiej akcji wysiedleńczej udało mu się wydostać z getta i uniknąć wywózki. To była jednak odroczona śmierć, a i tak na krótko. Nie miał już nikogo z rodziny, nikogo znajomego po polskiej stronie, kto by zechciał zaryzykować swoje życie, by go ratować. Traf jednak chciał, że spotkał prababcię. I wtedy, w tamtym momencie, prababcia Irena podjęła decyzję, która uratowała mu życie – postanowiła go ukryć u siebie w mieszkaniu, to znaczy w mieszkaniu twoich prapradziadków. Przetrwali wspólnie do końca wojny, a potem wzięli ślub. A jeszcze potem urodziłem się ja, dziadek-wujek Andrzej, twój tata, ty. Nie byłoby nas, gdyby nie tamto spotkanie. W tym jednym momencie, w chwili, gdy przecięły się spojrzenia twojej prababci i twojego pradziadka, zdecydował się nasz los.

– Ale dlaczego my o tym nie rozmawiamy? – Jeśli kogoś można było o to zaczepić, to właśnie dziadka. I to właśnie teraz, więc Maciek podjął próbę.

Krzysztof westchnął.

– Bo staramy się uszanować wolę Ireny i Emila, moich rodziców. Nikt z nas nie wie dokładnie, przez co oni przeszli, czego doświadczyli, zwłaszcza mój ojciec. Zresztą mama też, bo zauważyłeś przecież, że nie utrzymywała kontaktów ze swoją rodziną, to znaczy rodzina z nią nie utrzymywała kontaktów, bo nie poparła ani tej decyzji o ukrywaniu Żyda, ani kolejnej – o życiu z nim. Zofia, matka twojej prababci, Krystyna – jej siostra – znam tylko ich imiona. Dużo bolesnych wspomnień, trzeba zrozumieć, że ludzie nie chcą do nich wracać. No, ale historię Izraela poznasz, i to całkiem niedługo. – Delikatnie zmierzwił mu włosy. Wnuk też był słowiańskim typem – jasny szatyn, niebieskie oczy. – Ale odskoczyliśmy od tematu, co? – Kiedy to powiedział, prawie od razu pomyślał, że on też odskakuje i ucieka. Szast-prast, pozamiatane. W te wakacje zamierzał jednak to zmienić. Wiązał duże nadzieje z wyjazdem do Izraela. Może zresztą taka była intencja jego ojca, żeby u kresu życia, po tej „podróży do źródeł”, wreszcie stanąć przed rodziną i wyznać wszystkie skrywane i bolesne sprawy?…

– Dziadku? – Krzysztof zobaczył, że wnuk się w niego wpatruje.

Otrząsnął się.

– Więc było tak, że Żydzi się zorganizowali i… przeczytaj jeszcze raz to zdanie z książki.

Maciek nachylił się nad blatem.

– „W nocy z osiemnastego na dziewiętnastego kwietnia czterdziestego trzeciego roku getto zostało otoczone pierścieniem niemieckiej żandarmerii i policji granatowej”.

– Właśnie. Tym razem Żydzi nie dali się zaskoczyć, bo powiadomiło ich polskie podziemie. Niemcy się tego nie spodziewali, na moment się wycofali, ale szybko wrócili i dokończyli to, co zaplanowali. Walki trwały do maja. Przeżyło kilkudziesięciu wojowników żydowskich, którzy uciekli kanałami na aryjską stronę.

– Czyli dobrą?

– Dobrą, nieżydowską. Ci, którzy pozostali na terenie getta i nie zginęli od kul w egzekucjach na miejscu, zostali wywiezieni do Treblinki.

– Nikomu się nie udało ukryć? – zapytał Maciek.

– Udało. Te łapanki trwały jeszcze przez wiele tygodni. Nie wiem, ilu dokładnie Żydów tam było, ale to pojedyncze przypadki. Wiesz, jak ich nazywano?

Maciek pokręcił głową.

– Robinsonami getta.

– Jak Robinson, ten rozbitek z książki?

– Tak. Trudno aż uwierzyć, że tego dokonali, i trudno sobie wyobrazić, jak to zrobili, bo przecież Niemcy sukcesywnie i metodycznie niszczyli dzielnicę żydowską, żeby ślad po niej nie został. Była tam przepiękna synagoga, wielka, ważna bardzo dla Żydów. Stała za Ogrodem Saskim, przy obecnym placu Bankowym. I w połowie maja Gruppenführer Jürgen Stroop ją wysadził w powietrze. To miał być taki symboliczny koniec getta i prezent dla Hitlera. „Ależ to był piękny widok”, powiedział. On się tym rozkoszował, bardzo plastycznie to opisywał.

– Niemcy byli okropni. To straszne, co oni zrobili Żydom. I Polakom. – Widać było, że Maciek jest poruszony. – Jak to w ogóle możliwe, dziadku? Że było dobrze, a potem wywołali wojnę i zmienili się w takie potwory, a po wojnie znowu dobrze. No jak to możliwe, że z ludźmi się dzieje coś takiego?…

Krzysztof pomyślał, że dla Emila, jego ojca, Niemcy wciąż są potworami. Nic go nie przekonało, nawet Willy Brandt padający na kolana przed pomnikiem Bohaterów Getta. Potrafił przełączyć program, jeśli ktoś w nim zaczynał mówić po niemiecku. Gdy na ulicy usłyszał język niemiecki, przechodził na drugą stronę. Zachowywał się tak, jakby Niemcy – kraj i ludzie – w ogóle nie istnieli, a właściwie: jakby swoim zachowaniem chciał ich unicestwić. Było to, jakby się nad tym mocniej zastanowić, powtórzenie tego, co Niemcy robili Żydom podczas wojny. Cóż, każdy radził sobie ze swoimi traumami tak, jak umiał, i tak, jak nie umiał. Krzysztof jednak uważał, że młodych nie można tak obciążać, że oni powinni jaśniej patrzeć na świat. Nie po to ich Unia Europejska jednoczyła, żeby ich dzieliły upiory przeszłości.

– To splot różnych okoliczności. I nauka dla nas, żeby czujnie patrzeć, bo zło się rodzi niepostrzeżenie. Ale ono się nie rodzi tylko w wybranych narodach, nie można wszystkich Niemców obciążać winą za wojnę. Zresztą to przeszłość, mały, przeszłość. A ty jesteś przyszłością. I dobrze, że poznajesz historię. A czy ja już ci mówiłem, że w tym miejscu, gdzie teraz stoi mój blok, była zupełnie inna kamienica, choć z tym samym adresem?

– Mówiłeś, dziadku. – Maciek westchnął. – Kilka razy.

– A, wybacz staremu. – Szturchnął go. Chciał po prostu trochę zmienić temat i przegnać smutny nastrój. – Chodź do okna. – Zachęcił go ruchem dłoni.

Chłopak podszedł.

– O, zobacz. Tu jest Próżna, co oczywiście wiesz. Ten kawałek ulicy przetrwał całą wojnę, kamienice po obu stronach ocalały. Całą wojnę, rozumiesz? A przecież i tu było getto, z kolei w nalotach w trzydziestym dziewiątym wiele okolicznych budynków runęło. A jeśli nie wtedy, to w powstaniu warszawskim. Ta kamienica, w której żyli moi rodzice, też się nie ostała, chociaż ją to akurat po wojnie rozebrano. I teraz, wiele lat po tych wydarzeniach, mieszkam tu ja. Urodzony z cudownie ocalonych rodziców. I przyjechał do mnie mój wnuk. Jesteśmy razem, uczymy się, pijemy sok pomarańczowy i jemy pączki serowe. To chyba całkiem optymistyczne, prawda?

Maciek się uśmiechnął.

– A jak skończymy, to jeszcze… – Krzysztof jednak nie dokończył, bo w tym momencie rozdzwonił się jego telefon.

Donośny dźwięk dzwonka sprawił, że Maciek aż podskoczył.

– A mama mówi, że ja za głośno gram w Fortnite’a…

– Poczekaj, jak będziesz w moim wieku, zobaczysz, jakie to są uciechy starości. – Krzysztof podszedł do stołu. Podniósł komórkę. – Nie widzę, kto to, ale chyba z kierunkowym warszawskim, to odbiorę. Halo? Tak. Krzysztof Srebrny. Tak, Irena to mama. Tak, rozumiem. Tak, będę niedługo. – To ostatnie wypowiedział drżącym głosem. Spojrzał na wnuka. – Dzwonili ze szpitala. Babci się pogorszyło. Do dziadka nie mogą się dodzwonić, pewnie wyjął aparat. Ja… Podjadę do niego, zabiorę go, bo może… Nigdy nie wiadomo, kiedy to ostatnie pożegnanie. Nigdy…

Usiadł na kanapie. W oczach miał łzy.