SzczęściaryTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Niestety! Obawiam się, że Stach ma niewiele z mego poczciwego, dobrotliwego, ale i gapowatego taty. Zauważa i zapamiętuje szczegóły. Nie komentuje ich, nie robi wielkiego halo, ale widzi. Co z kolei widzę ja – zwłaszcza ja przeczulona na punkcie odchudzania. A to uniósł brew nad moim nagłym zainteresowaniem sportem. A to spojrzał pytająco, gdy w sobotę podałam obiad bez deseru. A to nie powiedział dokumentnie nic, gdy na wspólne z Ircią oglądanie bajki dla nich uprażyłam popcorn, a sama poprzestałam na beznamiętnym chrupaniu łodyg selera naciowego (tfu, wciąż mam jego smak, a raczej niesmak w gardle! To jednak wierutne paskudztwo jest).

Nie skomentował więc, nie dopytał – lecz wczoraj ni stąd, ni zowąd zadzwonił z propozycją pójścia na łyżwy. Znalazł ponoć fajne kryte lodowisko, z wypożyczalnią sprzętu, niedrogo i niedaleko mnie. Wszystko to brzmi bardzo ładnie, ale skoro znalazł, to znaczy, że szukał! A po co szukał?… Obstawiam, że po to, aby dyskretnie mnie wesprzeć. W rodzinnej atmosferze, z Ircią i swym męskim ramieniem.

Byłam sceptyczna. Na łyżwach nie jeździłam sto lat. Sprzęt pewno będzie zapocony. Zresztą łyżwy to sport, a sport to zło – dopiero co doszłam do siebie po zeszłotygodniowych rowerach. Z drugiej strony – waga i talia bardzo mnie ostatnio rozczarowują… Koniec końców przystałam na te łyżwy. Szkoda by było zlekceważyć jego starania. Idźmy, zaliczmy i będzie święty spokój.

Poszliśmy wczoraj. Bogiem a prawdą nie było wspaniale. Tłumy młodzieży (ferie!), łyżwy trochę mnie uwierały, a nogi trzęsły mi się kretyńsko. Ale zawsze jest druga strona medalu, prawda? Zatem ten medal miał istnie złoty rewers pod tytułem „rodzinne wyjście”. Ujęła mnie już pani w kasie: „Pan, żona i córeczka, tak? Proponuję bilet rodzinny, bardziej się opłaca”. Dodaj do tego rozpromienioną Irenkę, która była na łyżwach po raz pierwszy. Trzymaliśmy ją za ręce jak prawdziwi rodzice, ja z jednej strony (tej od barierek), Staś z drugiej. Piszczała, oczy jej lśniły, policzki miała zaróżowione. Ona z każdym kolejnym okrążeniem nabierała więcej odwagi, moje zachwiania, potknięcia i strach przed przewróceniem się wywoływał ich śmiechy, które z kolei były zaraźliwe i dla mnie. Po godzinie ślizgów opuszczaliśmy lodowisko całkiem usatysfakcjonowani.

Przy wyjściu na takich jak my czekała podstępna niespodzianka: buda z kiełbaskami.

– Coś tu przepięknie pachnie!… – Irenka zawachlowała nozdrzami. – O, mamuniu, jaka ja jestem głodna! Co to tak pachnie? – zwróciła się do mnie z nadzieją.

– Glutaminian sodu – mruknęłam, zagłuszając własne burknięcie w brzuchu. Jednocześnie zastanawiałam się, jak najskuteczniej i możliwie szybko przeprowadzić akcję „To jest niezdrowe i po co przepłacać, chodź szybko do auta, zjemy coś w domu” (byle nie seler naciowy).

W sukurs niespodziewanie przyszedł mi Staszek. Najpierw grzebał i grzebał w swym przepastnym plecaku, w końcu wynurzył zeń obie dłonie, w jednej dzierżąc duży plastikowy pojemnik, w drugiej trzy widelce.

– Co to, co to, co to? – popłynęło wartko z ust domniemanej córki.

Staś skinął na nas i z tajemniczym uśmiechem skierował się ku niskiej ławeczce. Tam usiadł, my go oblepiłyśmy z prawej i lewej strony. Wtedy wręczył nam po widelcu i otworzył pojemnik.

– Sałatka owocowa!… – rzekła Irenka tak tkliwie, że oboje zachichotaliśmy. – Czyli nie będzie kiełbaski? – dopytała jeszcze dla porządku.

– Nie będzie. To jest zdrowsze i tańsze – odparł Staś.

– Aha – przyjęła Irenka, a ja na chwilę się zadumałam. Więc moje żmudne dydaktyczne trucie „To jest niezdrowe, po co przepłacać…” można wyrazić tak prosto i tak skutecznie zarazem? Fiu, fiu…

Sałatka nie była całkowicie legalna (Tyle cukrów! Po osiemnastej!). Do tego wyglądała nie całkiem jak dla ESTETY, a raczej jak pocięta maczetą. Mimo to byłam wzruszona i wdzięczna.

Gdzie tkwił haczyk?

Otóż gdy już wzięłam do ust ostatni plaster kwaśnego kiwi, Staś rzucił niewinnie:

– To kiedy powtórka? Pojutrze może?

Euforia, która wybuchła na te słowa w całym jestestwie Irenki, nie pozwoliła mi się wyłgać pod byle pretekstem.

– Bardzo chętnie – przytaknęłam, przełknęłam to kwaśne draństwo i uśmiechnęłam się jak do dekoracji orderem uśmiechu.

A to łotr cwany. Kochany.

Podsumowując, Jago, widzimy się jutro lub w piątek, wyznaczaj. W czwartek idę się ślizgać.

Malina z sałatki owocowej

Od: jaga.jablon@gmail.com

Do: malina_m@malibox.pl

Data: 2.02.2016

Temat: Przeszłość i przyszłość

Malino wyczynowa,

żebyś się nie połamała na tych łyżwach, bo zaawansowana ciężarna w sukni ślubnej (choćby i cywilnej) ciągnąca za sobą świadkową o kulach to już by była desperacja w dążeniu do zmiany stanu cywilnego. Kolejne pokolenia zaśmiewałyby się z prababki Jagody, oglądając ją na zdjęciach z USC…

À propos. Jakąś nostalgią mnie ten nasz nowy dom napełnia. Od razu zauroczył mnie i Jerzego: swoją klasyczną bryłą, gankiem, na który się wchodzi po pięciu niedużych stopniach, trzeszczącym parkietem, cudownym piecem w salonie, dużą kuchnią z ogromnym blatem kuchennym, malutką spiżarnią. No i tym, że ma zarówno piwnicę, jak i strych. Dom z duszą i bagażem doświadczeń. Zastanawiam się, kim byli ludzie, którzy go budowali. Sąsiadka opowiadała, że mieszkało tu niezwykle szczęśliwie dobrane małżeństwo i że z pewnością pozostała po nich dobra energia. Gdybym widywała w życiu aury, to w naszym domu zobaczyłabym taką pierwszego sortu. Smutny jest tylko koniec tej opowieści: córka się wyprowadziła, pan umarł, mocno starsza pani nie dawała rady sama zająć się domem, dlatego zdecydowała się na sprzedaż. Ten powiew historii zmobilizował mnie do uporządkowania rodzinnych fotografii, którymi nigdy wcześniej nie miałam czasu się zająć. Leżały od dawna w trzech niedużych pudełkach, z grubsza tylko przeze mnie posegregowane. Wyciągnęłam je wczoraj wszystkie i rozłożyłam na dywanie. Ileż tam zatrzymanych chwil, wydarzeń, emocji, miejsc i ludzi. Strasznie żałuję, że gdy byłam młodsza, zdawkowo tylko rzuciłam na nie okiem, nie dopytując babci o rodzinną przeszłość. Teraz, gdy już nie ma jej i dziadka, rodziców także, skazana jestem na zbieranie tych pozacieranych wspomnień i snucie domysłów. Dlaczego – ślubnej fotografii nie licząc – nie ma wcale wspólnych zdjęć babci i dziadka? Dlaczego najstarsza siostra mojej babci urodziła się na Żmudzi (tak jest opisana fotografia z tyłu), gdzie był majątek rodziny prababci, a babcia i jej brat – w Krakowie, z którego pochodził pradziadek?… Kim jest ładna, elegancka kobieta stojąca obok mojego taty w wieku okołolicealnym na rynku w Starym Sączu (nie jest to babcia, która była postawną góralką, zawsze ubraną na ludowo)? Tyle pytań, na które już nie dostanę odpowiedzi, a to przecież te bliższe pokolenia. A ci, co byli przed nimi? Zastanawiam się, czy ci, co przyjdą po nas, też kiedyś wyciągną z pudełka (może właśnie dlatego wciąż wykonuję papierowe odbitki i wkładam je do albumów – żeby jakiś ślad po mnie pozostał?) wyblakły kartonik, na którym będzie jedna widocznie zaokrąglona pani z rudawymi falami, obok druga pani z ciemnymi lokami, przy nich szpakowaty mężczyzna o stalowych oczach i wysoki smukły brunet. I będą sobie dopowiadać historie, które przywiodły ich do tej daty i tego wydarzenia, bo z tyłu będzie podpis: Jagoda i Jerzy, ślub, Warszawa, dwudziesty lutego 2016.

Wspomnienia z dzieciństwa, kiedy asystowałaś mamie w misteriach urody, też się wpisują w tę moją nostalgię za czasem rodzinnym minionym. U mnie w domu było podobnie – mama i babcia nawzajem świadczyły sobie usługi kosmetyczne. Zawsze pod nieobecność mężczyzn. Wszystko po to, by oni widzieli je zawsze ładne i zadbane, a one były takie bez wysiłku, z natury i od niechcenia. Popieram ten styl. Jestem za równością, ale nie wyobrażam sobie golenia pach przy Jerzym lub paradowania w jego towarzystwie w turbanie z folii, pod którym siwizna zmienia się w rudy brąz. Dlatego cieszy mnie nasz wspólny wyjazd i z przyjemnością planuję, jak się upiększyć. Na pewno poproszę o lakier na paznokciach u nóg. Ja go widzieć nie będę, chyba że machnę nogą pod kątem prostym, ale Jerzy zapewne się ucieszy z moich pięknych, ubarwionych kolorem stópek, które tak dzielnie noszą Hanię.

Malinko, jutro będzie już Jerzy, zapewne stęskniony, więc wieczór przeznaczę na miłą kolację przedślubną. A skoro my mamy jechać w piątek wczesnym popołudniem, to może udałoby Ci się wziąć w ten dzień pracę do domu i przyjechałabyś do mnie już rano? Żadne oszustwo – siadłybyśmy do komputera i poodpisywały wspólnie na te listy, które jeszcze nie doczekały się odpowiedzi? Przeplatając tę czynność rozmowami na tematy prywatne, dzięki czemu nasze doświadczenie ekspertek od życia jeszcze by wzrosło?

Całuję Cię

Jaga w nostalgii

Od: malina_m@malibox.pl

Do: jaga.jablon@gmail.com

Data: 4.02.2016

Temat: Randka pod z psem

Droga Jago!

W największym skrócie: postanowiłam się przemóc. I nic z tego nie wyszło.

Czasami jest tak, że układamy sobie w głowach mniej lub bardziej szczegółowy plan przyszłości. Wyobrażenie, jak będzie wyglądał wyczekiwany dzień lub zdarzenie – na przykład święta, urlop czy randka. Wydaje mi się to ważne, bo czy bez tych wyobrażeń mielibyśmy siłę napędową, żeby w ogóle jechać na urlop, iść na randkę czy spędzić wiele godzin na sprzątaniu i w kuchni w imię świątecznego nastroju?… Ta siła napędowa to nadzieja. A my, kobiety, jesteśmy specjalistkami w przyozdabianiu jej w niestworzone rojenia.

Cały następny dzień po lodowisku przekonywałam samą siebie, że to jest fajne. Robimy coś razem, aktywnie, sprawiając radość dziecku. Pójdziemy znowu i będzie jeszcze fajniej. Postaram się być mniej spięta, będę śmielej jeździć, nie będzie mi zimno. I więcej się uśmiechać – tak!

 

W środę wieczorem Irenka zaczęła kichać.

W czwartek odebrałam ją z przedszkola z czerwonym nosem i katarem, a mój świeżo nabyty zapał podejrzanie chętnie ustąpił miejsca matczynej trosce o zdrowostan. Zadzwoniłam do Staszka i po krótkiej naradzie (dwa do zera na nie) uznaliśmy, że łyżwy dziś odpuścimy.

Irenka dała się udobruchać w jeden tylko sposób:

– Dooobrze, możemy nie iść na łyżwy, aleee… za to pójdę do cioci Karoliny na jeżyki!

(Z Karoliną, która zaoferowała się zostawać z Ircią na czas moich sportów, grają w gry planszowe. Ircia czerpie z tego pokłady zachwytu).

Znów szybka telefoniczna konsultacja, tym razem z Karoliną. Naświetliłam jej sprawę, a ona ucieszyła się niemal tak jak Irenka:

– Jasne, przyprowadź, jeszcze z niej zrobimy małą szulerkę! A wy idźcie sobie na randkę. Ko-niecz-nie!

Randkę?…

Właściwie to przednia myśl! W naszym nie za długim narzeczeństwie stanowczo za mało chodzimy na randki tylko we dwoje. Na co dzień jestem Stasiowi głęboko wdzięczna za to, że traktuje obecność Irenki za stan naturalny, ale… jakaś mała romantyczna cząstka mnie chciałaby niekiedy pobyć z nim sam na sam. Pójść do parku, kina, do kawiarni. Pogadać. Wystroić się dla siebie (no, tu się chyba zagalopowałam).

Jeszcze jeden telefon.

Staś nie krył zdziwienia.

– Na randkę?… To my potrzebujemy randek?

– Potrzebujemy – nadąsałam się lekuchno, że trzeba mu to tłumaczyć.

– I co chcesz robić?

Podsunęłam pomysły ze spacerem, kawiarnią i kinem.

– Na park za ciemno. Na kino za mało czasu, bo mała może się poczuć źle i trzeba będzie szybko wracać – torpedował, niestety słusznie. – Co do kawiarni… ty tam chyba masz jakieś deserowe postanowienia? – zadał cios wprost w mą feralną talię, a ja całkowicie straciłam rezon. O, ty brzydki, ty.

Milczałam nadęta.

Staś coś kalkulował.

– Okej. Przyjadę do was po pracy. Odprowadzimy Irenkę do Karoliny i pójdziemy na długi spacer z psem, może być?

– Może – odparłam z rezygnacją. On naprawdę tego nie rozumie, skonstatowałam i zrobiło mi się troszkę smutno.

Spacery z Carlosem dzielą się na „małe kółko” i „duże kółko”. Małe to pętelka z domu do skweru i z powrotem, duże – to właściwie nie kółko, a kwadrat: obejście kwartału ulic, między którymi mieści się spore osiedle strzeżone. Ogrodzone ze wszystkich stron, nie pozwala cyganić – żaden skrót nie wchodzi w grę, kiedy już tamtędy idziemy, Carlos wie, że czeka go solidna porcja świeżego powietrza, i drepce wesół, merdając ogonem od pierwszej krzyżówki.

My, gdybyśmy mieli ogony, wcale byśmy nie merdali. Nastrój spaceru był kiepski. Ja nie potrafiłam się pozbyć urazy, że jedyne, na co nas stać, to spacer z psem, Staś był pogrążony w swoich myślach. Wokół nas szaroburość bezśnieżnej zimy, przedwczesny zmierzch idiotycznego czasu zimowego.

W końcu, gdy skręciliśmy w drugą prostą, narzeczony westchnął i wreszcie się odezwał.

– Dostałem list od kuzynki.

Wszystko było w tym zdaniu nowe: i list (kto poza nami pisuje dziś listy?), i istnienie jakiejś kuzynki.

Staś ciągnął dalej.

– Mam rodzinę pod Białymstokiem. Dzieci brata ojca, siostra i brat. Niby bliscy krewni, ale kontakty zatarły się, jeszcze kiedy żyli moi rodzice. Nie za dobrze tam się dzieje; właściwie zawsze się działo. Bieda, picie.

Domyślałam się wszak, że nie o tym depeszowała kuzynka.

– Od wejścia Polski do Unii kto żyw we wsi wyjeżdżał do Belgii. O tym, czemu akurat tam, pewnie zdecydował przypadek: najpierw jakiś pionier przetarł szlak, ściągnął kolejnych ziomków, ci następnych, aż w chałupach pozostawali sami starcy, dzieci i faceci. O ironio, tak właśnie. – Uśmiechnął się. – Taka ekonomiczna odwrotność wojny.

W Brukseli większe zapotrzebowanie było na kobiety do sprzątania i prowadzenia domów paniczykom z Komisji Europejskiej i parlamentu. Toteż chłopy zostawały na gospodarstwach, a żony jechały. Na fali exodusu wyjechała także Samanta. A potem Violetta.

Odruchowo parsknęłam.

– O kim ty teraz mówisz?

– Kuzynka i szwagierka. Lokalna moda na egzotyczne imiona – wyjaśnił Staś.

– Kuzynka to…?

– Samanta. Violetta to żona Bodzia, jej brata.

– A Bodzio to zdrobnienie od…? – Doprawdy, praca w „Być Kobietą” robi ze mnie sensatkę.

– Robert.

– Mhm.

– Bodzio z Violettą mają dwóch chłopaków – kontynuował Staś, a ja powstrzymałam się o pytania o imiona. – I właśnie o tym pisze Samanta.

– Że się urodzili? – domyśliłam się, oddychając z ulgą, że list zawiera tylko dobre nowiny. Przedwcześnie.

– Nie, urodzili się już dawno. Konkretnie trzy i pięć lat temu. – Staś się uśmiechnął. – Że mają kłopot, co z nimi począć…

Tym razem ograniczyłam się do pytającego spojrzenia.

– Widzisz, Bodzio trochę pił. Dużo nawet. Zawalał robotę za robotą, w domu bieda aż piszczała. Kiedy się nadarzyła sposobność z tą Brukselą, Samanta ściągnęła bratową do roboty w firmie sprzątającej, w której sama pracowała. Violetta pojechała chętnie, bo i bieda, i wieś, i zachlany mąż już jej się porządnie przejadły.

– A dzieci? – zagadnęłam czujnie.

– Wiesz, ona te dzieci miała jako bardzo młoda dziewczyna – wyznał Staś. – Alana urodziła ledwie po osiemnastce, Adiego koło dwudziestki.

(A jednak! Tradycja dziwnych imion przetrwała i ma się dobrze!).

– Macierzyństwo było dla niej poświęceniem, lubiła marzyć, czego to mogłaby dokonać, gdyby nie dzieci. Powiedzmy… Nie wyszumiała się. Toteż propozycja szwagierki spadła jej jak z nieba. Wspaniała Europa stanęła otworem. Wyjechała szybko, zostawiając dzieci i Bodzia z matką. Pieniądze jednak nie poczęły spływać tak wartko, jak się spodziewali, za to sama Violetta wyraźnie kwitła. Choć obracała się tylko w środowisku krajanów z Siemiatycz, wnet zaczęła mówić z francuskim „er”. Wiem, bo widziałem ją na pogrzebie wuja Gienka w zeszłym roku. Atrakcyjna osóbka. – podsumował uśmiechem, którego nie umiałam rozgryźć.

– Co było w liście od, yyy, Samanty? – skierowałam rozmowę do meritum, bo zbliżaliśmy się już do ostatniego boku spacerowego kwadratu.

– By odseparować Bodzia od wódy i kumpli od kielicha, Samanta znalazła mu robotę na jakiejś budowie w Antwerpii. Wyjechał zaraz po Bożym Narodzeniu, razem z siostrą i nie całkiem zadowoloną żoną. Tymczasem ciotka Lodzia – Staś napotkał moje pogubione spojrzenie i pospieszył z pomocą w koligacjach – matka Samanty i Bodzia, wdowa po wuju Gienku, babcia Alana i Adriana, dostała udaru.

– Czyli adieu, brukselska przygodo, wracamy do naszych synów? – domyśliłam się.

– A figę – odparł Staś. – Wróciła tylko Samanta, w zeszłym tygodniu. Zajmuje się bratankami i matką jednocześnie, co jeszcze jest wykonalne, bo matka ciągle w szpitalu. Wkrótce jednak wychodzi i wtedy…

– Co wtedy? – spytałam i aż podskoczyłam, gdy tuż za ogrodzeniem włączył się komuś przejmujący autoalarm.

– Zwróciła się do mnie o pomoc.

Przyspieszyłam kroku, bo syrena alarmu wprost wwiercała się w mózg.

– I co zrobisz? – próbowałam ją jeszcze przekrzyczeć.

– Coś będę musiał pomyśleć – odparł z prostotą i spokojem Staś. A ja pomyślałam, że może i brak mu nieco romantycznego sznytu, za to kiedy trzeba coś zrobić, naprawdę zrobić – a nie mówić, że się zrobi, obiecywać, zbywać, niby działać – Staś pojawia się niezawodnie i robi, co trzeba. Niepostrzeżenie mój dąs ustąpił miejsca rozczuleniu. Dobry człowiek! Dobrego będę miała męża!

W piątek od rana na pewno nie dam rady – w redakcji zebranie, na które mam dla wszystkich przygotować materiały, a potem notować, podsumowywać, rozsyłać wnioski. Będę zatem raczej bliżej naszego wyjazdu. Nie bierz dużo ubrań, i tak większość czasu spędzimy w szlafrokach lub ręcznikach! Cieszę się ogromnie!

Twa

Ma

Od: jaga.jablon@gmail.com

Do: malina_m@malibox.pl

Data: 9.02.2016

Temat: Wieloryb po wypasie

Madziulku,

ten nasz wspólny wyjazd do spa to najfajniejszy wieczór panieński, jaki miałam. Wiem, skala porównawcza jest niezbyt wielka, bo to moja druga przedślubna rozrywka i na dodatek pierwszej nie pamiętam. Wieczór miał wszystkie cechy udanej imprezy: dużo piłyśmy i pozbyłyśmy się ubrań. No ale jak tu nie wlewać w siebie wody, gdy słoneczna łąka tak rozleniwia, że nie masz siły zejść z leżaka, na którym wystawiasz swe ponętne ciało (to Ty) do sztucznego słońca?… A poddawanie się wprawnym rękom masażystki, która zabiera ból obciążonemu ponad miarę kręgosłupowi (to ja) w ubraniu odbywać się nie może. Jestem pod wrażeniem, jak Instytut Piękna, Które Jest w Tobie, wyszedł naprzeciw rynkowym oczekiwaniom. Pakiety dla chudych lasek, które się zastanawiają, co by tu jeszcze sobie wstrzyknąć, odessać, domalować, lub propozycje dla wiecznie walczących z tłuszczem grubasek to już standard, ale oferta dla przyszłych mam! Słuszna koncepcja: coraz później kobiety się decydują na dzieci i najczęściej tylko na jedno. Celebrują więc te swoje ciąże, skoro już się mają nie powtórzyć. Baby szampan, czyli kąpiel bąbelkowa, Ukojenie oceanu – seans muzykoterapii, Refleksologia na cztery stopy, Talia na okrągło, Pakiet na dwa serca – no wprost niebywałe! Zbyt pewnie stąpam po ziemi (teraz na stopach cudnie ozdobionych krwistoczerwonym lakierem), by się nabrać na ten marketingowy lep, ale z masażu, hybrydy, basenu i parafiny na dłoniach jestem bardzo zadowolona. Czuję się dopieszczona, zadbana i piękna. Podwójnym pięknem, skoro jest ono we mnie…

Dzięki temu zastrzykowi energii z pogodą ducha przechodzę przez bezśnieżne ferie. Dziś pogoda była mocno kulawa, więc pojechałam z Matysią i Jeremkiem do kina. Dobry dinozaur doprowadził mnie do łez, które ze wstydem wycierałam w ciemności sali kinowej. Opowieść o młodocianym dinozaurze niedojdzie, który traci ojca i trafia na łono dzikiej natury, oddzielony od matki i rodzeństwa, to nie jest historia dla ciężarnych. Co ciekawe, spłakałam się tylko ja. Próbowałam subtelnie podpytać Jeremiego o przyczyny jego znieczulicy, ale okazało się, że źle zinterpretowałam jego dobry nastój. „A dlaczego miałbym się bać, że już nigdy nie zobaczy mamy? Na pewno by go znalazła, mamy zawsze tak robią”. No i ryknęłam po raz drugi.

Dla emocjonalnego bezpieczeństwa jutro jedziemy do Muzeum Wojska Polskiego.

Wiesz, opowiadałam Jerzemu o skomplikowanych historiach rodzinnych Staszka. I o Twoim wzruszeniu jego chęcią konkretnej pomocy. Jerzy to facet ulepiony z tej samej gliny (zatem to nie przypadek, że ich wybrałyśmy), więc zapytał:

– Świetnie. Ale co to za konkretna pomoc?

– No, czy ja wiem?… Może jakieś wsparcie zorganizuje? Opiekę, wakacje, pieniądze?

– Jak? W tej wyludnionej wiosce, gdzie jedyni niepijący i nieprzetrąceni jeszcze przez życie to dzieci właśnie? Pieniądze skąd? Zawsze mówisz, że Magdzie i Staszkowi się nie przelewa, i wychwalasz ich zaradność, że tak sprawnie łączą te swoje biedy. A opieka jaka – zdalna?

– No… Pewnie coś wymyśli…

– Tu nie ma co wymyślać. Jeśli chce pomóc, to musi tych chłopaczków wziąć do siebie. Proste.

Aż mi tchu zabrakło, Malino. Bo najpierw też się cukierkowo wzruszyłam dobrocią Staszka i jakąś niedookreśloną wizją pomocy, więc mój usatysfakcjonowany mózg już nie drążył tego wątku. No ale rzeczywiście – rozwiązanie Jerzego to jedyny pomysł na ułożenie życia Alana i Adriana. Zastanów się zatem nad fajnymi ksywkami lub przeróbkami imion dla tych chłopców, bo czuję, że staną się oni częścią Twojego życia.

Całuję

J.

Od: malina_m@malibox.pl

Do: jaga.jablon@gmail.com

Data: 12.02.2016

Temat: W-SPA-niałe SPA!

Miła Jagusiu!

Ogromnie się cieszę, że wypoczęłaś. To już tak niedługo Hania przyjdzie na świat. Ach, jakże jestem jej ciekawa!…

Z kolei ja z przyjemnością Ci donoszę, że po naszym cudownym spa schudłam dwa kilo. A także wbiłam się w parę nieosiągalnych wcześniej ciuchów po Tobie, które mi podarowałaś, gdy zaszłaś w ciążę. Nawet – tadammm! – w wiśniowe bryczesy, które z całego pakietu podobały mi się chyba najbardziej i zarazem były najbardziej nieosiągalne.

Efekt ten tak mnie uskrzydlił, że już dwa razy w tym tygodniu uprawiałam sport oraz codziennie – dobrze widzisz: każdego burego, błotnistego, ciemnawego popołudnia! – chodzę z Carlosem na duże kółko. (Kwadrat). (W bryczesach).

W weekend zaś jedziemy ze Staszkiem do Krowisk. Muszę przyznać, że zgrabnie to wykoncypował: pod pretekstem wręczenia zaproszenia na ślub spróbuje się rozeznać w stanie zdrowia ciotki oraz sytuacji opiekuńczej pociotków. Co do przypuszczeń Jerzego – faktycznie, możliwe że Staś będzie musiał na pewien czas jakoś ich wkręcić do domu dziecka. Może codzienna obecność wujka złagodzi im szok trafienia tam… Nie znają go dobrze, ale Stach ma takie dobre i naturalne podejście do dzieci. Podopieczni go lubią, ufają mu prostą, dziecięcą intuicją. Zresztą to przecież będzie tylko rozwiązanie czasowe, przejściowe – do czasu wyzdrowienia babci lub powrotu rodziców.

 

Wyznam Ci, że trochę jestem tych krowiskowych klimatów ciekawa. Sama nie mam żadnych znajomych w tamtych stronach, wschodnią część kraju znam słabo. Ale najbardziej chyba się ekscytuję tym, że poznam wreszcie kogokolwiek z jego rodziny. Dotąd zaproszenia na nasze zaślubiny rozwoziliśmy tylko moim krewnym, kilkorgu przyjaciołom, w tym żadnym wspólnym, bo takich się jeszcze nie dorobiliśmy; księżom pasjonistom (których można by za takich wspólnych znajomych nieco naciąganie policzyć) nie było potrzeby, bo będą obecni na ślubie w oczywisty sposób. Mówiłam Ci, że świadkiem Stasia ma być brat Daniel? Taka sytuacja!

Wesele, jeśli się upierać przy tej nazwie, nie będzie tłumną imprezą. Z mojej strony Wy, moje sąsiadeczki, rodzice, siostra mamy, Joanna z przychówkiem. Brat taty mieszka we Francji, nie przyjedzie, bo tydzień później ma w szpitalu planowany zabieg. Ze strony Staszka – ojciec Przemek (nie mogę się pozbyć wrażenia niedopasowania przy zestawieniu nobliwego „ojciec” z młodym, wysportowanym czterdziestoletnim facetem, jakim jest nasz proboszcz) i dwie pary przyjaciół: najbliższa koleżanka z domu dziecka z mężem oraz para ni to świeckich misjonarzy, ni to obieżyświatów; nazwijmy ich pomagaczami. W tym kontekście prawdziwą sensacją byłaby obecność kogoś z prawdziwej Stasiowej rodziny. Tylko czy zdrowie ciotki na to pozwoli? A jeśli ona nie wydobrzeje, to i córka pewno nie będzie jej mogła odstąpić… A atrakcyjna Violetta z nadużywającym Bodziem – czy Staś jest im dostatecznie bliski, by ściągnęli na jego ślub z dalekiej Brukseli?

Cóż. Pożyjemy, zobaczymy. W każdym razie Was mam nadzieję zobaczyć na pewno.

Mentalnie głaszczę Cię po brzuchu.

Malina w wiśniowych

Od: malina_m@malibox.pl

Do: jaga.jablon@gmail.com

Data: 13.02.2016

Temat: Krowiska solo

Jaguniu,

piszę raz jeszcze, by Ci donieść, że rozłożyła mi się Irenka na dobre. Mama nie dzwoniła, gdy byłyśmy w spa, by mnie nie niepokoić, kurowała ją babcinym syropem z sosny i gęsim smalcem, ale na wycieczkę do rodziny przyszłego ojczyma Ircia nie nadawała się nijak. W efekcie ja przejęłam od mamy opiekę nad Iryskiem, a Staś pojechał do Krowisk sam.

Zaproszenia wręczył, w sytuacji się rozeznał. Wrócił w dziwnym nastroju, ale z tego, co zdołałam z niego wyciągnąć, wydaje się, że – jak to zwykle bywa – nie taki diabeł straszny, jak go malują. Dzielna Sabrina (Samanta? Boże, będę musiała się tych imion nauczyć, by kiedyś czegoś nie chlapnąć!) stanęła na wysokości zadania i daje sobie radę i z chorą mamą, i z bratankami. Uff. Cieszmy się z naszych żyć, bo dobre one są – bez patologii i poważnych chorób. Doceniajmy.

M.

Od: jaga.jablon@gmail.com

Do: malina_m@malibox.pl

Data: 14.02.2016

Temat: Gdzie się nie obejrzysz – ślub

Malinko,

nasze życie przypomina ostatnio wenezuelską telenowelę. Albo dbamy o gibką talię (to Ty, ja teraz zupełnie nie mam szans), albo wybieramy ciuchy, albo wychodzimy za mąż. Konkretne zajęcia konkretnych kobiet. Bez zawracania sobie głowy pracą, sprzątaniem, wychowaniem dzieci i innymi drobnostkami. Choć nie do końca. Jakoś żartobliwie chciałam zacząć, bo właściwie to nie całkiem mi do śmiechu. W piątek widziałam się z panią Janiną z ursynowskiego urzędu. Bardzo była pomocna. Niby oschła i aż za bardzo konkretna, ale jednak życzliwa. Może dlatego, że nie jestem już zatrważająco młoda, więc to nie przypadek wpadki nastolatki, którą rodzice przyszłej matki chcą upudrować szybkim ślubem. Pani Janina wzięła od nas wszystkie dokumenty, czyli niewiele, bo tego najważniejszego, czyli uprawomocnionego wyroku rozwodowego, wciąż nie mam (ma być w poniedziałek), i potwierdziła godzinę uroczystości – 14.00. Jako świadków wpisała Ciebie i przyjaciela Jerzego – Roberta. Wszystko sprawnie i miło. W dobrym humorze wróciliśmy z Jerzym do domu, po drodze odbierając Jeremiego z przedszkola, bo Matylda nocowała u koleżanki. Przy kolacji powiedziałam mu, że w następny weekend będzie ślub.

– A czyj? – zapytał Jeremi.

– No mój. Mój i Jerzego – odpowiedziałam.

– A wyjdziesz kiedyś za mąż za tatę? Żeby nie był sam. – Jeremi powiedział to bez specjalnych emocji, raczej z zainteresowaniem.

Zrobiło mi się strasznie przykro. Od razu włączyło mi się poczucie winy wobec Piotra. I jeszcze wyobraziłam sobie, jak dorastający Jeremi zrozumie, co się wydarzyło w życiu jego rodziców, i zacznie mnie obwiniać za rozpad rodziny i samotność ojca. Co w konsekwencji doprowadzi do tego, że przestanę być ukochaną mamą, a Jeremi odwróci się ode mnie, zacznie się buntować i Bóg wie co jeszcze. Awansem zaczęłam się martwić także o to, jak dzieci przyjmą Hanię. Matylda wydaje się dużo rozumieć; poza tym przeżyła już detronizację jedynaczki, gdy Jeremi pojawił się na świecie. No i jeszcze jeden smuteczek: po śniadaniu Piotr zabrał dzieciaki, bo to jego weekend. A miałam wyjątkową potrzebę, by z nimi pobyć, pójść na długi, spokojny spacer i tam spróbować dotrzeć do ich dziecięcych światów, gdzie pewnie dużo ciemnych zakamarków i zaułków wypełnionych lękiem.

Kiedy piszesz o rodzinie Staszka – tych dzieciach o egzotycznych imionach, robi mi się nieswojo. Przecież to, czego mały człowiek potrzebuje, by zdrowo i szczęśliwie rosnąć, to miłość i opieka rodziców. Nie trzeba mu zabawek, prezentów, pieniędzy – tylko kontaktu z mamą i ojcem, codziennego, zwyczajnego. Kiedy rodzice wyjeżdżają – nawet w słusznej sprawie, żeby zarabiać – dziecko traci grunt pod nogami, brakuje mu stabilizacji. A kiedy ten wyjazd to też ucieczka od dotychczasowego życia?… Określenie eurosieroty jest bardzo trafne, prawda? No cóż, dobrze, że ciotka się nimi zajmuje, zawsze to jakaś namiastka rodziny.

Pójdę z Jerzym na krótką leśną wędrówkę. Mam nadzieję, że wrócę w lepszym nastroju.

Wysyłam Ci zdjęcie sukni ślubnej, żebyśmy się ładnie komponowały. Ciemna zieleń i grafitowe dodatki. Bardzo prosty wzór – trapez, lekko przed kolana, długi rękaw, dekolt w łódkę. Minimalizm. Pantofle na obcasach, bransoletka jak metalowa rurka wypełniona migoczącym kamyczkami (Swarovski – przedślubny prezent od córki Jerzego, Marysi). I już. Całość dopełni moja nowa fryzura – obcinam włosy. Trochę pewnie symbolicznie – nowe życie, nowy wygląd, trochę dlatego, że jestem już zmęczona pielęgnowaniem długich loków, no i wreszcie dlatego, że czas na farbowanie – na głowie zaczął się szron.

Całuję

J.

Od: malina_m@malibox.pl

Do: jaga.jablon@gmail.com

Data: 15.02.2016

Temat: Rany!

Jezusss Maria, Jagodo, nie mam sukienki na Twój ślub.

Nie wiem, jak mogłam przeoczyć ten drobny fakcik, jestem na siebie wściekła. Niestety jestem także spłukana i zawalona robotą. Wzięłam do domu dwie korekty na cito, nie wyrwę się nawet oblecieć szmateksów, by coś tam sobie znaleźć. Poratuj mnie swoją szafą. Na pewno masz milion wspaniałych kiecek pasujących do Twojej ślubnej.

Przepraszam, przepraszam, przepraszam.

Idio-Malina

Od: jaga.jablon@gmail.com

Do: malina_m@malibox.pl

Data: 16.02.2016

Temat: Re: Rany!

Malino,

dobrze, że wspominasz o tym drobiazgu teraz, a nie w sobotę rano. Skoro nie muszę się już martwić o garnitur Jerzego (jak dobrze, że Marysia wychodziła za mąż i przymusiła tatę do odzieżowej odnowy), to pokłopoczę się o Ciebie. Zawsze to lepsze niż niczym nieprzełamany stres porozwodowo-przedślubno-ciążowy. Wczoraj odbyłam podróż do Siedlec po potwierdzenie, że jestem cywilnie wolnym człowiekiem. Mam meldunek niecały kilometr od granicy Warszawy, ale formalnie podlegam pod sąd oddalony od mojego starego domu o prawie 60 kilometrów. To podróż do innego świata. Masz wrażenie, że w tym mieście wszystko jest w skali mikro, każdy każdego zna, a życie toczy się od naturalnego porodu przez jeden ślub do spokojnej śmierci. Takie miałam myśli, gdy wtoczyłam się do małego pokoju, by odebrać ten swój cenny papier. Podałam nazwisko i numer sprawy. Pani ze spektakularnym tapirem i wesołym błękitem na powiece spojrzała na mnie z zaciekawieniem i… czy ja wiem?… chyba dezaprobatą.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?