SzczęściaryTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Bajeczna!…

Nie przymierzyłam wprawdzie, bo mierzenie w trzech poprzednich butikach zabrało mi tyle czasu, że nie zdążyłabym po Irenę – ale wiem już, że to jest TO.

Wpłaciłam malutką zaliczkę i w środę pójdę ją dokładnie pomierzyć, żeby w razie potrzeby krawcowe zdążyły mi ją dopasować.

Uff! Wielka ulga. Teraz pozostały mi już tylko sukienka do Ciebie, garnitur dla Staszka na obie okazje, strój dla Irenki oraz przekonanie jej, że nie może pójść na ślub mamy w stroju Elzy (tak – sukienka od babci znalazła u niej wielkie uznanie!), à propos Elzy znalezienie tej cholernej peruki i diademu…

Słuchaj, a co zrobić z włosami? Audrey miała do tej kiecki króciuteńkie, jej wąziutka jak u ptaszka szyja tak ładnie wyglądała nad tym dekoltem… Może też sobie obciąć? Jak radzisz?

Całuję

Audrey Malinowska

PS 1

Zioła mamy i jej fanklubu: ostropest, wiesiołek, pestki dyni i siemię lniane. Mielisz wszystko i wsuwasz na sucho. Popijając, oczywiście, czym tam chcesz. Łyżeczkę dziennie. Do tego krzyżówki, po parę dziennie. I już masz pamięć jak brzytew.

PS 2

Katolik wyzwolony?… Że niby ja? Ależ ja właśnie wracam pokornie w szeregi sakramentalnych!

Od: jaga.jablon@gmail.com

Do: malina_m@malibox.pl

Data: 20.01.2016

Temat: Inna bajka

Malinko Moja!

Ty już wiesz, co będzie, gdy tak zaczynam, prawda? No wiesz, wiesz przecież. Będzie szczera prawda. Naga – w tym kontekście bardzo akuratne to sformułowanie. Kochanie, przecież Ty słowo talia znasz tylko ze słownika; z autopsji – w żadnym razie. To nie zarzut, tylko długoletnia obserwacja. No i co zrobisz z tym „wąziutkim paseczkiem podkreślającym talię”?… Chyba opaskę na włosy. Lub bransoletkę. Wiem, jak wyglądała Audrey. I model sukienki znam. I potrafię sobie wyobrazić, jak Ty będziesz się w niej prezentowała. No więc włączam wyobraźnię i jadę od góry: dekolt à la łezka to akurat najmniejsze zmartwienie; Twoje gęste, długie włosy się na nim rozsypią, więc kształt nie ma znaczenia. Gołe ramiona. Przy odrobinie szczęścia włosy zakryją także je. Jedziemy więc dalej, nie przejmując się tymi drobnymi defektami i niedopasowaniami. Materiał rozciągający się na szwach, mnący pod naporem fałdek; trudno będzie powiedzieć, gdzie się kończy talia, a zaczynają biodra. Beza z dolnej tiulowej części będzie drugą połówką tej górnej…

Malinko, to nie jest dobry wybór. Gdybyś mnie zapytała, poleciłabym Ci na przykład suknię Elizabeth Bennet z Dumy i uprzedzenia. Krótki rękaw, dopełniony rękawiczkami (końcówka marca może być zimowa, a wtedy takie rękawy à rebours – jak znalazł). Dekolt będący hołdem dla piersi – należy im się! Odcięcie tuż pod biustem, tam gdzie ewidentna różnica obwodu – materiał lejąco okryje Twoje ponętne ciało w rozkwicie, zamiast je brutalnie ściskać. Z bielą może być pewien problem – ta suknia wręcz domaga się pastelowej barwy: rozmyty róż, subtelna wanilia, zabielony błękit. Ale skoro to drugi ślub (pewnych rzeczy nie da się wszakże unieważnić…), to może rezygnacja z nieskalanej barwy anielskiej wcale nie będzie taka od rzeczy?

Myśl, myśl, kochana. A może te moje uprzedzenia są na wyrost i akurat się okaże, że Hepburn może mieć różne oblicza?

Z brutalnej prozy życia: Piotr uznał, że skoro przekreśliłam naszą przyszłość i mącę teraźniejszość, to on nie zostawi suchej nitki na przeszłości. Całą winę za rozwód mam wziąć na siebie. Dzieci chce połowicznie. Alimentów oczywiście nie będzie płacił. Z domu się nie wyprowadzi i spłacać mnie nie będzie – skoro i tak wszystko zostanie dla dzieci, bo on się już nigdy nie ożeni (katolik niereformowany).

I wiesz co? Zgadzam się. Wezmę winę na siebie, majątku teraz ruszać nie będę. To bardzo by wydłużyło proces, a ja chcę się rozwieść. Pani prawnik aż się zatrzęsła, ale klientka nasza pani.

Całuję

Ciężarna nierozwiedziona

Od: malina_m@malibox.pl

Do: jaga.jablon@gmail.com

Data: 20.01.2016

Temat: Potulnie

Jago… Z przykrością przyznaję, że masz rację. Sama widzisz, ile niedobrego się dzieje, gdy Cię przy mnie nie ma w takich chwilach. Nie wiem, co mnie wzięło, jakiś amok chyba, że w euforii kompletnie nie pomyślałam o… hm, delikatnie mówiąc, różnicach w figurze mojej i Audrey.

(Aż tak źle z tą moją talią?… Buu…).

Druzgocące potwierdzenie Twoich przestróg miało miejsce dziś, gdy pojechałam tam znowu, by ją przymierzyć.

Jakąż byłam optymistką!

Jak najkrócej opisać ten blamaż?

Otóż sukienka nie weszła. Ani górą, ani dołem, ani w ogóle nijak. W pasie ma sześćdziesiąt sześć centymetrów, gdy tymczasem mniej bliżej do dwóch Hepburn niż do jednej.

W biuście też masakra. I w ramionach. Właściwie tylko biodra miałyby się świetnie pod fałdami halki. Tyle że przez niedopasowanie reszty nie dane im było się tam dostać.

Klops, Jago.

Klops tym większy, że podupadłam na duchu i żadna inna sukienka mi się nie podoba. Siedzę rozgoryczona, jem czekoladę i skubię skórki przy paznokciach. Kiedy ja tak przytyłam?… Po porodzie, po trzydziestce czy już dawno? Czemu nic mi nie mówiłaś?

Ech. Też mi się ślubów zachciało.

Przytulam płetwami

Wieloryb

PS

Co do Piotra – to jest jego widzenie świata. Jeśli – jeśli! – kiedykolwiek miałaś nań wpływ, to już go nie masz i pogódź się z tym. Inaczej niż Twoja prawniczka, a podobnie jak Ty myślę też, że dobrze robisz, zgadzając się na jego postulaty. To właśnie jest picie nawarzonego piwa. Wypij – niech Ci możliwie lekkostrawne będzie – straw i puść w niepamięć.

Od: jaga.jablon@gmail.com

Do: malina_m@malibox.pl

Data: 20.01.2016

Temat: Re:Potulnie

Malinko,

to nie jest kwestia przytycia – takiego oczywistego i dość prostackiego w swej otwartości: że siedzisz i jesz więcej, coraz więcej. To chyba niestety, bez względu na szlachetniejszy wymiar rozrastania się, sprawa wieku. I metabolizmu. No po prostu tak to działa. Niezauważalnie, pomalutku, 10 dekagramów tu, 10 tam, nowe zaokrąglonko, coś te dżinsy się skurczyły, bluzka się wrzyna pod pachą, też się materiał zbiegł czy co?…

Kompleksowo trzeba do sprawy podejść. Jeść mniej, ruszać się więcej. Dokształcić się dietetycznie i działać. Na pewno znajdziesz jakiś plan naprawczy w naszych numerach archiwalnych. Możesz też prosić o pomoc Aldonę, naszą dietetyk na usługach konsultacyjnych. Od razu Cię ostrzegę – niech Cię nie deprymuje. Jest chuda z genów i najpewniej od urodzenia. Mogłaby pączki colą popijać, od czasu do czasu zagryźć smażonym bekonem, a i tak by się jej więcej nie zrobiło.

Mam też drugie rozwiązanie, choć już trochę późno: ciąża. Doskonale maskuje naddatek ciała. Jasne, potem trzeba się martwić, ale to zawsze rok taryfy ulgowej…

Zaczęłam 31. tydzień ciąży. Wiesz, że to moment, kiedy skóra Hani robi się coraz mniej pergaminowa, a to za sprawą tkanki tłuszczowej, która się rozwija? Tak, tu się zaczyna przeznaczenie, przed którym trudno uciec…

Byłam dziś u lekarza. Jako starsza matka (trzydzieści sześć lat!) mam bogatszy program badań. Prawie za każdym razem pan doktor robi rundkę głowicą usg po moim brzuchu, by zobaczyć, co tam u Hani. I jest okej. 46 centymetrów, 1600 gramów. To już jest konkret.

Ja także w dobrym stanie. Plamienia się nie powtarzają, oznak rychłego porodu nie widać. Pozycja horyzontalna służy nam obu, choć przymusowe wyhamowanie jest trudne. Matysia i Jeremi wykazują spore zrozumienie dla mojej zmniejszonej żywiołowości. Jerzy zaś bardzo się stara udzielać domowo i rodzinnie.

W piątek sąd. Zaczynam rozumieć, dlaczego ludzie latami nie formalizują rozstań.

Całuję

J.

Od: malina_m@malibox.pl

Do: jaga.jablon@gmail.com

Data: 21.01.2016

Temat: Ukojenia szukaj w pracy

Jej!… Będzie Haneczka chudzinką czy przybierze w ostatnich tygodniach ciąży, jak myślisz? Jak to się ma do „norm”, bo już nie pamiętam?

Co do mnie i mej chudzinkowej sukienki, to chyba znalazłam rozwiązanie. Nie, nie dietetyczka Aldona: jednak się do niej nie zwrócę, źle znoszę widok chudych kobiet. Miast tego przywlekłam się dzisiaj do pracy cokolwiek zrezygnowana. Zaparzyłam kawę i siadłam markotnie do makiety numeru kwietniowego. Przeglądam, porządkuję, zaznaczam w naszej magicznej tabeli, kto jeszcze wisi ze swoją rubryką (swoją drogą, kiedy odpiszesz na listy czytelniczek, hę?). Wtem w połowie numeru natrafiam… na rewolucyjną wiosenną dietę dobraną indywidualnie do temperamentu. Zaczęłam czytać. I wiesz? To jest wybitna dieta!!! Czuję to. Czuję, że zadziała, bo znów doznałam przeszywającego olśnienia. Oto wyjście, którego mi trzeba! Na ślub i na nową drogę życia schudnę widowiskowo. Po prostu!

Jest tylko jeden szkopuł. Opisy temperamentów jeszcze do nas nie dotarły, więc nie wiem, którą wersję wziąć dla siebie. Powiedz mi, jakim ja jestem według Ciebie temperamentem? Na wszelki wypadek wydrukowałam wszystko, bo może się okaże, że jestem mieszanką?

Napisz mi szybko, bo chcę jeszcze dziś zakupić potrzebne produkty i nie wiem, czy pójść w zielone warzywa, jabłka z owsianką czy w chude białko.

Startuję od jutra rana. Albo nie – na przekór wszystkim nieudanym dietom – startuję dziś. Dziś wieczorem. W pracy zjem jeszcze obiad, który sobie przyniosłam, bo szkoda, by się zmarnował – a wieczorem już nic. Ani wina, ani orzechów, ani czekolady. Chyba że tak będzie w diecie.

Ściskam z werwą! I życzę Ci dużo animuszu jutro w sądzie. Depeszuj, esemesuj, zachowaj (możliwy) spokój.

Odmieniona

Od: jaga.jablon@gmail.com

Do: malina_m@malibox.pl

Data: 21.01.2016

Temat: Quiz

 

Ale mi dałaś zadanie! W sam raz na rozrywkę przed jutrzejszym sądem.

No dobrze, pomyślmy.

Powiedziałabym, że jesteś ostrożną eksperymentatorką. Masz temperament, któremu pozwalasz w kontrolowany sposób czasem pofikać. Romantyzm cały czas walczy z pragmatyzmem; wygrywa częściej, ale pragmatyzm depcze mu po piętach. Nie lubisz nowości, z rutyny robisz tak miłą codzienność, że nie masz potrzeby, by ją zmieniać. Jesteś niezniechęconą optymistką, choć nie objawiasz tego w euforyczny sposób.

Pomogło?… Wybierzesz coś z tych magicznych superdiet dla siebie?

Uciekam sprzed monitora. Jutro w południe rozwiąże się mój los. Oby.

J.

PS

Na listy odpowiem na początku lutego, dobrze? Matyśka jedzie na ferie z Piotrem, Jeremi spędzi tydzień u dziadków. I wtedy nadrobię zaległości.

Od: malina_m@malibox.pl

Do: jaga.jablon@gmail.com

Data: 23.01.2016

Temat: Dieta cud

Droga Jagodo!

Nie dzwonisz, nie piszesz, nie esemesujesz. Telefon mi się rozładował od ciągłego sprawdzania, czy się nie odezwałaś. Powiedzże wreszcie, co w sądzie???

Co do mnie, mija drugi dzień mojego odchudzania. Miewam się wspaniale. Już teraz, po 50 godzinach po ostatnim tłustym pieczystym, które nieprędko się powtórzy, czuję się lekka jak mgiełka. Dlaczegóż nie wpadłam na ten pomysł wcześniej? Pewnie dlatego, że słuchając opowieści różnych kobiet, nabrałam przekonania, że dieta to mordęga, wyrzeczenia i wiecznie zły humor. Tymczasem u mnie nic podobnego. Najwyraźniej klucz do sukcesu to właściwa dieta i pozytywne nastawienie. Z Twoich rozważań na temat mego temperamentu wyszło mi, że jestem ESTETKĄ. Mam sobie przygotowywać lekkie koktajle z oszronionym brzeżkiem, małe a piękne porcyjki, tartinki z pełnoziarnistego chleba z łososiem i gałązką koperku, kanapeczki wielkości specjałów sushi, takoż jak i one urozmaicone i pracochłonne – tak by cała para szła w przygotowania, a nie w pochłanianie – „by było ci żal zmieść je zbyt szybko z talerza. Jedz powoli, przeżuwaj, wąchaj, rozkoszuj się – to odwróci twoją uwagę od wielkości porcji”. Dobrze, że lubię gotować, prawda?

Z nowinek poza dietą: na wieść o tym, że sukienka jest i że jest śnieżnobiała, Staszek kupił garnitur, buty, koszulę – wszystko jednego dnia, w jednym centrum handlowym, za jednym zamachem, dasz wiarę?… Obawiałam się, że taki strój wcale nie będzie do niego pasować. Nigdy wcześniej nie widziałam go wystrojonego, chyba żeby jako wystrojenie policzyć mu te mniej wystrzępione dżinsy i mniej kraciaste koszule. Jednak się myliłam. Bardzo w tym wszystkim mu ładnie. Więcej: dopiero w dobrze dopasowanej marynarce widać, jakim jest zgrabnym, ładnie zbudowanym mężczyzną. Rozczuliłam się, wiesz?

I jeśli cokolwiek mi to rozczulenie psuło, to leciutki niepokój, że sukienki jednak nie ma. Mimo restrykcyjnego niejedzenia do talii 66 jeszcze mi daleko. Ekspedientki po telefonicznych konsultacjach z butikową krawcową przekazały mi, że fason można poszerzyć maksymalnie do siedemdziesięciu pięciu centymetrów. Podeszłam do sprawy metodycznie i przeliczyłam sobie, ile muszę zgubić tygodniowo, by zdążyć. A jeszcze biust mógłby mi się nieco uciszyć…

Słowem – mam cel, działam.

Nowina nr 2 – rzutem na taśmę znalazłam diadem i blond włosie Elzy. Przedwczoraj, dwa dni przed balem. W składziku z doniczkami z balkonu; wraz z błękitnymi rajstopkami, o których nawet nie pamiętałam, że kupiłam.

Nowina nr 3 – plotka. Wystaw sobie, że w pracy już dwie osoby stanęły do walki podjazdowej o tymczasowe objęcie Twojego stanowiska! Obstawiasz kto? Obstawiaj, ale i odpisuj czytelniczkom. Sprawa coraz bardziej paląca. Podobnie jak mój niepokój o Twój rozwód. Pisz natychmiast.

Malina Chudnąca

Od: jaga.jablon@gmail.com

Do: malina_m@malibox.pl

Data: 24.01.2016

Temat: Dygot

Malinko,

chyba się stało. Jestem już prawie wolna. Prawie, bo wyrok musi się uprawomocnić. Czyli teraz przede mną trzy tygodnie rozwodowego czyśćca.

Było… okropnie. Do tego stopnia, że nie miałam siły, by do Ciebie dzwonić. Na nic nie miałam siły. Najpierw czekanie na korytarzu w towarzystwie pań prawniczek. Jak obcy sobie ludzie; na palcu Piotra wciąż tkwiła obrączka. Ja w luźnej narzutce, która jednak nie zdołała ukryć odmiennego stanu.

Sama rozprawa poszła zadziwiająco sprawnie. Prowadził ją młody sędzia; znał nasze stanowisko, bo wcześniej przedstawiły mu je zgodnie obie prawniczki. Odpytał nas jednak na okoliczność wspólnie spędzonych lat, pytał o przewiny i zastrzeżenia. Głos mi się łamał, musiałam się pilnować, by się nie rozsypać. Piotr – o dziwo – nie był napastliwy, nawet przyznał, że wie, iż nie jest pozbawiony wad. Po piętnastominutowej przerwie wróciliśmy na salę. Sędzia przyjął zapisy z porozumienia prawniczek. Jednak (i to było zdziwienie wszystkich w sali, pani Kinga powiedziała mi, że z takim komentarzem do wyroku jeszcze się nie spotkała) powiedział, że uznaje moją wyłączną winę tylko dlatego, że tak postanowiliśmy. Trudno mu jednak przyjąć, że w ten sposób wyglądała rzeczywistość, a życie pokazuje, że rozwód jest efektem zaniedbań, błędów obu stron. W jakiś przedziwny sposób mi to pomogło. Może po prostu ustrzegło mnie przed tym, by widzieć siebie jako potwora, nieudacznika i wielkiego winowajcę?…

Jerzy czekał na mnie przed sądem. Skinęłam tylko głową na znak, że to już. Nie miałam siły na rozmowę. Dopiero wczoraj opowiedziałam, jak to wyglądało. Jerzy poprosił: „To powiedz jeszcze tylko, że nie żałujesz”. Nie, nie żałuję, Malinko.

Wytrwałości Ci życzę. Dieta to trudna sztuka, ale motywację masz solidną.

Nie, chyba się nie domyślam… Podpowiadaj, kto się szykuje, choć trup jeszcze ciepły…

Ściskam

Wycieńczona

Od: malina_m@malibox.pl

Do: jaga.jablon@gmail.com

Data: 26.01.2016

Temat: Re: Dygot

Droga J.,

uff! To… gratuluję przeprawy i rozprawy…

Domyślam się, że skoro nie chcesz wieczorku panieńskiego, to divorce party nie szykować tym bardziej?

Otóż faktycznie redakcje prasy kobiecej lubią plotkować. Plotkuje się i o Tobie – w tonach rozmaitych, acz raczej przyjaznych – wiesz, baby nie są świadome stopnia zażyłości, jaka nas łączy, więc wyrażają się przy mnie swobodnie. Po fali zdumienia zatem teraz dominuje coś w rodzaju podziwu, że się szarpnęłaś na tak dużą życiową zmianę. Jeśli mam być z Tobą szczera, to irytację spowodowałaś (i powodujesz nadal – tak, tak) głównie rosnącą stertą listów od czytelniczek.

Co do dybania na Twe miejsce – podejrzewam, że Sylwia z Elwirą ostrzą sobie na nie zęby. I wiesz, co jest w tym najśmieszniejsze? To, że – jak mi się wydaje – wcale nie tak bardzo im na tym zależało, ale gdy jedna odkryła, że druga też ma na nie chrapkę – kompletnie się nawzajem nakręciły. Coś jak nasze kumoszki z parafii, co się wcale nie w przenośni wzięły za łby w walce o posadę gospodyni proboszcza. Pamiętasz? Pisałam Ci o tym przy okazji poznania Staszka. Kiedyż to było!… A zarazem od tamtej pory minęło ledwie parę miesięcy…

Także plotka o moim rychłym ślubie i związanym z nim odchudzaniu szybko rozniosła się po firmie. Jestem teraz „życzliwie” zaczepiana, „motywowana” i „wspierana”. Osoby, których bym nigdy nie posądziła o to, że w ogóle mnie kojarzą, naraz częstują mnie kremówkami (zawsze miło zepchnąć bliźniego, a zwłaszcza „bliźnią” z drogi ku figurze, prawda?), dopytują, czy to prawda z tym ślubem, domagają się opowieści, a co, a jak, a skąd. Z niezmąconym spokojem potwierdzam, skrótowo opowiadam, pozwalam się wygadać i pozachwycać, przyjmuję gratulacje, odmawiam poczęstunków.

Z niezmąconym spokojem… Tak było aż do dziś. Oto bowiem doktor Ewa, autorka diety żywiołów, dosłała dziś resztę swego artykułu (w egzaltacji nawet nie zauważyłam, że był niekompletny). I cóż. Stoi w nim jak wół, że aby dieta była efektywna, należy bezwzględnie włączyć do niej aktywność.

Minimum trzy razy w tygodniu po półgodzinie.

Natychmiast wyjęłam kalendarz i poczęłam sprawdzać, kiedy mogę powtykać te aktywności. I zamyśliłam się, co to niby miałoby być.

Mogłabym chodzić na basen. Ale Irenka, która przepada za wodą, zaraz by chciała chodzić ze mną. A basen z dzieckiem to zabawa w brodziku, nie pływanie.

Mogłabym biegać. Ale mogłabym się przy tym nałykać zimnego powietrza, rozchorować się i umrzeć, nie wyszedłszy za mąż. Nie ryzykujmy.

Mogłabym pójść na jakąś formę aerobiku. Ale ćwiczeniom tego typu zawsze towarzyszy tak zła muzyka, jestem pewna, że byłabym rozdrażniona. A gdy jestem rozdrażniona, to jem. Nie kuśmy losu.

Można by też niby spróbować z siłownią. Ale siłownie mnie peszą. Dużo tam gibkich, jędrnych ciał i maszyn niczym narzędzia tortur. Nigdy nie wiem, co do czego służy, musiałabym kogoś pytać. To też mnie peszy. Samo słowo „trener” mnie peszy.

Wszystko to byłoby do zniesienia, gdybyś chodziła ze mną. Ale coś mi mówi, że masz teraz bardzo mocną wymówkę…

Ech. Co robić, Redakcjo?

Malina

Od: jaga.jablon@gmail.com

Do: malina_m@malibox.pl

Data: 27.01.2016

Temat: Do boju!

Malinko,

naprawdę Sylwia z Elwirą by chciały wskoczyć na moje miejsce?! No tego bym się nie spodziewała. Żmije podstępne! W korpo to jednak nie ma sentymentów – zajść w ciążę to jakby już cię pochowali.

Tak, tak. Jeść mniej, to raz. Ruszać się więcej, to dwa. Bo – jak na pewno pamiętasz – metabolizm zwalnia. A im on wolniejszy, tym Ty musisz być szybsza. Choć głodna. Odwieczny cykl kobiecego losu…

Rzeczywiście, argumenty przeciw masz mocne. Może poszukaj czegoś pośredniego? Na przykład zamiast biegać – chodź. Wysiądź trzy przystanki przed pracą. Lub przed domem. Szybkim marszowym krokiem dotrzyj do celu. Zamiast aerobiku wybierz zumbę. Muzyka też może nie trafić Ci w gust, ale będziesz tak zajęta pilnowaniem koordynacji i zastanawianiem się, czy nie wyglądasz idiotycznie, niezbornie machając rękami i nogami, że nie będziesz zbytnio zwracać na nią uwagi.

I wreszcie – możesz ćwiczyć w domu. Nabywasz karimatę, DVD z instruktażem i dajesz! Widziałam wpisy dziewczyn na fejsie, które chwaliły się spektakularnymi efektami po „wspólnym” ćwiczeniu z Chodakowską na przykład. Czy to prawda, a nie działanie piarowe – pojęcia nie mam. Ale inwestycja niezbyt drenująca kieszeń, spróbować warto. Trzeba tylko co dzień się motywować. Ustal może sama ze sobą hasło dopingujące „Audrey” i zagrzewaj się nim po każdej serii dziesięciu brzuszków.

À propos brzuszków – trzydziesty drugi tydzień się zaczął. Przeglądam strony internetowe, dowiadując się, co tam u mojej Hanusi. Mózg się jej intensywnie rozwija i z zapałem ssie palce. Co u mnie, to czytać nie muszę: coraz częściej siku, coraz trudniej oddychać. Są i wskazówki, jak sobie poradzić z tak zmienioną rzeczywistością. Oto jedna z nich: „Cierpliwości. Finał już niedługo. Wykorzystaj ostatnie tygodnie ciąży na odpoczynek, zrób coś miłego dla siebie, na przykład spotkaj się z przyjaciółką”. Co Ty na to, Przyjaciółko?

Nim się jednak zobaczymy, muszę wystosować listę próśb:

Sumienie mnie dręczy, że moje biedne czytelniczki pozostają bez odpowiedzi. Jestem słowna, więc podczas ferii nadrobię opustki, ale może przez ten ostatni tydzień stycznia Ty byś zechciała mnie zastąpić? Wybierz listy w sprawach cielesnych (nadwaga, drugi podbródek, oponka) i duchowych (rozterki moralne) i siadaj do klawiatury. Dobra?

Punkt drugi to Alfred. Upatrzyłam sobie na termin ślubu dwudziesty lutego. Ni cholery nie zdobędę wymaganego stażu narzeczeńskiego. Weź sprawy w swoje ręce i zmotywuj kolegę Staszka. Wejdź mu na ambicję lub omotaj urokiem osobistym – wszystko, byleby mój ślub się odbył.

Sprawa numer trzy zależy od powodzenia Twojej misji – po co mi się teraz głowić nad suknią, jeśli ślubu może nie być?…

Całuję

Jagoda bojowa

Od: malina_m@malibox.pl

Do: jaga.jablon@gmail.com

Data: 31.01.2016

Temat: Szykuj suknię, będzie ślub!

Jago z Hanną w brzuchu,

tak bardzo Ci do twarzy w stanie błogosławionym! Ładnie Ci w krągłościach, rumieńcach, pełnych piersiach. Nawet włosy masz jakby bardziej puszyste. Będzie mi bardzo miło zabrać taką przystojną ciężarną na całą dobę relaksu w konstancińskim spa „Memento vitae”! Już sama nazwa dodaje wigoru, prawda? On Ci się teraz bardzo przyda. Zarezerwowałam dla Ciebie pakiet „Będę mamą”, dla siebie – żeby nie jechać tak po próżnicy – innowacyjny, ultraskuteczny dzień rozmaitych zabiegów spalających tłuszcz. Ponoć ubywa po nim w pasie nawet cztery centymetry!

 

Gotuj się! W najbliższy piątek przyjeżdżam po Ciebie o 15.00 (Troglodyta dał mi pół dnia urlopu), a Jerzego uprzedź, że odstawię Cię w sobotę mniej więcej o tej samej porze.

Niech to będzie Twój swoisty wieczorek panieński.

Skoro będzie wieczorek, będzie i ślub! W piątek Alfred omówił sprawę z kierowniczką ursynowskiego USC. Równa babka, rozumiejąca. Podobno nie robiła żadnych problemów. „Proszę, żeby narzeczeni dostarczyli wszystkie dokumenty bezpośrednio do mnie. Do mnie – powiedziała mu z naciskiem. – To istotne, bo za podwładnych mam tu wyjątkowych służbistów” – dodała, a Alfred, relacjonując rzecz Staszkowi, mówił, że przysiągłby, że puszczała do niego oko.

Tymczasem u mnie… nienawidzę sportu. I wiem, co mówię – rozmawiasz z praktykiem.

Przeszłam na tę stronę mocy, bo… skończyły mi się wymówki. Oto w czwartek, jeszcze przed naszym spotkaniem, zwierzyłam się ze swych udręk sąsiadce Karolinie; wiesz, tej singielce z łożem w jaskółki. Karolina jest dusza człowiek i dobry organizator. Tego samego dnia wieczorem zadzwoniła do mnie, by powiedzieć, że po namyśle znalazła dla mnie rozwiązanie: oto w tak szczytnym celu jak moje schudnięcie na nową drogę życia chętnie zostanie z Irenką dwa razy w tygodniu na półtorej godziny (dojazd, sport, powrót), jeśli tylko zechcę jej się zrewanżować angielskimi konwersacjami. Ona chciałaby się podszkolić, nabyć nieco swobody w mowie, a „ty przecież mieszkałaś kiedyś w Londynie, didn’t you?”…

Właśnie, kiedyś. Dziś wydaje mi się, jakby to było niebywale dawno. Angielski wszak pamiętam. W sobotę przed moim sportem poszłyśmy zatem z Karoliną, Irenką i Carlosem na spacer, przyjmując założenie, że gadamy tylko mową wyspiarzy (Irenka gadała w tym czasie z Carlosem po dziecio-psiemu).

I wiesz? Fajnie to wyszło.

Czego nie można powiedzieć o późniejszym sporcie. Zdecydowałam się na trening na rowerach stacjonarnych, myśląc, że z wielu przykrych opcji ta będzie możliwie mało przykra: rower sam w sobie jest przyjemny, ćwiczenie w grupie jest mobilizujące.

Jeszcze teraz, gdy o tym piszę, zgrzytam zębami.

Po pierwsze zajęcia odbywały się przy hip-hopie.

Po drugie wzięłam na nie złe buty: delikatne, lekkie jak piórko adidasy na podeszwie, która właściwie pokrywa tylko piętę i podbicie, podczas gdy środek stopy dzieli od ziemi cienka warstwa białej skóry. Efekt: naoliwione jakimś smarem pedały trwale zabrudziły mi tę białą skórę brunatnymi tłustymi plamami.

Niesmak pozostał.

Po trzecie wszystko mnie boli. Lecz zamiast satysfakcji czuję tylko złość. W dodatku po początkowo zrzuconym pół kilo waga przestała się ruszać w ogóle. Ponoć przyrost mięśni ma wpływ na ciężar masy, ale czy po jednorazowych ćwiczeniach?… Nawet ja nie jestem taką fantastką.

Listy od czytelniczek posegregowałam, wybrałam dwa do odpowiedzi na łamach i dwanaście najdłużej czekających do odpisania bezpośrednio. Na te z rozterkami duchowymi odpowiadam dobrotliwie, krzepiąc własnym przykładem, dzieląc się swym szczęściem jak błogosławieństwem. Na te od za grubych nie mam na razie pomysłu – zakładam, że panie nie piszą do redakcji po to, by usłyszeć, że otyłość to przekleństwo, a dieta i sport to szatańskie wynalazki?…

No wiem, wiem. Coś wymyślę.

Tymczasem całuję – i pamiętaj o piątku!

Malina

Od: jaga.jablon@gmail.com

Do: malina_m@malibox.pl

Data: 1.02.2016

Temat: Zieleń za oknem

Moja Malino,

siedzę sama (Hani nie licząc) w pustym domu. Piotr zabrał Matysię na ferie (Mazury; śniegu i tak nie ma w całej Polsce, a tam przynajmniej luźno, przyjemny hotel z basenami i liczne animacje dla dzieci, no i cennik przystępniejszy niż w obleganych górach). Jeremi u dziadków, a Jerzy pojechał na dwudniowe spotkanie do Wrocławia.

Dziwnie mi w takim osamotnieniu. Podobno momenty wycieszenia pozwalają zajrzeć w głąb siebie. Zajrzałam i… osobliwe uczucie. Poczułam się jak w grze komputerowej – jeden cykl się kończy, odpalasz następny. Życie po życiu. Nie, to chyba nie są wyrzuty sumienia – to już przećwiczyłam: raz podjętej decyzji należy się trzymać, patrzeć w przyszłość, ciesząc się teraźniejszością. Nie umiem Ci tego wyjaśnić, chyba po prostu bycie w pojedynkę mi nie służy. Rozwiązania są dwa: odwiedź mnie w tym tygodniu, jeszcze przed naszą eskapadą. I prześlij listy od czytelniczek, którymi nie miałaś czasu się zająć – pochylę się nad nimi troskliwie.

Bardzo Ci jestem wdzięczna, że ja i Jerzy dwudziestego lutego o czternastej połączymy swe losy w ursynowskim USC. Piękna data: Światowy Dzień Sprawiedliwości Społecznej, tuż przed Międzynarodowym Dniem Języka Ojczystego. Nigdy nie byłam na ślubie cywilnym. Ten będzie pierwszy – i od razu mój. Rozmawiałam dziś z miłą panią Janiną – kierownik – przez telefon. Wyobrażam ją sobie: natapirowany włos upięty w kok-gniazdo, spódnica z grubej wełny podobnej do obicia tapicerskiego, paznokcie wypiłowane w ostry migdał i pokryte różowym lakierem. Zrewiduję te wyobrażenia dwunastego lutego, kiedy się zobaczymy. Mam przywieźć uprawomocniony wyrok rozwodowy. Mam nadzieję, że już go dostanę. Przez tydzień będę wesołą, choć ciężarną rozwódką. Widać stan wolny nie jest mi pisany.

Przygotuj swoje dane, Świadkowo! Nie obgadałam tego jeszcze z Jerzym, ale impreza posturzędowa będzie skromna i domowa. Ty z przyległościami, Jerzy i jego świadek Robert z żoną, córka Jerzego z mężem. I już. To najbliższa rodzina – jeśli ruszymy kolejny rząd krewnych, to będziemy musieli wynająć dużą salę…

Musimy jeszcze dopasować się stylistycznie. Dobrze, że Twój program odchudzania nie jest zbyt zaawansowany, bo czułabym się nieforemnie przy świadkowej, której ciało naznaczyły intensywne treningi. Marzy mi się zielona sukienka – widziałam bardzo ładną na Allegro. Taki trapez w stylu lat siedemdziesiątych; piękny butelkowy odcień. Zaraz zapytam sprzedającego o rozciągliwość materiału…

To co, kiedy się Ciebie spodziewać? Przygotuję dietetyczną zieleninę (dla Ciebie) i coś bardziej konkretnego dla mnie i Hani.

Całuję w trzydziestym trzecim tygodniu

J.

Od: malina_m@malibox.pl

Do: jaga.jablon@gmail.com

Data: 2.02.2016

Temat: Malinowe sporty zimowe

Samotnico!

Zazdroszczę Ci tego nienawyknięcia do samotności. Ja dość długo nie miałam innego wyjścia – musiałam się mierzyć z ciszą w domu, długimi wieczorami i zimnym łóżkiem. Na samo, nieodległe przecież, wspomnienie tego skóra mi cierpnie i jakoś wewnętrznie sztywnieję. Ale basta! Zazdroszczę li i jedynie „wstecznie”, bo wszak i moją samotność udało się w końcu przegnać. Toteż bez zbędnych ceregieli wybawię Cię z Twojej – i przyjadę. Pokażesz mi w komputerze sukienkę, pomyślimy w co ubrać świadkową. Mogę być jutro lub w piątek – co wolisz?

Teraz zapytaj, dlaczego akurat w te dni – a ja Ci ochoczo odpowiem. Z detalami i przedwstępem, jak to ja.

Po czym poznać, czy mężczyzna Cię kocha? Kto jak kto, ale Ty zaraz profesjonalnie sypniesz z rękawa pięćdziesięcioma wskaźnikami, zawodowa babska pomagaczko. Niech koniecznie znajdzie się pośród nich coś, co nazwałabym wspierającym działaniem na rzecz dobrostanu ukochanej. (W tej roli w mojej opowieści, pozwolisz, wystąpię ja).

Mamy więc ukochaną, która w tajemnicy przed narzeczonym się odchudza. Tak, w tajemnicy. Odchudzanie się krępuje mnie, zawstydza i nie chcę się zeń opowiadać szczupłemu do granic Staszkowi. Dopóki nie wie, nie dopatruje się ani postępów, ani ich braku, nade wszystko zaś nie przygląda się, czy jest się z czego odchudzać. Wiesz, jak to idzie: dopóki nie wskażesz komuś tropu, nikt nie widzi, że masz jedno biodro ociupinę wyżej od drugiego, lewa brew zaczyna się bliżej nosa niż prawa, a brzuch, gdy zapomnisz go wciągnąć, układa się w sporą fałdę. Jeszcze by mi tego brakowało, by Stach zaczął się przyglądać i uznał, że jest coś na rzeczy! Na ten temat w głowie mi pobrzmiewa dobrze wpojone porzekadło mamy: przed facetem nigdy nie pokazuj całej… No jak to teraz ująć, by mama nie wypadła z roli damy?… Powiedzmy, całej nagiej prawdy. Pamiętasz, jak bywałaś u mnie czasami w soboty, gdy tata miał dyżur, a mama właśnie wtedy, pod jego nieobecność, rozkładała w kuchni cały salon fryzjersko-kosmetyczny? Czego tam nie było! W misce z wodą, solą i jakimiś olejkami mamine stopy szykowały się do pedikiuru, na głowie pod foliówką własnoręcznie położona farba albo wałki, a w rondelku na maleńkim gazie, roztaczając miłe wonie, podgrzewał się wosk do depilacji. Do dziś mama nigdy, przenigdy nie robi tych zabiegów przy tacie – jakby za punkt honoru stawiała sobie wydawać mu się piękna z natury – ot, niezobowiązująco gładkie pięty, nieporośnięte włosiem łydki, brak odrostów. Ty wiesz, że byłyśmy już w liceum, gdy tata odkrył, że mama farbuje sobie włosy?!